Prześladowanie
Środa, 11 maja 2011 | dodano:12.05.2011Kategoria Pełnia szczęścia, W blasku księżyca
| Dst.: | 56.13 | Off-road: | 0.00 | Czas: | 02:36 | Avg: | 21.59 |
| Vmax: | 46.00 | Temp.: | 9.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 336m | Bike: | GT | ||
Dziwny jest ten świat i to życie. Wśród licznych radości życia, są i te smutne. Szczególnie śmierć kogoś może dotkliwie człowieka poruszyć, a jeszcze jak to jest osoba bliska, to już całkiem odechciewa się wszystkiego.
Piszę o tym, może dziwne, że w tym miejscu, ale częściowo wiążą się z kolarstwem, z rowerami. Maj, piękny okres, wiosna w pełni, żyć się chce. Ale mnie jakoś brakuje ostatnio entuzjazmu. Po pierwsze śmierć Weylandta na Giro. To chyba niejako na "otrzeźwienie" dla sądzę wielu, którzy zasuwają z góry, jakby nie mieli hamulców. W takich chwilach sam się zawsze zastanawiam, jak to i z moją jazdą jest i jak to niewiele potrzeba, aby pożegnać się z tym światem. Kto przypuszczał, że niby nie trudny zjazd okazał się tym ostatnim dla tego kolarza. A może jest tak, jak powiedział Piotr Wadecki, że przy niby łatwych zjazdach kolarz nie koncentruje się tak mocno. A o głupi błąd nie trudno.
Zastanawiające są również słowa Sylwestra Szmyda, który stwierdził, że w pogoni za popularnością, a co za tym idzie, za większą oglądalnością imprezy, wymyślane są coraz to nowe trudności. A to jazda po szutrach, a to karkołomne zjazdy bez żadnych zabezpieczeń. "Traktowani jesteśmy jak mięso, aby tylko dojechało do mety". Coś w tym jest. Bo choćby wczorajszy zjazd po szutrach, czy był taki atrakcyjny. Owszem, może dla mnie, gdybym jechał tam swoim góralem.
Dzisiejsze wyjście potrzebne mi było psychicznie. Bowiem w dniu dzisiejszym mija dokładnie 3 rocznica śmierci mojego ojca, który też odszedł nagle. Nadal jest mi ciężko, nadal nie mogę sobie z tym poradzić i pogodzić, nadal momentami jestem w dołku psychicznym. Jednak takie życie i nic na to się nie poradzi. Choć do dziś pamiętam, jak tata uczył mnie jeździć na rowerze, kiedy to się stało i i jakich
okolicznościach. Pech chciał, że dokładnie tego samego dnia tym razem ja uczyłem swojego syna jazdy na rowerze bez kółek bocznych, bo chcieliśmy się razem pochwalić przed dziadkiem. Nie zdążyliśmy.
Śmierć mnie ostatnio prześladuje.
A dziś wieczorkiem pojechaliśmy z kolegą taką trasą, którą dawno nie jechałem: Suków, Borków, Daleszyce. Jechało się fajnie, ale kurcze zimno jeszcze w nocy. Miejcami to taki ziąb się czuło mocno po kościach. Ale nawet całkiem dobrze mi się kręciło. Może dlatego, że nie było większego podjazdu. Jedynie co, to po ok. 2h już mnie tyłek bolał. Jednak nie przyzwyczajony jestem jeszcze do
dłuższego przesiadywania na siodełku.
Tak więc psychicznie było super. Nie tylko dlatego, że to był dla mnie ważny dzień i potrzebowałem tego, ale również dlatego, że fizycznie dobrze to zniosłem.
Piszę o tym, może dziwne, że w tym miejscu, ale częściowo wiążą się z kolarstwem, z rowerami. Maj, piękny okres, wiosna w pełni, żyć się chce. Ale mnie jakoś brakuje ostatnio entuzjazmu. Po pierwsze śmierć Weylandta na Giro. To chyba niejako na "otrzeźwienie" dla sądzę wielu, którzy zasuwają z góry, jakby nie mieli hamulców. W takich chwilach sam się zawsze zastanawiam, jak to i z moją jazdą jest i jak to niewiele potrzeba, aby pożegnać się z tym światem. Kto przypuszczał, że niby nie trudny zjazd okazał się tym ostatnim dla tego kolarza. A może jest tak, jak powiedział Piotr Wadecki, że przy niby łatwych zjazdach kolarz nie koncentruje się tak mocno. A o głupi błąd nie trudno.
Zastanawiające są również słowa Sylwestra Szmyda, który stwierdził, że w pogoni za popularnością, a co za tym idzie, za większą oglądalnością imprezy, wymyślane są coraz to nowe trudności. A to jazda po szutrach, a to karkołomne zjazdy bez żadnych zabezpieczeń. "Traktowani jesteśmy jak mięso, aby tylko dojechało do mety". Coś w tym jest. Bo choćby wczorajszy zjazd po szutrach, czy był taki atrakcyjny. Owszem, może dla mnie, gdybym jechał tam swoim góralem.
Dzisiejsze wyjście potrzebne mi było psychicznie. Bowiem w dniu dzisiejszym mija dokładnie 3 rocznica śmierci mojego ojca, który też odszedł nagle. Nadal jest mi ciężko, nadal nie mogę sobie z tym poradzić i pogodzić, nadal momentami jestem w dołku psychicznym. Jednak takie życie i nic na to się nie poradzi. Choć do dziś pamiętam, jak tata uczył mnie jeździć na rowerze, kiedy to się stało i i jakich
okolicznościach. Pech chciał, że dokładnie tego samego dnia tym razem ja uczyłem swojego syna jazdy na rowerze bez kółek bocznych, bo chcieliśmy się razem pochwalić przed dziadkiem. Nie zdążyliśmy.
Śmierć mnie ostatnio prześladuje.
A dziś wieczorkiem pojechaliśmy z kolegą taką trasą, którą dawno nie jechałem: Suków, Borków, Daleszyce. Jechało się fajnie, ale kurcze zimno jeszcze w nocy. Miejcami to taki ziąb się czuło mocno po kościach. Ale nawet całkiem dobrze mi się kręciło. Może dlatego, że nie było większego podjazdu. Jedynie co, to po ok. 2h już mnie tyłek bolał. Jednak nie przyzwyczajony jestem jeszcze do
dłuższego przesiadywania na siodełku.
Tak więc psychicznie było super. Nie tylko dlatego, że to był dla mnie ważny dzień i potrzebowałem tego, ale również dlatego, że fizycznie dobrze to zniosłem.






