Na Św. Krzyż
Niedziela, 31 sierpnia 2008 | dodano:01.09.2008Kategoria Pełnia szczęścia
| Dst.: | 87.37 | Off-road: | 4.19 | Czas: | 04:14 | Avg: | 20.64 |
| Vmax: | 63.50 | Temp.: | 17.0 | HRmax: | 185( 95%) | HRavg | 149( 76%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 676m | Bike: | GT | ||
Kielce-Św. Krzyż-Kielce
No to dziś pojeździłem. Wybraliśmy się z kumplem na Św. Krzyż.
Pobudka - 5.15. Matko moja, jak zimno. Patrzę na termometr, a tu 3 st. "O kurde" mówię. No nic ubieram się, jeszcze zmiana decyzji co do koszulki na cieplejszą. Zmuszam się do zjedzenia śniadanka, bo nigdy o tej porze nie jem.
No i w drogę. Matko moja: "O kur****, ale zajeb*** zimno" - krzyczę. Ale poranek o 6.00 rano zapowiada ładny dzień. Zresztą i prognozy były obiecujące. Spotkanie o 6.19 i dalej jedziemy. Ciężko się jechało. Bo najbardziej ręce mi grabiały. No nic, ale jedziemy. Czasami wjeżdżamy w mgłę i jedziemy niewidoczni, co nie było mądre.
Dopiero koło 7.30 zaczyna robić się nieco cieplej, ale nic dziwnego, bo zaczyna się końcowy - prawie 5 km podjazd.
Dojeżdżamy na sam szczyt. Odpoczynek - jakieś kolejne śniadanko, uzupełnienie zapasów energii. Kilka fotek i w drogę powrotną.
Na szczęście jest już cieplej, bo 17 st. i jedzie się całkiem fajnie. W drodze powrotnej mój kolega nieco słabł na podjazdach, więc całą drogę ja prowadziłem.
W domu z powrotem byłem o 11.20. W sumie bardzo udany wyjazd. Cieszy mnie, że nic a nic mi nie dokuczało, a i nogi też nieźle pracowały. Nie to co kiedyś, jak "umierałem" na tej trasie i ledwo dojechałem do domu. Teraz nieco czuję tylko ścięgna Achillesa.
Jeszcze po południu pojechałem ze swoim synkiem i pokręciliśmy się po stadionie. W końcu mu obiecałem. No a przecież nie mogę studzić jego zapału do roweru.

No to dziś pojeździłem. Wybraliśmy się z kumplem na Św. Krzyż.
Pobudka - 5.15. Matko moja, jak zimno. Patrzę na termometr, a tu 3 st. "O kurde" mówię. No nic ubieram się, jeszcze zmiana decyzji co do koszulki na cieplejszą. Zmuszam się do zjedzenia śniadanka, bo nigdy o tej porze nie jem.
No i w drogę. Matko moja: "O kur****, ale zajeb*** zimno" - krzyczę. Ale poranek o 6.00 rano zapowiada ładny dzień. Zresztą i prognozy były obiecujące. Spotkanie o 6.19 i dalej jedziemy. Ciężko się jechało. Bo najbardziej ręce mi grabiały. No nic, ale jedziemy. Czasami wjeżdżamy w mgłę i jedziemy niewidoczni, co nie było mądre.
Dopiero koło 7.30 zaczyna robić się nieco cieplej, ale nic dziwnego, bo zaczyna się końcowy - prawie 5 km podjazd.
Dojeżdżamy na sam szczyt. Odpoczynek - jakieś kolejne śniadanko, uzupełnienie zapasów energii. Kilka fotek i w drogę powrotną.
Na szczęście jest już cieplej, bo 17 st. i jedzie się całkiem fajnie. W drodze powrotnej mój kolega nieco słabł na podjazdach, więc całą drogę ja prowadziłem.
W domu z powrotem byłem o 11.20. W sumie bardzo udany wyjazd. Cieszy mnie, że nic a nic mi nie dokuczało, a i nogi też nieźle pracowały. Nie to co kiedyś, jak "umierałem" na tej trasie i ledwo dojechałem do domu. Teraz nieco czuję tylko ścięgna Achillesa.
Jeszcze po południu pojechałem ze swoim synkiem i pokręciliśmy się po stadionie. W końcu mu obiecałem. No a przecież nie mogę studzić jego zapału do roweru.







