Pół świata
Niedziela, 26 września 2010 | dodano:05.10.2010
| Dst.: | 6.02 | Off-road: | 5.40 | Czas: | 00:26 | Avg: | 13.89 |
| Vmax: | 32.00 | Temp.: | HRmax: | (%) | HRavg | (%) | |
| Cal: | kcal | ALT: | 113m | Bike: | GT | ||
20.000 km 1994-2010
Pół świata „przejechałem”. Oczywiście nie dosłownie. Z rowerem za granicą byłem zaledwie dwa razy. Pierwszy raz, to niezapomniana do dziś wyprawa rowerowa przez południe Szwecji, dalej po Danii i północne wybrzeże Niemiec. Druga, to wczasy na Słowacji.
Właśnie od tej wyprawy, od 1994 roku, kiedy to zakupiłem swój pierwszy elektroniczny licznik rowerowy, rozpocząłem dokładne zliczanie pokonanych kilometrów. Jak do tej pory ten pierwszy rok jazdy jest moim rekordowym pod względem liczby pokonanych kilometrów, jednak spowodowane jest to tym, że sama wyprawa zajęła nam niewiele ponad 1.800 km.
Rower był ze mną od małego. Dokładnie pamiętam, w jakim miejscu, w jakich okolicznościach i ile mi frajdy wówczas przyniosła jazda po raz pierwszy na dwóch kółkach.
Później, choroba i przerwa w jeżdżeniu. Po chorobie, w ramach rehabilitacji lekarz zalecił jazdę na rowerze, ponieważ wzmacniało to mięśnie nóg. Pamiętam swój rower – zielony Pelikan. Taki nieco mniejszy od sławnego Wigry, na którym też pamiętam później jeździłem. Wówczas w latach 70 i 80-tych nikt nie myślał o elektronicznych licznikach. W zasadzie o żadnych nie myślał, bo nie było żadnych w sprzedaży. Ba, samych rowerów nie było. Było tak kiepsko, że jak mi ukradli z piwnicy samo koło od roweru (zostało normalnie odkręcone, a rower został), to nie mogłem przez rok kupić odpowiedniego rozmiaru. Zresztą mój rower komunijny, sporo za duży na mnie – turystyczno-sportowy Wagant – również wystany był w kolejkach i po zapisach na listę.
Tak na „poważnie” to rower zajął część mojego życia właśnie od 1994 roku – okres studiowania. Udało się mi dostać do sekcji rowerowej na uczelni. Jeśli WF był najważniejszym przedmiotem (takie odnosiłem wrażenie), to czemu go nie spędzać przyjemnie. No i tym Wagantem jeździłem na różne wycieczki. W drugim semestrze zakupiłem swój pierwszy rower górski. Potężna maszyna o nazwie TechnoBike, stalowa rama, przerzutki Shimano SIS (może jeszcze ktoś pamięta). Sporo się pojeździło, właśnie wyprawa głównie do Danii (porządny rower, nic się nie popsuło). Wypad na Giewont. Wypad dwudniowy do Zawoi, gdzie zanotowałem wówczas jeden ze swoich rekordów życiowych dziennych.
Kiedy ten rower mi skradziono, zakupiłem kolejny, na którym pokonuję i zdobywam kolejne kilometry do dziś. Też już stary jest, rama Cro-Mo. Nieco ciężki, ale jakoś mam do niego sentyment. I tak czasami się męczę, jak widzę, że moi znajomi koledzy śmigają pod górkę. A przekonałem się kiedyś, że owszem – łydka jest ważna, ale i waga również.
Tak więc stuknęło 20.000 km. Niby dużo, niby mało. Są tacy, którzy taki dystans robią w rok. No cóż. Może i też tak bym chciał, ale życie jest inne i na to nie pozwala. Jak byłem młodszy, to jeszcze nie było szału na rower. A jak zrobił się szał, to nie było rynku odpowiedniego. No a później to rodzina, jedno dziecko, teraz drugie. Więc byle zdrowie było, to łańcuch będzie się dalej kręcił.
Pół świata „przejechałem”. Oczywiście nie dosłownie. Z rowerem za granicą byłem zaledwie dwa razy. Pierwszy raz, to niezapomniana do dziś wyprawa rowerowa przez południe Szwecji, dalej po Danii i północne wybrzeże Niemiec. Druga, to wczasy na Słowacji.
Właśnie od tej wyprawy, od 1994 roku, kiedy to zakupiłem swój pierwszy elektroniczny licznik rowerowy, rozpocząłem dokładne zliczanie pokonanych kilometrów. Jak do tej pory ten pierwszy rok jazdy jest moim rekordowym pod względem liczby pokonanych kilometrów, jednak spowodowane jest to tym, że sama wyprawa zajęła nam niewiele ponad 1.800 km.
Rower był ze mną od małego. Dokładnie pamiętam, w jakim miejscu, w jakich okolicznościach i ile mi frajdy wówczas przyniosła jazda po raz pierwszy na dwóch kółkach.
Później, choroba i przerwa w jeżdżeniu. Po chorobie, w ramach rehabilitacji lekarz zalecił jazdę na rowerze, ponieważ wzmacniało to mięśnie nóg. Pamiętam swój rower – zielony Pelikan. Taki nieco mniejszy od sławnego Wigry, na którym też pamiętam później jeździłem. Wówczas w latach 70 i 80-tych nikt nie myślał o elektronicznych licznikach. W zasadzie o żadnych nie myślał, bo nie było żadnych w sprzedaży. Ba, samych rowerów nie było. Było tak kiepsko, że jak mi ukradli z piwnicy samo koło od roweru (zostało normalnie odkręcone, a rower został), to nie mogłem przez rok kupić odpowiedniego rozmiaru. Zresztą mój rower komunijny, sporo za duży na mnie – turystyczno-sportowy Wagant – również wystany był w kolejkach i po zapisach na listę.
Tak na „poważnie” to rower zajął część mojego życia właśnie od 1994 roku – okres studiowania. Udało się mi dostać do sekcji rowerowej na uczelni. Jeśli WF był najważniejszym przedmiotem (takie odnosiłem wrażenie), to czemu go nie spędzać przyjemnie. No i tym Wagantem jeździłem na różne wycieczki. W drugim semestrze zakupiłem swój pierwszy rower górski. Potężna maszyna o nazwie TechnoBike, stalowa rama, przerzutki Shimano SIS (może jeszcze ktoś pamięta). Sporo się pojeździło, właśnie wyprawa głównie do Danii (porządny rower, nic się nie popsuło). Wypad na Giewont. Wypad dwudniowy do Zawoi, gdzie zanotowałem wówczas jeden ze swoich rekordów życiowych dziennych.
Kiedy ten rower mi skradziono, zakupiłem kolejny, na którym pokonuję i zdobywam kolejne kilometry do dziś. Też już stary jest, rama Cro-Mo. Nieco ciężki, ale jakoś mam do niego sentyment. I tak czasami się męczę, jak widzę, że moi znajomi koledzy śmigają pod górkę. A przekonałem się kiedyś, że owszem – łydka jest ważna, ale i waga również.
Tak więc stuknęło 20.000 km. Niby dużo, niby mało. Są tacy, którzy taki dystans robią w rok. No cóż. Może i też tak bym chciał, ale życie jest inne i na to nie pozwala. Jak byłem młodszy, to jeszcze nie było szału na rower. A jak zrobił się szał, to nie było rynku odpowiedniego. No a później to rodzina, jedno dziecko, teraz drugie. Więc byle zdrowie było, to łańcuch będzie się dalej kręcił.

Co za wynik - 20.000 km.© Robert
komentarze
Piękny GT! Miałem taki, zakupiony pod koniec lat 90tych :)
outoftimeman - 13:48 wtorek, 5 października 2010 | linkuj
Zacząłeś jeździć jak się urodziłem :d
Gratuluję dystansu ! :) Rylu - 12:12 wtorek, 5 października 2010 | linkuj
Komentuj
Gratuluję dystansu ! :) Rylu - 12:12 wtorek, 5 października 2010 | linkuj






