Wpisy archiwalne w kategorii
Zawody
| Dystans całkowity: | 919.00 km (w terenie 467.65 km; 50.89%) |
| Czas w ruchu: | 63:39 |
| Średnia prędkość: | 14.44 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 62.00 km/h |
| Suma podjazdów: | 13973 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 194 (102 %) |
| Maks. tętno średnie: | 180 (92 %) |
| Suma kalorii: | 35276 kcal |
| Liczba aktywności: | 14 |
| Średnio na aktywność: | 65.64 km i 4h 32m |
| Więcej statystyk | |
Odyseja Jurajska'12 - dzień 2
Niedziela, 7 października 2012 | dodano:19.10.2012Kategoria Zawody, Pełnia szczęścia, Inne miejscówki
| Dst.: | 52.77 | Off-road: | 19.00 | Czas: | 03:28 | Avg: | 15.22 |
| Vmax: | 50.50 | Temp.: | 9.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 721m | Bike: | GT | ||
Nadszedł dzień drugi. Już noc pokazała swoje zupełnie inne oblicze, gdzie jeszcze wieczorem zaczęło padać. Takie też były prognozy. Dziwne było, bo poprzedni dzień pogodny i letni, a dziś szykuje nam się typowa jesień z deszczem i niską temperaturą.
Noc minęła ... różnie. Niestety jakoś nie mogłem spać w swojej klasie, ponieważ dwóch "kompanów" dość mocno chrapało, a ponieważ chciałem się dobrze wyspać i odpocząć, więc przeniosłem się spać na korytarz szkolny.
Poranek pochmurny, ale co ważne nie padało. Ubieramy się zupełnie inaczej jak w dniu wczorajszym, na długo i ciepło. Na termometrze zaledwie 9 st. Po śniadaniu wychodzimy przed szkołę. Znów pospiesznie każdy odbiera mapy, jakby te kilkanaście sekund o czymś decydowało. Jedna ważna wiadomość na dziś: ze względu na warunki pogodowe trasa zostaje skrócona. U jednych wywołało to radość, a inni byli niezadowoleni z takiej decyzji. Ale myślę jednak, że faktycznie była to dobra decyzja.
Dostajemy mapy, zaczynamy studiować warianty przejazdu, kiedy na mapie pojawiają się pierwsze krople deszczu. No ładnie, zaczyna się. Zaczyna się etap dla prawdziwych mężczyzn.
Pierwsze kilometry dość spokojnie, ponieważ jest już ślisko. Jedziemy razem. Dość szybko przemakają ciuchy. Woda z opony partnera nieźle daje mi po oczach. Dobrze, ze mam okulary, bo pewnie znacznie utrudniło by mi to jazdę. Ja tak jak w dniu wczorajszym zrezygnowałem z nawigacji, zdając się na swojego przyjaciela. Znów zaliczam tylko kolejne punkty, jadąc za kolegą. I tak jedziemy i zaliczamy PK jeden po drugim. Jakoś sprawnie nam to idzie. Mnie nawet całkiem dobrze się jedzie. Czuje się dobrze, nogi nie bolą. Co prawda tempo jazdy na pojazdach miałem nieco słabsze, ale na szczycie dochodziłem do partnera.
Na szczególna uwagę zasługuje jeden punkt, do którego musieliśmy przedzierać się przez zarośniętą łąkę z trawami i krzakami większymi ode mnie. Skręciliśmy widocznie nie do tej dolinki, a ponieważ powrót był jeszcze trudniejszy, padła komenda: idziemy. Według Zenka straciliśmy tu jakieś 15 min. na tym przejściu. Nie powiem, abym nie był zachwycony. Mój rower nie należy do lekkich i pchanie go w tych krzakach mocno mnie zmęczyło. To był chyba jeden z trudniejszych punktów. Jadąc sam zapewne nie dojechałbym tu, no chyba że również za kimś. Na dodatek pomyślałem, że zaraz nas tu wystrzelają, ponieważ niedaleko zbierali się myśliwi.
Po jakiś 2 godzinach przestało padać, ale zaczęło .... lać dość solidnie. Jednak wówczas było już wszystko jedno, bo i tak całe ciuchy mokre. Jechać się jakoś jechało. Musiałem jednak na zjazdach terenowych dość mocno uważać ze względu na brak odpowiedniego ogumienia. Moje slicki nie dawały rady. Wówczas to zaczęło mi dokuczać zimno. Szczególnie na zjazdach dygotałem z zimna. Na szczęście miałem ze sobą jeszcze jedną cienką kurtkę, która założyłem, a która chroniła mnie przynajmniej od wiatru. Później żałowałem, że nie zrobiłem tego manewru z jeden PK wcześniej.
Ucieszyłem się kiedy zaliczaliśmy ostatni punkt. Pamiętałem na mapie, że jest to niedaleko autostrady, a dalej to tylko powrót. Fatalny ostatni odcinek. Droga dziurawa jak ser. Na dodatek dziur nie widać, bo płynie woda. W ogóle to nieźle rowery dostały w tyłek na dzisiejszym etapie. Do mety udało nam się dojechać na godzinę przed zamknięciem trasy.
Nareszcie meta. Upragniona, bowiem jeszcze nigdy nie jeździłem 4 godz. w deszczu.
Po oddaniu kart, postanowiliśmy jeszcze nieco opłukać z błota nasze sprzęty. Później obowiązkowe czyszczenie samego siebie. Prawie ze wszystkiego można było wyżąć wodę. Nawet z majtek.
Drugi dzień jechało mi się dobrze. Nie wiem, czy to dlatego, że krótszy i znów wystarczyło sił na 50 km. A może tym razem wolniej było. Jednak i tak miałem serdecznie dość. Teraz najważniejsze było, aby się wysuszyć i ogrzać, aby czego nie złapać.
Po pewnym czasie byliśmy już gotowi do drogi powrotnej. Imprezę zakończyliśmy na poz. 6-7, bowiem mieliśmy tez sam czas. Po drugim dniu nawet zanotowaliśmy awans w stosunku do soboty.
Tak już reasumując mój start w tegorocznej Odysei, to uważam go za udany. Oczywiście dobre miejsce zawdzięczam wyłącznie swojemu przyjacielowi Zenkowi, bowiem bez niego, bez jego podnoszenia na duchu i dodawania energii, a kończąc na nawigacji, nie uzyskałbym tak dobrego wyniku. Oczywiście braki są, jednak nie wiem, czy udało by mi się jeszcze lepiej przygotować kondycyjnie. Owszem wszystko można, ale i na to trzeba mieć czas. Tak więc bardzo dziękuje kumplowi, mam nadzieję, że i on jest równie zadowolony, jak ja.
A teraz pora rozpocząć przygotowania do ... przyszłorocznej Odysei.
Dziś mniej zdjęć, bo komu przy takiej pogodzie chciałoby się wyciągać aparaty czy telefony i robić zdjęcia. Więc jedynie zdjęcia po przyjeździe.
Szkolny korytarz zamienił się w parking rowerowy.

Spanie na korytarzu.

A tak wyglądałem po przyjeździe na metę.

A tak ... moje nogi.

Tak jechaliśmy.
Noc minęła ... różnie. Niestety jakoś nie mogłem spać w swojej klasie, ponieważ dwóch "kompanów" dość mocno chrapało, a ponieważ chciałem się dobrze wyspać i odpocząć, więc przeniosłem się spać na korytarz szkolny.
Poranek pochmurny, ale co ważne nie padało. Ubieramy się zupełnie inaczej jak w dniu wczorajszym, na długo i ciepło. Na termometrze zaledwie 9 st. Po śniadaniu wychodzimy przed szkołę. Znów pospiesznie każdy odbiera mapy, jakby te kilkanaście sekund o czymś decydowało. Jedna ważna wiadomość na dziś: ze względu na warunki pogodowe trasa zostaje skrócona. U jednych wywołało to radość, a inni byli niezadowoleni z takiej decyzji. Ale myślę jednak, że faktycznie była to dobra decyzja.
Dostajemy mapy, zaczynamy studiować warianty przejazdu, kiedy na mapie pojawiają się pierwsze krople deszczu. No ładnie, zaczyna się. Zaczyna się etap dla prawdziwych mężczyzn.
Pierwsze kilometry dość spokojnie, ponieważ jest już ślisko. Jedziemy razem. Dość szybko przemakają ciuchy. Woda z opony partnera nieźle daje mi po oczach. Dobrze, ze mam okulary, bo pewnie znacznie utrudniło by mi to jazdę. Ja tak jak w dniu wczorajszym zrezygnowałem z nawigacji, zdając się na swojego przyjaciela. Znów zaliczam tylko kolejne punkty, jadąc za kolegą. I tak jedziemy i zaliczamy PK jeden po drugim. Jakoś sprawnie nam to idzie. Mnie nawet całkiem dobrze się jedzie. Czuje się dobrze, nogi nie bolą. Co prawda tempo jazdy na pojazdach miałem nieco słabsze, ale na szczycie dochodziłem do partnera.
Na szczególna uwagę zasługuje jeden punkt, do którego musieliśmy przedzierać się przez zarośniętą łąkę z trawami i krzakami większymi ode mnie. Skręciliśmy widocznie nie do tej dolinki, a ponieważ powrót był jeszcze trudniejszy, padła komenda: idziemy. Według Zenka straciliśmy tu jakieś 15 min. na tym przejściu. Nie powiem, abym nie był zachwycony. Mój rower nie należy do lekkich i pchanie go w tych krzakach mocno mnie zmęczyło. To był chyba jeden z trudniejszych punktów. Jadąc sam zapewne nie dojechałbym tu, no chyba że również za kimś. Na dodatek pomyślałem, że zaraz nas tu wystrzelają, ponieważ niedaleko zbierali się myśliwi.
Po jakiś 2 godzinach przestało padać, ale zaczęło .... lać dość solidnie. Jednak wówczas było już wszystko jedno, bo i tak całe ciuchy mokre. Jechać się jakoś jechało. Musiałem jednak na zjazdach terenowych dość mocno uważać ze względu na brak odpowiedniego ogumienia. Moje slicki nie dawały rady. Wówczas to zaczęło mi dokuczać zimno. Szczególnie na zjazdach dygotałem z zimna. Na szczęście miałem ze sobą jeszcze jedną cienką kurtkę, która założyłem, a która chroniła mnie przynajmniej od wiatru. Później żałowałem, że nie zrobiłem tego manewru z jeden PK wcześniej.
Ucieszyłem się kiedy zaliczaliśmy ostatni punkt. Pamiętałem na mapie, że jest to niedaleko autostrady, a dalej to tylko powrót. Fatalny ostatni odcinek. Droga dziurawa jak ser. Na dodatek dziur nie widać, bo płynie woda. W ogóle to nieźle rowery dostały w tyłek na dzisiejszym etapie. Do mety udało nam się dojechać na godzinę przed zamknięciem trasy.
Nareszcie meta. Upragniona, bowiem jeszcze nigdy nie jeździłem 4 godz. w deszczu.
Po oddaniu kart, postanowiliśmy jeszcze nieco opłukać z błota nasze sprzęty. Później obowiązkowe czyszczenie samego siebie. Prawie ze wszystkiego można było wyżąć wodę. Nawet z majtek.
Drugi dzień jechało mi się dobrze. Nie wiem, czy to dlatego, że krótszy i znów wystarczyło sił na 50 km. A może tym razem wolniej było. Jednak i tak miałem serdecznie dość. Teraz najważniejsze było, aby się wysuszyć i ogrzać, aby czego nie złapać.
Po pewnym czasie byliśmy już gotowi do drogi powrotnej. Imprezę zakończyliśmy na poz. 6-7, bowiem mieliśmy tez sam czas. Po drugim dniu nawet zanotowaliśmy awans w stosunku do soboty.
Tak już reasumując mój start w tegorocznej Odysei, to uważam go za udany. Oczywiście dobre miejsce zawdzięczam wyłącznie swojemu przyjacielowi Zenkowi, bowiem bez niego, bez jego podnoszenia na duchu i dodawania energii, a kończąc na nawigacji, nie uzyskałbym tak dobrego wyniku. Oczywiście braki są, jednak nie wiem, czy udało by mi się jeszcze lepiej przygotować kondycyjnie. Owszem wszystko można, ale i na to trzeba mieć czas. Tak więc bardzo dziękuje kumplowi, mam nadzieję, że i on jest równie zadowolony, jak ja.
A teraz pora rozpocząć przygotowania do ... przyszłorocznej Odysei.
Dziś mniej zdjęć, bo komu przy takiej pogodzie chciałoby się wyciągać aparaty czy telefony i robić zdjęcia. Więc jedynie zdjęcia po przyjeździe.
Szkolny korytarz zamienił się w parking rowerowy.

Parking rowerowy w szkole.© Robert
Spanie na korytarzu.

Spanie na korytarzu w szkole.© Robert
A tak wyglądałem po przyjeździe na metę.

Moja facjata po deszczu.© Robert
A tak ... moje nogi.

Przemoczone buty i getry.© Robert
Tak jechaliśmy.
Odyseja Jurajska'12 - dzień 1
Sobota, 6 października 2012 | dodano:18.10.2012Kategoria Zawody, Pełnia szczęścia, Inne miejscówki
| Dst.: | 95.04 | Off-road: | 43.00 | Czas: | 06:19 | Avg: | 15.05 |
| Vmax: | 61.50 | Temp.: | 22.0 | HRmax: | 192(102%) | HRavg | 163( 86%) |
| Cal: | 4691kcal | ALT: | 1500m | Bike: | GT | ||
Nareszcie przyszedł czas na poważny start - muszę przyznać, że ten najważniejszy w sezonie. Przygotowywałem się do niego, wydaje mi się, dość solidnie. Nauczony doświadczeniem poprzednich dwóch startów, robiłem sporo, aby zniwelować wszystkie niedociągnięcia w poprzednich edycji. Nawet siodełko zmieniłem na bardziej wygodne, bo po ostatniej imprezie nabawiłem się niezłych ran.
A przede wszystkim starałem się przygotować kondycyjne. Praktycznie całe wakacje myślałem jedynie o starcie w odysei, choć nawet nie wiedziałem jeszcze, czy faktycznie wystartuję. Przed startem byłem spokojniejszy o siebie, bo czułem się dobrze. Wiedziałem, że dobrze jestem przygotowany. Tym razem nieco spokojniej podchodziłem również do samego startu, bowiem ze względu na specyficzną sytuację rodzinną mojego dotychczasowego startowego partnera, nie zdecydowaliśmy się na zgłoszenie zespołu. Myślałem, że jak nie dam rady, to jakoś sam będę dalej jechał. Nawet na to konto zakupiłem sobie taki składany mapnik. Myślałem, że jak zostanę gdzie w lesie, to może nie zabłądzę.
Prognozy pogody sobotni start zapowiadały bardzo ciekawy. Ponownie mieliśmy się ścigać z ciepełku i słoneczku. I tak też było. Co prawda z zeszłym roku było jeszcze cieplej, ale tym razem i tak było fajnie i przyjemnie.
Przed startem jak zwykle nerwowo, każdy chciał jak najszybciej dostać mapy i znaleźć dla siebie najlepszy wariant przejazdu. Ja swoją mapę również starałem się prześledzić, choć po jakimś czasie schowałem ją do plecaka. Liczyłem ponownie na świetną nawigację swojego kolegi. Mówię, że może przez pierwsze kilometry jakoś razem uda mi się utrzymać koła.
Start spokojnie, na pierwszy punkt i fantastyczny przejazd przez pole kukurydzy, gdzie na jednym zakręcie jeden ze znajomych jakoś nie wyrobił i wypadł z trasy. Jakoś dziwnie się złożyło, że pierwszy punkt ja zauważyłem. Czyżby to jakiś sygnał? - pomyślałem. No ale raczej nie "startowałem" do samodzielnej nawigacji. Tym samym punkt PK27 zaliczony. Jeszcze tylko 13.
Ruszyliśmy dalej. Na jednym z podjazdów zgubiliśmy jednego z kolegów, aby później już we dwójkę dalej się męczyć. Ja ze sobą, a mój partner ... ze mną.
Nie nawigowałem, więc i za bardzo teraz nie wiem jak jechaliśmy, ale tereny do jazdy rowerowej bardzo fajne. Podjazdy całkiem fajne, które udawało mi się w przeważającej części podjechać, czego na ostatnich dwóch edycjach ciężko mi było. Fakt, że na podjazdach nieco odstawałem, ale ciągnąłem swoim tempem. Po krótkiej chwili na szczycie dochodziłem do partnera.
Jednak mojej mocy i zapały skończyło się po jakiś 50-60 km. Zaczynałem mieć już dość. Pojawiały się już pytania, niby żartobliwie, ile jeszcze punktów, kiedy do domu. Jednak jechałem dalej. Zaliczaliśmy powoli punkty mozolnie czasami brnąc pod górę. Najbardziej byłem wkurzony na organizatorów, że punkty zlokalizowane zostały nie przy drodze, ale gdzieś trzeba było jeszcze schodzić po krzakach, czy schodzić stromym urwiskiem obok źródełka. Skoro jeździmy na rowerach, to niech to będzie dostępne niemalże z siodełka.
Teraz właśnie dokładnie doświadczyłem znanego powiedzenia: "że to łydka wygrywa". Faktycznie łydy mnie wówczas najbardziej bolały, biorąc jeszcze pod uwagę, że to było mocno po półmetku.
Kiedy czas nieubłaganie zbliżał się do końca, ja coraz bardziej opadałem z sił. Już od jakiegoś czasu mówiłem: "zostaw mnie, jedź sam, bo masz szansę do dobry wynik". Ale dalej jechaliśmy razem. W końcu, kiedy zostało do zaliczenia 2 punkty, powiedziałem, że nie dam rady, że definitywnie jadę na metę. Już nie miałem sił.
Więc etap zakończyliśmy z dwoma niezaliczonymi punktami. Choć tak patrząc na mapę, to można było jeszcze "po drodze" zaliczyć jeszcze jeden. No ale, było minęło.
Sam powrót okazał się bardzo przyjemny, bowiem sporo było zjazdów. Na metę wjechaliśmy jako jedni z pierwszych. Hm, nieco mnie to zmartwiło, bo pomyślałem, że będzie kiepskie miejsce, że ... wracam do domu, albo, że jutro jadę sam. Kiedy jednak zjedliśmy i odpoczęliśmy nieco, ochota do dalszej jazdy powróciła. Ale razem z nią, powróciła obawa przed jutrzejszym dniem, który miał być sprawdzianem "dla prawdziwych mężczyzn" - jak to ujął mój partner. A to ze względu na fatalne prognozy pogody, gdzie miało być zimno i miało padać. No, ale to wszystko było przed nami.

Wracam właśnie wkurzony z zaliczenia punktu przy źródełku.

Poza tym bardzo fajne leśne dukty, jednak na wyraźniejsze zdjęcia nie było ponownie czasu.

I jedziemy "do domu".

A po dzisiejszej jeździe wyrosły mi ... rogi.

Wszystkie zdjęcia z telefonu partnera, który miał czas na podziwianie widoków.
A jakby ktoś chciał zobaczyć trasę naszego przejazdu, to poniżej zapisany ślad.
.
A przede wszystkim starałem się przygotować kondycyjne. Praktycznie całe wakacje myślałem jedynie o starcie w odysei, choć nawet nie wiedziałem jeszcze, czy faktycznie wystartuję. Przed startem byłem spokojniejszy o siebie, bo czułem się dobrze. Wiedziałem, że dobrze jestem przygotowany. Tym razem nieco spokojniej podchodziłem również do samego startu, bowiem ze względu na specyficzną sytuację rodzinną mojego dotychczasowego startowego partnera, nie zdecydowaliśmy się na zgłoszenie zespołu. Myślałem, że jak nie dam rady, to jakoś sam będę dalej jechał. Nawet na to konto zakupiłem sobie taki składany mapnik. Myślałem, że jak zostanę gdzie w lesie, to może nie zabłądzę.
Prognozy pogody sobotni start zapowiadały bardzo ciekawy. Ponownie mieliśmy się ścigać z ciepełku i słoneczku. I tak też było. Co prawda z zeszłym roku było jeszcze cieplej, ale tym razem i tak było fajnie i przyjemnie.
Przed startem jak zwykle nerwowo, każdy chciał jak najszybciej dostać mapy i znaleźć dla siebie najlepszy wariant przejazdu. Ja swoją mapę również starałem się prześledzić, choć po jakimś czasie schowałem ją do plecaka. Liczyłem ponownie na świetną nawigację swojego kolegi. Mówię, że może przez pierwsze kilometry jakoś razem uda mi się utrzymać koła.
Start spokojnie, na pierwszy punkt i fantastyczny przejazd przez pole kukurydzy, gdzie na jednym zakręcie jeden ze znajomych jakoś nie wyrobił i wypadł z trasy. Jakoś dziwnie się złożyło, że pierwszy punkt ja zauważyłem. Czyżby to jakiś sygnał? - pomyślałem. No ale raczej nie "startowałem" do samodzielnej nawigacji. Tym samym punkt PK27 zaliczony. Jeszcze tylko 13.
Ruszyliśmy dalej. Na jednym z podjazdów zgubiliśmy jednego z kolegów, aby później już we dwójkę dalej się męczyć. Ja ze sobą, a mój partner ... ze mną.
Nie nawigowałem, więc i za bardzo teraz nie wiem jak jechaliśmy, ale tereny do jazdy rowerowej bardzo fajne. Podjazdy całkiem fajne, które udawało mi się w przeważającej części podjechać, czego na ostatnich dwóch edycjach ciężko mi było. Fakt, że na podjazdach nieco odstawałem, ale ciągnąłem swoim tempem. Po krótkiej chwili na szczycie dochodziłem do partnera.
Jednak mojej mocy i zapały skończyło się po jakiś 50-60 km. Zaczynałem mieć już dość. Pojawiały się już pytania, niby żartobliwie, ile jeszcze punktów, kiedy do domu. Jednak jechałem dalej. Zaliczaliśmy powoli punkty mozolnie czasami brnąc pod górę. Najbardziej byłem wkurzony na organizatorów, że punkty zlokalizowane zostały nie przy drodze, ale gdzieś trzeba było jeszcze schodzić po krzakach, czy schodzić stromym urwiskiem obok źródełka. Skoro jeździmy na rowerach, to niech to będzie dostępne niemalże z siodełka.
Teraz właśnie dokładnie doświadczyłem znanego powiedzenia: "że to łydka wygrywa". Faktycznie łydy mnie wówczas najbardziej bolały, biorąc jeszcze pod uwagę, że to było mocno po półmetku.
Kiedy czas nieubłaganie zbliżał się do końca, ja coraz bardziej opadałem z sił. Już od jakiegoś czasu mówiłem: "zostaw mnie, jedź sam, bo masz szansę do dobry wynik". Ale dalej jechaliśmy razem. W końcu, kiedy zostało do zaliczenia 2 punkty, powiedziałem, że nie dam rady, że definitywnie jadę na metę. Już nie miałem sił.
Więc etap zakończyliśmy z dwoma niezaliczonymi punktami. Choć tak patrząc na mapę, to można było jeszcze "po drodze" zaliczyć jeszcze jeden. No ale, było minęło.
Sam powrót okazał się bardzo przyjemny, bowiem sporo było zjazdów. Na metę wjechaliśmy jako jedni z pierwszych. Hm, nieco mnie to zmartwiło, bo pomyślałem, że będzie kiepskie miejsce, że ... wracam do domu, albo, że jutro jadę sam. Kiedy jednak zjedliśmy i odpoczęliśmy nieco, ochota do dalszej jazdy powróciła. Ale razem z nią, powróciła obawa przed jutrzejszym dniem, który miał być sprawdzianem "dla prawdziwych mężczyzn" - jak to ujął mój partner. A to ze względu na fatalne prognozy pogody, gdzie miało być zimno i miało padać. No, ale to wszystko było przed nami.

Jazda w kukurzydzy.© Zenek
Wracam właśnie wkurzony z zaliczenia punktu przy źródełku.

Powrót ze źródła.© Zenek
Poza tym bardzo fajne leśne dukty, jednak na wyraźniejsze zdjęcia nie było ponownie czasu.

Leśna droga.© Zenek
I jedziemy "do domu".

Zjazdy do mety.© Robert
A po dzisiejszej jeździe wyrosły mi ... rogi.

Robert z rogami.© Zenek
Wszystkie zdjęcia z telefonu partnera, który miał czas na podziwianie widoków.
A jakby ktoś chciał zobaczyć trasę naszego przejazdu, to poniżej zapisany ślad.
.
Maraton ŚLR - Sielpia
Niedziela, 17 czerwca 2012 | dodano:18.06.2012Kategoria Średnia przyjemność, Zawody
| Dst.: | 35.75 | Off-road: | 21.00 | Czas: | 02:35 | Avg: | 13.84 |
| Vmax: | 33.50 | Temp.: | 32.0 | HRmax: | 160( 85%) | HRavg | 139( 73%) |
| Cal: | 917kcal | ALT: | 187m | Bike: | GT | ||
Nareszcie udało się wygospodarować na tyle czasu, że razem ze starszym synem mogliśmy wspólnie wystartować w kolejnej już edycji maratony Świętokrzyskiej Ligi Rowerowej MTBCrossMaraton w miejscowości Sielnia na dystansie Family.
Najwięcej emocji to oczywiście przeżywał mój syn, bowiem bo ubiegłorocznych sukcesach również i tym razem liczył na coś, podium oczywiście. Jednak studziłem jego emocje, bowiem wiedziałem, że ostatnio nie jeździł dużo, więc i nie było odpowiedniego przygotowania.
Ale, pogoda dopisała. Czekają na start na liczniku termometr doszedł do liczby 38st. w słońcu. Trasa bardzo fajna, w większości przejezdna. Może nieco piach tym smykom utrudniał jazdę. Również mój syn parę razy musiał podprowadzać rower. Szczególnie końcówka, ostatnie 2 km., najbardziej dały się we znaki. Ale daliśmy radę dojechać do mety. W sumie 7 miejsce na 13 startujących w kategorii. Nie jest źle, ale widać było braki kondycyjne.
Sam dystans maratonu: 23,50 km; średnia 14,2 km/h; Vmax 33,5 km/h; przewyższenie 118 m. Reszta to dojazdy, lekki rozruch. Ja jeszcze dołożyłem popołudniowy "trening" siłowy z fotelikiem.

Teraz tylko należy poćwiczyć jeszcze, a na następnym liczyć na równie dobry wynik. A ćwiczyć i tak musimy, bo zbliża się mój projekt "Na północ", czyli Mazury 2012.
Najwięcej emocji to oczywiście przeżywał mój syn, bowiem bo ubiegłorocznych sukcesach również i tym razem liczył na coś, podium oczywiście. Jednak studziłem jego emocje, bowiem wiedziałem, że ostatnio nie jeździł dużo, więc i nie było odpowiedniego przygotowania.
Ale, pogoda dopisała. Czekają na start na liczniku termometr doszedł do liczby 38st. w słońcu. Trasa bardzo fajna, w większości przejezdna. Może nieco piach tym smykom utrudniał jazdę. Również mój syn parę razy musiał podprowadzać rower. Szczególnie końcówka, ostatnie 2 km., najbardziej dały się we znaki. Ale daliśmy radę dojechać do mety. W sumie 7 miejsce na 13 startujących w kategorii. Nie jest źle, ale widać było braki kondycyjne.
Sam dystans maratonu: 23,50 km; średnia 14,2 km/h; Vmax 33,5 km/h; przewyższenie 118 m. Reszta to dojazdy, lekki rozruch. Ja jeszcze dołożyłem popołudniowy "trening" siłowy z fotelikiem.

Synek w akcji na trasie.© Robert
Teraz tylko należy poćwiczyć jeszcze, a na następnym liczyć na równie dobry wynik. A ćwiczyć i tak musimy, bo zbliża się mój projekt "Na północ", czyli Mazury 2012.
Odyseja Ponidziańska'11 - dzień 2
Niedziela, 2 października 2011 | dodano:05.10.2011Kategoria Zawody, Pełnia szczęścia, Inne miejscówki
| Dst.: | 96.82 | Off-road: | 35.00 | Czas: | 05:40 | Avg: | 17.09 |
| Vmax: | 54.00 | Temp.: | 21.0 | HRmax: | 170( 89%) | HRavg | 142( 74%) |
| Cal: | 3403kcal | ALT: | 698m | Bike: | GT | ||
Drugi dzień zmagań. Co przyniesie? Czy dam radę? Czy uda się ukończyć i zaliczyć wszystkie punkty? Czy uda się w końcu obronić zajmowane 10 miejsce po pierwszym etapie? Wątpliwości masa. Mobilizowałem się, jak mogłem. Trzy zdrowaśki, buzi od żony, buziaki dla synów i w drogę.
Mimo zmęczenia spałem niespokojnie. Obudziłem się wcześnie, co w sumie dobrze wyszło. Miałem czas na nasmarowanie łańcucha po wczorajszych piachach i pyłach. Jeśli już wspomniałem o podłożu, po którym wczoraj jeździliśmy, to coś dziwnego to było, bowiem nie piasek, a jakiś pył. Rower się nie zapadał i można było po tym jechać. Ale kurzyło się strasznie. Musiałem w pewnym momencie nieco zwiększyć dystans do Zenka, ponieważ nie wiedziałem, gdzie jadę.
Dzień drugi zmagań oczywiście pełen niepokoju. Wiedziałem, że ciężko będzie pokonać te 80 km, które organizatorzy zapowiadali w oficjalnych komunikatach. Jak tylko usłyszałem, że jest do pokonania 90 km, to zesztywniałem z wrażenia. Jak ja, po wczorajszych prawie 115 km., dziś dam radę przejechać ponownie prawie taką samą odległość. Wiedziałem bowiem, że nie byłem przygotowany na długodystansowe przebiegi.
Nie przyznawałem się również nikomu, ale obawiałem się o kolano, które to stłukłem sobie podczas zeszłorocznej odysei. A momentami boli do tej pory. Ale nic, trzeba jechać i stanąć na starcie drugiego etapu.
Ponieważ wczoraj „widziałem ciemność”, postanowiłem więc jechać bez okularów, co jak się miejscami okazało, że nie było to dobrym pomysłem. Prawda jest taka, że przed startem musiałem jeszcze wrócić do samochodu i wówczas musiałem schować okulary do plecaka i o nich zapomniałem.
Tym razem kolejność zaliczania punktów była obowiązkowa, więc rozdawanie map było jakieś 4 min. przed startem. Ja sobie zobaczyłem tylko, gdzie my to mamy jechać i jak zwykle schowałem mapkę do plecaka. Przecież nie będę się wygłupiał i wymyślał jakiś rozwiązań, bo wiem, że Zenek jest świetnym nawigatorem.
"Start" - słyszymy nagle. Więc prawie na końcu pomknęliśmy na trasę. Kolejność obowiązkowa, ale i tak na pierwszym skrzyżowaniu peleton podzielił się na dwie grupki. Każdy myślał, że ma najlepszą wersję trasy.

My dobrze wystartowaliśmy. Mnie jakoś również dobrze się jechało. Już na samym pierwszym podjeździe rozłączyliśmy się z Pawłem, którego później zobaczyliśmy jeszcze mijając się na trasie kilka razy.
Pierwszy punkt i … wszyscy go szukają: „to nie ta przecinka”. Zenek jakoś nie miał z tym problemów. Wiedział, że trzeba nieco dalej pojechać, a ja zanim. Później kolejne punkty. Ja już nie jechałem tak żwawo jak dnia pierwszego. Niestety już czułem ponownie nogi, ale co innego jednak było do samego końca największym problemem – bolący tyłek. Już mniej więcej od ok. 35 km. zacząłem dość mocno odczuwać skutki długiego siedzenia i podskakiwania na siodełku. Jednak mój tyłek nie był przygotowany na takie katorgi. Ale trudno, przecież to głupia wymówka wycofać się z powodu tyłka.

Poza tym właśnie drugiego dnia odzywało się bolące kolano, co uniemożliwiało mi mocne naciskanie na pedał. A niestety, tym razem więcej było dość piaszczystych leśnych i polnych dróg, gdzie, aby się nie zakopać trzeba było mocniej kręcić. Na dodatek mój ciężki rower tylko potęgował skalę problemu.
W tym wszystkim całe szczęście, że Szefu jest wyrozumiały i nie napier…. za lenistwo, czy inne takie. Owszem poganiał, ale tak raczej motywacyjnie. Ja wiem, że „du… się nie kręci”, ale jednak to duży dyskomfort w jeździe i to nie daje już takiej satysfakcji. Co chwila, co kolejny PK, pytałem jeszcze, to ile do końca. I tak odliczałem, jeszcze cztery, trzy, o jak dobrze, że tylko dwa punkty. Martwił mnie jednak ten ostatni, bowiem wiedziałem, że będzie trudny z długim podjazdem.

Wjechałem na ten cholerny PK12, nie kryjąc zadowolenia z samego faktu zbliżającej się mety. W sumie sam podjazd bardzo fajny i praktycznie w całości do wjechania. Dopiero teraz w pełni doceniłem zalety nowo założonej, większej kasety. Wiedziałem, że teraz to tylko zjazd do samej mety. Kiedy faktycznie zjechaliśmy trudnym technicznie zjazdem, to zdziwiłem się, że nie jesteśmy jeszcze w centrum Pińczowa. Kurde, gdzie ta meta, gdzie to miasto. Jednak i to wkrótce nastąpiło. Wpadliśmy na uprawnioną metę. Mogłem w końcu zsiąść z siodełka. Uf, jaka ulga.


PODSUMOWANIE.
Impreza udana i jak zwykle bardzo fajna. Szczerze mówiąc, jestem zadowolony z udziału. Co prawda, ciężki był on dla mnie, ale udało się zrealizować moje założenia. Całą imprezę ukończyliśmy na 9 miejscu, więc udało się jeszcze poprawić jedną lokatę w stosunku do pierwszego dnia. Poprawiliśmy też i wynik z zeszłego roku, jak i byliśmy w pierwszej dziesiątce. Jak się później okazało, to kluczem do sukcesu była dobra nawigacja, ponieważ pod sam koniec uciekaliśmy grupie kilku ekip, które to po jakimś czasie po nas, wpadły razem na metę.
Wiem, że gdyby moje przygotowanie było lepsze, to można było jeszcze urwać jakieś 2 miejsca. Ale, sam udział zaliczam do udanych. Wiem, co należy zmienić do następnego razu. Jeśli będzie mi dane uczestniczyć w kolejnej imprezie, to w pierwszej kolejności muszę wymienić sprzęt i ewentualnie wygodne siodełko. Choćby kanapa.
Jednocześnie chciałem podziękować kolegom z ekipy: Pawłowi, a szczególnie Zenkowi, bo bez niego nie byłoby mnie tam i nie przeżyłbym ciekawej przygody. Dziękuję za jego przewodnictwo, wspaniałą nawigację, dzięki której udało się osiągnąć dobry wynik. Dzięki jednak szczególne za wyrozumiałość.
A tak wygląda strup, jaki mam teraz na tyłku.

A tu relacja z pierwszego dnia.
Mimo zmęczenia spałem niespokojnie. Obudziłem się wcześnie, co w sumie dobrze wyszło. Miałem czas na nasmarowanie łańcucha po wczorajszych piachach i pyłach. Jeśli już wspomniałem o podłożu, po którym wczoraj jeździliśmy, to coś dziwnego to było, bowiem nie piasek, a jakiś pył. Rower się nie zapadał i można było po tym jechać. Ale kurzyło się strasznie. Musiałem w pewnym momencie nieco zwiększyć dystans do Zenka, ponieważ nie wiedziałem, gdzie jadę.
Dzień drugi zmagań oczywiście pełen niepokoju. Wiedziałem, że ciężko będzie pokonać te 80 km, które organizatorzy zapowiadali w oficjalnych komunikatach. Jak tylko usłyszałem, że jest do pokonania 90 km, to zesztywniałem z wrażenia. Jak ja, po wczorajszych prawie 115 km., dziś dam radę przejechać ponownie prawie taką samą odległość. Wiedziałem bowiem, że nie byłem przygotowany na długodystansowe przebiegi.
Nie przyznawałem się również nikomu, ale obawiałem się o kolano, które to stłukłem sobie podczas zeszłorocznej odysei. A momentami boli do tej pory. Ale nic, trzeba jechać i stanąć na starcie drugiego etapu.
Ponieważ wczoraj „widziałem ciemność”, postanowiłem więc jechać bez okularów, co jak się miejscami okazało, że nie było to dobrym pomysłem. Prawda jest taka, że przed startem musiałem jeszcze wrócić do samochodu i wówczas musiałem schować okulary do plecaka i o nich zapomniałem.
Tym razem kolejność zaliczania punktów była obowiązkowa, więc rozdawanie map było jakieś 4 min. przed startem. Ja sobie zobaczyłem tylko, gdzie my to mamy jechać i jak zwykle schowałem mapkę do plecaka. Przecież nie będę się wygłupiał i wymyślał jakiś rozwiązań, bo wiem, że Zenek jest świetnym nawigatorem.
"Start" - słyszymy nagle. Więc prawie na końcu pomknęliśmy na trasę. Kolejność obowiązkowa, ale i tak na pierwszym skrzyżowaniu peleton podzielił się na dwie grupki. Każdy myślał, że ma najlepszą wersję trasy.

Start do drugiego etapu.© Toma szek
My dobrze wystartowaliśmy. Mnie jakoś również dobrze się jechało. Już na samym pierwszym podjeździe rozłączyliśmy się z Pawłem, którego później zobaczyliśmy jeszcze mijając się na trasie kilka razy.
Pierwszy punkt i … wszyscy go szukają: „to nie ta przecinka”. Zenek jakoś nie miał z tym problemów. Wiedział, że trzeba nieco dalej pojechać, a ja zanim. Później kolejne punkty. Ja już nie jechałem tak żwawo jak dnia pierwszego. Niestety już czułem ponownie nogi, ale co innego jednak było do samego końca największym problemem – bolący tyłek. Już mniej więcej od ok. 35 km. zacząłem dość mocno odczuwać skutki długiego siedzenia i podskakiwania na siodełku. Jednak mój tyłek nie był przygotowany na takie katorgi. Ale trudno, przecież to głupia wymówka wycofać się z powodu tyłka.

Przepiękne drogi Ponidzia.© Zenek
Poza tym właśnie drugiego dnia odzywało się bolące kolano, co uniemożliwiało mi mocne naciskanie na pedał. A niestety, tym razem więcej było dość piaszczystych leśnych i polnych dróg, gdzie, aby się nie zakopać trzeba było mocniej kręcić. Na dodatek mój ciężki rower tylko potęgował skalę problemu.
W tym wszystkim całe szczęście, że Szefu jest wyrozumiały i nie napier…. za lenistwo, czy inne takie. Owszem poganiał, ale tak raczej motywacyjnie. Ja wiem, że „du… się nie kręci”, ale jednak to duży dyskomfort w jeździe i to nie daje już takiej satysfakcji. Co chwila, co kolejny PK, pytałem jeszcze, to ile do końca. I tak odliczałem, jeszcze cztery, trzy, o jak dobrze, że tylko dwa punkty. Martwił mnie jednak ten ostatni, bowiem wiedziałem, że będzie trudny z długim podjazdem.

Dobra mina do złej gry.© Zenek
Wjechałem na ten cholerny PK12, nie kryjąc zadowolenia z samego faktu zbliżającej się mety. W sumie sam podjazd bardzo fajny i praktycznie w całości do wjechania. Dopiero teraz w pełni doceniłem zalety nowo założonej, większej kasety. Wiedziałem, że teraz to tylko zjazd do samej mety. Kiedy faktycznie zjechaliśmy trudnym technicznie zjazdem, to zdziwiłem się, że nie jesteśmy jeszcze w centrum Pińczowa. Kurde, gdzie ta meta, gdzie to miasto. Jednak i to wkrótce nastąpiło. Wpadliśmy na uprawnioną metę. Mogłem w końcu zsiąść z siodełka. Uf, jaka ulga.

Na mecie z dyplomem.© Robert

Powrót do domu.© Zenek
PODSUMOWANIE.
Impreza udana i jak zwykle bardzo fajna. Szczerze mówiąc, jestem zadowolony z udziału. Co prawda, ciężki był on dla mnie, ale udało się zrealizować moje założenia. Całą imprezę ukończyliśmy na 9 miejscu, więc udało się jeszcze poprawić jedną lokatę w stosunku do pierwszego dnia. Poprawiliśmy też i wynik z zeszłego roku, jak i byliśmy w pierwszej dziesiątce. Jak się później okazało, to kluczem do sukcesu była dobra nawigacja, ponieważ pod sam koniec uciekaliśmy grupie kilku ekip, które to po jakimś czasie po nas, wpadły razem na metę.
Wiem, że gdyby moje przygotowanie było lepsze, to można było jeszcze urwać jakieś 2 miejsca. Ale, sam udział zaliczam do udanych. Wiem, co należy zmienić do następnego razu. Jeśli będzie mi dane uczestniczyć w kolejnej imprezie, to w pierwszej kolejności muszę wymienić sprzęt i ewentualnie wygodne siodełko. Choćby kanapa.
Jednocześnie chciałem podziękować kolegom z ekipy: Pawłowi, a szczególnie Zenkowi, bo bez niego nie byłoby mnie tam i nie przeżyłbym ciekawej przygody. Dziękuję za jego przewodnictwo, wspaniałą nawigację, dzięki której udało się osiągnąć dobry wynik. Dzięki jednak szczególne za wyrozumiałość.
A tak wygląda strup, jaki mam teraz na tyłku.

Strup na tyłku.© Robert
A tu relacja z pierwszego dnia.
Odyseja Ponidziańska'11 - dzień 1
Sobota, 1 października 2011 | dodano:05.10.2011Kategoria Inne miejscówki, Pełnia szczęścia, Zawody
| Dst.: | 114.81 | Off-road: | 45.00 | Czas: | 07:01 | Avg: | 16.36 |
| Vmax: | 56.00 | Temp.: | 27.0 | HRmax: | 190(100%) | HRavg | 165( 86%) |
| Cal: | 5298kcal | ALT: | 1129m | Bike: | GT | ||
Wyjazdem na kolejną edycję odysei żyłem już od jakiegoś czasu. Mniej więcej miesiąc wcześniej, pomimo mojej zeszłorocznej słabości, mój drużynowy partner Zenek ponownie złożył mi … stosowną propozycję. „STARTUJEMY RAZEM”. Nie powiem, ucieszyło mnie to, ale nerwy się zaczęły. Niestety pomimo moich chęci nie udało się ani wymienić sprzętu, a tym bardziej odpowiednio kondycyjnie przygotować. Ale byłem dobrej myśli.
Po cichu chciałem poprawić naszą lokatę z zeszłego roku. A tak jeszcze ciszej, to chciałem być w pierwszej 10. Na nic więcej raczej nie mogłem liczyć, przynajmniej ja. Niestety. „dziadki” mają już swoje miejsce w szeregu.
No ale, pozwolenie w domu uzyskałem, więc pewnie jedziemy na imprezę. Wcześniej oczywiście jeszcze przygotowania, nowa oponka, zakupy suchego prowiantu. Trzeba było „odkurzyć” bukłak na picie. No i jedziemy.

Przyjazd do Pińczowa, gdzie tym razem była organizowana Odyseja Ponidziańska.

Od tego roku organizatorzy postanowili umożliwić start pojedynczym zawodnikom, dzięki czemu pojechaliśmy w trzech: Paweł jako SOLO, no i Zenek – jako Szefu i ja – jako Ogon. Na przygotowania do startu było nieco czasu, więc nie było paniki. W końcu ustawiliśmy się na placu startowym, czekając na rozdawanie map.

Tym razem odbyło się to 15 min. przed startem, co było dobrym posunięciem, bo umożliwiło wybranie odpowiedniego wariantu przejazdu. Ja jak zwykle popatrzyłem sobie na mapę, że taka ładna i kolorowa z zaznaczonymi jakimiś punkcikami. Ucieszyłem się szczególnie na jeden, przy którym było napisane BUFET. Po czym ładnie złożyłem i schowałem do kieszonki koszulki.
Zenek ustalił kierunek, pierwszy zakręt i … w drogę.
Zaczęło się, zaczęła się przygoda.
Pierwsze dwa punkty 13, 14 poszły nam jakoś łatwo. Pominę może kwestię przeskakiwania dwukrotnie bramy i ogrodzenia. Szefu kazał, więc nie było wyjścia. Pytam się, a co to jest, że ogrodzone. W odpowiedzi słyszę: „a jakaś szkółka leśna”. No OK, jak szkółka, to szkółka. Nagle widzimy jakieś zabudowania i zamkniętą bramę na potężną kłódkę. Widać Zenkowi brakowało czegoś z AR, więc i tym razem przez płot. Kiedy jako ostatni przeskakiwałem, nagle krzyczy do nas jakiś facet. Człowiek nie miał czasu się zastanawiać, ale gdyby tam nagle jakiś doberman czy inny bulterier wybiegł zza zabudowań?
Kolej przyszła na PK12. Dojazd do tego punktu zapamiętałem jako dość długi i pod dość silny wiatr. Na tym dojeździe jakoś zgubiliśmy się z Pawłem, ale o dziwo po zaliczeniu punktu ponownie wjechaliśmy na siebie. Od tego momentu staraliśmy się trzymać razem. Później co prawda koledzy chcieli koniecznie mnie zgubić. Ale nie dawałem się, goniłem za nimi. Szefu wiadomo, na luzaka wjeżdżał sobie pod wzniesienia. Miał czas na robienie zdjęć, podziwianie „Natury 2000”, czy jedzonko. A ja, jak tylko dojechałem, to ani chwili możliwości odpoczynku. „Jedziemy dalej”. No to jedziemy.

I właśnie tak jechałem, jak w amoku. Nawet nie pamiętam jakimi drogami, ścieżkami. Tylko na chwilę udawało mi się gdzieś rozejrzeć, aby zobaczyć jak fajnymi wąwozami jechaliśmy, między drzewami czy pokrzywami po pachy.

Jechałem tak, czekając na ten upragniony PK5 z bufetem. Na jakimś podjeździe jakoś ciemno mi się zrobiło przed oczami. Myślę sobie, że to pewnie dlatego, że mam ciemne okulary, ponieważ pogoda była cudna, iście letnia. Ale podniosłem okulary lekko do góry i … dalej ciemno.

W końcu bufet. Będzie czas na uzupełnienie płynów i zjedzenie bułki słodkiej. Guzik, też nie było czasu. Bułkę jadłem jadąc rowerem. Dobrze, że uzupełniłem wodę w bukłaku, bo pewnie by mi nie wystarczyło do samej mety.
Przydała mi się ta zjedzona bułka, bowiem później musieliśmy gonić do PK5, ponieważ był zamykany. Ciężko mi było, ale jakoś prawie na styk udało się podbić kartkę. A ja już zacząłem zadawać pytania: „kiedy jedziemy do domu”. Odczuwałem już dość mocno pokonany dystans. Bolały mnie mięśnie i pachwiny. A i tyłek zaczął również dokuczać. Może dlatego Szefu zaaplikował nam fragment na piechotę przez zaorane pola. Początkowo było fajnie, taka ulga dla siedzenia i w końcu człowiek był wyprostowany. A że Zenek szybciej chodzi, niż jeździ, więc skutkiem tego było, że część musiałem podbiec.
No ale chyba było to na tyle potrzebne mojemu organizmowi, że samą końcówkę spiąłem się i pognaliśmy już do samej mety, gdzieś gubiąc pod drodze Pawła.
W końcu po niewiele ponad 7,5 godzinach jazdy, wpadliśmy na metę. Paweł za kilka minut do nas dołączył.
Obolały i zmęczony wróciłem do domu, do swojego łóżeczka. Wiedziałem, że jutro czeka nas nie mniejsze wyzwanie.
Po cichu chciałem poprawić naszą lokatę z zeszłego roku. A tak jeszcze ciszej, to chciałem być w pierwszej 10. Na nic więcej raczej nie mogłem liczyć, przynajmniej ja. Niestety. „dziadki” mają już swoje miejsce w szeregu.
No ale, pozwolenie w domu uzyskałem, więc pewnie jedziemy na imprezę. Wcześniej oczywiście jeszcze przygotowania, nowa oponka, zakupy suchego prowiantu. Trzeba było „odkurzyć” bukłak na picie. No i jedziemy.

Znajdź różnice - nowa oponka.© Robert
Przyjazd do Pińczowa, gdzie tym razem była organizowana Odyseja Ponidziańska.

"Wodne rowery"© Robert
Od tego roku organizatorzy postanowili umożliwić start pojedynczym zawodnikom, dzięki czemu pojechaliśmy w trzech: Paweł jako SOLO, no i Zenek – jako Szefu i ja – jako Ogon. Na przygotowania do startu było nieco czasu, więc nie było paniki. W końcu ustawiliśmy się na placu startowym, czekając na rozdawanie map.

Walka o mapy.© Toma szek
Tym razem odbyło się to 15 min. przed startem, co było dobrym posunięciem, bo umożliwiło wybranie odpowiedniego wariantu przejazdu. Ja jak zwykle popatrzyłem sobie na mapę, że taka ładna i kolorowa z zaznaczonymi jakimiś punkcikami. Ucieszyłem się szczególnie na jeden, przy którym było napisane BUFET. Po czym ładnie złożyłem i schowałem do kieszonki koszulki.
Zenek ustalił kierunek, pierwszy zakręt i … w drogę.
Zaczęło się, zaczęła się przygoda.
Pierwsze dwa punkty 13, 14 poszły nam jakoś łatwo. Pominę może kwestię przeskakiwania dwukrotnie bramy i ogrodzenia. Szefu kazał, więc nie było wyjścia. Pytam się, a co to jest, że ogrodzone. W odpowiedzi słyszę: „a jakaś szkółka leśna”. No OK, jak szkółka, to szkółka. Nagle widzimy jakieś zabudowania i zamkniętą bramę na potężną kłódkę. Widać Zenkowi brakowało czegoś z AR, więc i tym razem przez płot. Kiedy jako ostatni przeskakiwałem, nagle krzyczy do nas jakiś facet. Człowiek nie miał czasu się zastanawiać, ale gdyby tam nagle jakiś doberman czy inny bulterier wybiegł zza zabudowań?
Kolej przyszła na PK12. Dojazd do tego punktu zapamiętałem jako dość długi i pod dość silny wiatr. Na tym dojeździe jakoś zgubiliśmy się z Pawłem, ale o dziwo po zaliczeniu punktu ponownie wjechaliśmy na siebie. Od tego momentu staraliśmy się trzymać razem. Później co prawda koledzy chcieli koniecznie mnie zgubić. Ale nie dawałem się, goniłem za nimi. Szefu wiadomo, na luzaka wjeżdżał sobie pod wzniesienia. Miał czas na robienie zdjęć, podziwianie „Natury 2000”, czy jedzonko. A ja, jak tylko dojechałem, to ani chwili możliwości odpoczynku. „Jedziemy dalej”. No to jedziemy.

Szefu goni do PK12.© Robert
I właśnie tak jechałem, jak w amoku. Nawet nie pamiętam jakimi drogami, ścieżkami. Tylko na chwilę udawało mi się gdzieś rozejrzeć, aby zobaczyć jak fajnymi wąwozami jechaliśmy, między drzewami czy pokrzywami po pachy.

Wąwozy ponidziańskie.© Robert
Jechałem tak, czekając na ten upragniony PK5 z bufetem. Na jakimś podjeździe jakoś ciemno mi się zrobiło przed oczami. Myślę sobie, że to pewnie dlatego, że mam ciemne okulary, ponieważ pogoda była cudna, iście letnia. Ale podniosłem okulary lekko do góry i … dalej ciemno.

Chwila odpoczynku w lesie.© Robert
W końcu bufet. Będzie czas na uzupełnienie płynów i zjedzenie bułki słodkiej. Guzik, też nie było czasu. Bułkę jadłem jadąc rowerem. Dobrze, że uzupełniłem wodę w bukłaku, bo pewnie by mi nie wystarczyło do samej mety.
Przydała mi się ta zjedzona bułka, bowiem później musieliśmy gonić do PK5, ponieważ był zamykany. Ciężko mi było, ale jakoś prawie na styk udało się podbić kartkę. A ja już zacząłem zadawać pytania: „kiedy jedziemy do domu”. Odczuwałem już dość mocno pokonany dystans. Bolały mnie mięśnie i pachwiny. A i tyłek zaczął również dokuczać. Może dlatego Szefu zaaplikował nam fragment na piechotę przez zaorane pola. Początkowo było fajnie, taka ulga dla siedzenia i w końcu człowiek był wyprostowany. A że Zenek szybciej chodzi, niż jeździ, więc skutkiem tego było, że część musiałem podbiec.
No ale chyba było to na tyle potrzebne mojemu organizmowi, że samą końcówkę spiąłem się i pognaliśmy już do samej mety, gdzieś gubiąc pod drodze Pawła.
W końcu po niewiele ponad 7,5 godzinach jazdy, wpadliśmy na metę. Paweł za kilka minut do nas dołączył.
Obolały i zmęczony wróciłem do domu, do swojego łóżeczka. Wiedziałem, że jutro czeka nas nie mniejsze wyzwanie.
Maraton ŚLR - Bieliny
Niedziela, 4 września 2011 | dodano:05.09.2011Kategoria Pełnia szczęścia, Zawody
| Dst.: | 50.82 | Off-road: | 41.16 | Czas: | 03:37 | Avg: | 14.05 |
| Vmax: | 48.50 | Temp.: | 25.0 | HRmax: | 192(101%) | HRavg | 171( 90%) |
| Cal: | 2862kcal | ALT: | 938m | Bike: | GT | ||
Oj, dawno nie czułem tego dreszczyku emocji, związanego ze startem w kolejnych zawodach, w kolejnym maratonie. Co prawda mam za sobą w tym roku jeden start, ale to jako tylko osoba towarzysząca dla syna, dla którego był to pierwszy poważny start.
Podchodziłem do tego startu nieco z rezerwą. Maraton z Bielinach, okrzyknięty był jako najtrudniejszy w całym cyklu Świętokrzyskiej Ligi Rowerowej MTBCross Maraton. Organizatorzy zapowiadali, że "będzie co jechać". I faktycznie, tak było.
Na start dojechaliśmy w miarę o czasie (tym razem pojechałem razem ze swoim kumplem z ekipy Motyla noga). W pierwszej chwili ciężko nam było trafić na miejsce startu, ponieważ nie było żadnego oznakowania. Trafiliśmy nawet na parking kościelny. Ale jak już udało się, oczywiście w pierwszej kolejności trzeba było swoje odstać w kolejce do biura zawodów, po numer i chipa.
Kiedy wszystko udało się załatwić, przygotowania zajęły nam chwilkę więc mogliśmy nieco czasu poświęcić na luźne kręcenie (niby rozgrzewka).
W końcu nastąpiła długo oczekiwana chwila startu. Startowym był sam Tomasz Brożyna, były kolarz zawodowy, których pochodzi właśnie z Bielin.
Ludzi sporo, początkowo jazda za wozem policyjnym wolną, całą ławą. Później skręt i lekki podjazd. Lekki, ponieważ niestety nie wystarczył, aby stawka się rozciągnęła i do lasu w wąskie i kręte ścieżynki wpadliśmy całą grupą. Efekt taki, że jak już ktoś się wyłożył, to reszta stała i czekała, aż gość się pozbiera. Mnie jakoś się początkowo udaje i kręci mi się "tak jak wszyscy". Dopadamy w końcu pierwszej szerszej drogi, fajna szutrówka. Tak dało się w końcu nieco pojechać.
Moje pierwsze problemy zaczęły się już na pierwszym podjeździe, gdzie był fragment dość wąski i jednocześnie błotnisty i śliski. Niestety, moje oponki temu nie podołały i szybko zostałem w tyle. Nawet wskoczenie na rower było problemem, bo akurat jechał sznur ludzi i nie było miejsca, aby była dziura. Tak minęło mnie może z 15 zawodników.
Kiedy już znalazłem się na szlaku, zacząłem kręcić swoje. Nawet fajnie mi się jechało. Późnej prawie wszystkie podjazdy udawało się wjechać. Co nie powiem, ale mnie dziwiło. Nogi fajnie się kręciły. Zrezygnowałem jedynie, jak nachylenie osiągnęło 23% (tak przynajmniej pokazywał mój licznik). Tak więc odpuściłem ten fragment, bo i nie było sensu, ze względu na dość sporo luźnych kamieni. Moje oponki znów nie dały rady.
Już później, od mniej więcej ok. 20 km, praktycznie jechałem sam. Co jednak zbytnio mi nie przeszkadzało. Fajnie się jechało. Ok. 40 km, jakieś skurcze dawały znak o sobie, ale starałem się na to nie zważać. Choć przyznam, że byłem już mocno zmęczony. Na domiar złego, tuż przed wjazdem na ostatni asfaltowy odcinek dojazdowy do mety, na zjeździe, nie zauważyłem koleiny i wylądowałem w krzakach. Nieźle bolało, ale nic poważnego się na szczęście nie stało.
Do mety dojechałem po prawie 4 godz. jazdy. Założenie poniżej 4 h zostało spełnione.
Fajna impreza, fajna jazda i to się liczy.
A poniżej zostałem uchwycony na zdjęciach, dzięki uprzejmości Moniki NN, która jest autorem tych zdjęć 1, 2, 3.
Podchodziłem do tego startu nieco z rezerwą. Maraton z Bielinach, okrzyknięty był jako najtrudniejszy w całym cyklu Świętokrzyskiej Ligi Rowerowej MTBCross Maraton. Organizatorzy zapowiadali, że "będzie co jechać". I faktycznie, tak było.
Na start dojechaliśmy w miarę o czasie (tym razem pojechałem razem ze swoim kumplem z ekipy Motyla noga). W pierwszej chwili ciężko nam było trafić na miejsce startu, ponieważ nie było żadnego oznakowania. Trafiliśmy nawet na parking kościelny. Ale jak już udało się, oczywiście w pierwszej kolejności trzeba było swoje odstać w kolejce do biura zawodów, po numer i chipa.
Kiedy wszystko udało się załatwić, przygotowania zajęły nam chwilkę więc mogliśmy nieco czasu poświęcić na luźne kręcenie (niby rozgrzewka).
W końcu nastąpiła długo oczekiwana chwila startu. Startowym był sam Tomasz Brożyna, były kolarz zawodowy, których pochodzi właśnie z Bielin.
Ludzi sporo, początkowo jazda za wozem policyjnym wolną, całą ławą. Później skręt i lekki podjazd. Lekki, ponieważ niestety nie wystarczył, aby stawka się rozciągnęła i do lasu w wąskie i kręte ścieżynki wpadliśmy całą grupą. Efekt taki, że jak już ktoś się wyłożył, to reszta stała i czekała, aż gość się pozbiera. Mnie jakoś się początkowo udaje i kręci mi się "tak jak wszyscy". Dopadamy w końcu pierwszej szerszej drogi, fajna szutrówka. Tak dało się w końcu nieco pojechać.
Moje pierwsze problemy zaczęły się już na pierwszym podjeździe, gdzie był fragment dość wąski i jednocześnie błotnisty i śliski. Niestety, moje oponki temu nie podołały i szybko zostałem w tyle. Nawet wskoczenie na rower było problemem, bo akurat jechał sznur ludzi i nie było miejsca, aby była dziura. Tak minęło mnie może z 15 zawodników.
Kiedy już znalazłem się na szlaku, zacząłem kręcić swoje. Nawet fajnie mi się jechało. Późnej prawie wszystkie podjazdy udawało się wjechać. Co nie powiem, ale mnie dziwiło. Nogi fajnie się kręciły. Zrezygnowałem jedynie, jak nachylenie osiągnęło 23% (tak przynajmniej pokazywał mój licznik). Tak więc odpuściłem ten fragment, bo i nie było sensu, ze względu na dość sporo luźnych kamieni. Moje oponki znów nie dały rady.
Już później, od mniej więcej ok. 20 km, praktycznie jechałem sam. Co jednak zbytnio mi nie przeszkadzało. Fajnie się jechało. Ok. 40 km, jakieś skurcze dawały znak o sobie, ale starałem się na to nie zważać. Choć przyznam, że byłem już mocno zmęczony. Na domiar złego, tuż przed wjazdem na ostatni asfaltowy odcinek dojazdowy do mety, na zjeździe, nie zauważyłem koleiny i wylądowałem w krzakach. Nieźle bolało, ale nic poważnego się na szczęście nie stało.
Do mety dojechałem po prawie 4 godz. jazdy. Założenie poniżej 4 h zostało spełnione.
Fajna impreza, fajna jazda i to się liczy.
A poniżej zostałem uchwycony na zdjęciach, dzięki uprzejmości Moniki NN, która jest autorem tych zdjęć 1, 2, 3.

Na trasie© dzięki uprzejmości Moniki NN
Maraton MTBCross - Kielce
Niedziela, 26 czerwca 2011 | dodano:27.06.2011Kategoria Zawody, Średnia przyjemność
| Dst.: | 49.05 | Off-road: | 19.63 | Czas: | 03:38 | Avg: | 13.50 |
| Vmax: | 44.00 | Temp.: | 25.0 | HRmax: | 173( 91%) | HRavg | 122( 64%) |
| Cal: | 616kcal | ALT: | 501m | Bike: | GT | ||
Dawno już nie brałem udziału w jakiś zawodach, w jakimś maratonie. Dlatego tym bardziej się cieszyłem na start w tych zawodach. Maraton odbywał się w ramach cyklu MTBCrossMaraton, organizowanego przez moje stowarzyszenie MTB CROSS. Była to już czwarta edycja z kolei.
Tym razem jednak było inaczej, bowiem po raz pierwszy startowałem ze swoim 9-letnim synem. Dlatego też i dystans, na którym startowałem był nie za wielki, jak na moje możliwości. Jednak wystarczający dla mojego syna.
Sam bowiem maraton wyniósł jakieś 16,55 km. Co tego nieco rozgrzewki, w postaci dojazdu na miejsce startu, co w sumie dało ponad 24 km, co jest rekordem dziennym i jednorazowym mojego syna.
Start odbywał się ze wszystkimi jednocześnie, co nieco mnie napawało strachem, ponieważ obawiałem się o syna, aby ktoś na niego nie najechał. Niby ustawiliśmy się w pewnej chwili na końcu, tak jak miało być, jednak po chwili za nami pojawiło się jeszcze spora grupa rowerzystów. No nic, "uważaj na starcie i patrz się przed siebie", takie wypowiedzi padały z moich ust do syna.
Start na szczęście odbył się bez żadnych problemów. Mój młody nawet tak momentem przycisnął, że musiałem go nieźle gonić. Ja patrzę, a mam na liczniku 25 km/h. No cóż, zapału wystarczyło na niedługo, do pierwszego lekkiego podjazdu, gdzie mój syn nieco zwolnił. Ale dzięki temu mogli nas minąć ci bardziej doświadczeni.
Pierwsze emocje pojawiły się, jak mieliśmy pokonywać rzeczkę. Miało być płytko. Owszem, było, ale dla dorosłych. Dla dzieci, na niższych rowerach (mój jeździ na 24"), skutkowało to niestety zamoczeniem butów. Syn nieco się zdenerwował, że zamoczył buty i że mama będzie krzyczeć. Niby miała być jakaś kładka, ale jak zobaczyłem kątem oka, to owszem była, ale chyba jakieś 5 m nad rzeczką i szerokości 10 cm. Strasznie wysoko, jak tu przejść. Nie wiem, czy to była pierwsza kładka, czy druga, no ale tak było. A druga przeprawa, było znacznie głębiej, bo i nawet ja miałem mokro.

Powyższe zdjęcie pochodzi z tej strony.
Sama trasa dość trudna jak dla dystansu Family. Były dwa spore podjazdy, które chyba i ja nawet miałbym spore problemy z ich pokonaniem. Skończyło się na podprowadzaniu roweru. Męcząca również była przeprawa miedzą przez jakieś łąki. Oj, ciężko się początkowo jechało, a później szło. Sama końcówka również nie należała do najłatwiejszych.
Ale jakoś udało się dojechać szczęśliwie do mety. Mój syn, wykończony, po mecie padł na ławkę odpoczywać. Nawet nie miał siły zjeść miski makaronu, pomimo tego, że mówił coś o głodzie. Jednak jak mi mówił, to był bardzo zadowolony z udziału i samego startu. No ja również byłbym zadowolony, gdybym tak jak on, stanął na II miejscu podium w swojej kategorii wiekowej. Kolejny dyplom, kolejna pamiątka.
Ja również byłem zadowolony ze startu, choć mogłem jechać nieco dłuższy dystans. Ale liczy się zadowolenie syna i to jego udział był ważniejszy.
Po południu nieco dokręciłem kilometrów, tym razem z młodszym synem w foteliku. Rekreacyjnie pokręciliśmy sobie po ścieżce rowerowej. Starszy też się wyrywał, ale widać było, że był zmęczony.
Tym razem jednak było inaczej, bowiem po raz pierwszy startowałem ze swoim 9-letnim synem. Dlatego też i dystans, na którym startowałem był nie za wielki, jak na moje możliwości. Jednak wystarczający dla mojego syna.
Sam bowiem maraton wyniósł jakieś 16,55 km. Co tego nieco rozgrzewki, w postaci dojazdu na miejsce startu, co w sumie dało ponad 24 km, co jest rekordem dziennym i jednorazowym mojego syna.
Start odbywał się ze wszystkimi jednocześnie, co nieco mnie napawało strachem, ponieważ obawiałem się o syna, aby ktoś na niego nie najechał. Niby ustawiliśmy się w pewnej chwili na końcu, tak jak miało być, jednak po chwili za nami pojawiło się jeszcze spora grupa rowerzystów. No nic, "uważaj na starcie i patrz się przed siebie", takie wypowiedzi padały z moich ust do syna.
Start na szczęście odbył się bez żadnych problemów. Mój młody nawet tak momentem przycisnął, że musiałem go nieźle gonić. Ja patrzę, a mam na liczniku 25 km/h. No cóż, zapału wystarczyło na niedługo, do pierwszego lekkiego podjazdu, gdzie mój syn nieco zwolnił. Ale dzięki temu mogli nas minąć ci bardziej doświadczeni.
Pierwsze emocje pojawiły się, jak mieliśmy pokonywać rzeczkę. Miało być płytko. Owszem, było, ale dla dorosłych. Dla dzieci, na niższych rowerach (mój jeździ na 24"), skutkowało to niestety zamoczeniem butów. Syn nieco się zdenerwował, że zamoczył buty i że mama będzie krzyczeć. Niby miała być jakaś kładka, ale jak zobaczyłem kątem oka, to owszem była, ale chyba jakieś 5 m nad rzeczką i szerokości 10 cm. Strasznie wysoko, jak tu przejść. Nie wiem, czy to była pierwsza kładka, czy druga, no ale tak było. A druga przeprawa, było znacznie głębiej, bo i nawet ja miałem mokro.

Przeprawa przez rzekę.© fot. Kamil Nowak
Powyższe zdjęcie pochodzi z tej strony.
Sama trasa dość trudna jak dla dystansu Family. Były dwa spore podjazdy, które chyba i ja nawet miałbym spore problemy z ich pokonaniem. Skończyło się na podprowadzaniu roweru. Męcząca również była przeprawa miedzą przez jakieś łąki. Oj, ciężko się początkowo jechało, a później szło. Sama końcówka również nie należała do najłatwiejszych.
Ale jakoś udało się dojechać szczęśliwie do mety. Mój syn, wykończony, po mecie padł na ławkę odpoczywać. Nawet nie miał siły zjeść miski makaronu, pomimo tego, że mówił coś o głodzie. Jednak jak mi mówił, to był bardzo zadowolony z udziału i samego startu. No ja również byłbym zadowolony, gdybym tak jak on, stanął na II miejscu podium w swojej kategorii wiekowej. Kolejny dyplom, kolejna pamiątka.
Ja również byłem zadowolony ze startu, choć mogłem jechać nieco dłuższy dystans. Ale liczy się zadowolenie syna i to jego udział był ważniejszy.
Po południu nieco dokręciłem kilometrów, tym razem z młodszym synem w foteliku. Rekreacyjnie pokręciliśmy sobie po ścieżce rowerowej. Starszy też się wyrywał, ale widać było, że był zmęczony.
Odyseja Rożnowska '10 - dzień 2
Niedziela, 3 października 2010 | dodano:07.10.2010Kategoria Pełnia szczęścia, Inne miejscówki, Zawody
| Dst.: | 66.26 | Off-road: | 5.00 | Czas: | 04:51 | Avg: | 13.66 |
| Vmax: | 62.00 | Temp.: | 19.0 | HRmax: | 172( 90%) | HRavg | 136( 71%) |
| Cal: | 2879kcal | ALT: | 1472m | Bike: | GT | ||
Relacja z dnia pierwszego.
Dzień drugi zapowiadał się równie ciekawy, co pierwszy. Moje pierwsze boje za mną. Byłem jednak pełen obaw związanych z moim bolącym kolanem. Pocieszeniem mogło być to, że noga nie spuchła i dało się zginać, czego się obawiałem.
Ranek był spokojny, a dzień zapowiadał się ładny.

Pobudka na spokojnie, wcześniej, aby nie na wariata. W pierwszej kolejności poszedłem na „zwiady”, czy śniadanie już rozdają. Po śniadaniu zastanawiałem się, jak to będzie, jak wytrzymam i jak poradzę sobie w tym dniu. Po odpoczynku i spokojnej nocy, kolano jakoś mniej bolało. Czyżby dobry prognostyk? Zobaczymy, wszystko „wyjdzie w praniu”.
Tym razem obiecałem sobie spokojny start, aby uniknąć sytuacji z dnia poprzedniego, kiedy to za ostro zacząłem i na pierwszym podjeździe mnie przytkało. Przygotowania takie same, co dzień wcześniej. Batony, picie, ciuchy. Trzeba było zmienić część ciuchów, ponieważ niestety te z pierwszego dnia nie wyschły. Trudno się dziwić, jak z pokoju było 13 st.C.
W końcu ruszyliśmy. Ponieważ kolejność zaliczania punktów była tym razem obowiązkowa, więc po starcie wszyscy pojechali w tą samą stronę. Jadę sobie spokojnie, staram się pokazać Zenkowi, że mi zależy na dobrym występie i nawet nieco prowadzę naszą grupę. Nawet mijamy kilku rowerzystów. Jednak w pewnej chwili Zenek pognał za fajną … pupą. Pojechała jakaś „laska”, no ale mnie to nie dziwi, ponieważ Zenek szuka dziewczyny, ale tylko do MIX-tów na zawodach. Uważa, że najwięcej zdziałał by w tej kategorii. Tak na dobrą sprawę, to po doświadczeniu ze mną, to wcale mu się nie dziwię. Dlatego też później starałem się go dogonić, jednak kilka mocniejszym depnięć na pedał spowodowało, że dość szybko zacząłem odczuwać kolano.
Więc cóż, musiałem odpuścić, bo zaraz tu się zatrzymam, a później na tablicy będzie widniał napis przy naszej ekipie – NKL. Zauważył to Zenek i odpuścił również i on tej dziewczynie. Nie wiem czy coś ugadał z nią, czy zdążył. Ale później męczyliśmy się razem. On ze mną, a ja z samym sobą.
I podobnie jak dnia wczorajszego, zbytnio nie zwracałem uwagi na zaliczanie kolejny punktów. Nawet widoki już mnie tak nie interesowały, a tym razem pogoda dopisała i było później śliczne słoneczko, ale jednak nie było czasu na sesje zdjęciowe. Jedynie Zenek miał czas, kiedy to czekał na mnie, aż łaskawie podjadę lub podejdę do kolejną górkę, czego efekty poniżej.


Tak więc zaliczaliśmy kolejne PK. Szło nam to opornie. Niestety, dawały się u mnie we znaki brak treningu i przygotowania do długotrwałego wysiłku. Do tej pory bowiem jeszcze nigdy nie startowałem dzień po dniu. Jeszcze nigdy wcześniej nie zrobiłem na maratonie w ciągu jednego dnia prawie 85 km i to po górach.
Niestety, nawet świetne decyzje Zenka i mądra strategia pokonywania poszczególnych odcinków, nie przyczyniała się do poprawy naszej sytuacji. Wiadomo było, że w dniu dzisiejszym będzie słabiej i spadniemy w końcowej klasyfikacji. Mnie wówczas zależało tylko na tym, aby nie zawieźć kolegi i aby ukończyć tą imprezę i być sklasyfikowanym. Dlatego też zaciskałem zęby, ponieważ przed dojazdem do PK5 zacząłem odczuwać ból już całego kolana, a nie tak jak wcześniej samego tylko stłuczenia. Zmartwiłem się tym, ponieważ nie wiedziałem, czy to efekt uderzenia boli, czy na skutek przeciążeń i ogólnego zmęczenia. Ale cóż, włożyłem w to cało moje zamiłowanie do rowerów i ostatnie półtorej godziny kręciłem praktycznie jedną nogą.
Po 5 Zenek uznał, że ja mam dość i że jestem już ujechany na maksa. Nie przeczyłem, ale nie miałem odwagi mu powiedzieć, że jedźmy już do domu. Jednak Zenek do dobry kumpel i chyba to wyczytał w moich oczach, bo powiedział, że odpuszczamy sobie PK: 6, 7, 8, a od razu jedziemy na PK9, a po drodze jest PK10. W ten sposób będziemy mieć zaliczonych 7 punktów na 10. Szkoda co prawda tych omijanych, bo czas był, ale zdrowie jest najważniejsze.
Powrót do „domu” niezwykle jakoś mi się dłużył. Wydawało mi się, że cały czas jest pod górkę. Jednak starałem się podjeżdżać ile się da i ile noga da radę. Choć momentami jechałem wolniej, niż Zenek, który obok mnie szedł i nawet mnie wyprzedzał. Ale cóż: „ja to jak idę, to odpoczywam”. Widać doświadczenie w rajdach przygodowych, w setkach kilometrach pokonanych pieszo. Na dodatek jeszcze i napęd nie działał już perfekcyjnie.
Po minięciu PK9 mieliśmy jeszcze sporo czasu zapasu, a dystans prawie z górki. Więc był czas na zdjęcia. Piękne tereny i na pewno godne ponownego odwiedzenia. Może jeszcze kiedyś zrobimy sobie ponowny wypad, aby tym razem zaliczyć wszystkie PK.

Los sprawił, że na ostatnim PK10, spotkaliśmy się z naszą drugą drużyną. Ambicja podziałała i zaczęliśmy się ścigać na ostatnich kilometrach. Zenek: „jedziemy na skróty”. Ja: „jakie skróty?” Ale nie było czasu na wyjaśnienia. Jakoś „na sagę” przez łąkę położoną na zboczu. Jednak szybkość, brak odpowiedniego ogumienia, oraz zapewne już zmęczenie spowodowało, że ponownie zaliczyłem upadek. Jednak tym razem nie groźny. Jedynie co, to było przygotowanie do jazdy zimowej, bowiem przejechałem się po tym zboczu na tej mokrej trawie może z 10 m.
Z mokrymi majtkami ruszyliśmy ostro w dół. Prędkości niesamowite. Ręce bolą od zaciskania klamek. Myślę już, e wewnętrzne zwycięstwo mamy w kieszeni. Jednak na ostatnich kilometrach wyprzedza mnie jeden zawodnik z naszej drugiej ekipy. Ponieważ było to na podjeździe, więc nie miałem siły go gonić. Zaraz za mną drugi mnie mija. Kurcze myślę. Nie ładnie. Nie zważając na ból kolana i korzystając ze zjazdu i mojej dobrej w tym umiejętności, rozpocząłem długi sprint. Jednak niestety, noga nie wytrzymała i kilkanaście sekund straciłem na mecie.
Jeszcze bardziej zmęczony padłem ponownie na ławkę. Odpoczynek. Koniec mordęgi, koniec przygody.

Jak się później okazało, to faktycznie sporo straciliśmy na tym drugim dniu. Spadliśmy w sumie z 13 miejsca na 18. Szkoda tych kilku nie zaliczonych punktów i kar nałożonych. Jednak trudno się mówi.
Osobiście jestem zadowolony ze swojego startu. Jak na debiut, to uważam, że dobrze się spisałem. Mogłem przecież nie ukończyć. Szkoda tego kolana, bo może nie stracilibyśmy pozycji z pierwszego dnia.
Jedynie szkoda mi mojego partnera. On jest wyrozumiały, ale wiem, że oczekiwał więcej po naszym starcie. Choć ja nie dawałem mu nadziei. Bowiem wspólnie jeździliśmy przed imprezą i na podjazdach również się męczyłem.
W start w Odysei włożyłem sporo sił, włożyłem całe swoje serce jakie mam do rowerów i całe moje zamiłowanie. Pomimo jednak tego, pomimo zamiłowania do podjazdów, nie byłem w stanie osiągnąć czegoś więcej. Jeszcze nigdy nie zrobiłem w ciągu 2 dni 150 km. Jeszcze nigdy nie startowałem dwa dni z rzędu. No i dawno nie jeździłem po takich górach.
Chciałbym podziękować swojemu partnerowi za udział, za świetną nawigację, a przede wszystkim za wyrozumiałość na trasie. Należą mu się również i przeprosiny na mój słaby udział. Jednak pozostał pewien niedosyt, bo można było więcej zrobić. Ale i pozostały też postanowienia, choćby solidnego przygotowania czy zakupu nowego sprzętu. Bowiem niestety: „liczy się łydka”, ale i sprzęt dużo pomaga.
Na zakończenie, jestem bardzo zadowolony w imprezy. Chciałbym jeszcze ponownie zmierzyć się ze sobą, z trasą na kolejnych edycjach. Ale jak to będzie, zobaczymy.

Tutaj znajdziecie mapę pierwszego dnia, a tu mapę z drugiego dnia.
A tu dla zainteresowanych nieco więcej zdjęć na stronie organizatora oraz więcej moich.
Podsumowanie z dwóch dni: 150,69 km, 11h:57"; przewyższenie 3534 m; 7939 kcal.
Dzień drugi zapowiadał się równie ciekawy, co pierwszy. Moje pierwsze boje za mną. Byłem jednak pełen obaw związanych z moim bolącym kolanem. Pocieszeniem mogło być to, że noga nie spuchła i dało się zginać, czego się obawiałem.
Ranek był spokojny, a dzień zapowiadał się ładny.

Poranek nad Jeziorem Rożnowskim.© Robert
Pobudka na spokojnie, wcześniej, aby nie na wariata. W pierwszej kolejności poszedłem na „zwiady”, czy śniadanie już rozdają. Po śniadaniu zastanawiałem się, jak to będzie, jak wytrzymam i jak poradzę sobie w tym dniu. Po odpoczynku i spokojnej nocy, kolano jakoś mniej bolało. Czyżby dobry prognostyk? Zobaczymy, wszystko „wyjdzie w praniu”.
Tym razem obiecałem sobie spokojny start, aby uniknąć sytuacji z dnia poprzedniego, kiedy to za ostro zacząłem i na pierwszym podjeździe mnie przytkało. Przygotowania takie same, co dzień wcześniej. Batony, picie, ciuchy. Trzeba było zmienić część ciuchów, ponieważ niestety te z pierwszego dnia nie wyschły. Trudno się dziwić, jak z pokoju było 13 st.C.
W końcu ruszyliśmy. Ponieważ kolejność zaliczania punktów była tym razem obowiązkowa, więc po starcie wszyscy pojechali w tą samą stronę. Jadę sobie spokojnie, staram się pokazać Zenkowi, że mi zależy na dobrym występie i nawet nieco prowadzę naszą grupę. Nawet mijamy kilku rowerzystów. Jednak w pewnej chwili Zenek pognał za fajną … pupą. Pojechała jakaś „laska”, no ale mnie to nie dziwi, ponieważ Zenek szuka dziewczyny, ale tylko do MIX-tów na zawodach. Uważa, że najwięcej zdziałał by w tej kategorii. Tak na dobrą sprawę, to po doświadczeniu ze mną, to wcale mu się nie dziwię. Dlatego też później starałem się go dogonić, jednak kilka mocniejszym depnięć na pedał spowodowało, że dość szybko zacząłem odczuwać kolano.
Więc cóż, musiałem odpuścić, bo zaraz tu się zatrzymam, a później na tablicy będzie widniał napis przy naszej ekipie – NKL. Zauważył to Zenek i odpuścił również i on tej dziewczynie. Nie wiem czy coś ugadał z nią, czy zdążył. Ale później męczyliśmy się razem. On ze mną, a ja z samym sobą.
I podobnie jak dnia wczorajszego, zbytnio nie zwracałem uwagi na zaliczanie kolejny punktów. Nawet widoki już mnie tak nie interesowały, a tym razem pogoda dopisała i było później śliczne słoneczko, ale jednak nie było czasu na sesje zdjęciowe. Jedynie Zenek miał czas, kiedy to czekał na mnie, aż łaskawie podjadę lub podejdę do kolejną górkę, czego efekty poniżej.

Znowu męki na kolejnym podjeździe.© fot. Zenek

Widoki na góry.© fot. Zenek
Tak więc zaliczaliśmy kolejne PK. Szło nam to opornie. Niestety, dawały się u mnie we znaki brak treningu i przygotowania do długotrwałego wysiłku. Do tej pory bowiem jeszcze nigdy nie startowałem dzień po dniu. Jeszcze nigdy wcześniej nie zrobiłem na maratonie w ciągu jednego dnia prawie 85 km i to po górach.
Niestety, nawet świetne decyzje Zenka i mądra strategia pokonywania poszczególnych odcinków, nie przyczyniała się do poprawy naszej sytuacji. Wiadomo było, że w dniu dzisiejszym będzie słabiej i spadniemy w końcowej klasyfikacji. Mnie wówczas zależało tylko na tym, aby nie zawieźć kolegi i aby ukończyć tą imprezę i być sklasyfikowanym. Dlatego też zaciskałem zęby, ponieważ przed dojazdem do PK5 zacząłem odczuwać ból już całego kolana, a nie tak jak wcześniej samego tylko stłuczenia. Zmartwiłem się tym, ponieważ nie wiedziałem, czy to efekt uderzenia boli, czy na skutek przeciążeń i ogólnego zmęczenia. Ale cóż, włożyłem w to cało moje zamiłowanie do rowerów i ostatnie półtorej godziny kręciłem praktycznie jedną nogą.
Po 5 Zenek uznał, że ja mam dość i że jestem już ujechany na maksa. Nie przeczyłem, ale nie miałem odwagi mu powiedzieć, że jedźmy już do domu. Jednak Zenek do dobry kumpel i chyba to wyczytał w moich oczach, bo powiedział, że odpuszczamy sobie PK: 6, 7, 8, a od razu jedziemy na PK9, a po drodze jest PK10. W ten sposób będziemy mieć zaliczonych 7 punktów na 10. Szkoda co prawda tych omijanych, bo czas był, ale zdrowie jest najważniejsze.
Powrót do „domu” niezwykle jakoś mi się dłużył. Wydawało mi się, że cały czas jest pod górkę. Jednak starałem się podjeżdżać ile się da i ile noga da radę. Choć momentami jechałem wolniej, niż Zenek, który obok mnie szedł i nawet mnie wyprzedzał. Ale cóż: „ja to jak idę, to odpoczywam”. Widać doświadczenie w rajdach przygodowych, w setkach kilometrach pokonanych pieszo. Na dodatek jeszcze i napęd nie działał już perfekcyjnie.
Po minięciu PK9 mieliśmy jeszcze sporo czasu zapasu, a dystans prawie z górki. Więc był czas na zdjęcia. Piękne tereny i na pewno godne ponownego odwiedzenia. Może jeszcze kiedyś zrobimy sobie ponowny wypad, aby tym razem zaliczyć wszystkie PK.

Z widokiem na Jezioro Rożnowksie.© Robert
Los sprawił, że na ostatnim PK10, spotkaliśmy się z naszą drugą drużyną. Ambicja podziałała i zaczęliśmy się ścigać na ostatnich kilometrach. Zenek: „jedziemy na skróty”. Ja: „jakie skróty?” Ale nie było czasu na wyjaśnienia. Jakoś „na sagę” przez łąkę położoną na zboczu. Jednak szybkość, brak odpowiedniego ogumienia, oraz zapewne już zmęczenie spowodowało, że ponownie zaliczyłem upadek. Jednak tym razem nie groźny. Jedynie co, to było przygotowanie do jazdy zimowej, bowiem przejechałem się po tym zboczu na tej mokrej trawie może z 10 m.
Z mokrymi majtkami ruszyliśmy ostro w dół. Prędkości niesamowite. Ręce bolą od zaciskania klamek. Myślę już, e wewnętrzne zwycięstwo mamy w kieszeni. Jednak na ostatnich kilometrach wyprzedza mnie jeden zawodnik z naszej drugiej ekipy. Ponieważ było to na podjeździe, więc nie miałem siły go gonić. Zaraz za mną drugi mnie mija. Kurcze myślę. Nie ładnie. Nie zważając na ból kolana i korzystając ze zjazdu i mojej dobrej w tym umiejętności, rozpocząłem długi sprint. Jednak niestety, noga nie wytrzymała i kilkanaście sekund straciłem na mecie.
Jeszcze bardziej zmęczony padłem ponownie na ławkę. Odpoczynek. Koniec mordęgi, koniec przygody.

Dwie <<Motyle nogi>> na mecie Odysei.© Robert
Jak się później okazało, to faktycznie sporo straciliśmy na tym drugim dniu. Spadliśmy w sumie z 13 miejsca na 18. Szkoda tych kilku nie zaliczonych punktów i kar nałożonych. Jednak trudno się mówi.
Osobiście jestem zadowolony ze swojego startu. Jak na debiut, to uważam, że dobrze się spisałem. Mogłem przecież nie ukończyć. Szkoda tego kolana, bo może nie stracilibyśmy pozycji z pierwszego dnia.
Jedynie szkoda mi mojego partnera. On jest wyrozumiały, ale wiem, że oczekiwał więcej po naszym starcie. Choć ja nie dawałem mu nadziei. Bowiem wspólnie jeździliśmy przed imprezą i na podjazdach również się męczyłem.
W start w Odysei włożyłem sporo sił, włożyłem całe swoje serce jakie mam do rowerów i całe moje zamiłowanie. Pomimo jednak tego, pomimo zamiłowania do podjazdów, nie byłem w stanie osiągnąć czegoś więcej. Jeszcze nigdy nie zrobiłem w ciągu 2 dni 150 km. Jeszcze nigdy nie startowałem dwa dni z rzędu. No i dawno nie jeździłem po takich górach.
Chciałbym podziękować swojemu partnerowi za udział, za świetną nawigację, a przede wszystkim za wyrozumiałość na trasie. Należą mu się również i przeprosiny na mój słaby udział. Jednak pozostał pewien niedosyt, bo można było więcej zrobić. Ale i pozostały też postanowienia, choćby solidnego przygotowania czy zakupu nowego sprzętu. Bowiem niestety: „liczy się łydka”, ale i sprzęt dużo pomaga.
Na zakończenie, jestem bardzo zadowolony w imprezy. Chciałbym jeszcze ponownie zmierzyć się ze sobą, z trasą na kolejnych edycjach. Ale jak to będzie, zobaczymy.

Powrót do domu.© Robert
Tutaj znajdziecie mapę pierwszego dnia, a tu mapę z drugiego dnia.
A tu dla zainteresowanych nieco więcej zdjęć na stronie organizatora oraz więcej moich.
Podsumowanie z dwóch dni: 150,69 km, 11h:57"; przewyższenie 3534 m; 7939 kcal.
Odyseja Rożnowska '10 - dzień 1
Sobota, 2 października 2010 | dodano:07.10.2010Kategoria Pełnia szczęścia, Inne miejscówki, Zawody
| Dst.: | 84.43 | Off-road: | 25.00 | Czas: | 06:55 | Avg: | 12.21 |
| Vmax: | 61.50 | Temp.: | 11.0 | HRmax: | 191(100%) | HRavg | 158( 83%) |
| Cal: | 5060kcal | ALT: | 2062m | Bike: | GT | ||
Takich emocji nie było już dawno.
Dwa tygodnie przed rozpoczęciem imprezy dostałem propozycję od swojego kumpla: „a może byśmy razem wystartowali w najbliższej odysei?”. Kurcze, kusząca propozycja. Jednak, jak to zwykle musiałem uzgodnić w domu mój wyjazd na cały weekend. Tu, o dziwo, jakoś udało się bez zbędnych wyjaśnień, więc cynk: „możesz nas zgłaszać”.
Jednak później zaczęła działać adrenalina. W końcu to mój pierwszy start w takiej imprezie. Mało tego, do tej pory nie startowałem dłużej, jak 5 godzin. A już nie ma mowy o starcie dzień za dniem. W końcu trzeba było się o tym przekonać.
Za bardzo na trening nie było już czasu. I tego się najbardziej bałem. Że nie dam rady. Znałem swoje możliwości i wiedziałem, że może być kiepsko. Ale liczyłem na to, że może nie będzie źle. Jednak zupełnie nie wiedziałem czego się spodziewać.
Nierozłącznym elementem odysei jest nawigacja. Mapa – znam coś takiego. Czasami również stosuję. Jednak szukanie punktu na mapie i dojazd do niego, pozostawiłem specjaliście z tej kwestii, czyli mojemu partnerowi z drużyny - Zenkowi. On jest bardzo doświadczony w rajdach AR, więc „mnie to już nie obchodziło”.
Im bliżej startu, tym większa nerwówka. Szykowanie roweru, wymiana i regulacja hamulców, bowiem w tamtych okolicach będą mocno przydatne. Pakowanie, jakieś zakupy, jakieś „EPO” i tym podobne.
W końcu jedziemy. Wyruszamy wczesnym świtem, aby dojechać na czas i jeszcze się zarejestrować. Droga upłynęło spokojnie, oprócz jednego incydentu pod koniec trasy, gdzie to jeden z rowerów wypiął się, nie wiedzieć jakim cudem, i spadł na samochód. Całkiem nie zleciał, bo był przypięty paskami za koła. Jak to się stało, nikt z nas nie wie. To było tak, jakby wcale nie był przypięty. Fakt, że akurat trasa była paskudna i strasznie kołysało.
Szybki meldunek. Do pokoju. I zaczynamy się przygotowywać do startu. Ciuchy, jedzonko, picie, izotoniki, plecaki. Pora na start. A ja cały w nerwach, dawno bowiem nie byłem na linii startu.

Na starcie jak zwykle towarzystwo z wypasionymi w większości rowerami. A ja ze swoim niemal stalowym rowerem, stoję jak ta sierota. W końcu na 10 min. przed startem rozdają mapy. Szał niesamowity i ścisk. Każdy chce jak najszybciej dostać mapę i zacząć analizować trasę, jak i w którą stronę ruszyć. Ja również dostałem swoją mapę, ale raczej na zasadzie, bo „na ekipę przypadają dwie mapy”. Cóż popatrzyłem na nią, jakieś swoje przemyślenia miałem: „ale cholera kawał trasy i dystansu”. Po czym potulnie poskładałem mapę i schowałem do plecaka (pokażę synowi w domu). Przed samym startem rzuciłem tylko do Zenka: „w którą stronę pierwszy zakręt?”

5, 4, 3, 2, 1 i … poszli. Ruszyliśmy spokojnie, bo sporo ludzi na starcie i nie ma co się przepychać. W końcu to przed nami ok. 8 godz. kręcenia.
Początkowo fajnie się jechało, bo droga lekko w dół. Jednak już po chwili rozpoczął się niezły podjazd, na którym już wymiękłem. Momentami takie nachylenie, że jakoś nie dałem rady. Pomyślałem, no ładnie, czyżby kryzys. Ale po kilku kilometrach. Nieźle się zaczyna. No nic brniemy dalej. Ludzi na podjeździe coraz mniej, bo wszyscy już pojechali. A ja męczę się i kręcę młynkiem. Ponieważ ostro zacząłem, więc długo nie trzeba było czekać, a dopadła mnie kolka. No tak, brak rozgrzewki, tak to się musiało skończyć.
No ale jakoś jest. Pierwszy nasz zaliczony punkt PK 11. No nic, łyk picia i jedziemy dalej fajnymi wąskimi drogami. Kolejny po drodze, to PK 10. Jakoś się jechało. Upajałem się częściowo widokami, choć podjazdy były ciężkie.

Tak jak pisałem, nie zajmowałem się nawigacją, która podobno w wersji Orienteering Maraton miała być wymagająca. My jakoś nie mieliśmy problemów. Nawet kolejny PK12, zlokalizowany w środku lasu, nie przysporzył nam kłopotów. Choć i tak podobno nie tak go zaczęliśmy „brać”. Ale nie było specjalnego błądzenia i szukania. Czego niestety nie uniknęło kilka ekip, między innymi naszą drugą grupę, która to straciła tam ponad godziną.
Kolejnym przystankiem miała był Bacówka na Jamnej. Tu trafiliśmy na przepiękną szutrówkę, po której z przyjemnością sobie jechałem i nawet fajnie mi się tam jechało. Myślałem sobie jednak, że jak Bacówka, to pewnie gdzie na górce. I się nie myliłem. Ale o dziwo, prawie cały podjazd zaliczyłem bez schodzenia. Co prawda u podnóża powiedziałem Zenkowi, aby pojechał na górę, zjadł sobie zachwalane przez organizatora pierogi, a ja wówczas dojadę. No ale jechaliśmy w miarę razem.
Pierogów nie było, tylko baton i nieco Isostara. Ja już nawet nie kontrolowałem wówczas miejsca gdzie jesteśmy, trasy jaką pokonaliśmy czy gdzie mamy jechać. Zenek mówił, jedziemy, to jechałem, a w zasadzie starałem się jechać ile było sił. Nawet nie specjalnie patrzyłem na licznik, bowiem jak minęliśmy pierwsze punkty, a ja widzę, że dopiero jest 23 km przejechane, a do zapowiadanych 100 km jeszcze tyle trasy, to od razu odechciewało się wszystkiego. Przecież już nie miałem siły. Ale za bardzo nie wiedziałem na co mam ustawić licznik, dystans odpadał, czas odpadał, bo znów sobie liczyłem, że jeszcze 4 godziny jazdy. W końcu zostało na godzinie, ponieważ później czas zaczął odgrywać ważną rolę.
Na takich dywagacjach i pokonywaniu własnej słabości na podjazdach, pokonaliśmy punkty PK6 (róg pola), PK13 (róg polany) oraz PK15 (wiata). Teraz z perspektywy czasu, to nawet nie potrafię dokładnie skojarzyć i trasy i nawet niektórych punktów. Zajmowałem się bowiem głównie walką z samym sobą. Szczególnie na tych właśnie punktach byłem pełen zachwytu nad swoim partnerem, bowiem jakoś zawsze wiedział, o który róg pola lub polany chodziło. Nawet skrót na 13 pod górę między drzewami jakoś nie wzbudził u niego zbytniego przerażenia, w przeciwieństwie do mnie, który chyba nigdy by nie znalazł tego punktu.
Po PK15 przyszła pora na PK14. Jak się później okazało punkt ten był dla nas kluczowy, a szczególnie dla mnie, od którego to się sporo zmieniło. Sama końcówka wiodła przez strony zjazd w lesie. Po tygodniowych wcześniejszych opadach deszczu, w lasach było bardzo mokro i sporo błota. Niestety, brak może i inwestycji w nowe ogumienie, spowodowało upadek na błotnistej drodze. No nic, mówię jedziemy dalej. Bo to pierwszy raz się wywaliłem. Jednak ta wywrotka spowodowała, że zostałem nieco z tyłu za Zenkiem. Chciałem szybko doskoczyć i kiedy już mi się to pawie udało, spojrzałem jeszcze w którą on stronę jedzie, a w tym momencie nie zauważyłem, że wpadłem ponownie w koleinę. I wywrotka gotowa. Znowu myślę. No nic, ale podnosząc się coś mnie zabolało w kolanie. Pech chciał, że uderzyłem kolanem w jedyny kamień, który tam leżał. To trzeba mieć pecha. No nic, zacisnąłem zęby z bólu i pognałem za kolegą. Kiedy dojechaliśmy do PK14, podwinąłem getry i zobaczyłem, że leci krew z kolana. Skóra jakaś wisi sobie luzem, widać na getrach, że krwi już nieco wyleciało. Czarne myśli przeleciały mi po plecach: „czyżby trzeba było kończyć na dziś imprezę”.
Jednak powiedziałem sobie, że jedziemy ile dam radę. Co prawda mieliśmy już zaliczone na tyle punktów, aby być sklasyfikowanym, no ale nie o to przecież chodziło. Ten punkt to chyba faktycznie jaki Diabeł pilnował, ponieważ usytuowane było w miejscu o wdzięcznej nazwie „Diable boisko”.
W dalszej części, to już sam nawet nie wiem, jak ten dystans mijał i jak jechaliśmy. Nawet nie kojarzę dokładnie kolejny punktów zaliczeniowych. Kolano bolało, nogi bolały i ogólnie byłem zmęczony. Jednak o dziwo zaliczyliśmy po kolei jeszcze PK: 5, 4 i 3. Na tym ostatnim Zenek uznał, że odpuszczamy sobie 2 i niestety 1. Z moją nogą na 2 nie dalibyśmy rady, szkoda czasu, no a do jedynie jest za daleko.
Z PK3 fajnym zjazdem dojechaliśmy do początku podjazdu na PK8. Niestety, tu musiałem już prowadzić rower, ponieważ kolano już mocno dawało znać o sobie. Udało się zdobyć ten punkt, który miał być ostatnim. Jednak jeszcze pokusiliśmy się o zaliczenie jeszcze jednego punktu PK9, z niby przed ostatnim podjazdem. Niestety tych podjazdów w lesie było nieco więcej, niby krótkie, ale te terenowe znacznie są trudniejsze. Jednak udało się.
W tym momencie zacząłem dość często spoglądać na czas, nie chciałem bowiem, abyśmy mieli spóźnienie i dodatkowe kary. Na szczęście z PK9 prowadził już szybki zjazd do samej bazy. Wpadliśmy na metę na kilka minut przed zamknięciem. Padłem na ławce skonany.

Nawet za bardzo nie chciało mi się nic robić, ani przebierać, ani myć roweru. Długo jednak nie trzeba było czekać, ponieważ zmarzłem i nawet trzepały mną dreszcze. Więc przebrałem się, zjadłem obiadek, a w zasadzie wmusiłem w siebie i pobiegłem do kolejny z myciem roweru.
Czekałem już tylko na odpoczynek. Myślę, że zasłużony. Kolano bolało, a ja byłem myślami już przy następnym dniu, który wcale nie wydawał się lżejszy.


Wieczorkiem było ognisko, czym podobno organizator zaskoczył, ponieważ była darmowa kiełbaska oraz piwo. Fajnie było tak sobie postać w cieple, bowiem w pokojach było zimniej. Nawet niektórzy mieli pomysły, aby zostać przy ognisku całą noc, bo było cieplej. A ja rozpamiętywałem miniony dzień i zastanawiałem się, jak to jutro podołam nowemu wyzwaniu.
Relacja z dnia drugiego.
Dwa tygodnie przed rozpoczęciem imprezy dostałem propozycję od swojego kumpla: „a może byśmy razem wystartowali w najbliższej odysei?”. Kurcze, kusząca propozycja. Jednak, jak to zwykle musiałem uzgodnić w domu mój wyjazd na cały weekend. Tu, o dziwo, jakoś udało się bez zbędnych wyjaśnień, więc cynk: „możesz nas zgłaszać”.
Jednak później zaczęła działać adrenalina. W końcu to mój pierwszy start w takiej imprezie. Mało tego, do tej pory nie startowałem dłużej, jak 5 godzin. A już nie ma mowy o starcie dzień za dniem. W końcu trzeba było się o tym przekonać.
Za bardzo na trening nie było już czasu. I tego się najbardziej bałem. Że nie dam rady. Znałem swoje możliwości i wiedziałem, że może być kiepsko. Ale liczyłem na to, że może nie będzie źle. Jednak zupełnie nie wiedziałem czego się spodziewać.
Nierozłącznym elementem odysei jest nawigacja. Mapa – znam coś takiego. Czasami również stosuję. Jednak szukanie punktu na mapie i dojazd do niego, pozostawiłem specjaliście z tej kwestii, czyli mojemu partnerowi z drużyny - Zenkowi. On jest bardzo doświadczony w rajdach AR, więc „mnie to już nie obchodziło”.
Im bliżej startu, tym większa nerwówka. Szykowanie roweru, wymiana i regulacja hamulców, bowiem w tamtych okolicach będą mocno przydatne. Pakowanie, jakieś zakupy, jakieś „EPO” i tym podobne.
W końcu jedziemy. Wyruszamy wczesnym świtem, aby dojechać na czas i jeszcze się zarejestrować. Droga upłynęło spokojnie, oprócz jednego incydentu pod koniec trasy, gdzie to jeden z rowerów wypiął się, nie wiedzieć jakim cudem, i spadł na samochód. Całkiem nie zleciał, bo był przypięty paskami za koła. Jak to się stało, nikt z nas nie wie. To było tak, jakby wcale nie był przypięty. Fakt, że akurat trasa była paskudna i strasznie kołysało.
Szybki meldunek. Do pokoju. I zaczynamy się przygotowywać do startu. Ciuchy, jedzonko, picie, izotoniki, plecaki. Pora na start. A ja cały w nerwach, dawno bowiem nie byłem na linii startu.

Przygotowanie do startu.© Robert
Na starcie jak zwykle towarzystwo z wypasionymi w większości rowerami. A ja ze swoim niemal stalowym rowerem, stoję jak ta sierota. W końcu na 10 min. przed startem rozdają mapy. Szał niesamowity i ścisk. Każdy chce jak najszybciej dostać mapę i zacząć analizować trasę, jak i w którą stronę ruszyć. Ja również dostałem swoją mapę, ale raczej na zasadzie, bo „na ekipę przypadają dwie mapy”. Cóż popatrzyłem na nią, jakieś swoje przemyślenia miałem: „ale cholera kawał trasy i dystansu”. Po czym potulnie poskładałem mapę i schowałem do plecaka (pokażę synowi w domu). Przed samym startem rzuciłem tylko do Zenka: „w którą stronę pierwszy zakręt?”

Dobra mina do złej gry.© Robert
5, 4, 3, 2, 1 i … poszli. Ruszyliśmy spokojnie, bo sporo ludzi na starcie i nie ma co się przepychać. W końcu to przed nami ok. 8 godz. kręcenia.
Początkowo fajnie się jechało, bo droga lekko w dół. Jednak już po chwili rozpoczął się niezły podjazd, na którym już wymiękłem. Momentami takie nachylenie, że jakoś nie dałem rady. Pomyślałem, no ładnie, czyżby kryzys. Ale po kilku kilometrach. Nieźle się zaczyna. No nic brniemy dalej. Ludzi na podjeździe coraz mniej, bo wszyscy już pojechali. A ja męczę się i kręcę młynkiem. Ponieważ ostro zacząłem, więc długo nie trzeba było czekać, a dopadła mnie kolka. No tak, brak rozgrzewki, tak to się musiało skończyć.
No ale jakoś jest. Pierwszy nasz zaliczony punkt PK 11. No nic, łyk picia i jedziemy dalej fajnymi wąskimi drogami. Kolejny po drodze, to PK 10. Jakoś się jechało. Upajałem się częściowo widokami, choć podjazdy były ciężkie.

Jeden z wielu podjazdów, tu na szczęście jadę.© fot. Zenek
Tak jak pisałem, nie zajmowałem się nawigacją, która podobno w wersji Orienteering Maraton miała być wymagająca. My jakoś nie mieliśmy problemów. Nawet kolejny PK12, zlokalizowany w środku lasu, nie przysporzył nam kłopotów. Choć i tak podobno nie tak go zaczęliśmy „brać”. Ale nie było specjalnego błądzenia i szukania. Czego niestety nie uniknęło kilka ekip, między innymi naszą drugą grupę, która to straciła tam ponad godziną.
Kolejnym przystankiem miała był Bacówka na Jamnej. Tu trafiliśmy na przepiękną szutrówkę, po której z przyjemnością sobie jechałem i nawet fajnie mi się tam jechało. Myślałem sobie jednak, że jak Bacówka, to pewnie gdzie na górce. I się nie myliłem. Ale o dziwo, prawie cały podjazd zaliczyłem bez schodzenia. Co prawda u podnóża powiedziałem Zenkowi, aby pojechał na górę, zjadł sobie zachwalane przez organizatora pierogi, a ja wówczas dojadę. No ale jechaliśmy w miarę razem.
Pierogów nie było, tylko baton i nieco Isostara. Ja już nawet nie kontrolowałem wówczas miejsca gdzie jesteśmy, trasy jaką pokonaliśmy czy gdzie mamy jechać. Zenek mówił, jedziemy, to jechałem, a w zasadzie starałem się jechać ile było sił. Nawet nie specjalnie patrzyłem na licznik, bowiem jak minęliśmy pierwsze punkty, a ja widzę, że dopiero jest 23 km przejechane, a do zapowiadanych 100 km jeszcze tyle trasy, to od razu odechciewało się wszystkiego. Przecież już nie miałem siły. Ale za bardzo nie wiedziałem na co mam ustawić licznik, dystans odpadał, czas odpadał, bo znów sobie liczyłem, że jeszcze 4 godziny jazdy. W końcu zostało na godzinie, ponieważ później czas zaczął odgrywać ważną rolę.
Na takich dywagacjach i pokonywaniu własnej słabości na podjazdach, pokonaliśmy punkty PK6 (róg pola), PK13 (róg polany) oraz PK15 (wiata). Teraz z perspektywy czasu, to nawet nie potrafię dokładnie skojarzyć i trasy i nawet niektórych punktów. Zajmowałem się bowiem głównie walką z samym sobą. Szczególnie na tych właśnie punktach byłem pełen zachwytu nad swoim partnerem, bowiem jakoś zawsze wiedział, o który róg pola lub polany chodziło. Nawet skrót na 13 pod górę między drzewami jakoś nie wzbudził u niego zbytniego przerażenia, w przeciwieństwie do mnie, który chyba nigdy by nie znalazł tego punktu.
Po PK15 przyszła pora na PK14. Jak się później okazało punkt ten był dla nas kluczowy, a szczególnie dla mnie, od którego to się sporo zmieniło. Sama końcówka wiodła przez strony zjazd w lesie. Po tygodniowych wcześniejszych opadach deszczu, w lasach było bardzo mokro i sporo błota. Niestety, brak może i inwestycji w nowe ogumienie, spowodowało upadek na błotnistej drodze. No nic, mówię jedziemy dalej. Bo to pierwszy raz się wywaliłem. Jednak ta wywrotka spowodowała, że zostałem nieco z tyłu za Zenkiem. Chciałem szybko doskoczyć i kiedy już mi się to pawie udało, spojrzałem jeszcze w którą on stronę jedzie, a w tym momencie nie zauważyłem, że wpadłem ponownie w koleinę. I wywrotka gotowa. Znowu myślę. No nic, ale podnosząc się coś mnie zabolało w kolanie. Pech chciał, że uderzyłem kolanem w jedyny kamień, który tam leżał. To trzeba mieć pecha. No nic, zacisnąłem zęby z bólu i pognałem za kolegą. Kiedy dojechaliśmy do PK14, podwinąłem getry i zobaczyłem, że leci krew z kolana. Skóra jakaś wisi sobie luzem, widać na getrach, że krwi już nieco wyleciało. Czarne myśli przeleciały mi po plecach: „czyżby trzeba było kończyć na dziś imprezę”.
Jednak powiedziałem sobie, że jedziemy ile dam radę. Co prawda mieliśmy już zaliczone na tyle punktów, aby być sklasyfikowanym, no ale nie o to przecież chodziło. Ten punkt to chyba faktycznie jaki Diabeł pilnował, ponieważ usytuowane było w miejscu o wdzięcznej nazwie „Diable boisko”.
W dalszej części, to już sam nawet nie wiem, jak ten dystans mijał i jak jechaliśmy. Nawet nie kojarzę dokładnie kolejny punktów zaliczeniowych. Kolano bolało, nogi bolały i ogólnie byłem zmęczony. Jednak o dziwo zaliczyliśmy po kolei jeszcze PK: 5, 4 i 3. Na tym ostatnim Zenek uznał, że odpuszczamy sobie 2 i niestety 1. Z moją nogą na 2 nie dalibyśmy rady, szkoda czasu, no a do jedynie jest za daleko.
Z PK3 fajnym zjazdem dojechaliśmy do początku podjazdu na PK8. Niestety, tu musiałem już prowadzić rower, ponieważ kolano już mocno dawało znać o sobie. Udało się zdobyć ten punkt, który miał być ostatnim. Jednak jeszcze pokusiliśmy się o zaliczenie jeszcze jednego punktu PK9, z niby przed ostatnim podjazdem. Niestety tych podjazdów w lesie było nieco więcej, niby krótkie, ale te terenowe znacznie są trudniejsze. Jednak udało się.
W tym momencie zacząłem dość często spoglądać na czas, nie chciałem bowiem, abyśmy mieli spóźnienie i dodatkowe kary. Na szczęście z PK9 prowadził już szybki zjazd do samej bazy. Wpadliśmy na metę na kilka minut przed zamknięciem. Padłem na ławce skonany.

Wpadamy na metę pierwszego dnia.© fot. Compass
Nawet za bardzo nie chciało mi się nic robić, ani przebierać, ani myć roweru. Długo jednak nie trzeba było czekać, ponieważ zmarzłem i nawet trzepały mną dreszcze. Więc przebrałem się, zjadłem obiadek, a w zasadzie wmusiłem w siebie i pobiegłem do kolejny z myciem roweru.
Czekałem już tylko na odpoczynek. Myślę, że zasłużony. Kolano bolało, a ja byłem myślami już przy następnym dniu, który wcale nie wydawał się lżejszy.

Jezioro Rożnowskie.© Robert

Parking rowerowy w pokoju.© Robert
Wieczorkiem było ognisko, czym podobno organizator zaskoczył, ponieważ była darmowa kiełbaska oraz piwo. Fajnie było tak sobie postać w cieple, bowiem w pokojach było zimniej. Nawet niektórzy mieli pomysły, aby zostać przy ognisku całą noc, bo było cieplej. A ja rozpamiętywałem miniony dzień i zastanawiałem się, jak to jutro podołam nowemu wyzwaniu.
Relacja z dnia drugiego.
MARATON STRAWCZYN
Niedziela, 28 września 2008 | dodano:29.09.2008Kategoria Zawody, Pełnia szczęścia
| Dst.: | 52.38 | Off-road: | 35.77 | Czas: | 02:41 | Avg: | 19.52 |
| Vmax: | 47.50 | Temp.: | HRmax: | 193( 99%) | HRavg | 180( 92%) | |
| Cal: | kcal | ALT: | 597m | Bike: | GT | ||
W ogóle jakoś nie mogłem się zebrać na ten maraton. Z rana mgła. Szykowałem się na ciepło i na słońce. A tu … zmiana (przynajmniej tak mi się wydawało). Więc szybko dorzucenie niezbędnych ciuchów, bo nie zanosiło się na ciepło. Rano jak wyjeżdżałem było zaledwie 8 st. Już wyruszyłem, a tu mi się przypomniało, że przecież mam ciemne okulary, co przy takiej mgle, to już całkiem nic bym nie widział. Więc w tył zwrot. Po jasne szkła, na wszelki wypadek. Dojechałem na miejsce, a tu kolejny problem, bo nie mam gdzie zaparkować. No ale udało się gdzieś na tyłach szkoły. Szybko przygotowałem się do maratonu no i nieco pokręciłem dla rozgrzewki. Oczywiście pogoda spłatała figla, bowiem szybko zrobiło się cieplej i mgła ustąpiła. Więc lekka zmiana ciuchów. Choć i tak większość była głupia, ponieważ nie wiadomo było jak jechać, na długo czy na krótko.
Nadeszła wiekopomna chwila …. przyszedł czas startu. A tu nagle zaczynają oficjele przemawiać. Że witają, że zapraszają, że tamto, że owanto. Jeszcze jeden gościu powiedział nieco o trasie, że nieco została zmieniona, ale jest generalnie łatwa. Dobrze, że powiedział, gdzie jest rozjazd na trasie na długą i krótką trasę, bo to do tej pory nie było wiadome.
No i wreszcie gwizdek. Harty z przodu ruszyły. Początkowo jakieś 3 km po asfalcie i lekko pod górę. Co przyczyniło się do tego, że oczywiście stawka rozciągnęła się znacznie. Jak już wjechaliśmy do lasu, to jechałem na jakąś kobitką. Ale ponieważ nie za bardzo mi się za nią jechało (jakoś wolniej jechała), to ją śmignąłem. Później ostry zjazd w dół i rozjazd na długą trasę. No a ja jadę dalej i to całkiem nieźle mi się jechało. Noga podawała, dobrze mi się jechało. Dogoniłem później kolejną kobitkę, ale też ją łyknąłem, pomimo, że nawet zgrabna była w tych obcisłych spodenkach.
Później doszedłem do dwóch gości, którzy nieco mnie spowolnili, ponieważ przejeżdżaliśmy przez las taką pojedynczą ścieżynką, na dodatek był to teren nieco podmokły. No ale jeden to mi ustąpił drogę (ale numer, jeszcze nigdy nikt mi nie ustępował drogi), a drugiego śmignąłem na nieco karkołomnym zjeździe.
No i dalej kręciłem. Jakoś uwierzyłem, że może to być mój najlepszy maraton. Więc kręcę dalej. Popijam co jakiś czas, podjadam. W niedługim odstępie czasu na horyzoncie zobaczyłem trzech gości, więc rura. Po pewnym czasie doszedłem ich i początkowo jechaliśmy razem. No ale jakoś wolniej jechali, więc też ich śmignąłem. Sam byłem zdziwiony swoją postawą. Aż się przestraszyłem, że za dobrze mi idzie, i że jadę za szybko, i że nie starczy mi później sił na górę Sieniawską.
Tak też się stało. Jakoś ciężko mi się wjeżdżało, aczkolwiek sam podjazd nie był jakoś strasznie trudny. Efektem tego było to, że tych trzech mnie przegoniło, a późnej jeszcze dwóch. Więc straciłem na tym najtrudniejszym podjeździe. No i mi odjechali. No trudno mówię sobie, jadę dalej swoim tempem. Musiałem już nieco uważać, ponieważ zaczynały się pierwsze efekty skurczy. Obawiałem się, że mnie zaraz zaczną łapać, bo odczuwałem przy każdorazowym zgięciu nóg. Starałem się gości dojść na zjeździe, ale niestety nie udało mi się, pomimo, że gnałem prawie 50 km/h. Fenomenalny zjazd taką drogą szutrową. Super. Wjechałem w końcu na ostatnie 3 km po asfalcie. Widziałem tych gości, ale nie byłem w stanie ich gonić.
Tak więc na metę wjechałem całkiem zadowolony ze swojego występu. Później dostałem sms, że w open byłem 65, a w swojej kategorii 9. Nie wiem niestety jeszcze na ilu. Czy były to ostatnie miejsca, to nie wiem. W open chyba nie, ponieważ później widziałem, że jeszcze ktoś wjeżdżał za mną. Jak będą wyniki, to napiszę.
Ale maraton w moim wykonaniu udany. Zupełnie inaczej mi się jechało, jak to w Kielcach, czy Suchedniowie. Zastanawiałem się nad przyczynami takiej sytuacji. Może to, że to ostatnia impreza w tym roku. A może i to też, że pewnie z przyszłym roku nie uda mi się nigdzie pojechać. Nie wiem sam.
Zastanawiałem się również nad moją „porażką” na Sieniawskiej. I nie wiem czy to osłabienie, czy to może też i wina sprzętu, przecież wszyscy jechali na aluminiowych rowerach. Chyba jako jedyny miałem stalowy. Ale nic to, choć zawsze szkoda tych 5 miejsc.
Poniżej jedno zdjęcie, jakie mi zrobiono. Zdjęcie pochodzi ze strony Świętokrzyskiego Stowarzyszenia Kolarstwa Górskiego MTB CROSS, które to jest organizatorem Świętokrzyskiej Ligi Rowerowej.

No i zapomniałem dopisać, że całkowity dystans samego maratonu, to 48,43 km.
Nadeszła wiekopomna chwila …. przyszedł czas startu. A tu nagle zaczynają oficjele przemawiać. Że witają, że zapraszają, że tamto, że owanto. Jeszcze jeden gościu powiedział nieco o trasie, że nieco została zmieniona, ale jest generalnie łatwa. Dobrze, że powiedział, gdzie jest rozjazd na trasie na długą i krótką trasę, bo to do tej pory nie było wiadome.
No i wreszcie gwizdek. Harty z przodu ruszyły. Początkowo jakieś 3 km po asfalcie i lekko pod górę. Co przyczyniło się do tego, że oczywiście stawka rozciągnęła się znacznie. Jak już wjechaliśmy do lasu, to jechałem na jakąś kobitką. Ale ponieważ nie za bardzo mi się za nią jechało (jakoś wolniej jechała), to ją śmignąłem. Później ostry zjazd w dół i rozjazd na długą trasę. No a ja jadę dalej i to całkiem nieźle mi się jechało. Noga podawała, dobrze mi się jechało. Dogoniłem później kolejną kobitkę, ale też ją łyknąłem, pomimo, że nawet zgrabna była w tych obcisłych spodenkach.
Później doszedłem do dwóch gości, którzy nieco mnie spowolnili, ponieważ przejeżdżaliśmy przez las taką pojedynczą ścieżynką, na dodatek był to teren nieco podmokły. No ale jeden to mi ustąpił drogę (ale numer, jeszcze nigdy nikt mi nie ustępował drogi), a drugiego śmignąłem na nieco karkołomnym zjeździe.
No i dalej kręciłem. Jakoś uwierzyłem, że może to być mój najlepszy maraton. Więc kręcę dalej. Popijam co jakiś czas, podjadam. W niedługim odstępie czasu na horyzoncie zobaczyłem trzech gości, więc rura. Po pewnym czasie doszedłem ich i początkowo jechaliśmy razem. No ale jakoś wolniej jechali, więc też ich śmignąłem. Sam byłem zdziwiony swoją postawą. Aż się przestraszyłem, że za dobrze mi idzie, i że jadę za szybko, i że nie starczy mi później sił na górę Sieniawską.
Tak też się stało. Jakoś ciężko mi się wjeżdżało, aczkolwiek sam podjazd nie był jakoś strasznie trudny. Efektem tego było to, że tych trzech mnie przegoniło, a późnej jeszcze dwóch. Więc straciłem na tym najtrudniejszym podjeździe. No i mi odjechali. No trudno mówię sobie, jadę dalej swoim tempem. Musiałem już nieco uważać, ponieważ zaczynały się pierwsze efekty skurczy. Obawiałem się, że mnie zaraz zaczną łapać, bo odczuwałem przy każdorazowym zgięciu nóg. Starałem się gości dojść na zjeździe, ale niestety nie udało mi się, pomimo, że gnałem prawie 50 km/h. Fenomenalny zjazd taką drogą szutrową. Super. Wjechałem w końcu na ostatnie 3 km po asfalcie. Widziałem tych gości, ale nie byłem w stanie ich gonić.
Tak więc na metę wjechałem całkiem zadowolony ze swojego występu. Później dostałem sms, że w open byłem 65, a w swojej kategorii 9. Nie wiem niestety jeszcze na ilu. Czy były to ostatnie miejsca, to nie wiem. W open chyba nie, ponieważ później widziałem, że jeszcze ktoś wjeżdżał za mną. Jak będą wyniki, to napiszę.
Ale maraton w moim wykonaniu udany. Zupełnie inaczej mi się jechało, jak to w Kielcach, czy Suchedniowie. Zastanawiałem się nad przyczynami takiej sytuacji. Może to, że to ostatnia impreza w tym roku. A może i to też, że pewnie z przyszłym roku nie uda mi się nigdzie pojechać. Nie wiem sam.
Zastanawiałem się również nad moją „porażką” na Sieniawskiej. I nie wiem czy to osłabienie, czy to może też i wina sprzętu, przecież wszyscy jechali na aluminiowych rowerach. Chyba jako jedyny miałem stalowy. Ale nic to, choć zawsze szkoda tych 5 miejsc.
Poniżej jedno zdjęcie, jakie mi zrobiono. Zdjęcie pochodzi ze strony Świętokrzyskiego Stowarzyszenia Kolarstwa Górskiego MTB CROSS, które to jest organizatorem Świętokrzyskiej Ligi Rowerowej.

No i zapomniałem dopisać, że całkowity dystans samego maratonu, to 48,43 km.






