o mnie

  • '07 r. (BS) - 16550.77 km
  • off-road - 3682.30 km 22.25%
  • czas jazdy - 40d 18h 23m
  • avg. - 16.92 km/h
  • od'94-09.14 - 30.120 km
  • moje pełne statystyki

  • Rowerowe Kielce



  • baton rowerowy bikestats.pl


    Moje skromne rekordy (max):
    rocznie - 3.601 km ('12)
    miesięcznie - 558 km (VIII'12)
    dziennie - 161 km ('01)
    Vmax. - 71 km/h ('07)

    wykresy roczne

    Wykres roczny blog rowerowy Robert.bikestats.pl

    linki

    szukaj


    Witam wszystkich free counters Zapraszam ponownie.

    Pogoda w Kielcach

    Pierwsze koty za płoty

    Niedziela, 8 lipca 2012 | dodano:27.07.2012Kategoria Inne miejscówki, Mazury 2012, Średnia przyjemność
    Dst.:45.27Off-road:6.30 Czas:02:29Avg:18.23
    Vmax:28.00Temp.:32.0 HRmax:(%)HRavg(%)
    Cal:kcalALT:142mBike:GT

    MAZURY 2012

    Nareszcie! Doczekałem się wyjazdu rowerowego, o którym dawno już marzyłem. Mój syn na tyle dorósł, że mogłem zaplanować wspólną tygodniową wyprawę na Mazury.

    Etap 1: Mikołajki - Pisz

    Sam przyjazd dnia wczorajszego jakoś nie był problematyczny. Nawet przez Warszawkę jakoś sprawnie przejechaliśmy, może głównie dlatego, że byliśmy tam poranną porą, więc i mniejszy ruch. Później to już zacząłem się przyzwyczajać do innego systemu nawigacji w postaci mapy, co przez najbliższy tydzień będzie należało do stałych moich obowiązków. Nawet bez pudła trafiliśmy na kemping, jak to później mój syn go określił - prawdziwy. A prawdziwy dlatego, że było sporo kamperów (choć syn był do tej pory po raz pierwszy na kempingu i pierwszy raz czekały go noce w namiocie).

    Kiedy to już doszliśmy do porozumienia co do kwestii lokalizacji rozbicia namiotu, nastała pora, aby coś zjeść i jednocześnie poszukać na tydzień parkingu dla naszego samochodu. Niestety na kempingu nie praktykują takich rozwiązań.

    Upał niesamowity, w słońcu ciężko było wystać, ale gdzieś w oddali słychać było pomruki zbliżającej się burzy. Tego się najbardziej obawiałem, bowiem moje doświadczenie w rozbijaniu namiotu uznam za dość marne, a szczególnie, jak to jeszcze namiot jest całkiem nie znany.

    Kiedy udało się już wszystko załatwić, na kemping wracaliśmy już w kroplach pierwszego deszczu, który jednak nie zapowiadał późniejszej nawałnicy. Jednak korzystając z okazji pobytu w Mikołajkach nie sposób było nie odwiedzić tutejszego kompleksu hotelowego z główną atrakcją licznych basenów. Przedsiębiorstwo niesamowite. Sporo ludzi się przewija, ale i sporo możliwości wypoczynku, pływania, szaleństw.

    Pierwsza noc i od razu pierwsze testy z rozbijania namiotu. Długo nie mogliśmy usnąć. Syn, śpiąc po raz pierwszy w namiocie, był mocno wystraszony. Wtulił się w śpiwór i jakoś, pewnie ze zmęczenia, usnął. Ja natomiast długo liczyłem … kolejne grzmoty i obserwowałem, czy namiot nam nie odfruwa. W końcu i ja padłem.

    Mimo częściowo nie przespanej nocy i tych ekscesach, w niedzielny poranek wstałem dość wcześnie. Jakoś nigdy długo nie lubiłem spać. Pamiętam, że podczas swojej pierwszej wyprawy w Danii również byłem takim budzikiem dla całej ekipy. Jednak dzięki temu mogłem nas spakować, przygotować sprzęt do wyjazdu, czy zrobić śniadanko. Dziwne, jak się później okazało, pierwszego dnia “zebraliśmy” się najwcześniej do wyjazdu.

    Zaczynała się tym samym prawdziwa część naszej wyprawy, a więc jazda na rowerze z bagażami w zupełnie innej części Polski. Dziecko miało oczywiście zdecydowanie mniejszy ekwipunek, który składał się z materaca, karimaty i naszych śpiworów. Nie chciałem, aby tak zupełnie jechał “na luzaka”. W końcu to wyprawa, a nie niedzielna wycieczka. Ja natomiast taszczyłem nasz cały dobytek, włącznie z namiotem. Mój bagaż nie wiem ile łącznie ważył, ale zapewne dość sporo.

    Pierwsze wrażenia - “o k...., o cholera, jak tym można jeździć”. No nic, ale komu w drogę, temu … w drogę. Pierwsze kilometry minęły spokojnie. Akurat przypadło jechać nam leśną drogą gruntową, po której jednak mój rower nie zapadał się całkiem. Ale wiadomo, że trzeba było mocno uważać, bo z sakwami, to zupełnie inna jazda.

    Po ok. 6 km takiej jazdy dojechaliśmy do przeprawy promowej, która jednak za bardzo nie cieszyła syna ze względu na jego bojaźń przed wszystkim, co pływa. Na sam prom czekaliśmy prawie godzinę, ciesząc się, że w ogóle kursował. Tablice ogłoszeniowe wskazywały, że kursuje w określone dni tygodnia, ale na szczęście w okresie wakacyjnym “kursujemy na telefon”.

    Po przeprawie promowej kolejne kilometry upłynęły spokojnie, choć po kiepskiej nawierzchni. Mniej więcej w połowie, nieco już zmęczeni i głodni, w miejscowości Wejsuny, postanowiliśmy się nieco posilić, po czym ruszyliśmy dalej do Pisza, gdzie zaplanowany był koniec pierwszego etapu. Jazda z pełnymi brzuchami z początku nie była ciekawa. W końcu po lekkich problemach nawigacyjnych udało nam się osiągnąć cel i dojechać do portu.

    Ze względu na niedzielę, wcześniej trzeba było jeszcze zadbać o zakupy kolacyjno - śniadaniowe. Późnym popołudniem syn jeszcze wykąpał się w Jeziorze Roś, nad którym to zlokalizowany jest Pisz. Burza z poprzedniej nocy dała się we znaki i szybko poszliśmy spać.

    Przygotowania do wyprawy. © Robert

    Ciemne chmury nad Mikołajkami. © Robert

    Słoneczny i ciepły poranek. © Robert

    W oczekiwaniu na prom. © Robert

    Objuczony rower. © Robert

    Jesteśmy już na promie. © Robert

    Pierwszy posiłek w trasie. © Robert

    komentarze
    Całość się pisze, sukcesywnie będę zamieszczał poszczególne etapy. Dzięki za zainteresowanie.
    Robert
    - 11:55 piątek, 27 lipca 2012 | linkuj
    Ale super wyprawka!
    Czekam na całość relacji ;-)
    Pozdrawiam!
    kosma100
    - 08:36 piątek, 27 lipca 2012 | linkuj
    Komentuj

    Imię: Zaloguj się · Zarejestruj się!

    Wpisz cztery pierwsze znaki ze słowa ntrum
    Można używać znaczników: [b][/b] i [url=][/url]



    kategorie

    mój "sprzęt"

    GT 24679 km
  • od '99-09.14 - 24.663 km
  • znajomi

    wszyscy znajomi(9)

    Wyniki mojego syna: button stats bikestats.pl

    archiwum