Wpisy archiwalne w kategorii
Inne miejscówki
| Dystans całkowity: | 2154.91 km (w terenie 684.03 km; 31.74%) |
| Czas w ruchu: | 148:15 |
| Średnia prędkość: | 14.54 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 70.00 km/h |
| Suma podjazdów: | 15583 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 192 (102 %) |
| Maks. tętno średnie: | 165 (86 %) |
| Suma kalorii: | 25465 kcal |
| Liczba aktywności: | 55 |
| Średnio na aktywność: | 39.18 km i 2h 41m |
| Więcej statystyk | |
Nie wierzyć mapom
Poniedziałek, 9 lipca 2012 | dodano:30.07.2012Kategoria Średnia przyjemność, Mazury 2012, Inne miejscówki
| Dst.: | 33.53 | Off-road: | 3.50 | Czas: | 02:16 | Avg: | 14.79 |
| Vmax: | 24.50 | Temp.: | 32.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 57m | Bike: | GT | ||
MAZURY 2012
Etap 2: Pisz - Okartowo
Noc upłynęła dość spokojnie, choć i tym razem padał deszcz. Wstaję jak zwykle wcześnie rano. Okazuje się, że o poranku na polu namiotowym w porcie w Piszu zostaliśmy sami. Gdzieś w oddali stał jeszcze jeden kamper. Pogoda i tym razem zapowiadała ciepły i słoneczny dzień. Już rano było dość ciepło. Jak poprzedniego dnia i tym razem rano zabrałem się za pakowanie oraz przygotowanie rowerów do dalszej drogi.
Drugi etap zaczął się od wyboru trasy etapu. Wcześniej zaplanowana trasa miała przebiegać w znacznej części po nieco bardziej ruchliwej drodze, co jak wiadomo, nie jest miłe i przyjemne. Jednak takie prowadzenie trasy ma tą zaletę, że przeważnie jest to najkrótszy przejazd. Jadąc z jeszcze młodym kolarzem musiał czynnik jak najkrótszej trasy brać również pod uwagę. Następny etap trzeci, miał być najdłuższym, więc nie chciałem dziś nadmiernie przemęczyć dziecka. Poza tym nie miałem pojęcia, jak w kolejny dzień jazdy syn wytrzyma jego trudy.
Po przestudiowaniu mapy okazało się, że istnieje szlak rowerowy, który przebiega bardziej krętymi ścieżkami, jednak na pewno nie po ruchliwych drogach. Z obliczeń wynikało, że alternatywna trasa nie jest zbyt dłuższa, zatem zdecydowaliśmy się właśnie na ten wariant, co jak się wkrótce okazało było sporym błędem.
Szlak rowerowy przewidywał przejazd przez śluzę Karwik. Kiedy podjechaliśmy do kanału i do śluzy, okazało się, że nie ma przejścia przez śluzę, o czym informuje stosowna tabliczka. Pracownik obsługujący śluzę zrobił nam przysługę i przepuścił nas na drugą stronę. Przejście jednak przez śluzę z rowerem z sakwami nie było takie proste. Przejście było na tyle wąskie, że na swoim rowerze musiałem ściągnąć jedną sakwę tylną, aby przecisnąć się przez przejście.
Po całym zamieszaniu i ponownym pakowaniu, pojechaliśmy dalej, choć trasa wyglądała bynajmniej nieciekawie. Za śluzą niestety nie napotkaliśmy na jakąś drogę, choćby leśną. Owszem była, ale na pewno nie nadawała się na przejazd rowerami z sakwami. Po jakiś 200 m podjąłem decyzję o zawróceniu. Nie powiem, abym nie był od tej chwili dość mocno zirytowany i zdenerwowany. Miało być krótko i przyjemnie, a szykowało się jednak dłużej i mało przyjemnie. Tak więc po kilku bluzgach zawróciliśmy i cały proceder z przejściem przez śluzę trzeba było powtórzyć.
W sumie ponownie trafiliśmy na drogę główną, aby po krótkiej chwili zatrzymać się na przydrożnym parkingu, aby ostudzić emocje i posilić się czymś słodkim. Sielanka trwała by może dłużej, aby w oddali zobaczyliśmy zbierające się ciemne chmury, aby nagle po chwili w oddali usłyszeć ciche pomruki zbliżającej się burzy.
Dość krótko jeszcze jechaliśmy główną trasą, ale po chwili skręciliśmy w boczną drogę, aby po chwili dojechać nad brzeg Jeziora Śniardwy. Widok ten zrobił na nas spore wrażenie. Jezioro wydawało się nie mieć końca. Szczególnie syn zareagował i pomimo zbliżającej się burzy musieliśmy zatrzymać się i zrobić sobie małą sesję zdjęciową. Niestety nie było wiele czasu, na zachwycanie się jeziorem, bowiem zależało nam, aby jeszcze przed burzą dotrzeć na pole namiotowe w miejscowości Okartowo.
Miejscowość dość mała i do pola namiotowego jechaliśmy troszkę na czuja, jednak udało nam się dotrzeć w końcu do małego portu, który okazał się całkiem przyjemnym i przytulnym miejscem. Mogliśmy się rozbić nawet tuż nad samymi Śniardwami. Niby tanio, ale za wszystko trzeba było płacić, łącznie z prądem. Tak więc decyzję szefa wyprawy dzisiejsze mycie odbyło się w jeziorze, dzięki nawet uciesze mojego syna, który to kąpał się w sumie trzy razy.
Burza, przed którą uciekaliśmy, okazała się małym deszczykiem, przed którym udało nam się rozbić namiot. Poszliśmy jeszcze coś zjeść, przy okazji zrobić zakupy kolacyjno - śniadaniowe. Kiedy syn zażywał kąpieli, ja mogłem postudiować nieco mapę, bowiem doświadczenia z dzisiejszego dnia nie pozwalały mi nie przygotować się należycie do następnego etapu, który z planów miał być najdłuższym.




Etap 2: Pisz - Okartowo
Noc upłynęła dość spokojnie, choć i tym razem padał deszcz. Wstaję jak zwykle wcześnie rano. Okazuje się, że o poranku na polu namiotowym w porcie w Piszu zostaliśmy sami. Gdzieś w oddali stał jeszcze jeden kamper. Pogoda i tym razem zapowiadała ciepły i słoneczny dzień. Już rano było dość ciepło. Jak poprzedniego dnia i tym razem rano zabrałem się za pakowanie oraz przygotowanie rowerów do dalszej drogi.
Drugi etap zaczął się od wyboru trasy etapu. Wcześniej zaplanowana trasa miała przebiegać w znacznej części po nieco bardziej ruchliwej drodze, co jak wiadomo, nie jest miłe i przyjemne. Jednak takie prowadzenie trasy ma tą zaletę, że przeważnie jest to najkrótszy przejazd. Jadąc z jeszcze młodym kolarzem musiał czynnik jak najkrótszej trasy brać również pod uwagę. Następny etap trzeci, miał być najdłuższym, więc nie chciałem dziś nadmiernie przemęczyć dziecka. Poza tym nie miałem pojęcia, jak w kolejny dzień jazdy syn wytrzyma jego trudy.
Po przestudiowaniu mapy okazało się, że istnieje szlak rowerowy, który przebiega bardziej krętymi ścieżkami, jednak na pewno nie po ruchliwych drogach. Z obliczeń wynikało, że alternatywna trasa nie jest zbyt dłuższa, zatem zdecydowaliśmy się właśnie na ten wariant, co jak się wkrótce okazało było sporym błędem.
Szlak rowerowy przewidywał przejazd przez śluzę Karwik. Kiedy podjechaliśmy do kanału i do śluzy, okazało się, że nie ma przejścia przez śluzę, o czym informuje stosowna tabliczka. Pracownik obsługujący śluzę zrobił nam przysługę i przepuścił nas na drugą stronę. Przejście jednak przez śluzę z rowerem z sakwami nie było takie proste. Przejście było na tyle wąskie, że na swoim rowerze musiałem ściągnąć jedną sakwę tylną, aby przecisnąć się przez przejście.
Po całym zamieszaniu i ponownym pakowaniu, pojechaliśmy dalej, choć trasa wyglądała bynajmniej nieciekawie. Za śluzą niestety nie napotkaliśmy na jakąś drogę, choćby leśną. Owszem była, ale na pewno nie nadawała się na przejazd rowerami z sakwami. Po jakiś 200 m podjąłem decyzję o zawróceniu. Nie powiem, abym nie był od tej chwili dość mocno zirytowany i zdenerwowany. Miało być krótko i przyjemnie, a szykowało się jednak dłużej i mało przyjemnie. Tak więc po kilku bluzgach zawróciliśmy i cały proceder z przejściem przez śluzę trzeba było powtórzyć.
W sumie ponownie trafiliśmy na drogę główną, aby po krótkiej chwili zatrzymać się na przydrożnym parkingu, aby ostudzić emocje i posilić się czymś słodkim. Sielanka trwała by może dłużej, aby w oddali zobaczyliśmy zbierające się ciemne chmury, aby nagle po chwili w oddali usłyszeć ciche pomruki zbliżającej się burzy.
Dość krótko jeszcze jechaliśmy główną trasą, ale po chwili skręciliśmy w boczną drogę, aby po chwili dojechać nad brzeg Jeziora Śniardwy. Widok ten zrobił na nas spore wrażenie. Jezioro wydawało się nie mieć końca. Szczególnie syn zareagował i pomimo zbliżającej się burzy musieliśmy zatrzymać się i zrobić sobie małą sesję zdjęciową. Niestety nie było wiele czasu, na zachwycanie się jeziorem, bowiem zależało nam, aby jeszcze przed burzą dotrzeć na pole namiotowe w miejscowości Okartowo.
Miejscowość dość mała i do pola namiotowego jechaliśmy troszkę na czuja, jednak udało nam się dotrzeć w końcu do małego portu, który okazał się całkiem przyjemnym i przytulnym miejscem. Mogliśmy się rozbić nawet tuż nad samymi Śniardwami. Niby tanio, ale za wszystko trzeba było płacić, łącznie z prądem. Tak więc decyzję szefa wyprawy dzisiejsze mycie odbyło się w jeziorze, dzięki nawet uciesze mojego syna, który to kąpał się w sumie trzy razy.
Burza, przed którą uciekaliśmy, okazała się małym deszczykiem, przed którym udało nam się rozbić namiot. Poszliśmy jeszcze coś zjeść, przy okazji zrobić zakupy kolacyjno - śniadaniowe. Kiedy syn zażywał kąpieli, ja mogłem postudiować nieco mapę, bowiem doświadczenia z dzisiejszego dnia nie pozwalały mi nie przygotować się należycie do następnego etapu, który z planów miał być najdłuższym.

Jedziemy obładowani ścieżką z Pisza.© Robert

Krótka sesja zdjęciowa na tle Śniardw.© Robert

Urocze miejsce biwakowe w małym porcie w Okartowie.© Robert

Nasza miejscówka w całej okazałości.© Robert

Wczesny poranek nad Śniardwami.© Robert
Pierwsze koty za płoty
Niedziela, 8 lipca 2012 | dodano:27.07.2012Kategoria Inne miejscówki, Mazury 2012, Średnia przyjemność
| Dst.: | 45.27 | Off-road: | 6.30 | Czas: | 02:29 | Avg: | 18.23 |
| Vmax: | 28.00 | Temp.: | 32.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 142m | Bike: | GT | ||
MAZURY 2012
Nareszcie! Doczekałem się wyjazdu rowerowego, o którym dawno już marzyłem. Mój syn na tyle dorósł, że mogłem zaplanować wspólną tygodniową wyprawę na Mazury.
Etap 1: Mikołajki - Pisz
Sam przyjazd dnia wczorajszego jakoś nie był problematyczny. Nawet przez Warszawkę jakoś sprawnie przejechaliśmy, może głównie dlatego, że byliśmy tam poranną porą, więc i mniejszy ruch. Później to już zacząłem się przyzwyczajać do innego systemu nawigacji w postaci mapy, co przez najbliższy tydzień będzie należało do stałych moich obowiązków. Nawet bez pudła trafiliśmy na kemping, jak to później mój syn go określił - prawdziwy. A prawdziwy dlatego, że było sporo kamperów (choć syn był do tej pory po raz pierwszy na kempingu i pierwszy raz czekały go noce w namiocie).
Kiedy to już doszliśmy do porozumienia co do kwestii lokalizacji rozbicia namiotu, nastała pora, aby coś zjeść i jednocześnie poszukać na tydzień parkingu dla naszego samochodu. Niestety na kempingu nie praktykują takich rozwiązań.
Upał niesamowity, w słońcu ciężko było wystać, ale gdzieś w oddali słychać było pomruki zbliżającej się burzy. Tego się najbardziej obawiałem, bowiem moje doświadczenie w rozbijaniu namiotu uznam za dość marne, a szczególnie, jak to jeszcze namiot jest całkiem nie znany.
Kiedy udało się już wszystko załatwić, na kemping wracaliśmy już w kroplach pierwszego deszczu, który jednak nie zapowiadał późniejszej nawałnicy. Jednak korzystając z okazji pobytu w Mikołajkach nie sposób było nie odwiedzić tutejszego kompleksu hotelowego z główną atrakcją licznych basenów. Przedsiębiorstwo niesamowite. Sporo ludzi się przewija, ale i sporo możliwości wypoczynku, pływania, szaleństw.
Pierwsza noc i od razu pierwsze testy z rozbijania namiotu. Długo nie mogliśmy usnąć. Syn, śpiąc po raz pierwszy w namiocie, był mocno wystraszony. Wtulił się w śpiwór i jakoś, pewnie ze zmęczenia, usnął. Ja natomiast długo liczyłem … kolejne grzmoty i obserwowałem, czy namiot nam nie odfruwa. W końcu i ja padłem.
Mimo częściowo nie przespanej nocy i tych ekscesach, w niedzielny poranek wstałem dość wcześnie. Jakoś nigdy długo nie lubiłem spać. Pamiętam, że podczas swojej pierwszej wyprawy w Danii również byłem takim budzikiem dla całej ekipy. Jednak dzięki temu mogłem nas spakować, przygotować sprzęt do wyjazdu, czy zrobić śniadanko. Dziwne, jak się później okazało, pierwszego dnia “zebraliśmy” się najwcześniej do wyjazdu.
Zaczynała się tym samym prawdziwa część naszej wyprawy, a więc jazda na rowerze z bagażami w zupełnie innej części Polski. Dziecko miało oczywiście zdecydowanie mniejszy ekwipunek, który składał się z materaca, karimaty i naszych śpiworów. Nie chciałem, aby tak zupełnie jechał “na luzaka”. W końcu to wyprawa, a nie niedzielna wycieczka. Ja natomiast taszczyłem nasz cały dobytek, włącznie z namiotem. Mój bagaż nie wiem ile łącznie ważył, ale zapewne dość sporo.
Pierwsze wrażenia - “o k...., o cholera, jak tym można jeździć”. No nic, ale komu w drogę, temu … w drogę. Pierwsze kilometry minęły spokojnie. Akurat przypadło jechać nam leśną drogą gruntową, po której jednak mój rower nie zapadał się całkiem. Ale wiadomo, że trzeba było mocno uważać, bo z sakwami, to zupełnie inna jazda.
Po ok. 6 km takiej jazdy dojechaliśmy do przeprawy promowej, która jednak za bardzo nie cieszyła syna ze względu na jego bojaźń przed wszystkim, co pływa. Na sam prom czekaliśmy prawie godzinę, ciesząc się, że w ogóle kursował. Tablice ogłoszeniowe wskazywały, że kursuje w określone dni tygodnia, ale na szczęście w okresie wakacyjnym “kursujemy na telefon”.
Po przeprawie promowej kolejne kilometry upłynęły spokojnie, choć po kiepskiej nawierzchni. Mniej więcej w połowie, nieco już zmęczeni i głodni, w miejscowości Wejsuny, postanowiliśmy się nieco posilić, po czym ruszyliśmy dalej do Pisza, gdzie zaplanowany był koniec pierwszego etapu. Jazda z pełnymi brzuchami z początku nie była ciekawa. W końcu po lekkich problemach nawigacyjnych udało nam się osiągnąć cel i dojechać do portu.
Ze względu na niedzielę, wcześniej trzeba było jeszcze zadbać o zakupy kolacyjno - śniadaniowe. Późnym popołudniem syn jeszcze wykąpał się w Jeziorze Roś, nad którym to zlokalizowany jest Pisz. Burza z poprzedniej nocy dała się we znaki i szybko poszliśmy spać.






Nareszcie! Doczekałem się wyjazdu rowerowego, o którym dawno już marzyłem. Mój syn na tyle dorósł, że mogłem zaplanować wspólną tygodniową wyprawę na Mazury.
Etap 1: Mikołajki - Pisz
Sam przyjazd dnia wczorajszego jakoś nie był problematyczny. Nawet przez Warszawkę jakoś sprawnie przejechaliśmy, może głównie dlatego, że byliśmy tam poranną porą, więc i mniejszy ruch. Później to już zacząłem się przyzwyczajać do innego systemu nawigacji w postaci mapy, co przez najbliższy tydzień będzie należało do stałych moich obowiązków. Nawet bez pudła trafiliśmy na kemping, jak to później mój syn go określił - prawdziwy. A prawdziwy dlatego, że było sporo kamperów (choć syn był do tej pory po raz pierwszy na kempingu i pierwszy raz czekały go noce w namiocie).
Kiedy to już doszliśmy do porozumienia co do kwestii lokalizacji rozbicia namiotu, nastała pora, aby coś zjeść i jednocześnie poszukać na tydzień parkingu dla naszego samochodu. Niestety na kempingu nie praktykują takich rozwiązań.
Upał niesamowity, w słońcu ciężko było wystać, ale gdzieś w oddali słychać było pomruki zbliżającej się burzy. Tego się najbardziej obawiałem, bowiem moje doświadczenie w rozbijaniu namiotu uznam za dość marne, a szczególnie, jak to jeszcze namiot jest całkiem nie znany.
Kiedy udało się już wszystko załatwić, na kemping wracaliśmy już w kroplach pierwszego deszczu, który jednak nie zapowiadał późniejszej nawałnicy. Jednak korzystając z okazji pobytu w Mikołajkach nie sposób było nie odwiedzić tutejszego kompleksu hotelowego z główną atrakcją licznych basenów. Przedsiębiorstwo niesamowite. Sporo ludzi się przewija, ale i sporo możliwości wypoczynku, pływania, szaleństw.
Pierwsza noc i od razu pierwsze testy z rozbijania namiotu. Długo nie mogliśmy usnąć. Syn, śpiąc po raz pierwszy w namiocie, był mocno wystraszony. Wtulił się w śpiwór i jakoś, pewnie ze zmęczenia, usnął. Ja natomiast długo liczyłem … kolejne grzmoty i obserwowałem, czy namiot nam nie odfruwa. W końcu i ja padłem.
Mimo częściowo nie przespanej nocy i tych ekscesach, w niedzielny poranek wstałem dość wcześnie. Jakoś nigdy długo nie lubiłem spać. Pamiętam, że podczas swojej pierwszej wyprawy w Danii również byłem takim budzikiem dla całej ekipy. Jednak dzięki temu mogłem nas spakować, przygotować sprzęt do wyjazdu, czy zrobić śniadanko. Dziwne, jak się później okazało, pierwszego dnia “zebraliśmy” się najwcześniej do wyjazdu.
Zaczynała się tym samym prawdziwa część naszej wyprawy, a więc jazda na rowerze z bagażami w zupełnie innej części Polski. Dziecko miało oczywiście zdecydowanie mniejszy ekwipunek, który składał się z materaca, karimaty i naszych śpiworów. Nie chciałem, aby tak zupełnie jechał “na luzaka”. W końcu to wyprawa, a nie niedzielna wycieczka. Ja natomiast taszczyłem nasz cały dobytek, włącznie z namiotem. Mój bagaż nie wiem ile łącznie ważył, ale zapewne dość sporo.
Pierwsze wrażenia - “o k...., o cholera, jak tym można jeździć”. No nic, ale komu w drogę, temu … w drogę. Pierwsze kilometry minęły spokojnie. Akurat przypadło jechać nam leśną drogą gruntową, po której jednak mój rower nie zapadał się całkiem. Ale wiadomo, że trzeba było mocno uważać, bo z sakwami, to zupełnie inna jazda.
Po ok. 6 km takiej jazdy dojechaliśmy do przeprawy promowej, która jednak za bardzo nie cieszyła syna ze względu na jego bojaźń przed wszystkim, co pływa. Na sam prom czekaliśmy prawie godzinę, ciesząc się, że w ogóle kursował. Tablice ogłoszeniowe wskazywały, że kursuje w określone dni tygodnia, ale na szczęście w okresie wakacyjnym “kursujemy na telefon”.
Po przeprawie promowej kolejne kilometry upłynęły spokojnie, choć po kiepskiej nawierzchni. Mniej więcej w połowie, nieco już zmęczeni i głodni, w miejscowości Wejsuny, postanowiliśmy się nieco posilić, po czym ruszyliśmy dalej do Pisza, gdzie zaplanowany był koniec pierwszego etapu. Jazda z pełnymi brzuchami z początku nie była ciekawa. W końcu po lekkich problemach nawigacyjnych udało nam się osiągnąć cel i dojechać do portu.
Ze względu na niedzielę, wcześniej trzeba było jeszcze zadbać o zakupy kolacyjno - śniadaniowe. Późnym popołudniem syn jeszcze wykąpał się w Jeziorze Roś, nad którym to zlokalizowany jest Pisz. Burza z poprzedniej nocy dała się we znaki i szybko poszliśmy spać.

Przygotowania do wyprawy.© Robert

Ciemne chmury nad Mikołajkami.© Robert

Słoneczny i ciepły poranek.© Robert

W oczekiwaniu na prom.© Robert

Objuczony rower.© Robert

Jesteśmy już na promie.© Robert

Pierwszy posiłek w trasie.© Robert
Roztocze
Środa, 2 maja 2012 | dodano:09.05.2012Kategoria Inne miejscówki, Średnia przyjemność
| Dst.: | 36.13 | Off-road: | 3.62 | Czas: | 02:01 | Avg: | 17.92 |
| Vmax: | 57.00 | Temp.: | 33.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 236m | Bike: | GT | ||
Niestety, nasz pobyt na Roztoczu musieliśmy skrócić o jeden dzień. Razem z synem postanowiliśmy z samego rana wyskoczyć na jeszcze jakąś traskę. No cóż, mojemu synowi jakoś ciężko było wstać rano, więc pojechałem sam.
Trasa to nic specjalnego, odwiedziłem stare miejsca, odwiedziłem cmentarz jeszcze przed wyjazdem, ponieważ zbliża się czwarta już rocznica śmierci mego taty. Dalej przejechałem się swoją trasą treningową w tym rejonie.
Było fajnie, bo i pogoda cały czas dopisywała. Mam nadzieję, że uda się jeszcze powtórzyć naszą eskapadę.
A na zdjęciu nieczynny kamieniołom z fajną budką obserwacyjną.

Przejazd mostkiem na rzecze Sopot.
"A to tu, to niby gdzie?."
"W Sopocie" - zna ktoś ten fragment filmu?

Fajne widoczki nad Zalewem w Majdanie Sopockim.


A szlaków jest jeszcze sporo do przejechania.
Trasa to nic specjalnego, odwiedziłem stare miejsca, odwiedziłem cmentarz jeszcze przed wyjazdem, ponieważ zbliża się czwarta już rocznica śmierci mego taty. Dalej przejechałem się swoją trasą treningową w tym rejonie.
Było fajnie, bo i pogoda cały czas dopisywała. Mam nadzieję, że uda się jeszcze powtórzyć naszą eskapadę.
A na zdjęciu nieczynny kamieniołom z fajną budką obserwacyjną.

Kamieniołom niedaleko G.Krzyżowej.© Robert
Przejazd mostkiem na rzecze Sopot.
"A to tu, to niby gdzie?."
"W Sopocie" - zna ktoś ten fragment filmu?

Nad rzeczką Sopot.© Robert
Fajne widoczki nad Zalewem w Majdanie Sopockim.

Zalew w Majdanie Sopockim.© Robert

Korzenie drzewa.© Robert
A szlaków jest jeszcze sporo do przejechania.

Gdzie tu teraz się udać?© Robert
Roztocze
Wtorek, 1 maja 2012 | dodano:08.05.2012Kategoria Inne miejscówki, Średnia przyjemność
| Dst.: | 43.19 | Off-road: | 9.79 | Czas: | 02:54 | Avg: | 14.89 |
| Vmax: | 30.50 | Temp.: | 34.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 157m | Bike: | GT | ||
To chyba najlepsza do tej pory nasza wyprawa.
Kolejny ciepły dzień, wręcz upalny, znów bowiem miejscami pojawiało się +34st. Tym razem wybrałem taką dość łatwą trasę w głąb Puszczy Solskiej. Jest taka fajna trasa, częściowo nawet asfaltowa, więc dla dziecka w sam raz. Jedynym mankamentem była jego długość, bowiem synek w ten dzień pokonał swój rekord życiowy dzienny - 37 km.
Tym razem pilnowałem już trasy i udało się perfekcyjnie. Część trasy znana mi była już wcześniej, więc byłem pewny. Jednak nie byłem do końca pewien całości. Jednak moje obawy się szybko rozwiały. Fajnie się jechało. Pod koniec syn nieco osłabł z powodu upałów, ale wkrótce był odpoczynek.


Jakoś jeszcze nie wiem, jak tu się wstawia filmiki, więc podaję jedynie link.
Kolejny ciepły dzień, wręcz upalny, znów bowiem miejscami pojawiało się +34st. Tym razem wybrałem taką dość łatwą trasę w głąb Puszczy Solskiej. Jest taka fajna trasa, częściowo nawet asfaltowa, więc dla dziecka w sam raz. Jedynym mankamentem była jego długość, bowiem synek w ten dzień pokonał swój rekord życiowy dzienny - 37 km.
Tym razem pilnowałem już trasy i udało się perfekcyjnie. Część trasy znana mi była już wcześniej, więc byłem pewny. Jednak nie byłem do końca pewien całości. Jednak moje obawy się szybko rozwiały. Fajnie się jechało. Pod koniec syn nieco osłabł z powodu upałów, ale wkrótce był odpoczynek.

W sercu Puszczy Solskiej© Robert

"Czarcie Pole"© Robert
Jakoś jeszcze nie wiem, jak tu się wstawia filmiki, więc podaję jedynie link.
Roztocze
Niedziela, 29 kwietnia 2012 | dodano:08.05.2012Kategoria Inne miejscówki
| Dst.: | 29.45 | Off-road: | 5.41 | Czas: | 02:10 | Avg: | 13.59 |
| Vmax: | 28.00 | Temp.: | 34.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 169m | Bike: | GT | ||
Nareszcie upragniony długi weekend i wyjazd na Roztocze Środkowe.
Ten wpis jest z dwóch dni, ponieważ pierwszy był krótki, taki rozruchowy. Pierwszy dzień, to tylko wyjazd popołudniowy z chłopakami do pobliskiej miejscowości Susiec.
Natomiast drugi dzień, to wyjazd ze starszym synem w teren. Obraliśmy sobie pewien szlak, byliśmy przygotowani, bo i picie było, a momentami liczniki wskazywały +34st w słońcu. Mieliśmy mapę i ruszyliśmy w las.
Początkowo wszystko szło nieźle, ale w pewnym momencie musiałem gdzieś zrobić błąd w nawigacji, że po chwili dojechaliśmy do ... punktu startu. Więc nieco inną trasą dojechaliśmy, tam gdzie zakładaliśmy, czyli na "Szumy". Tam odpoczynek na lody i powrót fajnym szlakiem przez las do domku, gdzie czekał pyszny obiad.

Ten wpis jest z dwóch dni, ponieważ pierwszy był krótki, taki rozruchowy. Pierwszy dzień, to tylko wyjazd popołudniowy z chłopakami do pobliskiej miejscowości Susiec.
Natomiast drugi dzień, to wyjazd ze starszym synem w teren. Obraliśmy sobie pewien szlak, byliśmy przygotowani, bo i picie było, a momentami liczniki wskazywały +34st w słońcu. Mieliśmy mapę i ruszyliśmy w las.
Początkowo wszystko szło nieźle, ale w pewnym momencie musiałem gdzieś zrobić błąd w nawigacji, że po chwili dojechaliśmy do ... punktu startu. Więc nieco inną trasą dojechaliśmy, tam gdzie zakładaliśmy, czyli na "Szumy". Tam odpoczynek na lody i powrót fajnym szlakiem przez las do domku, gdzie czekał pyszny obiad.

Na "Szumach".© Robert

"Szumy" roztoczańskie na rzece Tanew.© Robert
Odyseja Ponidziańska'11 - dzień 2
Niedziela, 2 października 2011 | dodano:05.10.2011Kategoria Zawody, Pełnia szczęścia, Inne miejscówki
| Dst.: | 96.82 | Off-road: | 35.00 | Czas: | 05:40 | Avg: | 17.09 |
| Vmax: | 54.00 | Temp.: | 21.0 | HRmax: | 170( 89%) | HRavg | 142( 74%) |
| Cal: | 3403kcal | ALT: | 698m | Bike: | GT | ||
Drugi dzień zmagań. Co przyniesie? Czy dam radę? Czy uda się ukończyć i zaliczyć wszystkie punkty? Czy uda się w końcu obronić zajmowane 10 miejsce po pierwszym etapie? Wątpliwości masa. Mobilizowałem się, jak mogłem. Trzy zdrowaśki, buzi od żony, buziaki dla synów i w drogę.
Mimo zmęczenia spałem niespokojnie. Obudziłem się wcześnie, co w sumie dobrze wyszło. Miałem czas na nasmarowanie łańcucha po wczorajszych piachach i pyłach. Jeśli już wspomniałem o podłożu, po którym wczoraj jeździliśmy, to coś dziwnego to było, bowiem nie piasek, a jakiś pył. Rower się nie zapadał i można było po tym jechać. Ale kurzyło się strasznie. Musiałem w pewnym momencie nieco zwiększyć dystans do Zenka, ponieważ nie wiedziałem, gdzie jadę.
Dzień drugi zmagań oczywiście pełen niepokoju. Wiedziałem, że ciężko będzie pokonać te 80 km, które organizatorzy zapowiadali w oficjalnych komunikatach. Jak tylko usłyszałem, że jest do pokonania 90 km, to zesztywniałem z wrażenia. Jak ja, po wczorajszych prawie 115 km., dziś dam radę przejechać ponownie prawie taką samą odległość. Wiedziałem bowiem, że nie byłem przygotowany na długodystansowe przebiegi.
Nie przyznawałem się również nikomu, ale obawiałem się o kolano, które to stłukłem sobie podczas zeszłorocznej odysei. A momentami boli do tej pory. Ale nic, trzeba jechać i stanąć na starcie drugiego etapu.
Ponieważ wczoraj „widziałem ciemność”, postanowiłem więc jechać bez okularów, co jak się miejscami okazało, że nie było to dobrym pomysłem. Prawda jest taka, że przed startem musiałem jeszcze wrócić do samochodu i wówczas musiałem schować okulary do plecaka i o nich zapomniałem.
Tym razem kolejność zaliczania punktów była obowiązkowa, więc rozdawanie map było jakieś 4 min. przed startem. Ja sobie zobaczyłem tylko, gdzie my to mamy jechać i jak zwykle schowałem mapkę do plecaka. Przecież nie będę się wygłupiał i wymyślał jakiś rozwiązań, bo wiem, że Zenek jest świetnym nawigatorem.
"Start" - słyszymy nagle. Więc prawie na końcu pomknęliśmy na trasę. Kolejność obowiązkowa, ale i tak na pierwszym skrzyżowaniu peleton podzielił się na dwie grupki. Każdy myślał, że ma najlepszą wersję trasy.

My dobrze wystartowaliśmy. Mnie jakoś również dobrze się jechało. Już na samym pierwszym podjeździe rozłączyliśmy się z Pawłem, którego później zobaczyliśmy jeszcze mijając się na trasie kilka razy.
Pierwszy punkt i … wszyscy go szukają: „to nie ta przecinka”. Zenek jakoś nie miał z tym problemów. Wiedział, że trzeba nieco dalej pojechać, a ja zanim. Później kolejne punkty. Ja już nie jechałem tak żwawo jak dnia pierwszego. Niestety już czułem ponownie nogi, ale co innego jednak było do samego końca największym problemem – bolący tyłek. Już mniej więcej od ok. 35 km. zacząłem dość mocno odczuwać skutki długiego siedzenia i podskakiwania na siodełku. Jednak mój tyłek nie był przygotowany na takie katorgi. Ale trudno, przecież to głupia wymówka wycofać się z powodu tyłka.

Poza tym właśnie drugiego dnia odzywało się bolące kolano, co uniemożliwiało mi mocne naciskanie na pedał. A niestety, tym razem więcej było dość piaszczystych leśnych i polnych dróg, gdzie, aby się nie zakopać trzeba było mocniej kręcić. Na dodatek mój ciężki rower tylko potęgował skalę problemu.
W tym wszystkim całe szczęście, że Szefu jest wyrozumiały i nie napier…. za lenistwo, czy inne takie. Owszem poganiał, ale tak raczej motywacyjnie. Ja wiem, że „du… się nie kręci”, ale jednak to duży dyskomfort w jeździe i to nie daje już takiej satysfakcji. Co chwila, co kolejny PK, pytałem jeszcze, to ile do końca. I tak odliczałem, jeszcze cztery, trzy, o jak dobrze, że tylko dwa punkty. Martwił mnie jednak ten ostatni, bowiem wiedziałem, że będzie trudny z długim podjazdem.

Wjechałem na ten cholerny PK12, nie kryjąc zadowolenia z samego faktu zbliżającej się mety. W sumie sam podjazd bardzo fajny i praktycznie w całości do wjechania. Dopiero teraz w pełni doceniłem zalety nowo założonej, większej kasety. Wiedziałem, że teraz to tylko zjazd do samej mety. Kiedy faktycznie zjechaliśmy trudnym technicznie zjazdem, to zdziwiłem się, że nie jesteśmy jeszcze w centrum Pińczowa. Kurde, gdzie ta meta, gdzie to miasto. Jednak i to wkrótce nastąpiło. Wpadliśmy na uprawnioną metę. Mogłem w końcu zsiąść z siodełka. Uf, jaka ulga.


PODSUMOWANIE.
Impreza udana i jak zwykle bardzo fajna. Szczerze mówiąc, jestem zadowolony z udziału. Co prawda, ciężki był on dla mnie, ale udało się zrealizować moje założenia. Całą imprezę ukończyliśmy na 9 miejscu, więc udało się jeszcze poprawić jedną lokatę w stosunku do pierwszego dnia. Poprawiliśmy też i wynik z zeszłego roku, jak i byliśmy w pierwszej dziesiątce. Jak się później okazało, to kluczem do sukcesu była dobra nawigacja, ponieważ pod sam koniec uciekaliśmy grupie kilku ekip, które to po jakimś czasie po nas, wpadły razem na metę.
Wiem, że gdyby moje przygotowanie było lepsze, to można było jeszcze urwać jakieś 2 miejsca. Ale, sam udział zaliczam do udanych. Wiem, co należy zmienić do następnego razu. Jeśli będzie mi dane uczestniczyć w kolejnej imprezie, to w pierwszej kolejności muszę wymienić sprzęt i ewentualnie wygodne siodełko. Choćby kanapa.
Jednocześnie chciałem podziękować kolegom z ekipy: Pawłowi, a szczególnie Zenkowi, bo bez niego nie byłoby mnie tam i nie przeżyłbym ciekawej przygody. Dziękuję za jego przewodnictwo, wspaniałą nawigację, dzięki której udało się osiągnąć dobry wynik. Dzięki jednak szczególne za wyrozumiałość.
A tak wygląda strup, jaki mam teraz na tyłku.

A tu relacja z pierwszego dnia.
Mimo zmęczenia spałem niespokojnie. Obudziłem się wcześnie, co w sumie dobrze wyszło. Miałem czas na nasmarowanie łańcucha po wczorajszych piachach i pyłach. Jeśli już wspomniałem o podłożu, po którym wczoraj jeździliśmy, to coś dziwnego to było, bowiem nie piasek, a jakiś pył. Rower się nie zapadał i można było po tym jechać. Ale kurzyło się strasznie. Musiałem w pewnym momencie nieco zwiększyć dystans do Zenka, ponieważ nie wiedziałem, gdzie jadę.
Dzień drugi zmagań oczywiście pełen niepokoju. Wiedziałem, że ciężko będzie pokonać te 80 km, które organizatorzy zapowiadali w oficjalnych komunikatach. Jak tylko usłyszałem, że jest do pokonania 90 km, to zesztywniałem z wrażenia. Jak ja, po wczorajszych prawie 115 km., dziś dam radę przejechać ponownie prawie taką samą odległość. Wiedziałem bowiem, że nie byłem przygotowany na długodystansowe przebiegi.
Nie przyznawałem się również nikomu, ale obawiałem się o kolano, które to stłukłem sobie podczas zeszłorocznej odysei. A momentami boli do tej pory. Ale nic, trzeba jechać i stanąć na starcie drugiego etapu.
Ponieważ wczoraj „widziałem ciemność”, postanowiłem więc jechać bez okularów, co jak się miejscami okazało, że nie było to dobrym pomysłem. Prawda jest taka, że przed startem musiałem jeszcze wrócić do samochodu i wówczas musiałem schować okulary do plecaka i o nich zapomniałem.
Tym razem kolejność zaliczania punktów była obowiązkowa, więc rozdawanie map było jakieś 4 min. przed startem. Ja sobie zobaczyłem tylko, gdzie my to mamy jechać i jak zwykle schowałem mapkę do plecaka. Przecież nie będę się wygłupiał i wymyślał jakiś rozwiązań, bo wiem, że Zenek jest świetnym nawigatorem.
"Start" - słyszymy nagle. Więc prawie na końcu pomknęliśmy na trasę. Kolejność obowiązkowa, ale i tak na pierwszym skrzyżowaniu peleton podzielił się na dwie grupki. Każdy myślał, że ma najlepszą wersję trasy.

Start do drugiego etapu.© Toma szek
My dobrze wystartowaliśmy. Mnie jakoś również dobrze się jechało. Już na samym pierwszym podjeździe rozłączyliśmy się z Pawłem, którego później zobaczyliśmy jeszcze mijając się na trasie kilka razy.
Pierwszy punkt i … wszyscy go szukają: „to nie ta przecinka”. Zenek jakoś nie miał z tym problemów. Wiedział, że trzeba nieco dalej pojechać, a ja zanim. Później kolejne punkty. Ja już nie jechałem tak żwawo jak dnia pierwszego. Niestety już czułem ponownie nogi, ale co innego jednak było do samego końca największym problemem – bolący tyłek. Już mniej więcej od ok. 35 km. zacząłem dość mocno odczuwać skutki długiego siedzenia i podskakiwania na siodełku. Jednak mój tyłek nie był przygotowany na takie katorgi. Ale trudno, przecież to głupia wymówka wycofać się z powodu tyłka.

Przepiękne drogi Ponidzia.© Zenek
Poza tym właśnie drugiego dnia odzywało się bolące kolano, co uniemożliwiało mi mocne naciskanie na pedał. A niestety, tym razem więcej było dość piaszczystych leśnych i polnych dróg, gdzie, aby się nie zakopać trzeba było mocniej kręcić. Na dodatek mój ciężki rower tylko potęgował skalę problemu.
W tym wszystkim całe szczęście, że Szefu jest wyrozumiały i nie napier…. za lenistwo, czy inne takie. Owszem poganiał, ale tak raczej motywacyjnie. Ja wiem, że „du… się nie kręci”, ale jednak to duży dyskomfort w jeździe i to nie daje już takiej satysfakcji. Co chwila, co kolejny PK, pytałem jeszcze, to ile do końca. I tak odliczałem, jeszcze cztery, trzy, o jak dobrze, że tylko dwa punkty. Martwił mnie jednak ten ostatni, bowiem wiedziałem, że będzie trudny z długim podjazdem.

Dobra mina do złej gry.© Zenek
Wjechałem na ten cholerny PK12, nie kryjąc zadowolenia z samego faktu zbliżającej się mety. W sumie sam podjazd bardzo fajny i praktycznie w całości do wjechania. Dopiero teraz w pełni doceniłem zalety nowo założonej, większej kasety. Wiedziałem, że teraz to tylko zjazd do samej mety. Kiedy faktycznie zjechaliśmy trudnym technicznie zjazdem, to zdziwiłem się, że nie jesteśmy jeszcze w centrum Pińczowa. Kurde, gdzie ta meta, gdzie to miasto. Jednak i to wkrótce nastąpiło. Wpadliśmy na uprawnioną metę. Mogłem w końcu zsiąść z siodełka. Uf, jaka ulga.

Na mecie z dyplomem.© Robert

Powrót do domu.© Zenek
PODSUMOWANIE.
Impreza udana i jak zwykle bardzo fajna. Szczerze mówiąc, jestem zadowolony z udziału. Co prawda, ciężki był on dla mnie, ale udało się zrealizować moje założenia. Całą imprezę ukończyliśmy na 9 miejscu, więc udało się jeszcze poprawić jedną lokatę w stosunku do pierwszego dnia. Poprawiliśmy też i wynik z zeszłego roku, jak i byliśmy w pierwszej dziesiątce. Jak się później okazało, to kluczem do sukcesu była dobra nawigacja, ponieważ pod sam koniec uciekaliśmy grupie kilku ekip, które to po jakimś czasie po nas, wpadły razem na metę.
Wiem, że gdyby moje przygotowanie było lepsze, to można było jeszcze urwać jakieś 2 miejsca. Ale, sam udział zaliczam do udanych. Wiem, co należy zmienić do następnego razu. Jeśli będzie mi dane uczestniczyć w kolejnej imprezie, to w pierwszej kolejności muszę wymienić sprzęt i ewentualnie wygodne siodełko. Choćby kanapa.
Jednocześnie chciałem podziękować kolegom z ekipy: Pawłowi, a szczególnie Zenkowi, bo bez niego nie byłoby mnie tam i nie przeżyłbym ciekawej przygody. Dziękuję za jego przewodnictwo, wspaniałą nawigację, dzięki której udało się osiągnąć dobry wynik. Dzięki jednak szczególne za wyrozumiałość.
A tak wygląda strup, jaki mam teraz na tyłku.

Strup na tyłku.© Robert
A tu relacja z pierwszego dnia.
Odyseja Ponidziańska'11 - dzień 1
Sobota, 1 października 2011 | dodano:05.10.2011Kategoria Inne miejscówki, Pełnia szczęścia, Zawody
| Dst.: | 114.81 | Off-road: | 45.00 | Czas: | 07:01 | Avg: | 16.36 |
| Vmax: | 56.00 | Temp.: | 27.0 | HRmax: | 190(100%) | HRavg | 165( 86%) |
| Cal: | 5298kcal | ALT: | 1129m | Bike: | GT | ||
Wyjazdem na kolejną edycję odysei żyłem już od jakiegoś czasu. Mniej więcej miesiąc wcześniej, pomimo mojej zeszłorocznej słabości, mój drużynowy partner Zenek ponownie złożył mi … stosowną propozycję. „STARTUJEMY RAZEM”. Nie powiem, ucieszyło mnie to, ale nerwy się zaczęły. Niestety pomimo moich chęci nie udało się ani wymienić sprzętu, a tym bardziej odpowiednio kondycyjnie przygotować. Ale byłem dobrej myśli.
Po cichu chciałem poprawić naszą lokatę z zeszłego roku. A tak jeszcze ciszej, to chciałem być w pierwszej 10. Na nic więcej raczej nie mogłem liczyć, przynajmniej ja. Niestety. „dziadki” mają już swoje miejsce w szeregu.
No ale, pozwolenie w domu uzyskałem, więc pewnie jedziemy na imprezę. Wcześniej oczywiście jeszcze przygotowania, nowa oponka, zakupy suchego prowiantu. Trzeba było „odkurzyć” bukłak na picie. No i jedziemy.

Przyjazd do Pińczowa, gdzie tym razem była organizowana Odyseja Ponidziańska.

Od tego roku organizatorzy postanowili umożliwić start pojedynczym zawodnikom, dzięki czemu pojechaliśmy w trzech: Paweł jako SOLO, no i Zenek – jako Szefu i ja – jako Ogon. Na przygotowania do startu było nieco czasu, więc nie było paniki. W końcu ustawiliśmy się na placu startowym, czekając na rozdawanie map.

Tym razem odbyło się to 15 min. przed startem, co było dobrym posunięciem, bo umożliwiło wybranie odpowiedniego wariantu przejazdu. Ja jak zwykle popatrzyłem sobie na mapę, że taka ładna i kolorowa z zaznaczonymi jakimiś punkcikami. Ucieszyłem się szczególnie na jeden, przy którym było napisane BUFET. Po czym ładnie złożyłem i schowałem do kieszonki koszulki.
Zenek ustalił kierunek, pierwszy zakręt i … w drogę.
Zaczęło się, zaczęła się przygoda.
Pierwsze dwa punkty 13, 14 poszły nam jakoś łatwo. Pominę może kwestię przeskakiwania dwukrotnie bramy i ogrodzenia. Szefu kazał, więc nie było wyjścia. Pytam się, a co to jest, że ogrodzone. W odpowiedzi słyszę: „a jakaś szkółka leśna”. No OK, jak szkółka, to szkółka. Nagle widzimy jakieś zabudowania i zamkniętą bramę na potężną kłódkę. Widać Zenkowi brakowało czegoś z AR, więc i tym razem przez płot. Kiedy jako ostatni przeskakiwałem, nagle krzyczy do nas jakiś facet. Człowiek nie miał czasu się zastanawiać, ale gdyby tam nagle jakiś doberman czy inny bulterier wybiegł zza zabudowań?
Kolej przyszła na PK12. Dojazd do tego punktu zapamiętałem jako dość długi i pod dość silny wiatr. Na tym dojeździe jakoś zgubiliśmy się z Pawłem, ale o dziwo po zaliczeniu punktu ponownie wjechaliśmy na siebie. Od tego momentu staraliśmy się trzymać razem. Później co prawda koledzy chcieli koniecznie mnie zgubić. Ale nie dawałem się, goniłem za nimi. Szefu wiadomo, na luzaka wjeżdżał sobie pod wzniesienia. Miał czas na robienie zdjęć, podziwianie „Natury 2000”, czy jedzonko. A ja, jak tylko dojechałem, to ani chwili możliwości odpoczynku. „Jedziemy dalej”. No to jedziemy.

I właśnie tak jechałem, jak w amoku. Nawet nie pamiętam jakimi drogami, ścieżkami. Tylko na chwilę udawało mi się gdzieś rozejrzeć, aby zobaczyć jak fajnymi wąwozami jechaliśmy, między drzewami czy pokrzywami po pachy.

Jechałem tak, czekając na ten upragniony PK5 z bufetem. Na jakimś podjeździe jakoś ciemno mi się zrobiło przed oczami. Myślę sobie, że to pewnie dlatego, że mam ciemne okulary, ponieważ pogoda była cudna, iście letnia. Ale podniosłem okulary lekko do góry i … dalej ciemno.

W końcu bufet. Będzie czas na uzupełnienie płynów i zjedzenie bułki słodkiej. Guzik, też nie było czasu. Bułkę jadłem jadąc rowerem. Dobrze, że uzupełniłem wodę w bukłaku, bo pewnie by mi nie wystarczyło do samej mety.
Przydała mi się ta zjedzona bułka, bowiem później musieliśmy gonić do PK5, ponieważ był zamykany. Ciężko mi było, ale jakoś prawie na styk udało się podbić kartkę. A ja już zacząłem zadawać pytania: „kiedy jedziemy do domu”. Odczuwałem już dość mocno pokonany dystans. Bolały mnie mięśnie i pachwiny. A i tyłek zaczął również dokuczać. Może dlatego Szefu zaaplikował nam fragment na piechotę przez zaorane pola. Początkowo było fajnie, taka ulga dla siedzenia i w końcu człowiek był wyprostowany. A że Zenek szybciej chodzi, niż jeździ, więc skutkiem tego było, że część musiałem podbiec.
No ale chyba było to na tyle potrzebne mojemu organizmowi, że samą końcówkę spiąłem się i pognaliśmy już do samej mety, gdzieś gubiąc pod drodze Pawła.
W końcu po niewiele ponad 7,5 godzinach jazdy, wpadliśmy na metę. Paweł za kilka minut do nas dołączył.
Obolały i zmęczony wróciłem do domu, do swojego łóżeczka. Wiedziałem, że jutro czeka nas nie mniejsze wyzwanie.
Po cichu chciałem poprawić naszą lokatę z zeszłego roku. A tak jeszcze ciszej, to chciałem być w pierwszej 10. Na nic więcej raczej nie mogłem liczyć, przynajmniej ja. Niestety. „dziadki” mają już swoje miejsce w szeregu.
No ale, pozwolenie w domu uzyskałem, więc pewnie jedziemy na imprezę. Wcześniej oczywiście jeszcze przygotowania, nowa oponka, zakupy suchego prowiantu. Trzeba było „odkurzyć” bukłak na picie. No i jedziemy.

Znajdź różnice - nowa oponka.© Robert
Przyjazd do Pińczowa, gdzie tym razem była organizowana Odyseja Ponidziańska.

"Wodne rowery"© Robert
Od tego roku organizatorzy postanowili umożliwić start pojedynczym zawodnikom, dzięki czemu pojechaliśmy w trzech: Paweł jako SOLO, no i Zenek – jako Szefu i ja – jako Ogon. Na przygotowania do startu było nieco czasu, więc nie było paniki. W końcu ustawiliśmy się na placu startowym, czekając na rozdawanie map.

Walka o mapy.© Toma szek
Tym razem odbyło się to 15 min. przed startem, co było dobrym posunięciem, bo umożliwiło wybranie odpowiedniego wariantu przejazdu. Ja jak zwykle popatrzyłem sobie na mapę, że taka ładna i kolorowa z zaznaczonymi jakimiś punkcikami. Ucieszyłem się szczególnie na jeden, przy którym było napisane BUFET. Po czym ładnie złożyłem i schowałem do kieszonki koszulki.
Zenek ustalił kierunek, pierwszy zakręt i … w drogę.
Zaczęło się, zaczęła się przygoda.
Pierwsze dwa punkty 13, 14 poszły nam jakoś łatwo. Pominę może kwestię przeskakiwania dwukrotnie bramy i ogrodzenia. Szefu kazał, więc nie było wyjścia. Pytam się, a co to jest, że ogrodzone. W odpowiedzi słyszę: „a jakaś szkółka leśna”. No OK, jak szkółka, to szkółka. Nagle widzimy jakieś zabudowania i zamkniętą bramę na potężną kłódkę. Widać Zenkowi brakowało czegoś z AR, więc i tym razem przez płot. Kiedy jako ostatni przeskakiwałem, nagle krzyczy do nas jakiś facet. Człowiek nie miał czasu się zastanawiać, ale gdyby tam nagle jakiś doberman czy inny bulterier wybiegł zza zabudowań?
Kolej przyszła na PK12. Dojazd do tego punktu zapamiętałem jako dość długi i pod dość silny wiatr. Na tym dojeździe jakoś zgubiliśmy się z Pawłem, ale o dziwo po zaliczeniu punktu ponownie wjechaliśmy na siebie. Od tego momentu staraliśmy się trzymać razem. Później co prawda koledzy chcieli koniecznie mnie zgubić. Ale nie dawałem się, goniłem za nimi. Szefu wiadomo, na luzaka wjeżdżał sobie pod wzniesienia. Miał czas na robienie zdjęć, podziwianie „Natury 2000”, czy jedzonko. A ja, jak tylko dojechałem, to ani chwili możliwości odpoczynku. „Jedziemy dalej”. No to jedziemy.

Szefu goni do PK12.© Robert
I właśnie tak jechałem, jak w amoku. Nawet nie pamiętam jakimi drogami, ścieżkami. Tylko na chwilę udawało mi się gdzieś rozejrzeć, aby zobaczyć jak fajnymi wąwozami jechaliśmy, między drzewami czy pokrzywami po pachy.

Wąwozy ponidziańskie.© Robert
Jechałem tak, czekając na ten upragniony PK5 z bufetem. Na jakimś podjeździe jakoś ciemno mi się zrobiło przed oczami. Myślę sobie, że to pewnie dlatego, że mam ciemne okulary, ponieważ pogoda była cudna, iście letnia. Ale podniosłem okulary lekko do góry i … dalej ciemno.

Chwila odpoczynku w lesie.© Robert
W końcu bufet. Będzie czas na uzupełnienie płynów i zjedzenie bułki słodkiej. Guzik, też nie było czasu. Bułkę jadłem jadąc rowerem. Dobrze, że uzupełniłem wodę w bukłaku, bo pewnie by mi nie wystarczyło do samej mety.
Przydała mi się ta zjedzona bułka, bowiem później musieliśmy gonić do PK5, ponieważ był zamykany. Ciężko mi było, ale jakoś prawie na styk udało się podbić kartkę. A ja już zacząłem zadawać pytania: „kiedy jedziemy do domu”. Odczuwałem już dość mocno pokonany dystans. Bolały mnie mięśnie i pachwiny. A i tyłek zaczął również dokuczać. Może dlatego Szefu zaaplikował nam fragment na piechotę przez zaorane pola. Początkowo było fajnie, taka ulga dla siedzenia i w końcu człowiek był wyprostowany. A że Zenek szybciej chodzi, niż jeździ, więc skutkiem tego było, że część musiałem podbiec.
No ale chyba było to na tyle potrzebne mojemu organizmowi, że samą końcówkę spiąłem się i pognaliśmy już do samej mety, gdzieś gubiąc pod drodze Pawła.
W końcu po niewiele ponad 7,5 godzinach jazdy, wpadliśmy na metę. Paweł za kilka minut do nas dołączył.
Obolały i zmęczony wróciłem do domu, do swojego łóżeczka. Wiedziałem, że jutro czeka nas nie mniejsze wyzwanie.
Roztocze
Wtorek, 9 sierpnia 2011 | dodano:20.08.2011Kategoria Inne miejscówki
| Dst.: | 28.74 | Off-road: | 8.36 | Czas: | 02:10 | Avg: | 13.26 |
| Vmax: | 26.50 | Temp.: | 26.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 161m | Bike: | GT | ||
Tym razem ponownie jazda w terenie, szlakiem czerwonym od Oseredka przez kamieniołom, do Nowin. Jak zwykle fajnie było. Nieco w pewnym miejscu szlak pogubiliśmy, jednak znam te tereny, więc nie było problemu ze zgubieniem.
Bardzo spodobał mi się ten kamieniołom. Widzę, że władze gminy wzięły się do roboty i nieco zadbały o to miejsce. Został wybudowany parking i taka fajna wieżyczka obserwacyjna. Bardzo zyskał na wartości ten kamieniołom. Razem z synem zrobiliśmy sobie tam małą sesję zdjęciową, co zajęło nam dobre pół godziny.
A później jeszcze do Suśca na popołudniową przejażdżkę i nieco niebieskim szlakiem.



No a nieco więcej zdjęć dostępne jest tutaj - jakby kogoś interesowało.
Bardzo spodobał mi się ten kamieniołom. Widzę, że władze gminy wzięły się do roboty i nieco zadbały o to miejsce. Został wybudowany parking i taka fajna wieżyczka obserwacyjna. Bardzo zyskał na wartości ten kamieniołom. Razem z synem zrobiliśmy sobie tam małą sesję zdjęciową, co zajęło nam dobre pół godziny.
A później jeszcze do Suśca na popołudniową przejażdżkę i nieco niebieskim szlakiem.

Nad przepaścią.© Robert

"U cha cha - rowery dwa".© Robert

Przejażdżka po lesie.© Robert
No a nieco więcej zdjęć dostępne jest tutaj - jakby kogoś interesowało.
Roztocze
Niedziela, 7 sierpnia 2011 | dodano:20.08.2011Kategoria Inne miejscówki
| Dst.: | 23.83 | Off-road: | 15.60 | Czas: | 01:31 | Avg: | 15.71 |
| Vmax: | 32.50 | Temp.: | 25.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 93m | Bike: | GT | ||
Cóż, poprzednia jazda mojego syna po lesie tak go rozochociła, że chciał pojechać jeszcze gdzieś, jednak tym razem tylko we dwóch. No cóż, fajnie jeździ się razem, jednak z fotelikiem po terenie już nie pojeździ się za dużo, ponieważ na nierównościach za bardzo fotelikiem buja.
Mieliśmy więcej czasu, więc postanowiłem zabrać syna nad popularne tutaj „Szumy” na rzece Tanew. Początkowo zamierzałem pojechać nieco dłuższym, niebieskim szlakiem, jednak początek okazał się zbyt trudny i terenowy, z wąskimi leśnymi, piaszczystymi ścieżkami oraz stromym podprowadzaniem rowerów (nawet 14% nachylenia). Więc zmieniłem plany na szlak nieco krótszy, żółty. I to był trafny wybór, ponieważ dzięki temu mogliśmy nieco odpocząć nad rzeką, a i później spokojnie dojechaliśmy do domu.
Ja jeszcze szybko wyskoczyłem na cmentarz, gdzie jest pochowany mój ojciec. Syn został w domu, już mocno zmęczony terenową trasą.
A tu poniżej uroki Roztocza.


Synek zasuwa po lesie.
Mieliśmy więcej czasu, więc postanowiłem zabrać syna nad popularne tutaj „Szumy” na rzece Tanew. Początkowo zamierzałem pojechać nieco dłuższym, niebieskim szlakiem, jednak początek okazał się zbyt trudny i terenowy, z wąskimi leśnymi, piaszczystymi ścieżkami oraz stromym podprowadzaniem rowerów (nawet 14% nachylenia). Więc zmieniłem plany na szlak nieco krótszy, żółty. I to był trafny wybór, ponieważ dzięki temu mogliśmy nieco odpocząć nad rzeką, a i później spokojnie dojechaliśmy do domu.
Ja jeszcze szybko wyskoczyłem na cmentarz, gdzie jest pochowany mój ojciec. Syn został w domu, już mocno zmęczony terenową trasą.
A tu poniżej uroki Roztocza.

Uroki Roztocza.© Robert

Rzeka Tanew i Szumy.© Robert
Synek zasuwa po lesie.

Ścieżka leśna na Szumy.© Robert
Roztocze
Piątek, 5 sierpnia 2011 | dodano:20.08.2011Kategoria Inne miejscówki, Średnia przyjemność
| Dst.: | 39.97 | Off-road: | 21.60 | Czas: | 02:43 | Avg: | 14.71 |
| Vmax: | 28.00 | Temp.: | 28.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 158m | Bike: | GT | ||
Trasa: Oseredek-Susiec-Borowe Młyny-Oseredek
Dziś mój starszy syn chciał koniecznie gdzieś pojechać dalej, niż tylko w pobliżu miejsca zamieszkania. Postanowiłem więc pojechać z synami taką fajną leśną drogą z Suśca w kierunku Borowych Młynów. W sumie ścieżka biegnie przez gęsty las ponad 7 km. Nic tylko las i las. Żadnej żywej duszy. Nawet żadnym zwierząt nie udało mi się wypatrzyć. Pamiętam, jak kiedyś z duszą na ramieniu sam jechałem przez ten las, ponieważ nie wiedziałem, gdzie droga ta mnie zaprowadzi. No a raczej nie chciałem zabłądzić, ponieważ w puszczy to raczej nie najlepszy pomysł.
Kiedy dotarliśmy do kilku zaledwie zabudowań, które nazywają się Borowiec (a od leśniczówki: Borowe Młyny), dalej pojechaliśmy przepiękną trasą, dalej w lesie, ale tym razem wyasfaltowaną. W sumie też ma swój urok, ponieważ jest zamknięta dla ruchu, więc śmiało można po niej jechać z dzieciakami.
Do do domu wróciliśmy o czasie, no a dla mojego syna była to jak do tej pory najdłuższa, jednorazowa przejażdżka, mniej więcej 25,5 km. Tak więc był nieco zmęczony, ale najważniejsze, że zadowolony.
Trasa uzupełniona o jakieś jeszcze kręcenie po okolicy, m.in. „zwiedzenie” nieczynnego kamieniołomu, gdzie pojeździliśmy sobie po „terenie”.
Dziś mój starszy syn chciał koniecznie gdzieś pojechać dalej, niż tylko w pobliżu miejsca zamieszkania. Postanowiłem więc pojechać z synami taką fajną leśną drogą z Suśca w kierunku Borowych Młynów. W sumie ścieżka biegnie przez gęsty las ponad 7 km. Nic tylko las i las. Żadnej żywej duszy. Nawet żadnym zwierząt nie udało mi się wypatrzyć. Pamiętam, jak kiedyś z duszą na ramieniu sam jechałem przez ten las, ponieważ nie wiedziałem, gdzie droga ta mnie zaprowadzi. No a raczej nie chciałem zabłądzić, ponieważ w puszczy to raczej nie najlepszy pomysł.
Kiedy dotarliśmy do kilku zaledwie zabudowań, które nazywają się Borowiec (a od leśniczówki: Borowe Młyny), dalej pojechaliśmy przepiękną trasą, dalej w lesie, ale tym razem wyasfaltowaną. W sumie też ma swój urok, ponieważ jest zamknięta dla ruchu, więc śmiało można po niej jechać z dzieciakami.
Do do domu wróciliśmy o czasie, no a dla mojego syna była to jak do tej pory najdłuższa, jednorazowa przejażdżka, mniej więcej 25,5 km. Tak więc był nieco zmęczony, ale najważniejsze, że zadowolony.
Trasa uzupełniona o jakieś jeszcze kręcenie po okolicy, m.in. „zwiedzenie” nieczynnego kamieniołomu, gdzie pojeździliśmy sobie po „terenie”.

"Na krawędzi".© Robert






