Wpisy archiwalne w miesiącu
Październik, 2010
| Dystans całkowity: | 200.64 km (w terenie 43.46 km; 21.66%) |
| Czas w ruchu: | 14:55 |
| Średnia prędkość: | 13.45 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 62.00 km/h |
| Suma podjazdów: | 3886 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 191 (100 %) |
| Maks. tętno średnie: | 158 (83 %) |
| Suma kalorii: | 7939 kcal |
| Liczba aktywności: | 5 |
| Średnio na aktywność: | 40.13 km i 2h 59m |
| Więcej statystyk | |
Bez presji
Niedziela, 24 października 2010 | dodano:26.10.2010
| Dst.: | 9.79 | Off-road: | 9.19 | Czas: | 01:02 | Avg: | 9.47 |
| Vmax: | 25.00 | Temp.: | 9.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 98m | Bike: | GT | ||
Jako, że rok powoli się kończy, to i nie ma już żadnej presji na wynik, na trening, na siłę czy wytrzymałość. Nie ma presji już na kilometry, ponieważ wyjdzie, ile wyjdzie. Na rekord się nie zanosi, a nawet i na jakiś konkret. Tak więc postanowiłem leniwie pokręcić po lesie i terenie. A ponieważ pogoda sprzyjała, to z ochotą wybrałem się na swoje, dawno już nie odwiedzane szlaki.
Ku mojemu zaskoczeniu, zdziwieniu i zdenerwowaniu, moje ścieżki okazały się nie przejezdne. Wycinka drzew i pozostałości po tym, oraz głównie po sprzęcie leśnym, nie pozwoliły na swobodną jazdę. Więcej było noszenia i chodzenia, niż samej jazdy. Szkoda wielka, ponieważ miałem bardzo fajną trasę wytyczoną w lesie.
Chciałem przejechać wzdłuż obwodnicy miasta, ale też lipa. Okazuje się, że zaczęli chyba już budowę drugiej nitki, bo droga gruntowa wzdłuż drogi, nie istnieje. Rozkopane. Tak więc czasu na jazdę było więcej, ale samej jazdy było mniej.
Jesień w lesie jest piękna. Niestety jak zwykle zapomniałem o aparacie. Następnym razem.
Ku mojemu zaskoczeniu, zdziwieniu i zdenerwowaniu, moje ścieżki okazały się nie przejezdne. Wycinka drzew i pozostałości po tym, oraz głównie po sprzęcie leśnym, nie pozwoliły na swobodną jazdę. Więcej było noszenia i chodzenia, niż samej jazdy. Szkoda wielka, ponieważ miałem bardzo fajną trasę wytyczoną w lesie.
Chciałem przejechać wzdłuż obwodnicy miasta, ale też lipa. Okazuje się, że zaczęli chyba już budowę drugiej nitki, bo droga gruntowa wzdłuż drogi, nie istnieje. Rozkopane. Tak więc czasu na jazdę było więcej, ale samej jazdy było mniej.
Jesień w lesie jest piękna. Niestety jak zwykle zapomniałem o aparacie. Następnym razem.
Praca-dom
Czwartek, 14 października 2010 | dodano:15.10.2010
| Dst.: | 16.74 | Off-road: | 2.38 | Czas: | 00:52 | Avg: | 19.32 |
| Vmax: | 31.50 | Temp.: | 9.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 90m | Bike: | GT | ||
Korzystając z okazji dziś zaliczyłem swój kolejny wyjazd do pracy.
Rano, tak było tajemniczo ze względu na mgłę. W sumie było bardzo fajnie. No i zimno.

Jedynie później nieco mgła dokuczała, ponieważ musiałem ciągle wycierać okulary, bo mgła się skraplała.
Powrót do domu na spokojnie. Jak człowiek grubiej ubrany, to jakoś i kręcenie jest wolniejsze. Najważniejsze, że kolano już dochodzi do siebie. Musiałem ponownie przeprowadzić sobie małą "operację" wycięcia kawałka skóry, bo pod nią ponownie zbierała się ropa. Ale teraz myślę, że będzie już coraz lepiej.
Rano, tak było tajemniczo ze względu na mgłę. W sumie było bardzo fajnie. No i zimno.

Mglisty poranek nad zalewem. Droga donikąd.© Robert
Jedynie później nieco mgła dokuczała, ponieważ musiałem ciągle wycierać okulary, bo mgła się skraplała.
Powrót do domu na spokojnie. Jak człowiek grubiej ubrany, to jakoś i kręcenie jest wolniejsze. Najważniejsze, że kolano już dochodzi do siebie. Musiałem ponownie przeprowadzić sobie małą "operację" wycięcia kawałka skóry, bo pod nią ponownie zbierała się ropa. Ale teraz myślę, że będzie już coraz lepiej.
Rower na kołek?
Niedziela, 10 października 2010 | dodano:10.10.2010
| Dst.: | 23.42 | Off-road: | 1.89 | Czas: | 01:15 | Avg: | 18.74 |
| Vmax: | 35.00 | Temp.: | 14.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 164m | Bike: | GT | ||
Pierwsze wyjście po sporej dawce ostrego kręcenia, czyli po Odysei Jesiennej / Rożnowskiej (relacja tutaj). Głównie chodziło mi o rozruszanie kości, a szczególnie kolana, które to stłukłem na kamieniu podczas wspomnianej Odysei.
Początkowo jechałem spokojnie, bo ... jakoś tak ciężko mi się jechało. Mój kolega z ekipy tym razem jeszcze bardziej by na mnie "psioczył", że słabo jadę. Ale nie chciałem szarżować. Zresztą, po co. Teraz to już można jeździć be żadnej presji. Bez potrzeby treningu, bez potrzeby szlifowania formy, bez potrzeby zdobywania kolejnych kilometrów. Fajnie tak.
Dlatego też mogłem pozwolić sobie na mały rekonesans i sprawdzenie przebiegu drogi w kierunku Skarżyska. A teraz info do mojego kumpla Zenka. Otóż nie da się dojechać tam, gdzie kiedyś planowaliśmy. Można jedynie dostać się w Barczy do początku żółtego szlaku, który biegnie przez właśnie Górę Barczę, do Klonowa. Jednak jest to tylko szlak terenowy. Więc na jazdę nocną się nie nadaje. Ale możemy kiedyś tam podjechać i tylko zobaczyć sam początek.
W drodze powrotnej miałem lekki podjazd. Niezbyt długi. Zresztą, teraz wszystkie podjazdy w mojej okolicy są niczym, w porównaniu do tych, które tydzień temu pokonywałem. Jednak po swobodnym kręceniu zacząłem odczuwać lekki ból w stłuczonym kolanie. Szczerze mówiąc, to zaniepokoiło mnie to, ponieważ nie wiem co to oznacza. Czy to efekt jeszcze zmęczenia, czy to efekt stłuczenia i coś poważnego. Czyżby trzeba było powiesić rower na kołku? Oby nie. Zobaczymy, co będzie dalej. Obserwacje będą jeszcze prowadzone.
Zapomniałem dodać, że pogoda była dziś wspaniała. Słońce i lekki tylko wiatr. Super. Oby taka się długo utrzymała.
Początkowo jechałem spokojnie, bo ... jakoś tak ciężko mi się jechało. Mój kolega z ekipy tym razem jeszcze bardziej by na mnie "psioczył", że słabo jadę. Ale nie chciałem szarżować. Zresztą, po co. Teraz to już można jeździć be żadnej presji. Bez potrzeby treningu, bez potrzeby szlifowania formy, bez potrzeby zdobywania kolejnych kilometrów. Fajnie tak.
Dlatego też mogłem pozwolić sobie na mały rekonesans i sprawdzenie przebiegu drogi w kierunku Skarżyska. A teraz info do mojego kumpla Zenka. Otóż nie da się dojechać tam, gdzie kiedyś planowaliśmy. Można jedynie dostać się w Barczy do początku żółtego szlaku, który biegnie przez właśnie Górę Barczę, do Klonowa. Jednak jest to tylko szlak terenowy. Więc na jazdę nocną się nie nadaje. Ale możemy kiedyś tam podjechać i tylko zobaczyć sam początek.
W drodze powrotnej miałem lekki podjazd. Niezbyt długi. Zresztą, teraz wszystkie podjazdy w mojej okolicy są niczym, w porównaniu do tych, które tydzień temu pokonywałem. Jednak po swobodnym kręceniu zacząłem odczuwać lekki ból w stłuczonym kolanie. Szczerze mówiąc, to zaniepokoiło mnie to, ponieważ nie wiem co to oznacza. Czy to efekt jeszcze zmęczenia, czy to efekt stłuczenia i coś poważnego. Czyżby trzeba było powiesić rower na kołku? Oby nie. Zobaczymy, co będzie dalej. Obserwacje będą jeszcze prowadzone.
Zapomniałem dodać, że pogoda była dziś wspaniała. Słońce i lekki tylko wiatr. Super. Oby taka się długo utrzymała.
Odyseja Rożnowska '10 - dzień 2
Niedziela, 3 października 2010 | dodano:07.10.2010Kategoria Pełnia szczęścia, Inne miejscówki, Zawody
| Dst.: | 66.26 | Off-road: | 5.00 | Czas: | 04:51 | Avg: | 13.66 |
| Vmax: | 62.00 | Temp.: | 19.0 | HRmax: | 172( 90%) | HRavg | 136( 71%) |
| Cal: | 2879kcal | ALT: | 1472m | Bike: | GT | ||
Relacja z dnia pierwszego.
Dzień drugi zapowiadał się równie ciekawy, co pierwszy. Moje pierwsze boje za mną. Byłem jednak pełen obaw związanych z moim bolącym kolanem. Pocieszeniem mogło być to, że noga nie spuchła i dało się zginać, czego się obawiałem.
Ranek był spokojny, a dzień zapowiadał się ładny.

Pobudka na spokojnie, wcześniej, aby nie na wariata. W pierwszej kolejności poszedłem na „zwiady”, czy śniadanie już rozdają. Po śniadaniu zastanawiałem się, jak to będzie, jak wytrzymam i jak poradzę sobie w tym dniu. Po odpoczynku i spokojnej nocy, kolano jakoś mniej bolało. Czyżby dobry prognostyk? Zobaczymy, wszystko „wyjdzie w praniu”.
Tym razem obiecałem sobie spokojny start, aby uniknąć sytuacji z dnia poprzedniego, kiedy to za ostro zacząłem i na pierwszym podjeździe mnie przytkało. Przygotowania takie same, co dzień wcześniej. Batony, picie, ciuchy. Trzeba było zmienić część ciuchów, ponieważ niestety te z pierwszego dnia nie wyschły. Trudno się dziwić, jak z pokoju było 13 st.C.
W końcu ruszyliśmy. Ponieważ kolejność zaliczania punktów była tym razem obowiązkowa, więc po starcie wszyscy pojechali w tą samą stronę. Jadę sobie spokojnie, staram się pokazać Zenkowi, że mi zależy na dobrym występie i nawet nieco prowadzę naszą grupę. Nawet mijamy kilku rowerzystów. Jednak w pewnej chwili Zenek pognał za fajną … pupą. Pojechała jakaś „laska”, no ale mnie to nie dziwi, ponieważ Zenek szuka dziewczyny, ale tylko do MIX-tów na zawodach. Uważa, że najwięcej zdziałał by w tej kategorii. Tak na dobrą sprawę, to po doświadczeniu ze mną, to wcale mu się nie dziwię. Dlatego też później starałem się go dogonić, jednak kilka mocniejszym depnięć na pedał spowodowało, że dość szybko zacząłem odczuwać kolano.
Więc cóż, musiałem odpuścić, bo zaraz tu się zatrzymam, a później na tablicy będzie widniał napis przy naszej ekipie – NKL. Zauważył to Zenek i odpuścił również i on tej dziewczynie. Nie wiem czy coś ugadał z nią, czy zdążył. Ale później męczyliśmy się razem. On ze mną, a ja z samym sobą.
I podobnie jak dnia wczorajszego, zbytnio nie zwracałem uwagi na zaliczanie kolejny punktów. Nawet widoki już mnie tak nie interesowały, a tym razem pogoda dopisała i było później śliczne słoneczko, ale jednak nie było czasu na sesje zdjęciowe. Jedynie Zenek miał czas, kiedy to czekał na mnie, aż łaskawie podjadę lub podejdę do kolejną górkę, czego efekty poniżej.


Tak więc zaliczaliśmy kolejne PK. Szło nam to opornie. Niestety, dawały się u mnie we znaki brak treningu i przygotowania do długotrwałego wysiłku. Do tej pory bowiem jeszcze nigdy nie startowałem dzień po dniu. Jeszcze nigdy wcześniej nie zrobiłem na maratonie w ciągu jednego dnia prawie 85 km i to po górach.
Niestety, nawet świetne decyzje Zenka i mądra strategia pokonywania poszczególnych odcinków, nie przyczyniała się do poprawy naszej sytuacji. Wiadomo było, że w dniu dzisiejszym będzie słabiej i spadniemy w końcowej klasyfikacji. Mnie wówczas zależało tylko na tym, aby nie zawieźć kolegi i aby ukończyć tą imprezę i być sklasyfikowanym. Dlatego też zaciskałem zęby, ponieważ przed dojazdem do PK5 zacząłem odczuwać ból już całego kolana, a nie tak jak wcześniej samego tylko stłuczenia. Zmartwiłem się tym, ponieważ nie wiedziałem, czy to efekt uderzenia boli, czy na skutek przeciążeń i ogólnego zmęczenia. Ale cóż, włożyłem w to cało moje zamiłowanie do rowerów i ostatnie półtorej godziny kręciłem praktycznie jedną nogą.
Po 5 Zenek uznał, że ja mam dość i że jestem już ujechany na maksa. Nie przeczyłem, ale nie miałem odwagi mu powiedzieć, że jedźmy już do domu. Jednak Zenek do dobry kumpel i chyba to wyczytał w moich oczach, bo powiedział, że odpuszczamy sobie PK: 6, 7, 8, a od razu jedziemy na PK9, a po drodze jest PK10. W ten sposób będziemy mieć zaliczonych 7 punktów na 10. Szkoda co prawda tych omijanych, bo czas był, ale zdrowie jest najważniejsze.
Powrót do „domu” niezwykle jakoś mi się dłużył. Wydawało mi się, że cały czas jest pod górkę. Jednak starałem się podjeżdżać ile się da i ile noga da radę. Choć momentami jechałem wolniej, niż Zenek, który obok mnie szedł i nawet mnie wyprzedzał. Ale cóż: „ja to jak idę, to odpoczywam”. Widać doświadczenie w rajdach przygodowych, w setkach kilometrach pokonanych pieszo. Na dodatek jeszcze i napęd nie działał już perfekcyjnie.
Po minięciu PK9 mieliśmy jeszcze sporo czasu zapasu, a dystans prawie z górki. Więc był czas na zdjęcia. Piękne tereny i na pewno godne ponownego odwiedzenia. Może jeszcze kiedyś zrobimy sobie ponowny wypad, aby tym razem zaliczyć wszystkie PK.

Los sprawił, że na ostatnim PK10, spotkaliśmy się z naszą drugą drużyną. Ambicja podziałała i zaczęliśmy się ścigać na ostatnich kilometrach. Zenek: „jedziemy na skróty”. Ja: „jakie skróty?” Ale nie było czasu na wyjaśnienia. Jakoś „na sagę” przez łąkę położoną na zboczu. Jednak szybkość, brak odpowiedniego ogumienia, oraz zapewne już zmęczenie spowodowało, że ponownie zaliczyłem upadek. Jednak tym razem nie groźny. Jedynie co, to było przygotowanie do jazdy zimowej, bowiem przejechałem się po tym zboczu na tej mokrej trawie może z 10 m.
Z mokrymi majtkami ruszyliśmy ostro w dół. Prędkości niesamowite. Ręce bolą od zaciskania klamek. Myślę już, e wewnętrzne zwycięstwo mamy w kieszeni. Jednak na ostatnich kilometrach wyprzedza mnie jeden zawodnik z naszej drugiej ekipy. Ponieważ było to na podjeździe, więc nie miałem siły go gonić. Zaraz za mną drugi mnie mija. Kurcze myślę. Nie ładnie. Nie zważając na ból kolana i korzystając ze zjazdu i mojej dobrej w tym umiejętności, rozpocząłem długi sprint. Jednak niestety, noga nie wytrzymała i kilkanaście sekund straciłem na mecie.
Jeszcze bardziej zmęczony padłem ponownie na ławkę. Odpoczynek. Koniec mordęgi, koniec przygody.

Jak się później okazało, to faktycznie sporo straciliśmy na tym drugim dniu. Spadliśmy w sumie z 13 miejsca na 18. Szkoda tych kilku nie zaliczonych punktów i kar nałożonych. Jednak trudno się mówi.
Osobiście jestem zadowolony ze swojego startu. Jak na debiut, to uważam, że dobrze się spisałem. Mogłem przecież nie ukończyć. Szkoda tego kolana, bo może nie stracilibyśmy pozycji z pierwszego dnia.
Jedynie szkoda mi mojego partnera. On jest wyrozumiały, ale wiem, że oczekiwał więcej po naszym starcie. Choć ja nie dawałem mu nadziei. Bowiem wspólnie jeździliśmy przed imprezą i na podjazdach również się męczyłem.
W start w Odysei włożyłem sporo sił, włożyłem całe swoje serce jakie mam do rowerów i całe moje zamiłowanie. Pomimo jednak tego, pomimo zamiłowania do podjazdów, nie byłem w stanie osiągnąć czegoś więcej. Jeszcze nigdy nie zrobiłem w ciągu 2 dni 150 km. Jeszcze nigdy nie startowałem dwa dni z rzędu. No i dawno nie jeździłem po takich górach.
Chciałbym podziękować swojemu partnerowi za udział, za świetną nawigację, a przede wszystkim za wyrozumiałość na trasie. Należą mu się również i przeprosiny na mój słaby udział. Jednak pozostał pewien niedosyt, bo można było więcej zrobić. Ale i pozostały też postanowienia, choćby solidnego przygotowania czy zakupu nowego sprzętu. Bowiem niestety: „liczy się łydka”, ale i sprzęt dużo pomaga.
Na zakończenie, jestem bardzo zadowolony w imprezy. Chciałbym jeszcze ponownie zmierzyć się ze sobą, z trasą na kolejnych edycjach. Ale jak to będzie, zobaczymy.

Tutaj znajdziecie mapę pierwszego dnia, a tu mapę z drugiego dnia.
A tu dla zainteresowanych nieco więcej zdjęć na stronie organizatora oraz więcej moich.
Podsumowanie z dwóch dni: 150,69 km, 11h:57"; przewyższenie 3534 m; 7939 kcal.
Dzień drugi zapowiadał się równie ciekawy, co pierwszy. Moje pierwsze boje za mną. Byłem jednak pełen obaw związanych z moim bolącym kolanem. Pocieszeniem mogło być to, że noga nie spuchła i dało się zginać, czego się obawiałem.
Ranek był spokojny, a dzień zapowiadał się ładny.

Poranek nad Jeziorem Rożnowskim.© Robert
Pobudka na spokojnie, wcześniej, aby nie na wariata. W pierwszej kolejności poszedłem na „zwiady”, czy śniadanie już rozdają. Po śniadaniu zastanawiałem się, jak to będzie, jak wytrzymam i jak poradzę sobie w tym dniu. Po odpoczynku i spokojnej nocy, kolano jakoś mniej bolało. Czyżby dobry prognostyk? Zobaczymy, wszystko „wyjdzie w praniu”.
Tym razem obiecałem sobie spokojny start, aby uniknąć sytuacji z dnia poprzedniego, kiedy to za ostro zacząłem i na pierwszym podjeździe mnie przytkało. Przygotowania takie same, co dzień wcześniej. Batony, picie, ciuchy. Trzeba było zmienić część ciuchów, ponieważ niestety te z pierwszego dnia nie wyschły. Trudno się dziwić, jak z pokoju było 13 st.C.
W końcu ruszyliśmy. Ponieważ kolejność zaliczania punktów była tym razem obowiązkowa, więc po starcie wszyscy pojechali w tą samą stronę. Jadę sobie spokojnie, staram się pokazać Zenkowi, że mi zależy na dobrym występie i nawet nieco prowadzę naszą grupę. Nawet mijamy kilku rowerzystów. Jednak w pewnej chwili Zenek pognał za fajną … pupą. Pojechała jakaś „laska”, no ale mnie to nie dziwi, ponieważ Zenek szuka dziewczyny, ale tylko do MIX-tów na zawodach. Uważa, że najwięcej zdziałał by w tej kategorii. Tak na dobrą sprawę, to po doświadczeniu ze mną, to wcale mu się nie dziwię. Dlatego też później starałem się go dogonić, jednak kilka mocniejszym depnięć na pedał spowodowało, że dość szybko zacząłem odczuwać kolano.
Więc cóż, musiałem odpuścić, bo zaraz tu się zatrzymam, a później na tablicy będzie widniał napis przy naszej ekipie – NKL. Zauważył to Zenek i odpuścił również i on tej dziewczynie. Nie wiem czy coś ugadał z nią, czy zdążył. Ale później męczyliśmy się razem. On ze mną, a ja z samym sobą.
I podobnie jak dnia wczorajszego, zbytnio nie zwracałem uwagi na zaliczanie kolejny punktów. Nawet widoki już mnie tak nie interesowały, a tym razem pogoda dopisała i było później śliczne słoneczko, ale jednak nie było czasu na sesje zdjęciowe. Jedynie Zenek miał czas, kiedy to czekał na mnie, aż łaskawie podjadę lub podejdę do kolejną górkę, czego efekty poniżej.

Znowu męki na kolejnym podjeździe.© fot. Zenek

Widoki na góry.© fot. Zenek
Tak więc zaliczaliśmy kolejne PK. Szło nam to opornie. Niestety, dawały się u mnie we znaki brak treningu i przygotowania do długotrwałego wysiłku. Do tej pory bowiem jeszcze nigdy nie startowałem dzień po dniu. Jeszcze nigdy wcześniej nie zrobiłem na maratonie w ciągu jednego dnia prawie 85 km i to po górach.
Niestety, nawet świetne decyzje Zenka i mądra strategia pokonywania poszczególnych odcinków, nie przyczyniała się do poprawy naszej sytuacji. Wiadomo było, że w dniu dzisiejszym będzie słabiej i spadniemy w końcowej klasyfikacji. Mnie wówczas zależało tylko na tym, aby nie zawieźć kolegi i aby ukończyć tą imprezę i być sklasyfikowanym. Dlatego też zaciskałem zęby, ponieważ przed dojazdem do PK5 zacząłem odczuwać ból już całego kolana, a nie tak jak wcześniej samego tylko stłuczenia. Zmartwiłem się tym, ponieważ nie wiedziałem, czy to efekt uderzenia boli, czy na skutek przeciążeń i ogólnego zmęczenia. Ale cóż, włożyłem w to cało moje zamiłowanie do rowerów i ostatnie półtorej godziny kręciłem praktycznie jedną nogą.
Po 5 Zenek uznał, że ja mam dość i że jestem już ujechany na maksa. Nie przeczyłem, ale nie miałem odwagi mu powiedzieć, że jedźmy już do domu. Jednak Zenek do dobry kumpel i chyba to wyczytał w moich oczach, bo powiedział, że odpuszczamy sobie PK: 6, 7, 8, a od razu jedziemy na PK9, a po drodze jest PK10. W ten sposób będziemy mieć zaliczonych 7 punktów na 10. Szkoda co prawda tych omijanych, bo czas był, ale zdrowie jest najważniejsze.
Powrót do „domu” niezwykle jakoś mi się dłużył. Wydawało mi się, że cały czas jest pod górkę. Jednak starałem się podjeżdżać ile się da i ile noga da radę. Choć momentami jechałem wolniej, niż Zenek, który obok mnie szedł i nawet mnie wyprzedzał. Ale cóż: „ja to jak idę, to odpoczywam”. Widać doświadczenie w rajdach przygodowych, w setkach kilometrach pokonanych pieszo. Na dodatek jeszcze i napęd nie działał już perfekcyjnie.
Po minięciu PK9 mieliśmy jeszcze sporo czasu zapasu, a dystans prawie z górki. Więc był czas na zdjęcia. Piękne tereny i na pewno godne ponownego odwiedzenia. Może jeszcze kiedyś zrobimy sobie ponowny wypad, aby tym razem zaliczyć wszystkie PK.

Z widokiem na Jezioro Rożnowksie.© Robert
Los sprawił, że na ostatnim PK10, spotkaliśmy się z naszą drugą drużyną. Ambicja podziałała i zaczęliśmy się ścigać na ostatnich kilometrach. Zenek: „jedziemy na skróty”. Ja: „jakie skróty?” Ale nie było czasu na wyjaśnienia. Jakoś „na sagę” przez łąkę położoną na zboczu. Jednak szybkość, brak odpowiedniego ogumienia, oraz zapewne już zmęczenie spowodowało, że ponownie zaliczyłem upadek. Jednak tym razem nie groźny. Jedynie co, to było przygotowanie do jazdy zimowej, bowiem przejechałem się po tym zboczu na tej mokrej trawie może z 10 m.
Z mokrymi majtkami ruszyliśmy ostro w dół. Prędkości niesamowite. Ręce bolą od zaciskania klamek. Myślę już, e wewnętrzne zwycięstwo mamy w kieszeni. Jednak na ostatnich kilometrach wyprzedza mnie jeden zawodnik z naszej drugiej ekipy. Ponieważ było to na podjeździe, więc nie miałem siły go gonić. Zaraz za mną drugi mnie mija. Kurcze myślę. Nie ładnie. Nie zważając na ból kolana i korzystając ze zjazdu i mojej dobrej w tym umiejętności, rozpocząłem długi sprint. Jednak niestety, noga nie wytrzymała i kilkanaście sekund straciłem na mecie.
Jeszcze bardziej zmęczony padłem ponownie na ławkę. Odpoczynek. Koniec mordęgi, koniec przygody.

Dwie <<Motyle nogi>> na mecie Odysei.© Robert
Jak się później okazało, to faktycznie sporo straciliśmy na tym drugim dniu. Spadliśmy w sumie z 13 miejsca na 18. Szkoda tych kilku nie zaliczonych punktów i kar nałożonych. Jednak trudno się mówi.
Osobiście jestem zadowolony ze swojego startu. Jak na debiut, to uważam, że dobrze się spisałem. Mogłem przecież nie ukończyć. Szkoda tego kolana, bo może nie stracilibyśmy pozycji z pierwszego dnia.
Jedynie szkoda mi mojego partnera. On jest wyrozumiały, ale wiem, że oczekiwał więcej po naszym starcie. Choć ja nie dawałem mu nadziei. Bowiem wspólnie jeździliśmy przed imprezą i na podjazdach również się męczyłem.
W start w Odysei włożyłem sporo sił, włożyłem całe swoje serce jakie mam do rowerów i całe moje zamiłowanie. Pomimo jednak tego, pomimo zamiłowania do podjazdów, nie byłem w stanie osiągnąć czegoś więcej. Jeszcze nigdy nie zrobiłem w ciągu 2 dni 150 km. Jeszcze nigdy nie startowałem dwa dni z rzędu. No i dawno nie jeździłem po takich górach.
Chciałbym podziękować swojemu partnerowi za udział, za świetną nawigację, a przede wszystkim za wyrozumiałość na trasie. Należą mu się również i przeprosiny na mój słaby udział. Jednak pozostał pewien niedosyt, bo można było więcej zrobić. Ale i pozostały też postanowienia, choćby solidnego przygotowania czy zakupu nowego sprzętu. Bowiem niestety: „liczy się łydka”, ale i sprzęt dużo pomaga.
Na zakończenie, jestem bardzo zadowolony w imprezy. Chciałbym jeszcze ponownie zmierzyć się ze sobą, z trasą na kolejnych edycjach. Ale jak to będzie, zobaczymy.

Powrót do domu.© Robert
Tutaj znajdziecie mapę pierwszego dnia, a tu mapę z drugiego dnia.
A tu dla zainteresowanych nieco więcej zdjęć na stronie organizatora oraz więcej moich.
Podsumowanie z dwóch dni: 150,69 km, 11h:57"; przewyższenie 3534 m; 7939 kcal.
Odyseja Rożnowska '10 - dzień 1
Sobota, 2 października 2010 | dodano:07.10.2010Kategoria Pełnia szczęścia, Inne miejscówki, Zawody
| Dst.: | 84.43 | Off-road: | 25.00 | Czas: | 06:55 | Avg: | 12.21 |
| Vmax: | 61.50 | Temp.: | 11.0 | HRmax: | 191(100%) | HRavg | 158( 83%) |
| Cal: | 5060kcal | ALT: | 2062m | Bike: | GT | ||
Takich emocji nie było już dawno.
Dwa tygodnie przed rozpoczęciem imprezy dostałem propozycję od swojego kumpla: „a może byśmy razem wystartowali w najbliższej odysei?”. Kurcze, kusząca propozycja. Jednak, jak to zwykle musiałem uzgodnić w domu mój wyjazd na cały weekend. Tu, o dziwo, jakoś udało się bez zbędnych wyjaśnień, więc cynk: „możesz nas zgłaszać”.
Jednak później zaczęła działać adrenalina. W końcu to mój pierwszy start w takiej imprezie. Mało tego, do tej pory nie startowałem dłużej, jak 5 godzin. A już nie ma mowy o starcie dzień za dniem. W końcu trzeba było się o tym przekonać.
Za bardzo na trening nie było już czasu. I tego się najbardziej bałem. Że nie dam rady. Znałem swoje możliwości i wiedziałem, że może być kiepsko. Ale liczyłem na to, że może nie będzie źle. Jednak zupełnie nie wiedziałem czego się spodziewać.
Nierozłącznym elementem odysei jest nawigacja. Mapa – znam coś takiego. Czasami również stosuję. Jednak szukanie punktu na mapie i dojazd do niego, pozostawiłem specjaliście z tej kwestii, czyli mojemu partnerowi z drużyny - Zenkowi. On jest bardzo doświadczony w rajdach AR, więc „mnie to już nie obchodziło”.
Im bliżej startu, tym większa nerwówka. Szykowanie roweru, wymiana i regulacja hamulców, bowiem w tamtych okolicach będą mocno przydatne. Pakowanie, jakieś zakupy, jakieś „EPO” i tym podobne.
W końcu jedziemy. Wyruszamy wczesnym świtem, aby dojechać na czas i jeszcze się zarejestrować. Droga upłynęło spokojnie, oprócz jednego incydentu pod koniec trasy, gdzie to jeden z rowerów wypiął się, nie wiedzieć jakim cudem, i spadł na samochód. Całkiem nie zleciał, bo był przypięty paskami za koła. Jak to się stało, nikt z nas nie wie. To było tak, jakby wcale nie był przypięty. Fakt, że akurat trasa była paskudna i strasznie kołysało.
Szybki meldunek. Do pokoju. I zaczynamy się przygotowywać do startu. Ciuchy, jedzonko, picie, izotoniki, plecaki. Pora na start. A ja cały w nerwach, dawno bowiem nie byłem na linii startu.

Na starcie jak zwykle towarzystwo z wypasionymi w większości rowerami. A ja ze swoim niemal stalowym rowerem, stoję jak ta sierota. W końcu na 10 min. przed startem rozdają mapy. Szał niesamowity i ścisk. Każdy chce jak najszybciej dostać mapę i zacząć analizować trasę, jak i w którą stronę ruszyć. Ja również dostałem swoją mapę, ale raczej na zasadzie, bo „na ekipę przypadają dwie mapy”. Cóż popatrzyłem na nią, jakieś swoje przemyślenia miałem: „ale cholera kawał trasy i dystansu”. Po czym potulnie poskładałem mapę i schowałem do plecaka (pokażę synowi w domu). Przed samym startem rzuciłem tylko do Zenka: „w którą stronę pierwszy zakręt?”

5, 4, 3, 2, 1 i … poszli. Ruszyliśmy spokojnie, bo sporo ludzi na starcie i nie ma co się przepychać. W końcu to przed nami ok. 8 godz. kręcenia.
Początkowo fajnie się jechało, bo droga lekko w dół. Jednak już po chwili rozpoczął się niezły podjazd, na którym już wymiękłem. Momentami takie nachylenie, że jakoś nie dałem rady. Pomyślałem, no ładnie, czyżby kryzys. Ale po kilku kilometrach. Nieźle się zaczyna. No nic brniemy dalej. Ludzi na podjeździe coraz mniej, bo wszyscy już pojechali. A ja męczę się i kręcę młynkiem. Ponieważ ostro zacząłem, więc długo nie trzeba było czekać, a dopadła mnie kolka. No tak, brak rozgrzewki, tak to się musiało skończyć.
No ale jakoś jest. Pierwszy nasz zaliczony punkt PK 11. No nic, łyk picia i jedziemy dalej fajnymi wąskimi drogami. Kolejny po drodze, to PK 10. Jakoś się jechało. Upajałem się częściowo widokami, choć podjazdy były ciężkie.

Tak jak pisałem, nie zajmowałem się nawigacją, która podobno w wersji Orienteering Maraton miała być wymagająca. My jakoś nie mieliśmy problemów. Nawet kolejny PK12, zlokalizowany w środku lasu, nie przysporzył nam kłopotów. Choć i tak podobno nie tak go zaczęliśmy „brać”. Ale nie było specjalnego błądzenia i szukania. Czego niestety nie uniknęło kilka ekip, między innymi naszą drugą grupę, która to straciła tam ponad godziną.
Kolejnym przystankiem miała był Bacówka na Jamnej. Tu trafiliśmy na przepiękną szutrówkę, po której z przyjemnością sobie jechałem i nawet fajnie mi się tam jechało. Myślałem sobie jednak, że jak Bacówka, to pewnie gdzie na górce. I się nie myliłem. Ale o dziwo, prawie cały podjazd zaliczyłem bez schodzenia. Co prawda u podnóża powiedziałem Zenkowi, aby pojechał na górę, zjadł sobie zachwalane przez organizatora pierogi, a ja wówczas dojadę. No ale jechaliśmy w miarę razem.
Pierogów nie było, tylko baton i nieco Isostara. Ja już nawet nie kontrolowałem wówczas miejsca gdzie jesteśmy, trasy jaką pokonaliśmy czy gdzie mamy jechać. Zenek mówił, jedziemy, to jechałem, a w zasadzie starałem się jechać ile było sił. Nawet nie specjalnie patrzyłem na licznik, bowiem jak minęliśmy pierwsze punkty, a ja widzę, że dopiero jest 23 km przejechane, a do zapowiadanych 100 km jeszcze tyle trasy, to od razu odechciewało się wszystkiego. Przecież już nie miałem siły. Ale za bardzo nie wiedziałem na co mam ustawić licznik, dystans odpadał, czas odpadał, bo znów sobie liczyłem, że jeszcze 4 godziny jazdy. W końcu zostało na godzinie, ponieważ później czas zaczął odgrywać ważną rolę.
Na takich dywagacjach i pokonywaniu własnej słabości na podjazdach, pokonaliśmy punkty PK6 (róg pola), PK13 (róg polany) oraz PK15 (wiata). Teraz z perspektywy czasu, to nawet nie potrafię dokładnie skojarzyć i trasy i nawet niektórych punktów. Zajmowałem się bowiem głównie walką z samym sobą. Szczególnie na tych właśnie punktach byłem pełen zachwytu nad swoim partnerem, bowiem jakoś zawsze wiedział, o który róg pola lub polany chodziło. Nawet skrót na 13 pod górę między drzewami jakoś nie wzbudził u niego zbytniego przerażenia, w przeciwieństwie do mnie, który chyba nigdy by nie znalazł tego punktu.
Po PK15 przyszła pora na PK14. Jak się później okazało punkt ten był dla nas kluczowy, a szczególnie dla mnie, od którego to się sporo zmieniło. Sama końcówka wiodła przez strony zjazd w lesie. Po tygodniowych wcześniejszych opadach deszczu, w lasach było bardzo mokro i sporo błota. Niestety, brak może i inwestycji w nowe ogumienie, spowodowało upadek na błotnistej drodze. No nic, mówię jedziemy dalej. Bo to pierwszy raz się wywaliłem. Jednak ta wywrotka spowodowała, że zostałem nieco z tyłu za Zenkiem. Chciałem szybko doskoczyć i kiedy już mi się to pawie udało, spojrzałem jeszcze w którą on stronę jedzie, a w tym momencie nie zauważyłem, że wpadłem ponownie w koleinę. I wywrotka gotowa. Znowu myślę. No nic, ale podnosząc się coś mnie zabolało w kolanie. Pech chciał, że uderzyłem kolanem w jedyny kamień, który tam leżał. To trzeba mieć pecha. No nic, zacisnąłem zęby z bólu i pognałem za kolegą. Kiedy dojechaliśmy do PK14, podwinąłem getry i zobaczyłem, że leci krew z kolana. Skóra jakaś wisi sobie luzem, widać na getrach, że krwi już nieco wyleciało. Czarne myśli przeleciały mi po plecach: „czyżby trzeba było kończyć na dziś imprezę”.
Jednak powiedziałem sobie, że jedziemy ile dam radę. Co prawda mieliśmy już zaliczone na tyle punktów, aby być sklasyfikowanym, no ale nie o to przecież chodziło. Ten punkt to chyba faktycznie jaki Diabeł pilnował, ponieważ usytuowane było w miejscu o wdzięcznej nazwie „Diable boisko”.
W dalszej części, to już sam nawet nie wiem, jak ten dystans mijał i jak jechaliśmy. Nawet nie kojarzę dokładnie kolejny punktów zaliczeniowych. Kolano bolało, nogi bolały i ogólnie byłem zmęczony. Jednak o dziwo zaliczyliśmy po kolei jeszcze PK: 5, 4 i 3. Na tym ostatnim Zenek uznał, że odpuszczamy sobie 2 i niestety 1. Z moją nogą na 2 nie dalibyśmy rady, szkoda czasu, no a do jedynie jest za daleko.
Z PK3 fajnym zjazdem dojechaliśmy do początku podjazdu na PK8. Niestety, tu musiałem już prowadzić rower, ponieważ kolano już mocno dawało znać o sobie. Udało się zdobyć ten punkt, który miał być ostatnim. Jednak jeszcze pokusiliśmy się o zaliczenie jeszcze jednego punktu PK9, z niby przed ostatnim podjazdem. Niestety tych podjazdów w lesie było nieco więcej, niby krótkie, ale te terenowe znacznie są trudniejsze. Jednak udało się.
W tym momencie zacząłem dość często spoglądać na czas, nie chciałem bowiem, abyśmy mieli spóźnienie i dodatkowe kary. Na szczęście z PK9 prowadził już szybki zjazd do samej bazy. Wpadliśmy na metę na kilka minut przed zamknięciem. Padłem na ławce skonany.

Nawet za bardzo nie chciało mi się nic robić, ani przebierać, ani myć roweru. Długo jednak nie trzeba było czekać, ponieważ zmarzłem i nawet trzepały mną dreszcze. Więc przebrałem się, zjadłem obiadek, a w zasadzie wmusiłem w siebie i pobiegłem do kolejny z myciem roweru.
Czekałem już tylko na odpoczynek. Myślę, że zasłużony. Kolano bolało, a ja byłem myślami już przy następnym dniu, który wcale nie wydawał się lżejszy.


Wieczorkiem było ognisko, czym podobno organizator zaskoczył, ponieważ była darmowa kiełbaska oraz piwo. Fajnie było tak sobie postać w cieple, bowiem w pokojach było zimniej. Nawet niektórzy mieli pomysły, aby zostać przy ognisku całą noc, bo było cieplej. A ja rozpamiętywałem miniony dzień i zastanawiałem się, jak to jutro podołam nowemu wyzwaniu.
Relacja z dnia drugiego.
Dwa tygodnie przed rozpoczęciem imprezy dostałem propozycję od swojego kumpla: „a może byśmy razem wystartowali w najbliższej odysei?”. Kurcze, kusząca propozycja. Jednak, jak to zwykle musiałem uzgodnić w domu mój wyjazd na cały weekend. Tu, o dziwo, jakoś udało się bez zbędnych wyjaśnień, więc cynk: „możesz nas zgłaszać”.
Jednak później zaczęła działać adrenalina. W końcu to mój pierwszy start w takiej imprezie. Mało tego, do tej pory nie startowałem dłużej, jak 5 godzin. A już nie ma mowy o starcie dzień za dniem. W końcu trzeba było się o tym przekonać.
Za bardzo na trening nie było już czasu. I tego się najbardziej bałem. Że nie dam rady. Znałem swoje możliwości i wiedziałem, że może być kiepsko. Ale liczyłem na to, że może nie będzie źle. Jednak zupełnie nie wiedziałem czego się spodziewać.
Nierozłącznym elementem odysei jest nawigacja. Mapa – znam coś takiego. Czasami również stosuję. Jednak szukanie punktu na mapie i dojazd do niego, pozostawiłem specjaliście z tej kwestii, czyli mojemu partnerowi z drużyny - Zenkowi. On jest bardzo doświadczony w rajdach AR, więc „mnie to już nie obchodziło”.
Im bliżej startu, tym większa nerwówka. Szykowanie roweru, wymiana i regulacja hamulców, bowiem w tamtych okolicach będą mocno przydatne. Pakowanie, jakieś zakupy, jakieś „EPO” i tym podobne.
W końcu jedziemy. Wyruszamy wczesnym świtem, aby dojechać na czas i jeszcze się zarejestrować. Droga upłynęło spokojnie, oprócz jednego incydentu pod koniec trasy, gdzie to jeden z rowerów wypiął się, nie wiedzieć jakim cudem, i spadł na samochód. Całkiem nie zleciał, bo był przypięty paskami za koła. Jak to się stało, nikt z nas nie wie. To było tak, jakby wcale nie był przypięty. Fakt, że akurat trasa była paskudna i strasznie kołysało.
Szybki meldunek. Do pokoju. I zaczynamy się przygotowywać do startu. Ciuchy, jedzonko, picie, izotoniki, plecaki. Pora na start. A ja cały w nerwach, dawno bowiem nie byłem na linii startu.

Przygotowanie do startu.© Robert
Na starcie jak zwykle towarzystwo z wypasionymi w większości rowerami. A ja ze swoim niemal stalowym rowerem, stoję jak ta sierota. W końcu na 10 min. przed startem rozdają mapy. Szał niesamowity i ścisk. Każdy chce jak najszybciej dostać mapę i zacząć analizować trasę, jak i w którą stronę ruszyć. Ja również dostałem swoją mapę, ale raczej na zasadzie, bo „na ekipę przypadają dwie mapy”. Cóż popatrzyłem na nią, jakieś swoje przemyślenia miałem: „ale cholera kawał trasy i dystansu”. Po czym potulnie poskładałem mapę i schowałem do plecaka (pokażę synowi w domu). Przed samym startem rzuciłem tylko do Zenka: „w którą stronę pierwszy zakręt?”

Dobra mina do złej gry.© Robert
5, 4, 3, 2, 1 i … poszli. Ruszyliśmy spokojnie, bo sporo ludzi na starcie i nie ma co się przepychać. W końcu to przed nami ok. 8 godz. kręcenia.
Początkowo fajnie się jechało, bo droga lekko w dół. Jednak już po chwili rozpoczął się niezły podjazd, na którym już wymiękłem. Momentami takie nachylenie, że jakoś nie dałem rady. Pomyślałem, no ładnie, czyżby kryzys. Ale po kilku kilometrach. Nieźle się zaczyna. No nic brniemy dalej. Ludzi na podjeździe coraz mniej, bo wszyscy już pojechali. A ja męczę się i kręcę młynkiem. Ponieważ ostro zacząłem, więc długo nie trzeba było czekać, a dopadła mnie kolka. No tak, brak rozgrzewki, tak to się musiało skończyć.
No ale jakoś jest. Pierwszy nasz zaliczony punkt PK 11. No nic, łyk picia i jedziemy dalej fajnymi wąskimi drogami. Kolejny po drodze, to PK 10. Jakoś się jechało. Upajałem się częściowo widokami, choć podjazdy były ciężkie.

Jeden z wielu podjazdów, tu na szczęście jadę.© fot. Zenek
Tak jak pisałem, nie zajmowałem się nawigacją, która podobno w wersji Orienteering Maraton miała być wymagająca. My jakoś nie mieliśmy problemów. Nawet kolejny PK12, zlokalizowany w środku lasu, nie przysporzył nam kłopotów. Choć i tak podobno nie tak go zaczęliśmy „brać”. Ale nie było specjalnego błądzenia i szukania. Czego niestety nie uniknęło kilka ekip, między innymi naszą drugą grupę, która to straciła tam ponad godziną.
Kolejnym przystankiem miała był Bacówka na Jamnej. Tu trafiliśmy na przepiękną szutrówkę, po której z przyjemnością sobie jechałem i nawet fajnie mi się tam jechało. Myślałem sobie jednak, że jak Bacówka, to pewnie gdzie na górce. I się nie myliłem. Ale o dziwo, prawie cały podjazd zaliczyłem bez schodzenia. Co prawda u podnóża powiedziałem Zenkowi, aby pojechał na górę, zjadł sobie zachwalane przez organizatora pierogi, a ja wówczas dojadę. No ale jechaliśmy w miarę razem.
Pierogów nie było, tylko baton i nieco Isostara. Ja już nawet nie kontrolowałem wówczas miejsca gdzie jesteśmy, trasy jaką pokonaliśmy czy gdzie mamy jechać. Zenek mówił, jedziemy, to jechałem, a w zasadzie starałem się jechać ile było sił. Nawet nie specjalnie patrzyłem na licznik, bowiem jak minęliśmy pierwsze punkty, a ja widzę, że dopiero jest 23 km przejechane, a do zapowiadanych 100 km jeszcze tyle trasy, to od razu odechciewało się wszystkiego. Przecież już nie miałem siły. Ale za bardzo nie wiedziałem na co mam ustawić licznik, dystans odpadał, czas odpadał, bo znów sobie liczyłem, że jeszcze 4 godziny jazdy. W końcu zostało na godzinie, ponieważ później czas zaczął odgrywać ważną rolę.
Na takich dywagacjach i pokonywaniu własnej słabości na podjazdach, pokonaliśmy punkty PK6 (róg pola), PK13 (róg polany) oraz PK15 (wiata). Teraz z perspektywy czasu, to nawet nie potrafię dokładnie skojarzyć i trasy i nawet niektórych punktów. Zajmowałem się bowiem głównie walką z samym sobą. Szczególnie na tych właśnie punktach byłem pełen zachwytu nad swoim partnerem, bowiem jakoś zawsze wiedział, o który róg pola lub polany chodziło. Nawet skrót na 13 pod górę między drzewami jakoś nie wzbudził u niego zbytniego przerażenia, w przeciwieństwie do mnie, który chyba nigdy by nie znalazł tego punktu.
Po PK15 przyszła pora na PK14. Jak się później okazało punkt ten był dla nas kluczowy, a szczególnie dla mnie, od którego to się sporo zmieniło. Sama końcówka wiodła przez strony zjazd w lesie. Po tygodniowych wcześniejszych opadach deszczu, w lasach było bardzo mokro i sporo błota. Niestety, brak może i inwestycji w nowe ogumienie, spowodowało upadek na błotnistej drodze. No nic, mówię jedziemy dalej. Bo to pierwszy raz się wywaliłem. Jednak ta wywrotka spowodowała, że zostałem nieco z tyłu za Zenkiem. Chciałem szybko doskoczyć i kiedy już mi się to pawie udało, spojrzałem jeszcze w którą on stronę jedzie, a w tym momencie nie zauważyłem, że wpadłem ponownie w koleinę. I wywrotka gotowa. Znowu myślę. No nic, ale podnosząc się coś mnie zabolało w kolanie. Pech chciał, że uderzyłem kolanem w jedyny kamień, który tam leżał. To trzeba mieć pecha. No nic, zacisnąłem zęby z bólu i pognałem za kolegą. Kiedy dojechaliśmy do PK14, podwinąłem getry i zobaczyłem, że leci krew z kolana. Skóra jakaś wisi sobie luzem, widać na getrach, że krwi już nieco wyleciało. Czarne myśli przeleciały mi po plecach: „czyżby trzeba było kończyć na dziś imprezę”.
Jednak powiedziałem sobie, że jedziemy ile dam radę. Co prawda mieliśmy już zaliczone na tyle punktów, aby być sklasyfikowanym, no ale nie o to przecież chodziło. Ten punkt to chyba faktycznie jaki Diabeł pilnował, ponieważ usytuowane było w miejscu o wdzięcznej nazwie „Diable boisko”.
W dalszej części, to już sam nawet nie wiem, jak ten dystans mijał i jak jechaliśmy. Nawet nie kojarzę dokładnie kolejny punktów zaliczeniowych. Kolano bolało, nogi bolały i ogólnie byłem zmęczony. Jednak o dziwo zaliczyliśmy po kolei jeszcze PK: 5, 4 i 3. Na tym ostatnim Zenek uznał, że odpuszczamy sobie 2 i niestety 1. Z moją nogą na 2 nie dalibyśmy rady, szkoda czasu, no a do jedynie jest za daleko.
Z PK3 fajnym zjazdem dojechaliśmy do początku podjazdu na PK8. Niestety, tu musiałem już prowadzić rower, ponieważ kolano już mocno dawało znać o sobie. Udało się zdobyć ten punkt, który miał być ostatnim. Jednak jeszcze pokusiliśmy się o zaliczenie jeszcze jednego punktu PK9, z niby przed ostatnim podjazdem. Niestety tych podjazdów w lesie było nieco więcej, niby krótkie, ale te terenowe znacznie są trudniejsze. Jednak udało się.
W tym momencie zacząłem dość często spoglądać na czas, nie chciałem bowiem, abyśmy mieli spóźnienie i dodatkowe kary. Na szczęście z PK9 prowadził już szybki zjazd do samej bazy. Wpadliśmy na metę na kilka minut przed zamknięciem. Padłem na ławce skonany.

Wpadamy na metę pierwszego dnia.© fot. Compass
Nawet za bardzo nie chciało mi się nic robić, ani przebierać, ani myć roweru. Długo jednak nie trzeba było czekać, ponieważ zmarzłem i nawet trzepały mną dreszcze. Więc przebrałem się, zjadłem obiadek, a w zasadzie wmusiłem w siebie i pobiegłem do kolejny z myciem roweru.
Czekałem już tylko na odpoczynek. Myślę, że zasłużony. Kolano bolało, a ja byłem myślami już przy następnym dniu, który wcale nie wydawał się lżejszy.

Jezioro Rożnowskie.© Robert

Parking rowerowy w pokoju.© Robert
Wieczorkiem było ognisko, czym podobno organizator zaskoczył, ponieważ była darmowa kiełbaska oraz piwo. Fajnie było tak sobie postać w cieple, bowiem w pokojach było zimniej. Nawet niektórzy mieli pomysły, aby zostać przy ognisku całą noc, bo było cieplej. A ja rozpamiętywałem miniony dzień i zastanawiałem się, jak to jutro podołam nowemu wyzwaniu.
Relacja z dnia drugiego.






