o mnie

  • '07 r. (BS) - 16550.77 km
  • off-road - 3682.30 km 22.25%
  • czas jazdy - 40d 18h 23m
  • avg. - 16.92 km/h
  • od'94-09.14 - 30.120 km
  • moje pełne statystyki

  • Rowerowe Kielce



  • baton rowerowy bikestats.pl


    Moje skromne rekordy (max):
    rocznie - 3.601 km ('12)
    miesięcznie - 558 km (VIII'12)
    dziennie - 161 km ('01)
    Vmax. - 71 km/h ('07)

    wykresy roczne

    Wykres roczny blog rowerowy Robert.bikestats.pl

    linki

    szukaj


    Witam wszystkich free counters Zapraszam ponownie.

    Pogoda w Kielcach

    Odyseja Rożnowska '10 - dzień 2

    Niedziela, 3 października 2010 | dodano:07.10.2010Kategoria Pełnia szczęścia, Inne miejscówki, Zawody
    Dst.:66.26Off-road:5.00 Czas:04:51Avg:13.66
    Vmax:62.00Temp.:19.0 HRmax:172( 90%)HRavg136( 71%)
    Cal: 2879kcalALT:1472mBike:GT

    Relacja z dnia pierwszego.

    Dzień drugi zapowiadał się równie ciekawy, co pierwszy. Moje pierwsze boje za mną. Byłem jednak pełen obaw związanych z moim bolącym kolanem. Pocieszeniem mogło być to, że noga nie spuchła i dało się zginać, czego się obawiałem.

    Ranek był spokojny, a dzień zapowiadał się ładny.

    Poranek nad Jeziorem Rożnowskim. © Robert

    Pobudka na spokojnie, wcześniej, aby nie na wariata. W pierwszej kolejności poszedłem na „zwiady”, czy śniadanie już rozdają. Po śniadaniu zastanawiałem się, jak to będzie, jak wytrzymam i jak poradzę sobie w tym dniu. Po odpoczynku i spokojnej nocy, kolano jakoś mniej bolało. Czyżby dobry prognostyk? Zobaczymy, wszystko „wyjdzie w praniu”.

    Tym razem obiecałem sobie spokojny start, aby uniknąć sytuacji z dnia poprzedniego, kiedy to za ostro zacząłem i na pierwszym podjeździe mnie przytkało. Przygotowania takie same, co dzień wcześniej. Batony, picie, ciuchy. Trzeba było zmienić część ciuchów, ponieważ niestety te z pierwszego dnia nie wyschły. Trudno się dziwić, jak z pokoju było 13 st.C.

    W końcu ruszyliśmy. Ponieważ kolejność zaliczania punktów była tym razem obowiązkowa, więc po starcie wszyscy pojechali w tą samą stronę. Jadę sobie spokojnie, staram się pokazać Zenkowi, że mi zależy na dobrym występie i nawet nieco prowadzę naszą grupę. Nawet mijamy kilku rowerzystów. Jednak w pewnej chwili Zenek pognał za fajną … pupą. Pojechała jakaś „laska”, no ale mnie to nie dziwi, ponieważ Zenek szuka dziewczyny, ale tylko do MIX-tów na zawodach. Uważa, że najwięcej zdziałał by w tej kategorii. Tak na dobrą sprawę, to po doświadczeniu ze mną, to wcale mu się nie dziwię. Dlatego też później starałem się go dogonić, jednak kilka mocniejszym depnięć na pedał spowodowało, że dość szybko zacząłem odczuwać kolano.

    Więc cóż, musiałem odpuścić, bo zaraz tu się zatrzymam, a później na tablicy będzie widniał napis przy naszej ekipie – NKL. Zauważył to Zenek i odpuścił również i on tej dziewczynie. Nie wiem czy coś ugadał z nią, czy zdążył. Ale później męczyliśmy się razem. On ze mną, a ja z samym sobą.

    I podobnie jak dnia wczorajszego, zbytnio nie zwracałem uwagi na zaliczanie kolejny punktów. Nawet widoki już mnie tak nie interesowały, a tym razem pogoda dopisała i było później śliczne słoneczko, ale jednak nie było czasu na sesje zdjęciowe. Jedynie Zenek miał czas, kiedy to czekał na mnie, aż łaskawie podjadę lub podejdę do kolejną górkę, czego efekty poniżej.

    Znowu męki na kolejnym podjeździe. © fot. Zenek
    Widoki na góry. © fot. Zenek

    Tak więc zaliczaliśmy kolejne PK. Szło nam to opornie. Niestety, dawały się u mnie we znaki brak treningu i przygotowania do długotrwałego wysiłku. Do tej pory bowiem jeszcze nigdy nie startowałem dzień po dniu. Jeszcze nigdy wcześniej nie zrobiłem na maratonie w ciągu jednego dnia prawie 85 km i to po górach.

    Niestety, nawet świetne decyzje Zenka i mądra strategia pokonywania poszczególnych odcinków, nie przyczyniała się do poprawy naszej sytuacji. Wiadomo było, że w dniu dzisiejszym będzie słabiej i spadniemy w końcowej klasyfikacji. Mnie wówczas zależało tylko na tym, aby nie zawieźć kolegi i aby ukończyć tą imprezę i być sklasyfikowanym. Dlatego też zaciskałem zęby, ponieważ przed dojazdem do PK5 zacząłem odczuwać ból już całego kolana, a nie tak jak wcześniej samego tylko stłuczenia. Zmartwiłem się tym, ponieważ nie wiedziałem, czy to efekt uderzenia boli, czy na skutek przeciążeń i ogólnego zmęczenia. Ale cóż, włożyłem w to cało moje zamiłowanie do rowerów i ostatnie półtorej godziny kręciłem praktycznie jedną nogą.

    Po 5 Zenek uznał, że ja mam dość i że jestem już ujechany na maksa. Nie przeczyłem, ale nie miałem odwagi mu powiedzieć, że jedźmy już do domu. Jednak Zenek do dobry kumpel i chyba to wyczytał w moich oczach, bo powiedział, że odpuszczamy sobie PK: 6, 7, 8, a od razu jedziemy na PK9, a po drodze jest PK10. W ten sposób będziemy mieć zaliczonych 7 punktów na 10. Szkoda co prawda tych omijanych, bo czas był, ale zdrowie jest najważniejsze.

    Powrót do „domu” niezwykle jakoś mi się dłużył. Wydawało mi się, że cały czas jest pod górkę. Jednak starałem się podjeżdżać ile się da i ile noga da radę. Choć momentami jechałem wolniej, niż Zenek, który obok mnie szedł i nawet mnie wyprzedzał. Ale cóż: „ja to jak idę, to odpoczywam”. Widać doświadczenie w rajdach przygodowych, w setkach kilometrach pokonanych pieszo. Na dodatek jeszcze i napęd nie działał już perfekcyjnie.

    Po minięciu PK9 mieliśmy jeszcze sporo czasu zapasu, a dystans prawie z górki. Więc był czas na zdjęcia. Piękne tereny i na pewno godne ponownego odwiedzenia. Może jeszcze kiedyś zrobimy sobie ponowny wypad, aby tym razem zaliczyć wszystkie PK.

    Z widokiem na Jezioro Rożnowksie. © Robert

    Los sprawił, że na ostatnim PK10, spotkaliśmy się z naszą drugą drużyną. Ambicja podziałała i zaczęliśmy się ścigać na ostatnich kilometrach. Zenek: „jedziemy na skróty”. Ja: „jakie skróty?” Ale nie było czasu na wyjaśnienia. Jakoś „na sagę” przez łąkę położoną na zboczu. Jednak szybkość, brak odpowiedniego ogumienia, oraz zapewne już zmęczenie spowodowało, że ponownie zaliczyłem upadek. Jednak tym razem nie groźny. Jedynie co, to było przygotowanie do jazdy zimowej, bowiem przejechałem się po tym zboczu na tej mokrej trawie może z 10 m.

    Z mokrymi majtkami ruszyliśmy ostro w dół. Prędkości niesamowite. Ręce bolą od zaciskania klamek. Myślę już, e wewnętrzne zwycięstwo mamy w kieszeni. Jednak na ostatnich kilometrach wyprzedza mnie jeden zawodnik z naszej drugiej ekipy. Ponieważ było to na podjeździe, więc nie miałem siły go gonić. Zaraz za mną drugi mnie mija. Kurcze myślę. Nie ładnie. Nie zważając na ból kolana i korzystając ze zjazdu i mojej dobrej w tym umiejętności, rozpocząłem długi sprint. Jednak niestety, noga nie wytrzymała i kilkanaście sekund straciłem na mecie.

    Jeszcze bardziej zmęczony padłem ponownie na ławkę. Odpoczynek. Koniec mordęgi, koniec przygody.

    Dwie <<Motyle nogi>> na mecie Odysei. © Robert

    Jak się później okazało, to faktycznie sporo straciliśmy na tym drugim dniu. Spadliśmy w sumie z 13 miejsca na 18. Szkoda tych kilku nie zaliczonych punktów i kar nałożonych. Jednak trudno się mówi.

    Osobiście jestem zadowolony ze swojego startu. Jak na debiut, to uważam, że dobrze się spisałem. Mogłem przecież nie ukończyć. Szkoda tego kolana, bo może nie stracilibyśmy pozycji z pierwszego dnia.

    Jedynie szkoda mi mojego partnera. On jest wyrozumiały, ale wiem, że oczekiwał więcej po naszym starcie. Choć ja nie dawałem mu nadziei. Bowiem wspólnie jeździliśmy przed imprezą i na podjazdach również się męczyłem.

    W start w Odysei włożyłem sporo sił, włożyłem całe swoje serce jakie mam do rowerów i całe moje zamiłowanie. Pomimo jednak tego, pomimo zamiłowania do podjazdów, nie byłem w stanie osiągnąć czegoś więcej. Jeszcze nigdy nie zrobiłem w ciągu 2 dni 150 km. Jeszcze nigdy nie startowałem dwa dni z rzędu. No i dawno nie jeździłem po takich górach.

    Chciałbym podziękować swojemu partnerowi za udział, za świetną nawigację, a przede wszystkim za wyrozumiałość na trasie. Należą mu się również i przeprosiny na mój słaby udział. Jednak pozostał pewien niedosyt, bo można było więcej zrobić. Ale i pozostały też postanowienia, choćby solidnego przygotowania czy zakupu nowego sprzętu. Bowiem niestety: „liczy się łydka”, ale i sprzęt dużo pomaga.

    Na zakończenie, jestem bardzo zadowolony w imprezy. Chciałbym jeszcze ponownie zmierzyć się ze sobą, z trasą na kolejnych edycjach. Ale jak to będzie, zobaczymy.
    Powrót do domu. © Robert

    Tutaj znajdziecie mapę pierwszego dnia, a tu mapę z drugiego dnia.
    A tu dla zainteresowanych nieco więcej zdjęć na stronie organizatora oraz więcej moich.

    Podsumowanie z dwóch dni: 150,69 km, 11h:57"; przewyższenie 3534 m; 7939 kcal.

    komentarze
    Dzięki za dobre słowa. No cóż, faktycznie, pech sprawił, że nie dane było nam cieszyć się z lepszego miejsca. Ale być może w przyszłym roku, będziemy ponownie walczyć i starać się poprawić wynik tegoroczny.
    Htusnio - jeśli planujesz z start, to znajdź sobie kogoś, kto jest dobrym nawigatorem. No, chyba że sam świetnie sobie z tym radzisz. Nawigacja, to podstawa dobrego występu.
    Robert
    - 19:56 niedziela, 10 października 2010 | linkuj
    Super wyprawa. Nawigacja i maraton w pigułce + super widoki. Gratulacje za samozaparcie, walkę z bólem, czasem i przeciwnikami :)
    Jarson
    - 08:37 piątek, 8 października 2010 | linkuj
    Komentuj

    Imię: Zaloguj się · Zarejestruj się!

    Wpisz cztery pierwsze znaki ze słowa tegot
    Można używać znaczników: [b][/b] i [url=][/url]



    kategorie

    mój "sprzęt"

    GT 24679 km
  • od '99-09.14 - 24.663 km
  • znajomi

    wszyscy znajomi(9)

    Wyniki mojego syna: button stats bikestats.pl

    archiwum