o mnie

  • '07 r. (BS) - 16550.77 km
  • off-road - 3682.30 km 22.25%
  • czas jazdy - 40d 18h 23m
  • avg. - 16.92 km/h
  • od'94-09.14 - 30.120 km
  • moje pełne statystyki

  • Rowerowe Kielce



  • baton rowerowy bikestats.pl


    Moje skromne rekordy (max):
    rocznie - 3.601 km ('12)
    miesięcznie - 558 km (VIII'12)
    dziennie - 161 km ('01)
    Vmax. - 71 km/h ('07)

    wykresy roczne

    Wykres roczny blog rowerowy Robert.bikestats.pl

    linki

    szukaj


    Witam wszystkich free counters Zapraszam ponownie.

    Pogoda w Kielcach

    Odyseja Ponidziańska'11 - dzień 2

    Niedziela, 2 października 2011 | dodano:05.10.2011Kategoria Zawody, Pełnia szczęścia, Inne miejscówki
    Dst.:96.82Off-road:35.00 Czas:05:40Avg:17.09
    Vmax:54.00Temp.:21.0 HRmax:170( 89%)HRavg142( 74%)
    Cal: 3403kcalALT:698mBike:GT

    Drugi dzień zmagań. Co przyniesie? Czy dam radę? Czy uda się ukończyć i zaliczyć wszystkie punkty? Czy uda się w końcu obronić zajmowane 10 miejsce po pierwszym etapie? Wątpliwości masa. Mobilizowałem się, jak mogłem. Trzy zdrowaśki, buzi od żony, buziaki dla synów i w drogę.
    Mimo zmęczenia spałem niespokojnie. Obudziłem się wcześnie, co w sumie dobrze wyszło. Miałem czas na nasmarowanie łańcucha po wczorajszych piachach i pyłach. Jeśli już wspomniałem o podłożu, po którym wczoraj jeździliśmy, to coś dziwnego to było, bowiem nie piasek, a jakiś pył. Rower się nie zapadał i można było po tym jechać. Ale kurzyło się strasznie. Musiałem w pewnym momencie nieco zwiększyć dystans do Zenka, ponieważ nie wiedziałem, gdzie jadę.
    Dzień drugi zmagań oczywiście pełen niepokoju. Wiedziałem, że ciężko będzie pokonać te 80 km, które organizatorzy zapowiadali w oficjalnych komunikatach. Jak tylko usłyszałem, że jest do pokonania 90 km, to zesztywniałem z wrażenia. Jak ja, po wczorajszych prawie 115 km., dziś dam radę przejechać ponownie prawie taką samą odległość. Wiedziałem bowiem, że nie byłem przygotowany na długodystansowe przebiegi.
    Nie przyznawałem się również nikomu, ale obawiałem się o kolano, które to stłukłem sobie podczas zeszłorocznej odysei. A momentami boli do tej pory. Ale nic, trzeba jechać i stanąć na starcie drugiego etapu.
    Ponieważ wczoraj „widziałem ciemność”, postanowiłem więc jechać bez okularów, co jak się miejscami okazało, że nie było to dobrym pomysłem. Prawda jest taka, że przed startem musiałem jeszcze wrócić do samochodu i wówczas musiałem schować okulary do plecaka i o nich zapomniałem.
    Tym razem kolejność zaliczania punktów była obowiązkowa, więc rozdawanie map było jakieś 4 min. przed startem. Ja sobie zobaczyłem tylko, gdzie my to mamy jechać i jak zwykle schowałem mapkę do plecaka. Przecież nie będę się wygłupiał i wymyślał jakiś rozwiązań, bo wiem, że Zenek jest świetnym nawigatorem.
    "Start" - słyszymy nagle. Więc prawie na końcu pomknęliśmy na trasę. Kolejność obowiązkowa, ale i tak na pierwszym skrzyżowaniu peleton podzielił się na dwie grupki. Każdy myślał, że ma najlepszą wersję trasy.
    Start do drugiego etapu. © Toma szek

    My dobrze wystartowaliśmy. Mnie jakoś również dobrze się jechało. Już na samym pierwszym podjeździe rozłączyliśmy się z Pawłem, którego później zobaczyliśmy jeszcze mijając się na trasie kilka razy.
    Pierwszy punkt i … wszyscy go szukają: „to nie ta przecinka”. Zenek jakoś nie miał z tym problemów. Wiedział, że trzeba nieco dalej pojechać, a ja zanim. Później kolejne punkty. Ja już nie jechałem tak żwawo jak dnia pierwszego. Niestety już czułem ponownie nogi, ale co innego jednak było do samego końca największym problemem – bolący tyłek. Już mniej więcej od ok. 35 km. zacząłem dość mocno odczuwać skutki długiego siedzenia i podskakiwania na siodełku. Jednak mój tyłek nie był przygotowany na takie katorgi. Ale trudno, przecież to głupia wymówka wycofać się z powodu tyłka.
    Przepiękne drogi Ponidzia. © Zenek

    Poza tym właśnie drugiego dnia odzywało się bolące kolano, co uniemożliwiało mi mocne naciskanie na pedał. A niestety, tym razem więcej było dość piaszczystych leśnych i polnych dróg, gdzie, aby się nie zakopać trzeba było mocniej kręcić. Na dodatek mój ciężki rower tylko potęgował skalę problemu.
    W tym wszystkim całe szczęście, że Szefu jest wyrozumiały i nie napier…. za lenistwo, czy inne takie. Owszem poganiał, ale tak raczej motywacyjnie. Ja wiem, że „du… się nie kręci”, ale jednak to duży dyskomfort w jeździe i to nie daje już takiej satysfakcji. Co chwila, co kolejny PK, pytałem jeszcze, to ile do końca. I tak odliczałem, jeszcze cztery, trzy, o jak dobrze, że tylko dwa punkty. Martwił mnie jednak ten ostatni, bowiem wiedziałem, że będzie trudny z długim podjazdem.
    Dobra mina do złej gry. © Zenek

    Wjechałem na ten cholerny PK12, nie kryjąc zadowolenia z samego faktu zbliżającej się mety. W sumie sam podjazd bardzo fajny i praktycznie w całości do wjechania. Dopiero teraz w pełni doceniłem zalety nowo założonej, większej kasety. Wiedziałem, że teraz to tylko zjazd do samej mety. Kiedy faktycznie zjechaliśmy trudnym technicznie zjazdem, to zdziwiłem się, że nie jesteśmy jeszcze w centrum Pińczowa. Kurde, gdzie ta meta, gdzie to miasto. Jednak i to wkrótce nastąpiło. Wpadliśmy na uprawnioną metę. Mogłem w końcu zsiąść z siodełka. Uf, jaka ulga.
    Na mecie z dyplomem. © Robert

    Powrót do domu. © Zenek

    PODSUMOWANIE.
    Impreza udana i jak zwykle bardzo fajna. Szczerze mówiąc, jestem zadowolony z udziału. Co prawda, ciężki był on dla mnie, ale udało się zrealizować moje założenia. Całą imprezę ukończyliśmy na 9 miejscu, więc udało się jeszcze poprawić jedną lokatę w stosunku do pierwszego dnia. Poprawiliśmy też i wynik z zeszłego roku, jak i byliśmy w pierwszej dziesiątce. Jak się później okazało, to kluczem do sukcesu była dobra nawigacja, ponieważ pod sam koniec uciekaliśmy grupie kilku ekip, które to po jakimś czasie po nas, wpadły razem na metę.
    Wiem, że gdyby moje przygotowanie było lepsze, to można było jeszcze urwać jakieś 2 miejsca. Ale, sam udział zaliczam do udanych. Wiem, co należy zmienić do następnego razu. Jeśli będzie mi dane uczestniczyć w kolejnej imprezie, to w pierwszej kolejności muszę wymienić sprzęt i ewentualnie wygodne siodełko. Choćby kanapa.
    Jednocześnie chciałem podziękować kolegom z ekipy: Pawłowi, a szczególnie Zenkowi, bo bez niego nie byłoby mnie tam i nie przeżyłbym ciekawej przygody. Dziękuję za jego przewodnictwo, wspaniałą nawigację, dzięki której udało się osiągnąć dobry wynik. Dzięki jednak szczególne za wyrozumiałość.
    A tak wygląda strup, jaki mam teraz na tyłku.
    Strup na tyłku. © Robert

    A tu relacja z pierwszego dnia.

    komentarze
    Tego ropiejącego strupa to mogłeś sobie darować :-) Anonimowy tchórz - 08:09 niedziela, 9 października 2011 | linkuj
    Przecież nie mogłem wstawić swojego zgrabnego tyłeczka. Dlatego zbliżenie. Nie wszystkim może się to spodobać. Musi wystarczyć, że to jest z mojego siedzenia.
    Robert
    - 10:03 czwartek, 6 października 2011 | linkuj
    Nie no z tym zdjęciem strupa to przesadziłeś... Bazyl - 17:28 środa, 5 października 2011 | linkuj
    Komentuj

    Imię: Zaloguj się · Zarejestruj się!

    Wpisz cztery pierwsze znaki ze słowa oryna
    Można używać znaczników: [b][/b] i [url=][/url]



    kategorie

    mój "sprzęt"

    GT 24679 km
  • od '99-09.14 - 24.663 km
  • znajomi

    wszyscy znajomi(9)

    Wyniki mojego syna: button stats bikestats.pl

    archiwum