Odyseja Jurajska'12 - dzień 1
Sobota, 6 października 2012 | dodano:18.10.2012Kategoria Zawody, Pełnia szczęścia, Inne miejscówki
| Dst.: | 95.04 | Off-road: | 43.00 | Czas: | 06:19 | Avg: | 15.05 |
| Vmax: | 61.50 | Temp.: | 22.0 | HRmax: | 192(102%) | HRavg | 163( 86%) |
| Cal: | 4691kcal | ALT: | 1500m | Bike: | GT | ||
Nareszcie przyszedł czas na poważny start - muszę przyznać, że ten najważniejszy w sezonie. Przygotowywałem się do niego, wydaje mi się, dość solidnie. Nauczony doświadczeniem poprzednich dwóch startów, robiłem sporo, aby zniwelować wszystkie niedociągnięcia w poprzednich edycji. Nawet siodełko zmieniłem na bardziej wygodne, bo po ostatniej imprezie nabawiłem się niezłych ran.
A przede wszystkim starałem się przygotować kondycyjne. Praktycznie całe wakacje myślałem jedynie o starcie w odysei, choć nawet nie wiedziałem jeszcze, czy faktycznie wystartuję. Przed startem byłem spokojniejszy o siebie, bo czułem się dobrze. Wiedziałem, że dobrze jestem przygotowany. Tym razem nieco spokojniej podchodziłem również do samego startu, bowiem ze względu na specyficzną sytuację rodzinną mojego dotychczasowego startowego partnera, nie zdecydowaliśmy się na zgłoszenie zespołu. Myślałem, że jak nie dam rady, to jakoś sam będę dalej jechał. Nawet na to konto zakupiłem sobie taki składany mapnik. Myślałem, że jak zostanę gdzie w lesie, to może nie zabłądzę.
Prognozy pogody sobotni start zapowiadały bardzo ciekawy. Ponownie mieliśmy się ścigać z ciepełku i słoneczku. I tak też było. Co prawda z zeszłym roku było jeszcze cieplej, ale tym razem i tak było fajnie i przyjemnie.
Przed startem jak zwykle nerwowo, każdy chciał jak najszybciej dostać mapy i znaleźć dla siebie najlepszy wariant przejazdu. Ja swoją mapę również starałem się prześledzić, choć po jakimś czasie schowałem ją do plecaka. Liczyłem ponownie na świetną nawigację swojego kolegi. Mówię, że może przez pierwsze kilometry jakoś razem uda mi się utrzymać koła.
Start spokojnie, na pierwszy punkt i fantastyczny przejazd przez pole kukurydzy, gdzie na jednym zakręcie jeden ze znajomych jakoś nie wyrobił i wypadł z trasy. Jakoś dziwnie się złożyło, że pierwszy punkt ja zauważyłem. Czyżby to jakiś sygnał? - pomyślałem. No ale raczej nie "startowałem" do samodzielnej nawigacji. Tym samym punkt PK27 zaliczony. Jeszcze tylko 13.
Ruszyliśmy dalej. Na jednym z podjazdów zgubiliśmy jednego z kolegów, aby później już we dwójkę dalej się męczyć. Ja ze sobą, a mój partner ... ze mną.
Nie nawigowałem, więc i za bardzo teraz nie wiem jak jechaliśmy, ale tereny do jazdy rowerowej bardzo fajne. Podjazdy całkiem fajne, które udawało mi się w przeważającej części podjechać, czego na ostatnich dwóch edycjach ciężko mi było. Fakt, że na podjazdach nieco odstawałem, ale ciągnąłem swoim tempem. Po krótkiej chwili na szczycie dochodziłem do partnera.
Jednak mojej mocy i zapały skończyło się po jakiś 50-60 km. Zaczynałem mieć już dość. Pojawiały się już pytania, niby żartobliwie, ile jeszcze punktów, kiedy do domu. Jednak jechałem dalej. Zaliczaliśmy powoli punkty mozolnie czasami brnąc pod górę. Najbardziej byłem wkurzony na organizatorów, że punkty zlokalizowane zostały nie przy drodze, ale gdzieś trzeba było jeszcze schodzić po krzakach, czy schodzić stromym urwiskiem obok źródełka. Skoro jeździmy na rowerach, to niech to będzie dostępne niemalże z siodełka.
Teraz właśnie dokładnie doświadczyłem znanego powiedzenia: "że to łydka wygrywa". Faktycznie łydy mnie wówczas najbardziej bolały, biorąc jeszcze pod uwagę, że to było mocno po półmetku.
Kiedy czas nieubłaganie zbliżał się do końca, ja coraz bardziej opadałem z sił. Już od jakiegoś czasu mówiłem: "zostaw mnie, jedź sam, bo masz szansę do dobry wynik". Ale dalej jechaliśmy razem. W końcu, kiedy zostało do zaliczenia 2 punkty, powiedziałem, że nie dam rady, że definitywnie jadę na metę. Już nie miałem sił.
Więc etap zakończyliśmy z dwoma niezaliczonymi punktami. Choć tak patrząc na mapę, to można było jeszcze "po drodze" zaliczyć jeszcze jeden. No ale, było minęło.
Sam powrót okazał się bardzo przyjemny, bowiem sporo było zjazdów. Na metę wjechaliśmy jako jedni z pierwszych. Hm, nieco mnie to zmartwiło, bo pomyślałem, że będzie kiepskie miejsce, że ... wracam do domu, albo, że jutro jadę sam. Kiedy jednak zjedliśmy i odpoczęliśmy nieco, ochota do dalszej jazdy powróciła. Ale razem z nią, powróciła obawa przed jutrzejszym dniem, który miał być sprawdzianem "dla prawdziwych mężczyzn" - jak to ujął mój partner. A to ze względu na fatalne prognozy pogody, gdzie miało być zimno i miało padać. No, ale to wszystko było przed nami.

Wracam właśnie wkurzony z zaliczenia punktu przy źródełku.

Poza tym bardzo fajne leśne dukty, jednak na wyraźniejsze zdjęcia nie było ponownie czasu.

I jedziemy "do domu".

A po dzisiejszej jeździe wyrosły mi ... rogi.

Wszystkie zdjęcia z telefonu partnera, który miał czas na podziwianie widoków.
A jakby ktoś chciał zobaczyć trasę naszego przejazdu, to poniżej zapisany ślad.
.
A przede wszystkim starałem się przygotować kondycyjne. Praktycznie całe wakacje myślałem jedynie o starcie w odysei, choć nawet nie wiedziałem jeszcze, czy faktycznie wystartuję. Przed startem byłem spokojniejszy o siebie, bo czułem się dobrze. Wiedziałem, że dobrze jestem przygotowany. Tym razem nieco spokojniej podchodziłem również do samego startu, bowiem ze względu na specyficzną sytuację rodzinną mojego dotychczasowego startowego partnera, nie zdecydowaliśmy się na zgłoszenie zespołu. Myślałem, że jak nie dam rady, to jakoś sam będę dalej jechał. Nawet na to konto zakupiłem sobie taki składany mapnik. Myślałem, że jak zostanę gdzie w lesie, to może nie zabłądzę.
Prognozy pogody sobotni start zapowiadały bardzo ciekawy. Ponownie mieliśmy się ścigać z ciepełku i słoneczku. I tak też było. Co prawda z zeszłym roku było jeszcze cieplej, ale tym razem i tak było fajnie i przyjemnie.
Przed startem jak zwykle nerwowo, każdy chciał jak najszybciej dostać mapy i znaleźć dla siebie najlepszy wariant przejazdu. Ja swoją mapę również starałem się prześledzić, choć po jakimś czasie schowałem ją do plecaka. Liczyłem ponownie na świetną nawigację swojego kolegi. Mówię, że może przez pierwsze kilometry jakoś razem uda mi się utrzymać koła.
Start spokojnie, na pierwszy punkt i fantastyczny przejazd przez pole kukurydzy, gdzie na jednym zakręcie jeden ze znajomych jakoś nie wyrobił i wypadł z trasy. Jakoś dziwnie się złożyło, że pierwszy punkt ja zauważyłem. Czyżby to jakiś sygnał? - pomyślałem. No ale raczej nie "startowałem" do samodzielnej nawigacji. Tym samym punkt PK27 zaliczony. Jeszcze tylko 13.
Ruszyliśmy dalej. Na jednym z podjazdów zgubiliśmy jednego z kolegów, aby później już we dwójkę dalej się męczyć. Ja ze sobą, a mój partner ... ze mną.
Nie nawigowałem, więc i za bardzo teraz nie wiem jak jechaliśmy, ale tereny do jazdy rowerowej bardzo fajne. Podjazdy całkiem fajne, które udawało mi się w przeważającej części podjechać, czego na ostatnich dwóch edycjach ciężko mi było. Fakt, że na podjazdach nieco odstawałem, ale ciągnąłem swoim tempem. Po krótkiej chwili na szczycie dochodziłem do partnera.
Jednak mojej mocy i zapały skończyło się po jakiś 50-60 km. Zaczynałem mieć już dość. Pojawiały się już pytania, niby żartobliwie, ile jeszcze punktów, kiedy do domu. Jednak jechałem dalej. Zaliczaliśmy powoli punkty mozolnie czasami brnąc pod górę. Najbardziej byłem wkurzony na organizatorów, że punkty zlokalizowane zostały nie przy drodze, ale gdzieś trzeba było jeszcze schodzić po krzakach, czy schodzić stromym urwiskiem obok źródełka. Skoro jeździmy na rowerach, to niech to będzie dostępne niemalże z siodełka.
Teraz właśnie dokładnie doświadczyłem znanego powiedzenia: "że to łydka wygrywa". Faktycznie łydy mnie wówczas najbardziej bolały, biorąc jeszcze pod uwagę, że to było mocno po półmetku.
Kiedy czas nieubłaganie zbliżał się do końca, ja coraz bardziej opadałem z sił. Już od jakiegoś czasu mówiłem: "zostaw mnie, jedź sam, bo masz szansę do dobry wynik". Ale dalej jechaliśmy razem. W końcu, kiedy zostało do zaliczenia 2 punkty, powiedziałem, że nie dam rady, że definitywnie jadę na metę. Już nie miałem sił.
Więc etap zakończyliśmy z dwoma niezaliczonymi punktami. Choć tak patrząc na mapę, to można było jeszcze "po drodze" zaliczyć jeszcze jeden. No ale, było minęło.
Sam powrót okazał się bardzo przyjemny, bowiem sporo było zjazdów. Na metę wjechaliśmy jako jedni z pierwszych. Hm, nieco mnie to zmartwiło, bo pomyślałem, że będzie kiepskie miejsce, że ... wracam do domu, albo, że jutro jadę sam. Kiedy jednak zjedliśmy i odpoczęliśmy nieco, ochota do dalszej jazdy powróciła. Ale razem z nią, powróciła obawa przed jutrzejszym dniem, który miał być sprawdzianem "dla prawdziwych mężczyzn" - jak to ujął mój partner. A to ze względu na fatalne prognozy pogody, gdzie miało być zimno i miało padać. No, ale to wszystko było przed nami.

Jazda w kukurzydzy.© Zenek
Wracam właśnie wkurzony z zaliczenia punktu przy źródełku.

Powrót ze źródła.© Zenek
Poza tym bardzo fajne leśne dukty, jednak na wyraźniejsze zdjęcia nie było ponownie czasu.

Leśna droga.© Zenek
I jedziemy "do domu".

Zjazdy do mety.© Robert
A po dzisiejszej jeździe wyrosły mi ... rogi.

Robert z rogami.© Zenek
Wszystkie zdjęcia z telefonu partnera, który miał czas na podziwianie widoków.
A jakby ktoś chciał zobaczyć trasę naszego przejazdu, to poniżej zapisany ślad.
.






