Wpisy archiwalne w miesiącu
Październik, 2011
| Dystans całkowity: | 315.24 km (w terenie 97.47 km; 30.92%) |
| Czas w ruchu: | 18:37 |
| Średnia prędkość: | 16.93 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 56.00 km/h |
| Suma podjazdów: | 2491 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 190 (100 %) |
| Maks. tętno średnie: | 165 (86 %) |
| Suma kalorii: | 8701 kcal |
| Liczba aktywności: | 7 |
| Średnio na aktywność: | 45.03 km i 2h 39m |
| Więcej statystyk | |
"Rowerowa" autostrada
Niedziela, 30 października 2011 | dodano:04.11.2011
| Dst.: | 29.44 | Off-road: | 8.06 | Czas: | 01:52 | Avg: | 15.77 |
| Vmax: | 33.00 | Temp.: | 15.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 254m | Bike: | GT | ||
Dziś postanowiłem wykorzystać niecodzienną okazję i przejechać się super drogą, niczym rowerową autostradą. To nic innego, jak na ukończeniu budowana droga ekspresowa S74 z Kielc do Cedzyny. Szkoda, że to tylko jakieś ok. 5 km, ale jechało się super. Droga prawie na ukończeniu, brakuje jeszcze paru rzeczy i będzie można sobie śmigać, znacznie skracając sobie wyjazd na Lublin.

A jak ktoś jest zainteresowany większą ilością zdjęć z tej trasy, to zapraszam na "mój" profil.

"Rowerowa" autostrada.© Robert
A jak ktoś jest zainteresowany większą ilością zdjęć z tej trasy, to zapraszam na "mój" profil.
Praca-dom
Poniedziałek, 17 października 2011 | dodano:17.10.2011
| Dst.: | 25.36 | Off-road: | 2.48 | Czas: | 01:26 | Avg: | 17.69 |
| Vmax: | 33.50 | Temp.: | 13.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 166m | Bike: | GT | ||
Kolejna okazja do jazdy rowerem do pracy. Tu oczywiście zdziwienie i pierwsze co usłyszałem: "zgłupiałeś do reszty". Początkowo nie wiedziałem o co chodzi, ale oczywiście autor miał na myśli jazdę na rowerze przy zeru stopniach.
Hm, uśmiechnąłem się tylko.
Hm, uśmiechnąłem się tylko.

Rześki poranek nad Zalewem Kieleckim.© Robert
Praca-dom
Piątek, 14 października 2011 | dodano:14.10.2011
| Dst.: | 16.27 | Off-road: | 2.31 | Czas: | 00:52 | Avg: | 18.77 |
| Vmax: | 32.50 | Temp.: | 10.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 84m | Bike: | GT | ||
Wszystkim Nauczycielom - wszystkiego najlepszego.
Ponownie, do pracy rowerem. Rano tylko 3 st.
Ponownie, do pracy rowerem. Rano tylko 3 st.
Praca-dom
Czwartek, 13 października 2011 | dodano:14.10.2011
| Dst.: | 16.26 | Off-road: | 2.31 | Czas: | 00:52 | Avg: | 18.76 |
| Vmax: | 27.00 | Temp.: | 13.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 80m | Bike: | GT | ||
Coraz zimniej, no ale trudno, w końcu ma się na zimę.
Do pracy na rowerze, ale na szczęście nic takiego się nie wydarzyło.
Do pracy na rowerze, ale na szczęście nic takiego się nie wydarzyło.
Praca-dom
Środa, 12 października 2011 | dodano:13.10.2011
| Dst.: | 16.28 | Off-road: | 2.31 | Czas: | 00:54 | Avg: | 18.09 |
| Vmax: | 34.50 | Temp.: | 10.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 80m | Bike: | GT | ||
Jesień w pełni, rano dość chłodno jest. Ale co tam, najważniejsze, że na rowerze do pracy.
W drodze powrotnej, jakoś ciężko mi się jechało. Może to wina sporego wiatru, może dawno nie jeździłem, bowiem to pierwszy raz po odysei. Leczyłem "rany".
W drodze powrotnej, jakoś ciężko mi się jechało. Może to wina sporego wiatru, może dawno nie jeździłem, bowiem to pierwszy raz po odysei. Leczyłem "rany".
Odyseja Ponidziańska'11 - dzień 2
Niedziela, 2 października 2011 | dodano:05.10.2011Kategoria Zawody, Pełnia szczęścia, Inne miejscówki
| Dst.: | 96.82 | Off-road: | 35.00 | Czas: | 05:40 | Avg: | 17.09 |
| Vmax: | 54.00 | Temp.: | 21.0 | HRmax: | 170( 89%) | HRavg | 142( 74%) |
| Cal: | 3403kcal | ALT: | 698m | Bike: | GT | ||
Drugi dzień zmagań. Co przyniesie? Czy dam radę? Czy uda się ukończyć i zaliczyć wszystkie punkty? Czy uda się w końcu obronić zajmowane 10 miejsce po pierwszym etapie? Wątpliwości masa. Mobilizowałem się, jak mogłem. Trzy zdrowaśki, buzi od żony, buziaki dla synów i w drogę.
Mimo zmęczenia spałem niespokojnie. Obudziłem się wcześnie, co w sumie dobrze wyszło. Miałem czas na nasmarowanie łańcucha po wczorajszych piachach i pyłach. Jeśli już wspomniałem o podłożu, po którym wczoraj jeździliśmy, to coś dziwnego to było, bowiem nie piasek, a jakiś pył. Rower się nie zapadał i można było po tym jechać. Ale kurzyło się strasznie. Musiałem w pewnym momencie nieco zwiększyć dystans do Zenka, ponieważ nie wiedziałem, gdzie jadę.
Dzień drugi zmagań oczywiście pełen niepokoju. Wiedziałem, że ciężko będzie pokonać te 80 km, które organizatorzy zapowiadali w oficjalnych komunikatach. Jak tylko usłyszałem, że jest do pokonania 90 km, to zesztywniałem z wrażenia. Jak ja, po wczorajszych prawie 115 km., dziś dam radę przejechać ponownie prawie taką samą odległość. Wiedziałem bowiem, że nie byłem przygotowany na długodystansowe przebiegi.
Nie przyznawałem się również nikomu, ale obawiałem się o kolano, które to stłukłem sobie podczas zeszłorocznej odysei. A momentami boli do tej pory. Ale nic, trzeba jechać i stanąć na starcie drugiego etapu.
Ponieważ wczoraj „widziałem ciemność”, postanowiłem więc jechać bez okularów, co jak się miejscami okazało, że nie było to dobrym pomysłem. Prawda jest taka, że przed startem musiałem jeszcze wrócić do samochodu i wówczas musiałem schować okulary do plecaka i o nich zapomniałem.
Tym razem kolejność zaliczania punktów była obowiązkowa, więc rozdawanie map było jakieś 4 min. przed startem. Ja sobie zobaczyłem tylko, gdzie my to mamy jechać i jak zwykle schowałem mapkę do plecaka. Przecież nie będę się wygłupiał i wymyślał jakiś rozwiązań, bo wiem, że Zenek jest świetnym nawigatorem.
"Start" - słyszymy nagle. Więc prawie na końcu pomknęliśmy na trasę. Kolejność obowiązkowa, ale i tak na pierwszym skrzyżowaniu peleton podzielił się na dwie grupki. Każdy myślał, że ma najlepszą wersję trasy.

My dobrze wystartowaliśmy. Mnie jakoś również dobrze się jechało. Już na samym pierwszym podjeździe rozłączyliśmy się z Pawłem, którego później zobaczyliśmy jeszcze mijając się na trasie kilka razy.
Pierwszy punkt i … wszyscy go szukają: „to nie ta przecinka”. Zenek jakoś nie miał z tym problemów. Wiedział, że trzeba nieco dalej pojechać, a ja zanim. Później kolejne punkty. Ja już nie jechałem tak żwawo jak dnia pierwszego. Niestety już czułem ponownie nogi, ale co innego jednak było do samego końca największym problemem – bolący tyłek. Już mniej więcej od ok. 35 km. zacząłem dość mocno odczuwać skutki długiego siedzenia i podskakiwania na siodełku. Jednak mój tyłek nie był przygotowany na takie katorgi. Ale trudno, przecież to głupia wymówka wycofać się z powodu tyłka.

Poza tym właśnie drugiego dnia odzywało się bolące kolano, co uniemożliwiało mi mocne naciskanie na pedał. A niestety, tym razem więcej było dość piaszczystych leśnych i polnych dróg, gdzie, aby się nie zakopać trzeba było mocniej kręcić. Na dodatek mój ciężki rower tylko potęgował skalę problemu.
W tym wszystkim całe szczęście, że Szefu jest wyrozumiały i nie napier…. za lenistwo, czy inne takie. Owszem poganiał, ale tak raczej motywacyjnie. Ja wiem, że „du… się nie kręci”, ale jednak to duży dyskomfort w jeździe i to nie daje już takiej satysfakcji. Co chwila, co kolejny PK, pytałem jeszcze, to ile do końca. I tak odliczałem, jeszcze cztery, trzy, o jak dobrze, że tylko dwa punkty. Martwił mnie jednak ten ostatni, bowiem wiedziałem, że będzie trudny z długim podjazdem.

Wjechałem na ten cholerny PK12, nie kryjąc zadowolenia z samego faktu zbliżającej się mety. W sumie sam podjazd bardzo fajny i praktycznie w całości do wjechania. Dopiero teraz w pełni doceniłem zalety nowo założonej, większej kasety. Wiedziałem, że teraz to tylko zjazd do samej mety. Kiedy faktycznie zjechaliśmy trudnym technicznie zjazdem, to zdziwiłem się, że nie jesteśmy jeszcze w centrum Pińczowa. Kurde, gdzie ta meta, gdzie to miasto. Jednak i to wkrótce nastąpiło. Wpadliśmy na uprawnioną metę. Mogłem w końcu zsiąść z siodełka. Uf, jaka ulga.


PODSUMOWANIE.
Impreza udana i jak zwykle bardzo fajna. Szczerze mówiąc, jestem zadowolony z udziału. Co prawda, ciężki był on dla mnie, ale udało się zrealizować moje założenia. Całą imprezę ukończyliśmy na 9 miejscu, więc udało się jeszcze poprawić jedną lokatę w stosunku do pierwszego dnia. Poprawiliśmy też i wynik z zeszłego roku, jak i byliśmy w pierwszej dziesiątce. Jak się później okazało, to kluczem do sukcesu była dobra nawigacja, ponieważ pod sam koniec uciekaliśmy grupie kilku ekip, które to po jakimś czasie po nas, wpadły razem na metę.
Wiem, że gdyby moje przygotowanie było lepsze, to można było jeszcze urwać jakieś 2 miejsca. Ale, sam udział zaliczam do udanych. Wiem, co należy zmienić do następnego razu. Jeśli będzie mi dane uczestniczyć w kolejnej imprezie, to w pierwszej kolejności muszę wymienić sprzęt i ewentualnie wygodne siodełko. Choćby kanapa.
Jednocześnie chciałem podziękować kolegom z ekipy: Pawłowi, a szczególnie Zenkowi, bo bez niego nie byłoby mnie tam i nie przeżyłbym ciekawej przygody. Dziękuję za jego przewodnictwo, wspaniałą nawigację, dzięki której udało się osiągnąć dobry wynik. Dzięki jednak szczególne za wyrozumiałość.
A tak wygląda strup, jaki mam teraz na tyłku.

A tu relacja z pierwszego dnia.
Mimo zmęczenia spałem niespokojnie. Obudziłem się wcześnie, co w sumie dobrze wyszło. Miałem czas na nasmarowanie łańcucha po wczorajszych piachach i pyłach. Jeśli już wspomniałem o podłożu, po którym wczoraj jeździliśmy, to coś dziwnego to było, bowiem nie piasek, a jakiś pył. Rower się nie zapadał i można było po tym jechać. Ale kurzyło się strasznie. Musiałem w pewnym momencie nieco zwiększyć dystans do Zenka, ponieważ nie wiedziałem, gdzie jadę.
Dzień drugi zmagań oczywiście pełen niepokoju. Wiedziałem, że ciężko będzie pokonać te 80 km, które organizatorzy zapowiadali w oficjalnych komunikatach. Jak tylko usłyszałem, że jest do pokonania 90 km, to zesztywniałem z wrażenia. Jak ja, po wczorajszych prawie 115 km., dziś dam radę przejechać ponownie prawie taką samą odległość. Wiedziałem bowiem, że nie byłem przygotowany na długodystansowe przebiegi.
Nie przyznawałem się również nikomu, ale obawiałem się o kolano, które to stłukłem sobie podczas zeszłorocznej odysei. A momentami boli do tej pory. Ale nic, trzeba jechać i stanąć na starcie drugiego etapu.
Ponieważ wczoraj „widziałem ciemność”, postanowiłem więc jechać bez okularów, co jak się miejscami okazało, że nie było to dobrym pomysłem. Prawda jest taka, że przed startem musiałem jeszcze wrócić do samochodu i wówczas musiałem schować okulary do plecaka i o nich zapomniałem.
Tym razem kolejność zaliczania punktów była obowiązkowa, więc rozdawanie map było jakieś 4 min. przed startem. Ja sobie zobaczyłem tylko, gdzie my to mamy jechać i jak zwykle schowałem mapkę do plecaka. Przecież nie będę się wygłupiał i wymyślał jakiś rozwiązań, bo wiem, że Zenek jest świetnym nawigatorem.
"Start" - słyszymy nagle. Więc prawie na końcu pomknęliśmy na trasę. Kolejność obowiązkowa, ale i tak na pierwszym skrzyżowaniu peleton podzielił się na dwie grupki. Każdy myślał, że ma najlepszą wersję trasy.

Start do drugiego etapu.© Toma szek
My dobrze wystartowaliśmy. Mnie jakoś również dobrze się jechało. Już na samym pierwszym podjeździe rozłączyliśmy się z Pawłem, którego później zobaczyliśmy jeszcze mijając się na trasie kilka razy.
Pierwszy punkt i … wszyscy go szukają: „to nie ta przecinka”. Zenek jakoś nie miał z tym problemów. Wiedział, że trzeba nieco dalej pojechać, a ja zanim. Później kolejne punkty. Ja już nie jechałem tak żwawo jak dnia pierwszego. Niestety już czułem ponownie nogi, ale co innego jednak było do samego końca największym problemem – bolący tyłek. Już mniej więcej od ok. 35 km. zacząłem dość mocno odczuwać skutki długiego siedzenia i podskakiwania na siodełku. Jednak mój tyłek nie był przygotowany na takie katorgi. Ale trudno, przecież to głupia wymówka wycofać się z powodu tyłka.

Przepiękne drogi Ponidzia.© Zenek
Poza tym właśnie drugiego dnia odzywało się bolące kolano, co uniemożliwiało mi mocne naciskanie na pedał. A niestety, tym razem więcej było dość piaszczystych leśnych i polnych dróg, gdzie, aby się nie zakopać trzeba było mocniej kręcić. Na dodatek mój ciężki rower tylko potęgował skalę problemu.
W tym wszystkim całe szczęście, że Szefu jest wyrozumiały i nie napier…. za lenistwo, czy inne takie. Owszem poganiał, ale tak raczej motywacyjnie. Ja wiem, że „du… się nie kręci”, ale jednak to duży dyskomfort w jeździe i to nie daje już takiej satysfakcji. Co chwila, co kolejny PK, pytałem jeszcze, to ile do końca. I tak odliczałem, jeszcze cztery, trzy, o jak dobrze, że tylko dwa punkty. Martwił mnie jednak ten ostatni, bowiem wiedziałem, że będzie trudny z długim podjazdem.

Dobra mina do złej gry.© Zenek
Wjechałem na ten cholerny PK12, nie kryjąc zadowolenia z samego faktu zbliżającej się mety. W sumie sam podjazd bardzo fajny i praktycznie w całości do wjechania. Dopiero teraz w pełni doceniłem zalety nowo założonej, większej kasety. Wiedziałem, że teraz to tylko zjazd do samej mety. Kiedy faktycznie zjechaliśmy trudnym technicznie zjazdem, to zdziwiłem się, że nie jesteśmy jeszcze w centrum Pińczowa. Kurde, gdzie ta meta, gdzie to miasto. Jednak i to wkrótce nastąpiło. Wpadliśmy na uprawnioną metę. Mogłem w końcu zsiąść z siodełka. Uf, jaka ulga.

Na mecie z dyplomem.© Robert

Powrót do domu.© Zenek
PODSUMOWANIE.
Impreza udana i jak zwykle bardzo fajna. Szczerze mówiąc, jestem zadowolony z udziału. Co prawda, ciężki był on dla mnie, ale udało się zrealizować moje założenia. Całą imprezę ukończyliśmy na 9 miejscu, więc udało się jeszcze poprawić jedną lokatę w stosunku do pierwszego dnia. Poprawiliśmy też i wynik z zeszłego roku, jak i byliśmy w pierwszej dziesiątce. Jak się później okazało, to kluczem do sukcesu była dobra nawigacja, ponieważ pod sam koniec uciekaliśmy grupie kilku ekip, które to po jakimś czasie po nas, wpadły razem na metę.
Wiem, że gdyby moje przygotowanie było lepsze, to można było jeszcze urwać jakieś 2 miejsca. Ale, sam udział zaliczam do udanych. Wiem, co należy zmienić do następnego razu. Jeśli będzie mi dane uczestniczyć w kolejnej imprezie, to w pierwszej kolejności muszę wymienić sprzęt i ewentualnie wygodne siodełko. Choćby kanapa.
Jednocześnie chciałem podziękować kolegom z ekipy: Pawłowi, a szczególnie Zenkowi, bo bez niego nie byłoby mnie tam i nie przeżyłbym ciekawej przygody. Dziękuję za jego przewodnictwo, wspaniałą nawigację, dzięki której udało się osiągnąć dobry wynik. Dzięki jednak szczególne za wyrozumiałość.
A tak wygląda strup, jaki mam teraz na tyłku.

Strup na tyłku.© Robert
A tu relacja z pierwszego dnia.
Odyseja Ponidziańska'11 - dzień 1
Sobota, 1 października 2011 | dodano:05.10.2011Kategoria Inne miejscówki, Pełnia szczęścia, Zawody
| Dst.: | 114.81 | Off-road: | 45.00 | Czas: | 07:01 | Avg: | 16.36 |
| Vmax: | 56.00 | Temp.: | 27.0 | HRmax: | 190(100%) | HRavg | 165( 86%) |
| Cal: | 5298kcal | ALT: | 1129m | Bike: | GT | ||
Wyjazdem na kolejną edycję odysei żyłem już od jakiegoś czasu. Mniej więcej miesiąc wcześniej, pomimo mojej zeszłorocznej słabości, mój drużynowy partner Zenek ponownie złożył mi … stosowną propozycję. „STARTUJEMY RAZEM”. Nie powiem, ucieszyło mnie to, ale nerwy się zaczęły. Niestety pomimo moich chęci nie udało się ani wymienić sprzętu, a tym bardziej odpowiednio kondycyjnie przygotować. Ale byłem dobrej myśli.
Po cichu chciałem poprawić naszą lokatę z zeszłego roku. A tak jeszcze ciszej, to chciałem być w pierwszej 10. Na nic więcej raczej nie mogłem liczyć, przynajmniej ja. Niestety. „dziadki” mają już swoje miejsce w szeregu.
No ale, pozwolenie w domu uzyskałem, więc pewnie jedziemy na imprezę. Wcześniej oczywiście jeszcze przygotowania, nowa oponka, zakupy suchego prowiantu. Trzeba było „odkurzyć” bukłak na picie. No i jedziemy.

Przyjazd do Pińczowa, gdzie tym razem była organizowana Odyseja Ponidziańska.

Od tego roku organizatorzy postanowili umożliwić start pojedynczym zawodnikom, dzięki czemu pojechaliśmy w trzech: Paweł jako SOLO, no i Zenek – jako Szefu i ja – jako Ogon. Na przygotowania do startu było nieco czasu, więc nie było paniki. W końcu ustawiliśmy się na placu startowym, czekając na rozdawanie map.

Tym razem odbyło się to 15 min. przed startem, co było dobrym posunięciem, bo umożliwiło wybranie odpowiedniego wariantu przejazdu. Ja jak zwykle popatrzyłem sobie na mapę, że taka ładna i kolorowa z zaznaczonymi jakimiś punkcikami. Ucieszyłem się szczególnie na jeden, przy którym było napisane BUFET. Po czym ładnie złożyłem i schowałem do kieszonki koszulki.
Zenek ustalił kierunek, pierwszy zakręt i … w drogę.
Zaczęło się, zaczęła się przygoda.
Pierwsze dwa punkty 13, 14 poszły nam jakoś łatwo. Pominę może kwestię przeskakiwania dwukrotnie bramy i ogrodzenia. Szefu kazał, więc nie było wyjścia. Pytam się, a co to jest, że ogrodzone. W odpowiedzi słyszę: „a jakaś szkółka leśna”. No OK, jak szkółka, to szkółka. Nagle widzimy jakieś zabudowania i zamkniętą bramę na potężną kłódkę. Widać Zenkowi brakowało czegoś z AR, więc i tym razem przez płot. Kiedy jako ostatni przeskakiwałem, nagle krzyczy do nas jakiś facet. Człowiek nie miał czasu się zastanawiać, ale gdyby tam nagle jakiś doberman czy inny bulterier wybiegł zza zabudowań?
Kolej przyszła na PK12. Dojazd do tego punktu zapamiętałem jako dość długi i pod dość silny wiatr. Na tym dojeździe jakoś zgubiliśmy się z Pawłem, ale o dziwo po zaliczeniu punktu ponownie wjechaliśmy na siebie. Od tego momentu staraliśmy się trzymać razem. Później co prawda koledzy chcieli koniecznie mnie zgubić. Ale nie dawałem się, goniłem za nimi. Szefu wiadomo, na luzaka wjeżdżał sobie pod wzniesienia. Miał czas na robienie zdjęć, podziwianie „Natury 2000”, czy jedzonko. A ja, jak tylko dojechałem, to ani chwili możliwości odpoczynku. „Jedziemy dalej”. No to jedziemy.

I właśnie tak jechałem, jak w amoku. Nawet nie pamiętam jakimi drogami, ścieżkami. Tylko na chwilę udawało mi się gdzieś rozejrzeć, aby zobaczyć jak fajnymi wąwozami jechaliśmy, między drzewami czy pokrzywami po pachy.

Jechałem tak, czekając na ten upragniony PK5 z bufetem. Na jakimś podjeździe jakoś ciemno mi się zrobiło przed oczami. Myślę sobie, że to pewnie dlatego, że mam ciemne okulary, ponieważ pogoda była cudna, iście letnia. Ale podniosłem okulary lekko do góry i … dalej ciemno.

W końcu bufet. Będzie czas na uzupełnienie płynów i zjedzenie bułki słodkiej. Guzik, też nie było czasu. Bułkę jadłem jadąc rowerem. Dobrze, że uzupełniłem wodę w bukłaku, bo pewnie by mi nie wystarczyło do samej mety.
Przydała mi się ta zjedzona bułka, bowiem później musieliśmy gonić do PK5, ponieważ był zamykany. Ciężko mi było, ale jakoś prawie na styk udało się podbić kartkę. A ja już zacząłem zadawać pytania: „kiedy jedziemy do domu”. Odczuwałem już dość mocno pokonany dystans. Bolały mnie mięśnie i pachwiny. A i tyłek zaczął również dokuczać. Może dlatego Szefu zaaplikował nam fragment na piechotę przez zaorane pola. Początkowo było fajnie, taka ulga dla siedzenia i w końcu człowiek był wyprostowany. A że Zenek szybciej chodzi, niż jeździ, więc skutkiem tego było, że część musiałem podbiec.
No ale chyba było to na tyle potrzebne mojemu organizmowi, że samą końcówkę spiąłem się i pognaliśmy już do samej mety, gdzieś gubiąc pod drodze Pawła.
W końcu po niewiele ponad 7,5 godzinach jazdy, wpadliśmy na metę. Paweł za kilka minut do nas dołączył.
Obolały i zmęczony wróciłem do domu, do swojego łóżeczka. Wiedziałem, że jutro czeka nas nie mniejsze wyzwanie.
Po cichu chciałem poprawić naszą lokatę z zeszłego roku. A tak jeszcze ciszej, to chciałem być w pierwszej 10. Na nic więcej raczej nie mogłem liczyć, przynajmniej ja. Niestety. „dziadki” mają już swoje miejsce w szeregu.
No ale, pozwolenie w domu uzyskałem, więc pewnie jedziemy na imprezę. Wcześniej oczywiście jeszcze przygotowania, nowa oponka, zakupy suchego prowiantu. Trzeba było „odkurzyć” bukłak na picie. No i jedziemy.

Znajdź różnice - nowa oponka.© Robert
Przyjazd do Pińczowa, gdzie tym razem była organizowana Odyseja Ponidziańska.

"Wodne rowery"© Robert
Od tego roku organizatorzy postanowili umożliwić start pojedynczym zawodnikom, dzięki czemu pojechaliśmy w trzech: Paweł jako SOLO, no i Zenek – jako Szefu i ja – jako Ogon. Na przygotowania do startu było nieco czasu, więc nie było paniki. W końcu ustawiliśmy się na placu startowym, czekając na rozdawanie map.

Walka o mapy.© Toma szek
Tym razem odbyło się to 15 min. przed startem, co było dobrym posunięciem, bo umożliwiło wybranie odpowiedniego wariantu przejazdu. Ja jak zwykle popatrzyłem sobie na mapę, że taka ładna i kolorowa z zaznaczonymi jakimiś punkcikami. Ucieszyłem się szczególnie na jeden, przy którym było napisane BUFET. Po czym ładnie złożyłem i schowałem do kieszonki koszulki.
Zenek ustalił kierunek, pierwszy zakręt i … w drogę.
Zaczęło się, zaczęła się przygoda.
Pierwsze dwa punkty 13, 14 poszły nam jakoś łatwo. Pominę może kwestię przeskakiwania dwukrotnie bramy i ogrodzenia. Szefu kazał, więc nie było wyjścia. Pytam się, a co to jest, że ogrodzone. W odpowiedzi słyszę: „a jakaś szkółka leśna”. No OK, jak szkółka, to szkółka. Nagle widzimy jakieś zabudowania i zamkniętą bramę na potężną kłódkę. Widać Zenkowi brakowało czegoś z AR, więc i tym razem przez płot. Kiedy jako ostatni przeskakiwałem, nagle krzyczy do nas jakiś facet. Człowiek nie miał czasu się zastanawiać, ale gdyby tam nagle jakiś doberman czy inny bulterier wybiegł zza zabudowań?
Kolej przyszła na PK12. Dojazd do tego punktu zapamiętałem jako dość długi i pod dość silny wiatr. Na tym dojeździe jakoś zgubiliśmy się z Pawłem, ale o dziwo po zaliczeniu punktu ponownie wjechaliśmy na siebie. Od tego momentu staraliśmy się trzymać razem. Później co prawda koledzy chcieli koniecznie mnie zgubić. Ale nie dawałem się, goniłem za nimi. Szefu wiadomo, na luzaka wjeżdżał sobie pod wzniesienia. Miał czas na robienie zdjęć, podziwianie „Natury 2000”, czy jedzonko. A ja, jak tylko dojechałem, to ani chwili możliwości odpoczynku. „Jedziemy dalej”. No to jedziemy.

Szefu goni do PK12.© Robert
I właśnie tak jechałem, jak w amoku. Nawet nie pamiętam jakimi drogami, ścieżkami. Tylko na chwilę udawało mi się gdzieś rozejrzeć, aby zobaczyć jak fajnymi wąwozami jechaliśmy, między drzewami czy pokrzywami po pachy.

Wąwozy ponidziańskie.© Robert
Jechałem tak, czekając na ten upragniony PK5 z bufetem. Na jakimś podjeździe jakoś ciemno mi się zrobiło przed oczami. Myślę sobie, że to pewnie dlatego, że mam ciemne okulary, ponieważ pogoda była cudna, iście letnia. Ale podniosłem okulary lekko do góry i … dalej ciemno.

Chwila odpoczynku w lesie.© Robert
W końcu bufet. Będzie czas na uzupełnienie płynów i zjedzenie bułki słodkiej. Guzik, też nie było czasu. Bułkę jadłem jadąc rowerem. Dobrze, że uzupełniłem wodę w bukłaku, bo pewnie by mi nie wystarczyło do samej mety.
Przydała mi się ta zjedzona bułka, bowiem później musieliśmy gonić do PK5, ponieważ był zamykany. Ciężko mi było, ale jakoś prawie na styk udało się podbić kartkę. A ja już zacząłem zadawać pytania: „kiedy jedziemy do domu”. Odczuwałem już dość mocno pokonany dystans. Bolały mnie mięśnie i pachwiny. A i tyłek zaczął również dokuczać. Może dlatego Szefu zaaplikował nam fragment na piechotę przez zaorane pola. Początkowo było fajnie, taka ulga dla siedzenia i w końcu człowiek był wyprostowany. A że Zenek szybciej chodzi, niż jeździ, więc skutkiem tego było, że część musiałem podbiec.
No ale chyba było to na tyle potrzebne mojemu organizmowi, że samą końcówkę spiąłem się i pognaliśmy już do samej mety, gdzieś gubiąc pod drodze Pawła.
W końcu po niewiele ponad 7,5 godzinach jazdy, wpadliśmy na metę. Paweł za kilka minut do nas dołączył.
Obolały i zmęczony wróciłem do domu, do swojego łóżeczka. Wiedziałem, że jutro czeka nas nie mniejsze wyzwanie.






