o mnie

  • '07 r. (BS) - 16550.77 km
  • off-road - 3682.30 km 22.25%
  • czas jazdy - 40d 18h 23m
  • avg. - 16.92 km/h
  • od'94-09.14 - 30.120 km
  • moje pełne statystyki

  • Rowerowe Kielce



  • baton rowerowy bikestats.pl


    Moje skromne rekordy (max):
    rocznie - 3.601 km ('12)
    miesięcznie - 558 km (VIII'12)
    dziennie - 161 km ('01)
    Vmax. - 71 km/h ('07)

    wykresy roczne

    Wykres roczny blog rowerowy Robert.bikestats.pl

    linki

    szukaj


    Witam wszystkich free counters Zapraszam ponownie.

    Pogoda w Kielcach
    Wpisy archiwalne w miesiącu

    Październik, 2012

    Dystans całkowity:323.35 km (w terenie 95.00 km; 29.38%)
    Czas w ruchu:19:23
    Średnia prędkość:16.68 km/h
    Maksymalna prędkość:61.50 km/h
    Suma podjazdów:3496 m
    Maks. tętno maksymalne:192 (102 %)
    Maks. tętno średnie:163 (86 %)
    Suma kalorii:4691 kcal
    Liczba aktywności:9
    Średnio na aktywność:35.93 km i 2h 09m
    Więcej statystyk

    Praca-dom

    Wtorek, 23 października 2012 | dodano:26.10.2012
    Dst.:23.91Off-road:2.40 Czas:01:01Avg:23.52
    Vmax:35.00Temp.:14.0 HRmax:(%)HRavg(%)
    Cal:kcalALT: 95mBike:GT

    Jeszcze okazyjnie do pracy.

    Praca-dom

    Poniedziałek, 22 października 2012 | dodano:26.10.2012
    Dst.:17.63Off-road:2.40 Czas:00:48Avg:22.04
    Vmax:35.00Temp.:16.0 HRmax:(%)HRavg(%)
    Cal:kcalALT: 84mBike:GT

    Już chłodniej się robi. Rano trzeba myśleć o lampkach, bo tak mglisto. Jesień na dobre.

    U źródeł Silnicy

    Niedziela, 21 października 2012 | dodano:26.10.2012Kategoria Średnia przyjemność
    Dst.:49.31Off-road:14.30 Czas:03:01Avg:16.35
    Vmax:58.00Temp.:20.0 HRmax:(%)HRavg(%)
    Cal:kcalALT:419mBike:GT

    Podczas ostatniej jazdy w kierunku Zagnańska zauważyłem fajną ścieżkę szutrową w głąb lasy. A ponieważ jakoś nie za bardzo miałem koncepcję na weekendową jazdę, więc czemu nie zobaczyć, gdzie to ja dojadę.

    Tak na wszelki wypadek jednak zabrałem ze sobą GPS, coby wiedzieć jak wrócić. Trasa fajna, jedzie się nieźle. Nawet równo, nieco dalej droga robi się trudniej przejezdna, ze względu na ślady po ścince drzew. W pewnym momencie zauważam drogowskaz: "Ścieżka historyczna". Co prawda strzałka była skierowana w stronę, z której przyjechałem, ale jadę dalej.

    Dojechałem do miejsca, gdzie znajduje się tablica informacyjna, a obok ławeczki, jakiś stolik. Widać też miejsce po ognisku. Podjeżdżam do tablicy i czytam: "W tym miejscu znajduje się źródło rzeki Silnica". Ale numer, a nie tak dawno rozmawiałem z kolegami, którzy dotarli tutaj pieszo. Zupełnie przez przypadek znalazłem się w tym miejscu.

    Na tablicy była również opisana legenda tego miejsca, które związane jest ściśle z naszym miastem Kielce. Dodam jedynie, że rzeka (raczej rzeczka) Silnica przepływa przez miasto Kielce.

    Pojechałem sobie w drugą stronę szlaku, wjeżdżając fajnym podjazdem. A że czas gonił, robiło się ciemniej i chłodniej, więc odwrót do domu.
    U źródeł Silnicy. © Robert

    Mówcie co chcecie, ale słoneczna jesień w lesie jest piękna.
    Jesienny las. © Robert

    Jesienny las 2. © Robert

    Wpis uzupełniony o wcześniejszą jazdę do pracy, oraz chyba ostatnią w tym roku jazdę rowerową z fotelikiem "na plecach".

    Praca-dom

    Poniedziałek, 15 października 2012 | dodano:19.10.2012
    Dst.:16.56Off-road:2.40 Czas:00:46Avg:21.60
    Vmax:33.50Temp.: HRmax:(%)HRavg(%)
    Cal:kcalALT: 86mBike:GT

    Jazda do pracy. Dawno już nie jechałem i tak jakoś nie mogłem się zdecydować, czy jechać prosto do pracy, czy może pojeździć po mieście. Jednak wybrałem pracę, o dziwo.

    Weekendowe przejażdżki

    Niedziela, 14 października 2012 | dodano:19.10.2012
    Dst.:20.45Off-road:4.30 Czas:01:30Avg:13.63
    Vmax:35.50Temp.: HRmax:(%)HRavg(%)
    Cal:kcalALT:252mBike:GT

    Ponownie korzystając z ładnej pogody udaliśmy się nad Telegraf, ponieważ mój syn chciał koniecznie zobaczyć tą górę i jednocześnie zjazd narciarski.

    Weekendowe przejażdżki

    Sobota, 13 października 2012 | dodano:19.10.2012Kategoria Średnia przyjemność
    Dst.:31.03Off-road:4.80 Czas:01:46Avg:17.56
    Vmax:45.50Temp.: HRmax:(%)HRavg(%)
    Cal:kcalALT:266mBike:GT

    Po Odysei był odpoczynek. Rower trzeba było doprowadzić do kultury.
    A tu wyjazd poranny do lasu i po bułki, a później z synek na krótką wycieczkę po okolicy.

    Odyseja Jurajska'12 - dzień 2

    Niedziela, 7 października 2012 | dodano:19.10.2012Kategoria Zawody, Pełnia szczęścia, Inne miejscówki
    Dst.:52.77Off-road:19.00 Czas:03:28Avg:15.22
    Vmax:50.50Temp.:9.0 HRmax:(%)HRavg(%)
    Cal:kcalALT:721mBike:GT

    Nadszedł dzień drugi. Już noc pokazała swoje zupełnie inne oblicze, gdzie jeszcze wieczorem zaczęło padać. Takie też były prognozy. Dziwne było, bo poprzedni dzień pogodny i letni, a dziś szykuje nam się typowa jesień z deszczem i niską temperaturą.

    Noc minęła ... różnie. Niestety jakoś nie mogłem spać w swojej klasie, ponieważ dwóch "kompanów" dość mocno chrapało, a ponieważ chciałem się dobrze wyspać i odpocząć, więc przeniosłem się spać na korytarz szkolny.

    Poranek pochmurny, ale co ważne nie padało. Ubieramy się zupełnie inaczej jak w dniu wczorajszym, na długo i ciepło. Na termometrze zaledwie 9 st. Po śniadaniu wychodzimy przed szkołę. Znów pospiesznie każdy odbiera mapy, jakby te kilkanaście sekund o czymś decydowało. Jedna ważna wiadomość na dziś: ze względu na warunki pogodowe trasa zostaje skrócona. U jednych wywołało to radość, a inni byli niezadowoleni z takiej decyzji. Ale myślę jednak, że faktycznie była to dobra decyzja.

    Dostajemy mapy, zaczynamy studiować warianty przejazdu, kiedy na mapie pojawiają się pierwsze krople deszczu. No ładnie, zaczyna się. Zaczyna się etap dla prawdziwych mężczyzn.

    Pierwsze kilometry dość spokojnie, ponieważ jest już ślisko. Jedziemy razem. Dość szybko przemakają ciuchy. Woda z opony partnera nieźle daje mi po oczach. Dobrze, ze mam okulary, bo pewnie znacznie utrudniło by mi to jazdę. Ja tak jak w dniu wczorajszym zrezygnowałem z nawigacji, zdając się na swojego przyjaciela. Znów zaliczam tylko kolejne punkty, jadąc za kolegą. I tak jedziemy i zaliczamy PK jeden po drugim. Jakoś sprawnie nam to idzie. Mnie nawet całkiem dobrze się jedzie. Czuje się dobrze, nogi nie bolą. Co prawda tempo jazdy na pojazdach miałem nieco słabsze, ale na szczycie dochodziłem do partnera.

    Na szczególna uwagę zasługuje jeden punkt, do którego musieliśmy przedzierać się przez zarośniętą łąkę z trawami i krzakami większymi ode mnie. Skręciliśmy widocznie nie do tej dolinki, a ponieważ powrót był jeszcze trudniejszy, padła komenda: idziemy. Według Zenka straciliśmy tu jakieś 15 min. na tym przejściu. Nie powiem, abym nie był zachwycony. Mój rower nie należy do lekkich i pchanie go w tych krzakach mocno mnie zmęczyło. To był chyba jeden z trudniejszych punktów. Jadąc sam zapewne nie dojechałbym tu, no chyba że również za kimś. Na dodatek pomyślałem, że zaraz nas tu wystrzelają, ponieważ niedaleko zbierali się myśliwi.

    Po jakiś 2 godzinach przestało padać, ale zaczęło .... lać dość solidnie. Jednak wówczas było już wszystko jedno, bo i tak całe ciuchy mokre. Jechać się jakoś jechało. Musiałem jednak na zjazdach terenowych dość mocno uważać ze względu na brak odpowiedniego ogumienia. Moje slicki nie dawały rady. Wówczas to zaczęło mi dokuczać zimno. Szczególnie na zjazdach dygotałem z zimna. Na szczęście miałem ze sobą jeszcze jedną cienką kurtkę, która założyłem, a która chroniła mnie przynajmniej od wiatru. Później żałowałem, że nie zrobiłem tego manewru z jeden PK wcześniej.

    Ucieszyłem się kiedy zaliczaliśmy ostatni punkt. Pamiętałem na mapie, że jest to niedaleko autostrady, a dalej to tylko powrót. Fatalny ostatni odcinek. Droga dziurawa jak ser. Na dodatek dziur nie widać, bo płynie woda. W ogóle to nieźle rowery dostały w tyłek na dzisiejszym etapie. Do mety udało nam się dojechać na godzinę przed zamknięciem trasy.

    Nareszcie meta. Upragniona, bowiem jeszcze nigdy nie jeździłem 4 godz. w deszczu.

    Po oddaniu kart, postanowiliśmy jeszcze nieco opłukać z błota nasze sprzęty. Później obowiązkowe czyszczenie samego siebie. Prawie ze wszystkiego można było wyżąć wodę. Nawet z majtek.

    Drugi dzień jechało mi się dobrze. Nie wiem, czy to dlatego, że krótszy i znów wystarczyło sił na 50 km. A może tym razem wolniej było. Jednak i tak miałem serdecznie dość. Teraz najważniejsze było, aby się wysuszyć i ogrzać, aby czego nie złapać.

    Po pewnym czasie byliśmy już gotowi do drogi powrotnej. Imprezę zakończyliśmy na poz. 6-7, bowiem mieliśmy tez sam czas. Po drugim dniu nawet zanotowaliśmy awans w stosunku do soboty.

    Tak już reasumując mój start w tegorocznej Odysei, to uważam go za udany. Oczywiście dobre miejsce zawdzięczam wyłącznie swojemu przyjacielowi Zenkowi, bowiem bez niego, bez jego podnoszenia na duchu i dodawania energii, a kończąc na nawigacji, nie uzyskałbym tak dobrego wyniku. Oczywiście braki są, jednak nie wiem, czy udało by mi się jeszcze lepiej przygotować kondycyjnie. Owszem wszystko można, ale i na to trzeba mieć czas. Tak więc bardzo dziękuje kumplowi, mam nadzieję, że i on jest równie zadowolony, jak ja.

    A teraz pora rozpocząć przygotowania do ... przyszłorocznej Odysei.
    Dziś mniej zdjęć, bo komu przy takiej pogodzie chciałoby się wyciągać aparaty czy telefony i robić zdjęcia. Więc jedynie zdjęcia po przyjeździe.

    Szkolny korytarz zamienił się w parking rowerowy.
    Parking rowerowy w szkole. © Robert


    Spanie na korytarzu.
    Spanie na korytarzu w szkole. © Robert


    A tak wyglądałem po przyjeździe na metę.
    Moja facjata po deszczu. © Robert


    A tak ... moje nogi.
    Przemoczone buty i getry. © Robert


    Tak jechaliśmy.

    Odyseja Jurajska'12 - dzień 1

    Sobota, 6 października 2012 | dodano:18.10.2012Kategoria Zawody, Pełnia szczęścia, Inne miejscówki
    Dst.:95.04Off-road:43.00 Czas:06:19Avg:15.05
    Vmax:61.50Temp.:22.0 HRmax:192(102%)HRavg163( 86%)
    Cal: 4691kcalALT:1500mBike:GT

    Nareszcie przyszedł czas na poważny start - muszę przyznać, że ten najważniejszy w sezonie. Przygotowywałem się do niego, wydaje mi się, dość solidnie. Nauczony doświadczeniem poprzednich dwóch startów, robiłem sporo, aby zniwelować wszystkie niedociągnięcia w poprzednich edycji. Nawet siodełko zmieniłem na bardziej wygodne, bo po ostatniej imprezie nabawiłem się niezłych ran.

    A przede wszystkim starałem się przygotować kondycyjne. Praktycznie całe wakacje myślałem jedynie o starcie w odysei, choć nawet nie wiedziałem jeszcze, czy faktycznie wystartuję. Przed startem byłem spokojniejszy o siebie, bo czułem się dobrze. Wiedziałem, że dobrze jestem przygotowany. Tym razem nieco spokojniej podchodziłem również do samego startu, bowiem ze względu na specyficzną sytuację rodzinną mojego dotychczasowego startowego partnera, nie zdecydowaliśmy się na zgłoszenie zespołu. Myślałem, że jak nie dam rady, to jakoś sam będę dalej jechał. Nawet na to konto zakupiłem sobie taki składany mapnik. Myślałem, że jak zostanę gdzie w lesie, to może nie zabłądzę.

    Prognozy pogody sobotni start zapowiadały bardzo ciekawy. Ponownie mieliśmy się ścigać z ciepełku i słoneczku. I tak też było. Co prawda z zeszłym roku było jeszcze cieplej, ale tym razem i tak było fajnie i przyjemnie.

    Przed startem jak zwykle nerwowo, każdy chciał jak najszybciej dostać mapy i znaleźć dla siebie najlepszy wariant przejazdu. Ja swoją mapę również starałem się prześledzić, choć po jakimś czasie schowałem ją do plecaka. Liczyłem ponownie na świetną nawigację swojego kolegi. Mówię, że może przez pierwsze kilometry jakoś razem uda mi się utrzymać koła.

    Start spokojnie, na pierwszy punkt i fantastyczny przejazd przez pole kukurydzy, gdzie na jednym zakręcie jeden ze znajomych jakoś nie wyrobił i wypadł z trasy. Jakoś dziwnie się złożyło, że pierwszy punkt ja zauważyłem. Czyżby to jakiś sygnał? - pomyślałem. No ale raczej nie "startowałem" do samodzielnej nawigacji. Tym samym punkt PK27 zaliczony. Jeszcze tylko 13.

    Ruszyliśmy dalej. Na jednym z podjazdów zgubiliśmy jednego z kolegów, aby później już we dwójkę dalej się męczyć. Ja ze sobą, a mój partner ... ze mną.

    Nie nawigowałem, więc i za bardzo teraz nie wiem jak jechaliśmy, ale tereny do jazdy rowerowej bardzo fajne. Podjazdy całkiem fajne, które udawało mi się w przeważającej części podjechać, czego na ostatnich dwóch edycjach ciężko mi było. Fakt, że na podjazdach nieco odstawałem, ale ciągnąłem swoim tempem. Po krótkiej chwili na szczycie dochodziłem do partnera.

    Jednak mojej mocy i zapały skończyło się po jakiś 50-60 km. Zaczynałem mieć już dość. Pojawiały się już pytania, niby żartobliwie, ile jeszcze punktów, kiedy do domu. Jednak jechałem dalej. Zaliczaliśmy powoli punkty mozolnie czasami brnąc pod górę. Najbardziej byłem wkurzony na organizatorów, że punkty zlokalizowane zostały nie przy drodze, ale gdzieś trzeba było jeszcze schodzić po krzakach, czy schodzić stromym urwiskiem obok źródełka. Skoro jeździmy na rowerach, to niech to będzie dostępne niemalże z siodełka.

    Teraz właśnie dokładnie doświadczyłem znanego powiedzenia: "że to łydka wygrywa". Faktycznie łydy mnie wówczas najbardziej bolały, biorąc jeszcze pod uwagę, że to było mocno po półmetku.

    Kiedy czas nieubłaganie zbliżał się do końca, ja coraz bardziej opadałem z sił. Już od jakiegoś czasu mówiłem: "zostaw mnie, jedź sam, bo masz szansę do dobry wynik". Ale dalej jechaliśmy razem. W końcu, kiedy zostało do zaliczenia 2 punkty, powiedziałem, że nie dam rady, że definitywnie jadę na metę. Już nie miałem sił.

    Więc etap zakończyliśmy z dwoma niezaliczonymi punktami. Choć tak patrząc na mapę, to można było jeszcze "po drodze" zaliczyć jeszcze jeden. No ale, było minęło.

    Sam powrót okazał się bardzo przyjemny, bowiem sporo było zjazdów. Na metę wjechaliśmy jako jedni z pierwszych. Hm, nieco mnie to zmartwiło, bo pomyślałem, że będzie kiepskie miejsce, że ... wracam do domu, albo, że jutro jadę sam. Kiedy jednak zjedliśmy i odpoczęliśmy nieco, ochota do dalszej jazdy powróciła. Ale razem z nią, powróciła obawa przed jutrzejszym dniem, który miał być sprawdzianem "dla prawdziwych mężczyzn" - jak to ujął mój partner. A to ze względu na fatalne prognozy pogody, gdzie miało być zimno i miało padać. No, ale to wszystko było przed nami.

    Jazda w kukurzydzy. © Zenek

    Wracam właśnie wkurzony z zaliczenia punktu przy źródełku.
    Powrót ze źródła. © Zenek

    Poza tym bardzo fajne leśne dukty, jednak na wyraźniejsze zdjęcia nie było ponownie czasu.
    Leśna droga. © Zenek

    I jedziemy "do domu".
    Zjazdy do mety. © Robert

    A po dzisiejszej jeździe wyrosły mi ... rogi.
    Robert z rogami. © Zenek

    Wszystkie zdjęcia z telefonu partnera, który miał czas na podziwianie widoków.
    A jakby ktoś chciał zobaczyć trasę naszego przejazdu, to poniżej zapisany ślad.
    .

    Praca-dom

    Poniedziałek, 1 października 2012 | dodano:19.10.2012
    Dst.:16.65Off-road:2.40 Czas:00:44Avg:22.70
    Vmax:35.50Temp.: HRmax:(%)HRavg(%)
    Cal:kcalALT: 73mBike:GT

    To chyba była ostatnie przetarcie przed Odyseją Jurajską.


    kategorie

    mój "sprzęt"

    GT 24679 km
  • od '99-09.14 - 24.663 km
  • znajomi

    wszyscy znajomi(9)

    Wyniki mojego syna: button stats bikestats.pl

    archiwum