Odyseja Rożnowska '10 - dzień 1
Sobota, 2 października 2010 | dodano:07.10.2010Kategoria Pełnia szczęścia, Inne miejscówki, Zawody
| Dst.: | 84.43 | Off-road: | 25.00 | Czas: | 06:55 | Avg: | 12.21 |
| Vmax: | 61.50 | Temp.: | 11.0 | HRmax: | 191(100%) | HRavg | 158( 83%) |
| Cal: | 5060kcal | ALT: | 2062m | Bike: | GT | ||
Takich emocji nie było już dawno.
Dwa tygodnie przed rozpoczęciem imprezy dostałem propozycję od swojego kumpla: „a może byśmy razem wystartowali w najbliższej odysei?”. Kurcze, kusząca propozycja. Jednak, jak to zwykle musiałem uzgodnić w domu mój wyjazd na cały weekend. Tu, o dziwo, jakoś udało się bez zbędnych wyjaśnień, więc cynk: „możesz nas zgłaszać”.
Jednak później zaczęła działać adrenalina. W końcu to mój pierwszy start w takiej imprezie. Mało tego, do tej pory nie startowałem dłużej, jak 5 godzin. A już nie ma mowy o starcie dzień za dniem. W końcu trzeba było się o tym przekonać.
Za bardzo na trening nie było już czasu. I tego się najbardziej bałem. Że nie dam rady. Znałem swoje możliwości i wiedziałem, że może być kiepsko. Ale liczyłem na to, że może nie będzie źle. Jednak zupełnie nie wiedziałem czego się spodziewać.
Nierozłącznym elementem odysei jest nawigacja. Mapa – znam coś takiego. Czasami również stosuję. Jednak szukanie punktu na mapie i dojazd do niego, pozostawiłem specjaliście z tej kwestii, czyli mojemu partnerowi z drużyny - Zenkowi. On jest bardzo doświadczony w rajdach AR, więc „mnie to już nie obchodziło”.
Im bliżej startu, tym większa nerwówka. Szykowanie roweru, wymiana i regulacja hamulców, bowiem w tamtych okolicach będą mocno przydatne. Pakowanie, jakieś zakupy, jakieś „EPO” i tym podobne.
W końcu jedziemy. Wyruszamy wczesnym świtem, aby dojechać na czas i jeszcze się zarejestrować. Droga upłynęło spokojnie, oprócz jednego incydentu pod koniec trasy, gdzie to jeden z rowerów wypiął się, nie wiedzieć jakim cudem, i spadł na samochód. Całkiem nie zleciał, bo był przypięty paskami za koła. Jak to się stało, nikt z nas nie wie. To było tak, jakby wcale nie był przypięty. Fakt, że akurat trasa była paskudna i strasznie kołysało.
Szybki meldunek. Do pokoju. I zaczynamy się przygotowywać do startu. Ciuchy, jedzonko, picie, izotoniki, plecaki. Pora na start. A ja cały w nerwach, dawno bowiem nie byłem na linii startu.

Na starcie jak zwykle towarzystwo z wypasionymi w większości rowerami. A ja ze swoim niemal stalowym rowerem, stoję jak ta sierota. W końcu na 10 min. przed startem rozdają mapy. Szał niesamowity i ścisk. Każdy chce jak najszybciej dostać mapę i zacząć analizować trasę, jak i w którą stronę ruszyć. Ja również dostałem swoją mapę, ale raczej na zasadzie, bo „na ekipę przypadają dwie mapy”. Cóż popatrzyłem na nią, jakieś swoje przemyślenia miałem: „ale cholera kawał trasy i dystansu”. Po czym potulnie poskładałem mapę i schowałem do plecaka (pokażę synowi w domu). Przed samym startem rzuciłem tylko do Zenka: „w którą stronę pierwszy zakręt?”

5, 4, 3, 2, 1 i … poszli. Ruszyliśmy spokojnie, bo sporo ludzi na starcie i nie ma co się przepychać. W końcu to przed nami ok. 8 godz. kręcenia.
Początkowo fajnie się jechało, bo droga lekko w dół. Jednak już po chwili rozpoczął się niezły podjazd, na którym już wymiękłem. Momentami takie nachylenie, że jakoś nie dałem rady. Pomyślałem, no ładnie, czyżby kryzys. Ale po kilku kilometrach. Nieźle się zaczyna. No nic brniemy dalej. Ludzi na podjeździe coraz mniej, bo wszyscy już pojechali. A ja męczę się i kręcę młynkiem. Ponieważ ostro zacząłem, więc długo nie trzeba było czekać, a dopadła mnie kolka. No tak, brak rozgrzewki, tak to się musiało skończyć.
No ale jakoś jest. Pierwszy nasz zaliczony punkt PK 11. No nic, łyk picia i jedziemy dalej fajnymi wąskimi drogami. Kolejny po drodze, to PK 10. Jakoś się jechało. Upajałem się częściowo widokami, choć podjazdy były ciężkie.

Tak jak pisałem, nie zajmowałem się nawigacją, która podobno w wersji Orienteering Maraton miała być wymagająca. My jakoś nie mieliśmy problemów. Nawet kolejny PK12, zlokalizowany w środku lasu, nie przysporzył nam kłopotów. Choć i tak podobno nie tak go zaczęliśmy „brać”. Ale nie było specjalnego błądzenia i szukania. Czego niestety nie uniknęło kilka ekip, między innymi naszą drugą grupę, która to straciła tam ponad godziną.
Kolejnym przystankiem miała był Bacówka na Jamnej. Tu trafiliśmy na przepiękną szutrówkę, po której z przyjemnością sobie jechałem i nawet fajnie mi się tam jechało. Myślałem sobie jednak, że jak Bacówka, to pewnie gdzie na górce. I się nie myliłem. Ale o dziwo, prawie cały podjazd zaliczyłem bez schodzenia. Co prawda u podnóża powiedziałem Zenkowi, aby pojechał na górę, zjadł sobie zachwalane przez organizatora pierogi, a ja wówczas dojadę. No ale jechaliśmy w miarę razem.
Pierogów nie było, tylko baton i nieco Isostara. Ja już nawet nie kontrolowałem wówczas miejsca gdzie jesteśmy, trasy jaką pokonaliśmy czy gdzie mamy jechać. Zenek mówił, jedziemy, to jechałem, a w zasadzie starałem się jechać ile było sił. Nawet nie specjalnie patrzyłem na licznik, bowiem jak minęliśmy pierwsze punkty, a ja widzę, że dopiero jest 23 km przejechane, a do zapowiadanych 100 km jeszcze tyle trasy, to od razu odechciewało się wszystkiego. Przecież już nie miałem siły. Ale za bardzo nie wiedziałem na co mam ustawić licznik, dystans odpadał, czas odpadał, bo znów sobie liczyłem, że jeszcze 4 godziny jazdy. W końcu zostało na godzinie, ponieważ później czas zaczął odgrywać ważną rolę.
Na takich dywagacjach i pokonywaniu własnej słabości na podjazdach, pokonaliśmy punkty PK6 (róg pola), PK13 (róg polany) oraz PK15 (wiata). Teraz z perspektywy czasu, to nawet nie potrafię dokładnie skojarzyć i trasy i nawet niektórych punktów. Zajmowałem się bowiem głównie walką z samym sobą. Szczególnie na tych właśnie punktach byłem pełen zachwytu nad swoim partnerem, bowiem jakoś zawsze wiedział, o który róg pola lub polany chodziło. Nawet skrót na 13 pod górę między drzewami jakoś nie wzbudził u niego zbytniego przerażenia, w przeciwieństwie do mnie, który chyba nigdy by nie znalazł tego punktu.
Po PK15 przyszła pora na PK14. Jak się później okazało punkt ten był dla nas kluczowy, a szczególnie dla mnie, od którego to się sporo zmieniło. Sama końcówka wiodła przez strony zjazd w lesie. Po tygodniowych wcześniejszych opadach deszczu, w lasach było bardzo mokro i sporo błota. Niestety, brak może i inwestycji w nowe ogumienie, spowodowało upadek na błotnistej drodze. No nic, mówię jedziemy dalej. Bo to pierwszy raz się wywaliłem. Jednak ta wywrotka spowodowała, że zostałem nieco z tyłu za Zenkiem. Chciałem szybko doskoczyć i kiedy już mi się to pawie udało, spojrzałem jeszcze w którą on stronę jedzie, a w tym momencie nie zauważyłem, że wpadłem ponownie w koleinę. I wywrotka gotowa. Znowu myślę. No nic, ale podnosząc się coś mnie zabolało w kolanie. Pech chciał, że uderzyłem kolanem w jedyny kamień, który tam leżał. To trzeba mieć pecha. No nic, zacisnąłem zęby z bólu i pognałem za kolegą. Kiedy dojechaliśmy do PK14, podwinąłem getry i zobaczyłem, że leci krew z kolana. Skóra jakaś wisi sobie luzem, widać na getrach, że krwi już nieco wyleciało. Czarne myśli przeleciały mi po plecach: „czyżby trzeba było kończyć na dziś imprezę”.
Jednak powiedziałem sobie, że jedziemy ile dam radę. Co prawda mieliśmy już zaliczone na tyle punktów, aby być sklasyfikowanym, no ale nie o to przecież chodziło. Ten punkt to chyba faktycznie jaki Diabeł pilnował, ponieważ usytuowane było w miejscu o wdzięcznej nazwie „Diable boisko”.
W dalszej części, to już sam nawet nie wiem, jak ten dystans mijał i jak jechaliśmy. Nawet nie kojarzę dokładnie kolejny punktów zaliczeniowych. Kolano bolało, nogi bolały i ogólnie byłem zmęczony. Jednak o dziwo zaliczyliśmy po kolei jeszcze PK: 5, 4 i 3. Na tym ostatnim Zenek uznał, że odpuszczamy sobie 2 i niestety 1. Z moją nogą na 2 nie dalibyśmy rady, szkoda czasu, no a do jedynie jest za daleko.
Z PK3 fajnym zjazdem dojechaliśmy do początku podjazdu na PK8. Niestety, tu musiałem już prowadzić rower, ponieważ kolano już mocno dawało znać o sobie. Udało się zdobyć ten punkt, który miał być ostatnim. Jednak jeszcze pokusiliśmy się o zaliczenie jeszcze jednego punktu PK9, z niby przed ostatnim podjazdem. Niestety tych podjazdów w lesie było nieco więcej, niby krótkie, ale te terenowe znacznie są trudniejsze. Jednak udało się.
W tym momencie zacząłem dość często spoglądać na czas, nie chciałem bowiem, abyśmy mieli spóźnienie i dodatkowe kary. Na szczęście z PK9 prowadził już szybki zjazd do samej bazy. Wpadliśmy na metę na kilka minut przed zamknięciem. Padłem na ławce skonany.

Nawet za bardzo nie chciało mi się nic robić, ani przebierać, ani myć roweru. Długo jednak nie trzeba było czekać, ponieważ zmarzłem i nawet trzepały mną dreszcze. Więc przebrałem się, zjadłem obiadek, a w zasadzie wmusiłem w siebie i pobiegłem do kolejny z myciem roweru.
Czekałem już tylko na odpoczynek. Myślę, że zasłużony. Kolano bolało, a ja byłem myślami już przy następnym dniu, który wcale nie wydawał się lżejszy.


Wieczorkiem było ognisko, czym podobno organizator zaskoczył, ponieważ była darmowa kiełbaska oraz piwo. Fajnie było tak sobie postać w cieple, bowiem w pokojach było zimniej. Nawet niektórzy mieli pomysły, aby zostać przy ognisku całą noc, bo było cieplej. A ja rozpamiętywałem miniony dzień i zastanawiałem się, jak to jutro podołam nowemu wyzwaniu.
Relacja z dnia drugiego.
Dwa tygodnie przed rozpoczęciem imprezy dostałem propozycję od swojego kumpla: „a może byśmy razem wystartowali w najbliższej odysei?”. Kurcze, kusząca propozycja. Jednak, jak to zwykle musiałem uzgodnić w domu mój wyjazd na cały weekend. Tu, o dziwo, jakoś udało się bez zbędnych wyjaśnień, więc cynk: „możesz nas zgłaszać”.
Jednak później zaczęła działać adrenalina. W końcu to mój pierwszy start w takiej imprezie. Mało tego, do tej pory nie startowałem dłużej, jak 5 godzin. A już nie ma mowy o starcie dzień za dniem. W końcu trzeba było się o tym przekonać.
Za bardzo na trening nie było już czasu. I tego się najbardziej bałem. Że nie dam rady. Znałem swoje możliwości i wiedziałem, że może być kiepsko. Ale liczyłem na to, że może nie będzie źle. Jednak zupełnie nie wiedziałem czego się spodziewać.
Nierozłącznym elementem odysei jest nawigacja. Mapa – znam coś takiego. Czasami również stosuję. Jednak szukanie punktu na mapie i dojazd do niego, pozostawiłem specjaliście z tej kwestii, czyli mojemu partnerowi z drużyny - Zenkowi. On jest bardzo doświadczony w rajdach AR, więc „mnie to już nie obchodziło”.
Im bliżej startu, tym większa nerwówka. Szykowanie roweru, wymiana i regulacja hamulców, bowiem w tamtych okolicach będą mocno przydatne. Pakowanie, jakieś zakupy, jakieś „EPO” i tym podobne.
W końcu jedziemy. Wyruszamy wczesnym świtem, aby dojechać na czas i jeszcze się zarejestrować. Droga upłynęło spokojnie, oprócz jednego incydentu pod koniec trasy, gdzie to jeden z rowerów wypiął się, nie wiedzieć jakim cudem, i spadł na samochód. Całkiem nie zleciał, bo był przypięty paskami za koła. Jak to się stało, nikt z nas nie wie. To było tak, jakby wcale nie był przypięty. Fakt, że akurat trasa była paskudna i strasznie kołysało.
Szybki meldunek. Do pokoju. I zaczynamy się przygotowywać do startu. Ciuchy, jedzonko, picie, izotoniki, plecaki. Pora na start. A ja cały w nerwach, dawno bowiem nie byłem na linii startu.

Przygotowanie do startu.© Robert
Na starcie jak zwykle towarzystwo z wypasionymi w większości rowerami. A ja ze swoim niemal stalowym rowerem, stoję jak ta sierota. W końcu na 10 min. przed startem rozdają mapy. Szał niesamowity i ścisk. Każdy chce jak najszybciej dostać mapę i zacząć analizować trasę, jak i w którą stronę ruszyć. Ja również dostałem swoją mapę, ale raczej na zasadzie, bo „na ekipę przypadają dwie mapy”. Cóż popatrzyłem na nią, jakieś swoje przemyślenia miałem: „ale cholera kawał trasy i dystansu”. Po czym potulnie poskładałem mapę i schowałem do plecaka (pokażę synowi w domu). Przed samym startem rzuciłem tylko do Zenka: „w którą stronę pierwszy zakręt?”

Dobra mina do złej gry.© Robert
5, 4, 3, 2, 1 i … poszli. Ruszyliśmy spokojnie, bo sporo ludzi na starcie i nie ma co się przepychać. W końcu to przed nami ok. 8 godz. kręcenia.
Początkowo fajnie się jechało, bo droga lekko w dół. Jednak już po chwili rozpoczął się niezły podjazd, na którym już wymiękłem. Momentami takie nachylenie, że jakoś nie dałem rady. Pomyślałem, no ładnie, czyżby kryzys. Ale po kilku kilometrach. Nieźle się zaczyna. No nic brniemy dalej. Ludzi na podjeździe coraz mniej, bo wszyscy już pojechali. A ja męczę się i kręcę młynkiem. Ponieważ ostro zacząłem, więc długo nie trzeba było czekać, a dopadła mnie kolka. No tak, brak rozgrzewki, tak to się musiało skończyć.
No ale jakoś jest. Pierwszy nasz zaliczony punkt PK 11. No nic, łyk picia i jedziemy dalej fajnymi wąskimi drogami. Kolejny po drodze, to PK 10. Jakoś się jechało. Upajałem się częściowo widokami, choć podjazdy były ciężkie.

Jeden z wielu podjazdów, tu na szczęście jadę.© fot. Zenek
Tak jak pisałem, nie zajmowałem się nawigacją, która podobno w wersji Orienteering Maraton miała być wymagająca. My jakoś nie mieliśmy problemów. Nawet kolejny PK12, zlokalizowany w środku lasu, nie przysporzył nam kłopotów. Choć i tak podobno nie tak go zaczęliśmy „brać”. Ale nie było specjalnego błądzenia i szukania. Czego niestety nie uniknęło kilka ekip, między innymi naszą drugą grupę, która to straciła tam ponad godziną.
Kolejnym przystankiem miała był Bacówka na Jamnej. Tu trafiliśmy na przepiękną szutrówkę, po której z przyjemnością sobie jechałem i nawet fajnie mi się tam jechało. Myślałem sobie jednak, że jak Bacówka, to pewnie gdzie na górce. I się nie myliłem. Ale o dziwo, prawie cały podjazd zaliczyłem bez schodzenia. Co prawda u podnóża powiedziałem Zenkowi, aby pojechał na górę, zjadł sobie zachwalane przez organizatora pierogi, a ja wówczas dojadę. No ale jechaliśmy w miarę razem.
Pierogów nie było, tylko baton i nieco Isostara. Ja już nawet nie kontrolowałem wówczas miejsca gdzie jesteśmy, trasy jaką pokonaliśmy czy gdzie mamy jechać. Zenek mówił, jedziemy, to jechałem, a w zasadzie starałem się jechać ile było sił. Nawet nie specjalnie patrzyłem na licznik, bowiem jak minęliśmy pierwsze punkty, a ja widzę, że dopiero jest 23 km przejechane, a do zapowiadanych 100 km jeszcze tyle trasy, to od razu odechciewało się wszystkiego. Przecież już nie miałem siły. Ale za bardzo nie wiedziałem na co mam ustawić licznik, dystans odpadał, czas odpadał, bo znów sobie liczyłem, że jeszcze 4 godziny jazdy. W końcu zostało na godzinie, ponieważ później czas zaczął odgrywać ważną rolę.
Na takich dywagacjach i pokonywaniu własnej słabości na podjazdach, pokonaliśmy punkty PK6 (róg pola), PK13 (róg polany) oraz PK15 (wiata). Teraz z perspektywy czasu, to nawet nie potrafię dokładnie skojarzyć i trasy i nawet niektórych punktów. Zajmowałem się bowiem głównie walką z samym sobą. Szczególnie na tych właśnie punktach byłem pełen zachwytu nad swoim partnerem, bowiem jakoś zawsze wiedział, o który róg pola lub polany chodziło. Nawet skrót na 13 pod górę między drzewami jakoś nie wzbudził u niego zbytniego przerażenia, w przeciwieństwie do mnie, który chyba nigdy by nie znalazł tego punktu.
Po PK15 przyszła pora na PK14. Jak się później okazało punkt ten był dla nas kluczowy, a szczególnie dla mnie, od którego to się sporo zmieniło. Sama końcówka wiodła przez strony zjazd w lesie. Po tygodniowych wcześniejszych opadach deszczu, w lasach było bardzo mokro i sporo błota. Niestety, brak może i inwestycji w nowe ogumienie, spowodowało upadek na błotnistej drodze. No nic, mówię jedziemy dalej. Bo to pierwszy raz się wywaliłem. Jednak ta wywrotka spowodowała, że zostałem nieco z tyłu za Zenkiem. Chciałem szybko doskoczyć i kiedy już mi się to pawie udało, spojrzałem jeszcze w którą on stronę jedzie, a w tym momencie nie zauważyłem, że wpadłem ponownie w koleinę. I wywrotka gotowa. Znowu myślę. No nic, ale podnosząc się coś mnie zabolało w kolanie. Pech chciał, że uderzyłem kolanem w jedyny kamień, który tam leżał. To trzeba mieć pecha. No nic, zacisnąłem zęby z bólu i pognałem za kolegą. Kiedy dojechaliśmy do PK14, podwinąłem getry i zobaczyłem, że leci krew z kolana. Skóra jakaś wisi sobie luzem, widać na getrach, że krwi już nieco wyleciało. Czarne myśli przeleciały mi po plecach: „czyżby trzeba było kończyć na dziś imprezę”.
Jednak powiedziałem sobie, że jedziemy ile dam radę. Co prawda mieliśmy już zaliczone na tyle punktów, aby być sklasyfikowanym, no ale nie o to przecież chodziło. Ten punkt to chyba faktycznie jaki Diabeł pilnował, ponieważ usytuowane było w miejscu o wdzięcznej nazwie „Diable boisko”.
W dalszej części, to już sam nawet nie wiem, jak ten dystans mijał i jak jechaliśmy. Nawet nie kojarzę dokładnie kolejny punktów zaliczeniowych. Kolano bolało, nogi bolały i ogólnie byłem zmęczony. Jednak o dziwo zaliczyliśmy po kolei jeszcze PK: 5, 4 i 3. Na tym ostatnim Zenek uznał, że odpuszczamy sobie 2 i niestety 1. Z moją nogą na 2 nie dalibyśmy rady, szkoda czasu, no a do jedynie jest za daleko.
Z PK3 fajnym zjazdem dojechaliśmy do początku podjazdu na PK8. Niestety, tu musiałem już prowadzić rower, ponieważ kolano już mocno dawało znać o sobie. Udało się zdobyć ten punkt, który miał być ostatnim. Jednak jeszcze pokusiliśmy się o zaliczenie jeszcze jednego punktu PK9, z niby przed ostatnim podjazdem. Niestety tych podjazdów w lesie było nieco więcej, niby krótkie, ale te terenowe znacznie są trudniejsze. Jednak udało się.
W tym momencie zacząłem dość często spoglądać na czas, nie chciałem bowiem, abyśmy mieli spóźnienie i dodatkowe kary. Na szczęście z PK9 prowadził już szybki zjazd do samej bazy. Wpadliśmy na metę na kilka minut przed zamknięciem. Padłem na ławce skonany.

Wpadamy na metę pierwszego dnia.© fot. Compass
Nawet za bardzo nie chciało mi się nic robić, ani przebierać, ani myć roweru. Długo jednak nie trzeba było czekać, ponieważ zmarzłem i nawet trzepały mną dreszcze. Więc przebrałem się, zjadłem obiadek, a w zasadzie wmusiłem w siebie i pobiegłem do kolejny z myciem roweru.
Czekałem już tylko na odpoczynek. Myślę, że zasłużony. Kolano bolało, a ja byłem myślami już przy następnym dniu, który wcale nie wydawał się lżejszy.

Jezioro Rożnowskie.© Robert

Parking rowerowy w pokoju.© Robert
Wieczorkiem było ognisko, czym podobno organizator zaskoczył, ponieważ była darmowa kiełbaska oraz piwo. Fajnie było tak sobie postać w cieple, bowiem w pokojach było zimniej. Nawet niektórzy mieli pomysły, aby zostać przy ognisku całą noc, bo było cieplej. A ja rozpamiętywałem miniony dzień i zastanawiałem się, jak to jutro podołam nowemu wyzwaniu.
Relacja z dnia drugiego.






