Wpisy archiwalne w miesiącu
Wrzesień, 2008
| Dystans całkowity: | 172.66 km (w terenie 139.72 km; 80.92%) |
| Czas w ruchu: | 12:30 |
| Średnia prędkość: | 13.81 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 47.50 km/h |
| Suma podjazdów: | 1667 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 194 (100 %) |
| Maks. tętno średnie: | 180 (92 %) |
| Liczba aktywności: | 8 |
| Średnio na aktywność: | 21.58 km i 1h 33m |
| Więcej statystyk | |
MARATON STRAWCZYN
Niedziela, 28 września 2008 | dodano:29.09.2008Kategoria Zawody, Pełnia szczęścia
| Dst.: | 52.38 | Off-road: | 35.77 | Czas: | 02:41 | Avg: | 19.52 |
| Vmax: | 47.50 | Temp.: | HRmax: | 193( 99%) | HRavg | 180( 92%) | |
| Cal: | kcal | ALT: | 597m | Bike: | GT | ||
W ogóle jakoś nie mogłem się zebrać na ten maraton. Z rana mgła. Szykowałem się na ciepło i na słońce. A tu … zmiana (przynajmniej tak mi się wydawało). Więc szybko dorzucenie niezbędnych ciuchów, bo nie zanosiło się na ciepło. Rano jak wyjeżdżałem było zaledwie 8 st. Już wyruszyłem, a tu mi się przypomniało, że przecież mam ciemne okulary, co przy takiej mgle, to już całkiem nic bym nie widział. Więc w tył zwrot. Po jasne szkła, na wszelki wypadek. Dojechałem na miejsce, a tu kolejny problem, bo nie mam gdzie zaparkować. No ale udało się gdzieś na tyłach szkoły. Szybko przygotowałem się do maratonu no i nieco pokręciłem dla rozgrzewki. Oczywiście pogoda spłatała figla, bowiem szybko zrobiło się cieplej i mgła ustąpiła. Więc lekka zmiana ciuchów. Choć i tak większość była głupia, ponieważ nie wiadomo było jak jechać, na długo czy na krótko.
Nadeszła wiekopomna chwila …. przyszedł czas startu. A tu nagle zaczynają oficjele przemawiać. Że witają, że zapraszają, że tamto, że owanto. Jeszcze jeden gościu powiedział nieco o trasie, że nieco została zmieniona, ale jest generalnie łatwa. Dobrze, że powiedział, gdzie jest rozjazd na trasie na długą i krótką trasę, bo to do tej pory nie było wiadome.
No i wreszcie gwizdek. Harty z przodu ruszyły. Początkowo jakieś 3 km po asfalcie i lekko pod górę. Co przyczyniło się do tego, że oczywiście stawka rozciągnęła się znacznie. Jak już wjechaliśmy do lasu, to jechałem na jakąś kobitką. Ale ponieważ nie za bardzo mi się za nią jechało (jakoś wolniej jechała), to ją śmignąłem. Później ostry zjazd w dół i rozjazd na długą trasę. No a ja jadę dalej i to całkiem nieźle mi się jechało. Noga podawała, dobrze mi się jechało. Dogoniłem później kolejną kobitkę, ale też ją łyknąłem, pomimo, że nawet zgrabna była w tych obcisłych spodenkach.
Później doszedłem do dwóch gości, którzy nieco mnie spowolnili, ponieważ przejeżdżaliśmy przez las taką pojedynczą ścieżynką, na dodatek był to teren nieco podmokły. No ale jeden to mi ustąpił drogę (ale numer, jeszcze nigdy nikt mi nie ustępował drogi), a drugiego śmignąłem na nieco karkołomnym zjeździe.
No i dalej kręciłem. Jakoś uwierzyłem, że może to być mój najlepszy maraton. Więc kręcę dalej. Popijam co jakiś czas, podjadam. W niedługim odstępie czasu na horyzoncie zobaczyłem trzech gości, więc rura. Po pewnym czasie doszedłem ich i początkowo jechaliśmy razem. No ale jakoś wolniej jechali, więc też ich śmignąłem. Sam byłem zdziwiony swoją postawą. Aż się przestraszyłem, że za dobrze mi idzie, i że jadę za szybko, i że nie starczy mi później sił na górę Sieniawską.
Tak też się stało. Jakoś ciężko mi się wjeżdżało, aczkolwiek sam podjazd nie był jakoś strasznie trudny. Efektem tego było to, że tych trzech mnie przegoniło, a późnej jeszcze dwóch. Więc straciłem na tym najtrudniejszym podjeździe. No i mi odjechali. No trudno mówię sobie, jadę dalej swoim tempem. Musiałem już nieco uważać, ponieważ zaczynały się pierwsze efekty skurczy. Obawiałem się, że mnie zaraz zaczną łapać, bo odczuwałem przy każdorazowym zgięciu nóg. Starałem się gości dojść na zjeździe, ale niestety nie udało mi się, pomimo, że gnałem prawie 50 km/h. Fenomenalny zjazd taką drogą szutrową. Super. Wjechałem w końcu na ostatnie 3 km po asfalcie. Widziałem tych gości, ale nie byłem w stanie ich gonić.
Tak więc na metę wjechałem całkiem zadowolony ze swojego występu. Później dostałem sms, że w open byłem 65, a w swojej kategorii 9. Nie wiem niestety jeszcze na ilu. Czy były to ostatnie miejsca, to nie wiem. W open chyba nie, ponieważ później widziałem, że jeszcze ktoś wjeżdżał za mną. Jak będą wyniki, to napiszę.
Ale maraton w moim wykonaniu udany. Zupełnie inaczej mi się jechało, jak to w Kielcach, czy Suchedniowie. Zastanawiałem się nad przyczynami takiej sytuacji. Może to, że to ostatnia impreza w tym roku. A może i to też, że pewnie z przyszłym roku nie uda mi się nigdzie pojechać. Nie wiem sam.
Zastanawiałem się również nad moją „porażką” na Sieniawskiej. I nie wiem czy to osłabienie, czy to może też i wina sprzętu, przecież wszyscy jechali na aluminiowych rowerach. Chyba jako jedyny miałem stalowy. Ale nic to, choć zawsze szkoda tych 5 miejsc.
Poniżej jedno zdjęcie, jakie mi zrobiono. Zdjęcie pochodzi ze strony Świętokrzyskiego Stowarzyszenia Kolarstwa Górskiego MTB CROSS, które to jest organizatorem Świętokrzyskiej Ligi Rowerowej.

No i zapomniałem dopisać, że całkowity dystans samego maratonu, to 48,43 km.
Nadeszła wiekopomna chwila …. przyszedł czas startu. A tu nagle zaczynają oficjele przemawiać. Że witają, że zapraszają, że tamto, że owanto. Jeszcze jeden gościu powiedział nieco o trasie, że nieco została zmieniona, ale jest generalnie łatwa. Dobrze, że powiedział, gdzie jest rozjazd na trasie na długą i krótką trasę, bo to do tej pory nie było wiadome.
No i wreszcie gwizdek. Harty z przodu ruszyły. Początkowo jakieś 3 km po asfalcie i lekko pod górę. Co przyczyniło się do tego, że oczywiście stawka rozciągnęła się znacznie. Jak już wjechaliśmy do lasu, to jechałem na jakąś kobitką. Ale ponieważ nie za bardzo mi się za nią jechało (jakoś wolniej jechała), to ją śmignąłem. Później ostry zjazd w dół i rozjazd na długą trasę. No a ja jadę dalej i to całkiem nieźle mi się jechało. Noga podawała, dobrze mi się jechało. Dogoniłem później kolejną kobitkę, ale też ją łyknąłem, pomimo, że nawet zgrabna była w tych obcisłych spodenkach.
Później doszedłem do dwóch gości, którzy nieco mnie spowolnili, ponieważ przejeżdżaliśmy przez las taką pojedynczą ścieżynką, na dodatek był to teren nieco podmokły. No ale jeden to mi ustąpił drogę (ale numer, jeszcze nigdy nikt mi nie ustępował drogi), a drugiego śmignąłem na nieco karkołomnym zjeździe.
No i dalej kręciłem. Jakoś uwierzyłem, że może to być mój najlepszy maraton. Więc kręcę dalej. Popijam co jakiś czas, podjadam. W niedługim odstępie czasu na horyzoncie zobaczyłem trzech gości, więc rura. Po pewnym czasie doszedłem ich i początkowo jechaliśmy razem. No ale jakoś wolniej jechali, więc też ich śmignąłem. Sam byłem zdziwiony swoją postawą. Aż się przestraszyłem, że za dobrze mi idzie, i że jadę za szybko, i że nie starczy mi później sił na górę Sieniawską.
Tak też się stało. Jakoś ciężko mi się wjeżdżało, aczkolwiek sam podjazd nie był jakoś strasznie trudny. Efektem tego było to, że tych trzech mnie przegoniło, a późnej jeszcze dwóch. Więc straciłem na tym najtrudniejszym podjeździe. No i mi odjechali. No trudno mówię sobie, jadę dalej swoim tempem. Musiałem już nieco uważać, ponieważ zaczynały się pierwsze efekty skurczy. Obawiałem się, że mnie zaraz zaczną łapać, bo odczuwałem przy każdorazowym zgięciu nóg. Starałem się gości dojść na zjeździe, ale niestety nie udało mi się, pomimo, że gnałem prawie 50 km/h. Fenomenalny zjazd taką drogą szutrową. Super. Wjechałem w końcu na ostatnie 3 km po asfalcie. Widziałem tych gości, ale nie byłem w stanie ich gonić.
Tak więc na metę wjechałem całkiem zadowolony ze swojego występu. Później dostałem sms, że w open byłem 65, a w swojej kategorii 9. Nie wiem niestety jeszcze na ilu. Czy były to ostatnie miejsca, to nie wiem. W open chyba nie, ponieważ później widziałem, że jeszcze ktoś wjeżdżał za mną. Jak będą wyniki, to napiszę.
Ale maraton w moim wykonaniu udany. Zupełnie inaczej mi się jechało, jak to w Kielcach, czy Suchedniowie. Zastanawiałem się nad przyczynami takiej sytuacji. Może to, że to ostatnia impreza w tym roku. A może i to też, że pewnie z przyszłym roku nie uda mi się nigdzie pojechać. Nie wiem sam.
Zastanawiałem się również nad moją „porażką” na Sieniawskiej. I nie wiem czy to osłabienie, czy to może też i wina sprzętu, przecież wszyscy jechali na aluminiowych rowerach. Chyba jako jedyny miałem stalowy. Ale nic to, choć zawsze szkoda tych 5 miejsc.
Poniżej jedno zdjęcie, jakie mi zrobiono. Zdjęcie pochodzi ze strony Świętokrzyskiego Stowarzyszenia Kolarstwa Górskiego MTB CROSS, które to jest organizatorem Świętokrzyskiej Ligi Rowerowej.

No i zapomniałem dopisać, że całkowity dystans samego maratonu, to 48,43 km.
Lekkie kręcenie z synem
Sobota, 27 września 2008 | dodano:27.09.2008
| Dst.: | 8.40 | Off-road: | 5.00 | Czas: | 00:53 | Avg: | 9.51 |
| Vmax: | 0.00 | Temp.: | HRmax: | (%) | HRavg | (%) | |
| Cal: | kcal | ALT: | m | Bike: | GT | ||
Takie lekkie kręcenie z synem przed jutrzejszym maratonem w Strawczynie.
Na Sufraganiec
Niedziela, 21 września 2008 | dodano:21.09.2008
| Dst.: | 9.70 | Off-road: | 9.46 | Czas: | 00:49 | Avg: | 11.88 |
| Vmax: | 27.00 | Temp.: | HRmax: | 170( 87%) | HRavg | 124( 63%) | |
| Cal: | kcal | ALT: | 79m | Bike: | GT | ||
Jak zwykle, krótkie popołudniowe kręcenie, częściowo między kroplami deszczu. A już miałem nadzieję, że zacznie się robić ładna pogoda, bo zaczęło wychodzić słońce. Guzik.
Po mokrym lesie
Sobota, 20 września 2008 | dodano:20.09.2008
| Dst.: | 13.78 | Off-road: | 10.18 | Czas: | 00:55 | Avg: | 15.03 |
| Vmax: | 46.00 | Temp.: | HRmax: | 185( 95%) | HRavg | 144( 74%) | |
| Cal: | kcal | ALT: | 155m | Bike: | GT | ||
Godzina jazdy. Całe szczęście, że przestało padać.
Kiepska pogoda
Czwartek, 18 września 2008 | dodano:19.09.2008
| Dst.: | 7.64 | Off-road: | 7.42 | Czas: | 00:41 | Avg: | 11.18 |
| Vmax: | 0.00 | Temp.: | HRmax: | (%) | HRavg | (%) | |
| Cal: | kcal | ALT: | m | Bike: | GT | ||
Pomimo nie najlepszej pogody postanowiłem nieco dziś pokręcić po okolicznych lasach. Moja determinacja przezwyciężyła problemy. Było jak zwykle fajnie i przyjemnie. Szkoda tylko, że dzień robi się coraz krótszy.
Okolice
Sobota, 13 września 2008 | dodano:14.09.2008
| Dst.: | 19.49 | Off-road: | 17.67 | Czas: | 01:52 | Avg: | 10.44 |
| Vmax: | 0.00 | Temp.: | HRmax: | (%) | HRavg | (%) | |
| Cal: | kcal | ALT: | m | Bike: | GT | ||
Dziś to jak ostatnio często taka zbieranka, trochę samotnej jazdy po okolicznych ścieżkach i swoich lasach, a trochę to jazda z synkiem.
Ale kurcze zimno się zrobiło. Czyżby jesień?
Ale kurcze zimno się zrobiło. Czyżby jesień?
MARATON KIELCE
Niedziela, 7 września 2008 | dodano:08.09.2008Kategoria Średnia przyjemność, Zawody
| Dst.: | 48.82 | Off-road: | 43.92 | Czas: | 03:23 | Avg: | 14.43 |
| Vmax: | 35.00 | Temp.: | HRmax: | 194(100%) | HRavg | 171( 88%) | |
| Cal: | kcal | ALT: | 836m | Bike: | GT | ||
ŚLR pod hasłem "Koniec wyścigu"
Tia, mógłbym się tłumaczyć różnymi wymówkami. Że to, że tato, że problem z przerzutką, że pomyliłem drogę, bo ktoś zerwał strzałki, ale prawda jest taka, że nie mam siły i jakoś ciężko mi się jechało. Nogi jakieś takie ciężkie miałem. Dopiero praktycznie od 20 km jakoś lepiej mi się kręciło. Co mnie nie dziwi, bo tak mam często, że dopiero od ok. 20 km jakoś mi się lepiej jedzie. W pewnej chwili, jak już wyprzedziło mnie ok. 7 zawodników uznałem, że ja dziś to powinienem obok numeru wieźć jeszcze taki napis „koniec wyścigu”. Coraz bardziej się w tym utwierdzałem, jak przez dłuższy czas już nikt mnie nie wyprzedzał. Dopadłem w końcu jednego gościa, i walczyłem z nim. Później nieco szybciej uporałem się na pit stopie i też minąłem 2 zawodników. Marna jednak pociecha, bo to byli "starsi panowie dwaj" i wcale nie trudno było z nimi walczyć, szczególnie na zjazdach. A końcówka – ledwo, ledwo. Jeszcze trasa poprowadzona taki wąskimi ścieżynkami, strasznie techniczna, bo jeszcze usiana licznymi głazami i mniejszymi kamykami. Cała trasa z licznymi podjazdami, które niestety nie wszystkie pokonałem na rowerze. Nie dawałem po prostu rady. Dziś to i jakoś pogoda mi też nie pasowała, pomimo, że lubię ciepło. Pot ciągle leciał mi strużką i co jakiś czas zahaczał o oko, strasznie piekąc. Nawet myślałem, że niedługo, to będę miał ślad na twarzy od tej strużki.
No nic, ale w końcu ukończyłem, dojechałem do mety. Ukończyłem kolejny swój maraton, nieco specyficzny i nieco krótki, ale dający nieźle w dupsko. W końcu „liczy się sport i dobra zabawa” – jak to motto naszych piłkarzy na ostatnich mistrzostwach.
A poniżej odnalezione dwa zdjęcia z maratonu, zrobione przez kogoś z ŚLR (wielkie dzięki).
Zjazd w okolicach Góry Grabina, tam, gdzie Maja Włoszczowska jeździła.

A tu legendarny już (bo na wielu maratonach wykorzystywany) podjazd pod "skocznię", której co prawda już nie ma.

Sam maraton to prawie 35 km, ale reszta to trochę treningu i rozgrzewki przed maratonem, a jeszcze później pojeździłem z synem.
Tia, mógłbym się tłumaczyć różnymi wymówkami. Że to, że tato, że problem z przerzutką, że pomyliłem drogę, bo ktoś zerwał strzałki, ale prawda jest taka, że nie mam siły i jakoś ciężko mi się jechało. Nogi jakieś takie ciężkie miałem. Dopiero praktycznie od 20 km jakoś lepiej mi się kręciło. Co mnie nie dziwi, bo tak mam często, że dopiero od ok. 20 km jakoś mi się lepiej jedzie. W pewnej chwili, jak już wyprzedziło mnie ok. 7 zawodników uznałem, że ja dziś to powinienem obok numeru wieźć jeszcze taki napis „koniec wyścigu”. Coraz bardziej się w tym utwierdzałem, jak przez dłuższy czas już nikt mnie nie wyprzedzał. Dopadłem w końcu jednego gościa, i walczyłem z nim. Później nieco szybciej uporałem się na pit stopie i też minąłem 2 zawodników. Marna jednak pociecha, bo to byli "starsi panowie dwaj" i wcale nie trudno było z nimi walczyć, szczególnie na zjazdach. A końcówka – ledwo, ledwo. Jeszcze trasa poprowadzona taki wąskimi ścieżynkami, strasznie techniczna, bo jeszcze usiana licznymi głazami i mniejszymi kamykami. Cała trasa z licznymi podjazdami, które niestety nie wszystkie pokonałem na rowerze. Nie dawałem po prostu rady. Dziś to i jakoś pogoda mi też nie pasowała, pomimo, że lubię ciepło. Pot ciągle leciał mi strużką i co jakiś czas zahaczał o oko, strasznie piekąc. Nawet myślałem, że niedługo, to będę miał ślad na twarzy od tej strużki.
No nic, ale w końcu ukończyłem, dojechałem do mety. Ukończyłem kolejny swój maraton, nieco specyficzny i nieco krótki, ale dający nieźle w dupsko. W końcu „liczy się sport i dobra zabawa” – jak to motto naszych piłkarzy na ostatnich mistrzostwach.
A poniżej odnalezione dwa zdjęcia z maratonu, zrobione przez kogoś z ŚLR (wielkie dzięki).
Zjazd w okolicach Góry Grabina, tam, gdzie Maja Włoszczowska jeździła.

A tu legendarny już (bo na wielu maratonach wykorzystywany) podjazd pod "skocznię", której co prawda już nie ma.

Sam maraton to prawie 35 km, ale reszta to trochę treningu i rozgrzewki przed maratonem, a jeszcze później pojeździłem z synem.
Nocna jazda
Sobota, 6 września 2008 | dodano:08.09.2008Kategoria W blasku księżyca
| Dst.: | 12.45 | Off-road: | 10.30 | Czas: | 01:16 | Avg: | 9.83 |
| Vmax: | 0.00 | Temp.: | HRmax: | (%) | HRavg | (%) | |
| Cal: | kcal | ALT: | m | Bike: | GT | ||
Z synem i szwagrem.
Dziś w końcu udało się wyjść na długo obiecaną jazdę po ciemku. Mój synek strasznie chciał zobaczyć jak to się jeździ. Przyłączyłem mu więc lampkę, no i w drogę. Dziecko było zadowolone. Oczywiście sam ojciec też, bowiem miałem okazję przetestować swoje światło. I tak, po lesie, to tak szybko się nie pojedzie, bo tak za dobrze to nie świeci. No ale dobre i to. Po ulicach - wystarczy.
Dziś w końcu udało się wyjść na długo obiecaną jazdę po ciemku. Mój synek strasznie chciał zobaczyć jak to się jeździ. Przyłączyłem mu więc lampkę, no i w drogę. Dziecko było zadowolone. Oczywiście sam ojciec też, bowiem miałem okazję przetestować swoje światło. I tak, po lesie, to tak szybko się nie pojedzie, bo tak za dobrze to nie świeci. No ale dobre i to. Po ulicach - wystarczy.






