o mnie

  • '07 r. (BS) - 16550.77 km
  • off-road - 3682.30 km 22.25%
  • czas jazdy - 40d 18h 23m
  • avg. - 16.92 km/h
  • od'94-09.14 - 30.120 km
  • moje pełne statystyki

  • Rowerowe Kielce



  • baton rowerowy bikestats.pl


    Moje skromne rekordy (max):
    rocznie - 3.601 km ('12)
    miesięcznie - 558 km (VIII'12)
    dziennie - 161 km ('01)
    Vmax. - 71 km/h ('07)

    wykresy roczne

    Wykres roczny blog rowerowy Robert.bikestats.pl

    linki

    szukaj


    Witam wszystkich free counters Zapraszam ponownie.

    Pogoda w Kielcach
    Wpisy archiwalne w kategorii

    Średnia przyjemność

    Dystans całkowity:4919.77 km (w terenie 776.87 km; 15.79%)
    Czas w ruchu:287:02
    Średnia prędkość:17.14 km/h
    Maksymalna prędkość:70.00 km/h
    Suma podjazdów:31352 m
    Maks. tętno maksymalne:194 (102 %)
    Maks. tętno średnie:173 (89 %)
    Suma kalorii:15046 kcal
    Liczba aktywności:133
    Średnio na aktywność:36.99 km i 2h 09m
    Więcej statystyk

    Objazd w lesie

    Środa, 8 sierpnia 2012 | dodano:03.09.2012Kategoria Inne miejscówki, Średnia przyjemność
    Dst.:43.14Off-road:8.60 Czas:03:07Avg:13.84
    Vmax:38.00Temp.:33.0 HRmax:(%)HRavg(%)
    Cal:kcalALT:182mBike:GT

    Tym razem zaliczyliśmy kolejny fragment innego szlaku. Mój syn wyjątkowo zasmakował w jeździe terenowej, więc wymyślam teraz wyłącznie fajnie trasy. I tak też było i tym razem, nawet z małą niespodzianką. Jedziemy sobie bowiem szlakiem rowerowym przez las. Widać po śladach, że dość popularnym, a tu nagle widzimy przed sobą szlaban z przyczepioną kartką z napisem ... OBJAZD. No tego nigdy w życiu się nie spodziewałem. Jak się później okazało, to ścieżka rowerowa przebiegała przez miejsce, gdzie rozbili się harcerze ze swoim obozem. Na szczęście i objazd też był fajną drogą i doprowadził nas w to samo miejsce.

    Później jeszcze udało mi się namówić małżonkę na małą popołudniową przejażdżkę po okolicy.

    Objazd na leśnej ścieżce. © Robert

    Wypad rowerowy z rodziną. © Robert

    Cień w zachodzącym słońcu. © Robert

    Nieco dalej do pracy

    Piątek, 3 sierpnia 2012 | dodano:25.08.2012Kategoria Średnia przyjemność
    Dst.:41.57Off-road:1.20 Czas:01:50Avg:22.67
    Vmax:46.00Temp.: HRmax:(%)HRavg(%)
    Cal:kcalALT:278mBike:GT

    Ostatni dzień przed kolejnym urlopem, a ponieważ i miałem okazję nieco wcześniej wyjść z domu, więc do pracy pojechałem tak inną trasą, na około. Skoczyłem przez Masłów, Domaszowice do Mójczy, a dalej już do roboty.

    Byliśmy jachtem

    Środa, 11 lipca 2012 | dodano:13.08.2012Kategoria Inne miejscówki, Mazury 2012, Średnia przyjemność
    Dst.:31.96Off-road:0.00 Czas:01:56Avg:16.53
    Vmax:34.00Temp.:25.0 HRmax:(%)HRavg(%)
    Cal:kcalALT:124mBike:GT

    MAZURY 2012
    Etap 4: Wilkasy - Sztynort.

    Kolejny dzień przywitał nas słońcem, co oczywiście zachęciło mnie do wczesnego wstania. Tym razem chciałem nieco więcej czasu przeznaczyć na poranną toaletę, ponieważ na poprzedniej miejscówce trzeba było zapłacić za prąd.

    Poranny czas wykorzystałem na naprawę drobnej usterki w postaci urwanego uchwytu na licznik. Niestety czas zrobił swoje i uchwyt puścił. Póki co, musiała wystarczyć taśma klejąca.

    Rano mieliśmy jeszcze chwilę przyjemności w postaci podanej świeżutkiej jajecznicy na szynce. Spotkała nas jeszcze jedna miła sytuacja, bowiem okazało się, że nie musieliśmy płacić za nocleg. Pani na recepcji była tak sympatyczna.

    W Giżycku znajduje się twierdza o nazwie Boyen, którą myślałem zwiedzić. Szukałem jakiegoś okazałego znaku informującego o dojeździe. Jakoś nie zauważyłem, widać byłem pochłonięty pilnowaniem drogi i syna, bowiem jechaliśmy dość ruchliwą drogą, gdzie nie było miejsca na nasze rowery. Kiedy okazało się, że jesteśmy już za daleko, nie wracaliśmy już. Skręciliśmy w drogę lokalną, która była spokojną i mniej ruchliwą. Mogliśmy odetchnąć i jechać spokojnie.

    Cały etap przejechaliśmy praktycznie bez przerw. Fajnie się jechało, nie było problemów nawigacyjnych. Miałem w zamyśle jeden skrót, jednak zrezygnowałem, ponieważ była to droga leśna. A nie uśmiechało mi się ciągłe odganianie się od komarów i bąków.

    Tym sposobem do Sztynortu dojechaliśmy w miarę wcześnie. Planowałem wobec tego podjechać nieco dalej do Mamerek, jednak zbierało się na burzę, więc poszliśmy coś zjeść. Popołudnie upłynęło nam na siedzeniu w knajpie i czekaniu, aż deszcz ustanie. Wolę już jak nie pada, bo przynajmniej jest taniej (piwo 0,5 l - 9 zł !!!). Tego dnia byliśmy jachtem, ponieważ na namiot dostaliśmy wywieszkę "Karta postoju jachtu". Widać nie ma innego.

    W końcu deszcz ustał i pora było kończyć ten dzień.

    Urok starych kółek. © Robert

    Nasze rowery gotowe do drogi. © Robert

    Piękne mazurskie drogi. © Robert

    Port w Sztynorcie. © Robert

    Tego dnia byliśmy - jachtem. © Robert

    Nasz kolejna miejscówka. Tym razem byliśmy sami. © Robert

    Strachy na lachy

    Wtorek, 10 lipca 2012 | dodano:12.08.2012Kategoria Inne miejscówki, Mazury 2012, Średnia przyjemność
    Dst.:35.32Off-road:18.00 Czas:02:34Avg:13.76
    Vmax:35.50Temp.:30.0 HRmax:(%)HRavg(%)
    Cal:kcalALT:210mBike:GT

    MAZURY 2012
    Etap 3: Okartowo - Wilkasy

    Dzień trzeci naszej wyprawy rozpoczął się dla mnie dość wcześnie, bowiem już o 4.30. Planowałem wcześniej wyszykować nas do drogi, bowiem dzisiejszy etap miał być najdłuższym, a jeszcze nie do końca miałem ustaloną dokładną trasę przejazdu. Nauczony doświadczeniem poprzedniego dnia, nie chciałem ponownie ryzykować jazdy po trudno przejezdnych leśnych duktach, wolałem więc wcześniej zasięgnąć języka u miejscowych. Moje zamiary zostały uprzedzone przez bardzo miłą i sympatyczną tymczasową sąsiadkę, która to poleciła nam przejazd trasą, która właśnie była sprzeczna. Na jednej posiadanej mapie zaznaczony był szlak rowerowy, natomiast na drugiej (dokładniejszej) tego szlaku nie było. Stąd moje rozterki. A decyzja o wybraniu trasy była fundamentalna ze względu na długość trasy.

    Jednak szczęśliwie wszystko skończyło się dobrze. Początkowo szlak faktycznie był dość ciekawy i przebiegał po leśnej utwardzonej szerokiej drodze. Jednak jak poruszaliśmy się dalej na północ, tym droga stawała się miejscami trudno przejezdna, głównie na piaszczystych podjazdach. W tym miejscu zmuszeni byliśmy pokonać nieco trasy na piechotę.

    Kiedy to dotarliśmy do skraju lasu i wjechaliśmy na drogę asfaltową, chcieliśmy upewnić się do do dalszej naszej trasy. A ponieważ zatrzymaliśmy się przy wjeździe na obozu harcerskiego, więc pomyślałem, że harcerze dokładnie będą znać okoliczne drogi. No cóż, dopiero ktoś z kadry potwierdził nasze przypuszczenia. W tym też miejscu próbował się do mnie „przyczepić” pasażer na gapę w postaci kleszcza. A ze względu na fakt, że trudno było mu się przebić szybko przez moje włosy na łydkach, więc i nie miał okazji na dłużej nam potowarzyszyć.

    Później trafiliśmy na bardzo fajną szutrówkę wzdłuż Jeziora Buwełno. Ciągnęła się lekko pod górę, ale nie była na tyle strona, aby nie można było również podziwiać okolicznych widoków. W tych rejonach kraju można jeszcze napotkać na fragmenty starych dróg kamienistych, pewnie pochodzących jeszcze z czasów z przedwojennych, o czym mieliśmy okazję jeszcze nie raz się przekonać.

    Długość trasy faktycznie dawała się we znaki mojemu synowi, który co chwilę pytał się ile jeszcze do końca. Trafiliśmy w końcu na kemping w porcie Wilkasy, który znów okazał się „nie prawdziwy” (wg oceny mojego syna). Po wybraniu lokalizacji, z czym tym razem nie było problemów (konieczność podłączenia do prądu), rozbiciu namiotu, koniecznie musieliśmy naładować nasze akumulatory porządnymi dawkami nowej energii w postaci pysznego spaghetti.

    Później w ramach relaksu zaliczyliśmy wizytę na basenie. Było pływanie, rura i jacuzzi. Wieczorkiem, po kolacji spytałem syna, co dalej robimy, bowiem możemy jutro spakować cały majdan i w ciągu jednego dnia wrócić do Mikołajek, po czym do domu. Jednak decyzja była: „jedziemy dalej, zgadnie z planem”. Nie pozostało więc nic innego jak solidnie wypocząć przed kolejnymi etapami podróży. Mocno zmęczeni poszliśmy spać.

    Szlak rowerowy leśny. © Robert

    Stara droga kamienista. © Robert

    W trasie. W oddali widać J. Buwełno. © Robert

    Przerwa na uzupełnienie kalorii. © Robert

    Urokliwe bagno. © Robert

    Jedna z lokalnych świetnych szutrówek. © Robert

    Wieczór w Wilkasach. © Robert

    Nie wierzyć mapom

    Poniedziałek, 9 lipca 2012 | dodano:30.07.2012Kategoria Średnia przyjemność, Mazury 2012, Inne miejscówki
    Dst.:33.53Off-road:3.50 Czas:02:16Avg:14.79
    Vmax:24.50Temp.:32.0 HRmax:(%)HRavg(%)
    Cal:kcalALT: 57mBike:GT

    MAZURY 2012
    Etap 2: Pisz - Okartowo

    Noc upłynęła dość spokojnie, choć i tym razem padał deszcz. Wstaję jak zwykle wcześnie rano. Okazuje się, że o poranku na polu namiotowym w porcie w Piszu zostaliśmy sami. Gdzieś w oddali stał jeszcze jeden kamper. Pogoda i tym razem zapowiadała ciepły i słoneczny dzień. Już rano było dość ciepło. Jak poprzedniego dnia i tym razem rano zabrałem się za pakowanie oraz przygotowanie rowerów do dalszej drogi.

    Drugi etap zaczął się od wyboru trasy etapu. Wcześniej zaplanowana trasa miała przebiegać w znacznej części po nieco bardziej ruchliwej drodze, co jak wiadomo, nie jest miłe i przyjemne. Jednak takie prowadzenie trasy ma tą zaletę, że przeważnie jest to najkrótszy przejazd. Jadąc z jeszcze młodym kolarzem musiał czynnik jak najkrótszej trasy brać również pod uwagę. Następny etap trzeci, miał być najdłuższym, więc nie chciałem dziś nadmiernie przemęczyć dziecka. Poza tym nie miałem pojęcia, jak w kolejny dzień jazdy syn wytrzyma jego trudy.

    Po przestudiowaniu mapy okazało się, że istnieje szlak rowerowy, który przebiega bardziej krętymi ścieżkami, jednak na pewno nie po ruchliwych drogach. Z obliczeń wynikało, że alternatywna trasa nie jest zbyt dłuższa, zatem zdecydowaliśmy się właśnie na ten wariant, co jak się wkrótce okazało było sporym błędem.

    Szlak rowerowy przewidywał przejazd przez śluzę Karwik. Kiedy podjechaliśmy do kanału i do śluzy, okazało się, że nie ma przejścia przez śluzę, o czym informuje stosowna tabliczka. Pracownik obsługujący śluzę zrobił nam przysługę i przepuścił nas na drugą stronę. Przejście jednak przez śluzę z rowerem z sakwami nie było takie proste. Przejście było na tyle wąskie, że na swoim rowerze musiałem ściągnąć jedną sakwę tylną, aby przecisnąć się przez przejście.

    Po całym zamieszaniu i ponownym pakowaniu, pojechaliśmy dalej, choć trasa wyglądała bynajmniej nieciekawie. Za śluzą niestety nie napotkaliśmy na jakąś drogę, choćby leśną. Owszem była, ale na pewno nie nadawała się na przejazd rowerami z sakwami. Po jakiś 200 m podjąłem decyzję o zawróceniu. Nie powiem, abym nie był od tej chwili dość mocno zirytowany i zdenerwowany. Miało być krótko i przyjemnie, a szykowało się jednak dłużej i mało przyjemnie. Tak więc po kilku bluzgach zawróciliśmy i cały proceder z przejściem przez śluzę trzeba było powtórzyć.

    W sumie ponownie trafiliśmy na drogę główną, aby po krótkiej chwili zatrzymać się na przydrożnym parkingu, aby ostudzić emocje i posilić się czymś słodkim. Sielanka trwała by może dłużej, aby w oddali zobaczyliśmy zbierające się ciemne chmury, aby nagle po chwili w oddali usłyszeć ciche pomruki zbliżającej się burzy.

    Dość krótko jeszcze jechaliśmy główną trasą, ale po chwili skręciliśmy w boczną drogę, aby po chwili dojechać nad brzeg Jeziora Śniardwy. Widok ten zrobił na nas spore wrażenie. Jezioro wydawało się nie mieć końca. Szczególnie syn zareagował i pomimo zbliżającej się burzy musieliśmy zatrzymać się i zrobić sobie małą sesję zdjęciową. Niestety nie było wiele czasu, na zachwycanie się jeziorem, bowiem zależało nam, aby jeszcze przed burzą dotrzeć na pole namiotowe w miejscowości Okartowo.

    Miejscowość dość mała i do pola namiotowego jechaliśmy troszkę na czuja, jednak udało nam się dotrzeć w końcu do małego portu, który okazał się całkiem przyjemnym i przytulnym miejscem. Mogliśmy się rozbić nawet tuż nad samymi Śniardwami. Niby tanio, ale za wszystko trzeba było płacić, łącznie z prądem. Tak więc decyzję szefa wyprawy dzisiejsze mycie odbyło się w jeziorze, dzięki nawet uciesze mojego syna, który to kąpał się w sumie trzy razy.

    Burza, przed którą uciekaliśmy, okazała się małym deszczykiem, przed którym udało nam się rozbić namiot. Poszliśmy jeszcze coś zjeść, przy okazji zrobić zakupy kolacyjno - śniadaniowe. Kiedy syn zażywał kąpieli, ja mogłem postudiować nieco mapę, bowiem doświadczenia z dzisiejszego dnia nie pozwalały mi nie przygotować się należycie do następnego etapu, który z planów miał być najdłuższym.
    Jedziemy obładowani ścieżką z Pisza. © Robert

    Krótka sesja zdjęciowa na tle Śniardw. © Robert

    Urocze miejsce biwakowe w małym porcie w Okartowie. © Robert

    Nasza miejscówka w całej okazałości. © Robert

    Wczesny poranek nad Śniardwami. © Robert

    Pierwsze koty za płoty

    Niedziela, 8 lipca 2012 | dodano:27.07.2012Kategoria Inne miejscówki, Mazury 2012, Średnia przyjemność
    Dst.:45.27Off-road:6.30 Czas:02:29Avg:18.23
    Vmax:28.00Temp.:32.0 HRmax:(%)HRavg(%)
    Cal:kcalALT:142mBike:GT

    MAZURY 2012

    Nareszcie! Doczekałem się wyjazdu rowerowego, o którym dawno już marzyłem. Mój syn na tyle dorósł, że mogłem zaplanować wspólną tygodniową wyprawę na Mazury.

    Etap 1: Mikołajki - Pisz

    Sam przyjazd dnia wczorajszego jakoś nie był problematyczny. Nawet przez Warszawkę jakoś sprawnie przejechaliśmy, może głównie dlatego, że byliśmy tam poranną porą, więc i mniejszy ruch. Później to już zacząłem się przyzwyczajać do innego systemu nawigacji w postaci mapy, co przez najbliższy tydzień będzie należało do stałych moich obowiązków. Nawet bez pudła trafiliśmy na kemping, jak to później mój syn go określił - prawdziwy. A prawdziwy dlatego, że było sporo kamperów (choć syn był do tej pory po raz pierwszy na kempingu i pierwszy raz czekały go noce w namiocie).

    Kiedy to już doszliśmy do porozumienia co do kwestii lokalizacji rozbicia namiotu, nastała pora, aby coś zjeść i jednocześnie poszukać na tydzień parkingu dla naszego samochodu. Niestety na kempingu nie praktykują takich rozwiązań.

    Upał niesamowity, w słońcu ciężko było wystać, ale gdzieś w oddali słychać było pomruki zbliżającej się burzy. Tego się najbardziej obawiałem, bowiem moje doświadczenie w rozbijaniu namiotu uznam za dość marne, a szczególnie, jak to jeszcze namiot jest całkiem nie znany.

    Kiedy udało się już wszystko załatwić, na kemping wracaliśmy już w kroplach pierwszego deszczu, który jednak nie zapowiadał późniejszej nawałnicy. Jednak korzystając z okazji pobytu w Mikołajkach nie sposób było nie odwiedzić tutejszego kompleksu hotelowego z główną atrakcją licznych basenów. Przedsiębiorstwo niesamowite. Sporo ludzi się przewija, ale i sporo możliwości wypoczynku, pływania, szaleństw.

    Pierwsza noc i od razu pierwsze testy z rozbijania namiotu. Długo nie mogliśmy usnąć. Syn, śpiąc po raz pierwszy w namiocie, był mocno wystraszony. Wtulił się w śpiwór i jakoś, pewnie ze zmęczenia, usnął. Ja natomiast długo liczyłem … kolejne grzmoty i obserwowałem, czy namiot nam nie odfruwa. W końcu i ja padłem.

    Mimo częściowo nie przespanej nocy i tych ekscesach, w niedzielny poranek wstałem dość wcześnie. Jakoś nigdy długo nie lubiłem spać. Pamiętam, że podczas swojej pierwszej wyprawy w Danii również byłem takim budzikiem dla całej ekipy. Jednak dzięki temu mogłem nas spakować, przygotować sprzęt do wyjazdu, czy zrobić śniadanko. Dziwne, jak się później okazało, pierwszego dnia “zebraliśmy” się najwcześniej do wyjazdu.

    Zaczynała się tym samym prawdziwa część naszej wyprawy, a więc jazda na rowerze z bagażami w zupełnie innej części Polski. Dziecko miało oczywiście zdecydowanie mniejszy ekwipunek, który składał się z materaca, karimaty i naszych śpiworów. Nie chciałem, aby tak zupełnie jechał “na luzaka”. W końcu to wyprawa, a nie niedzielna wycieczka. Ja natomiast taszczyłem nasz cały dobytek, włącznie z namiotem. Mój bagaż nie wiem ile łącznie ważył, ale zapewne dość sporo.

    Pierwsze wrażenia - “o k...., o cholera, jak tym można jeździć”. No nic, ale komu w drogę, temu … w drogę. Pierwsze kilometry minęły spokojnie. Akurat przypadło jechać nam leśną drogą gruntową, po której jednak mój rower nie zapadał się całkiem. Ale wiadomo, że trzeba było mocno uważać, bo z sakwami, to zupełnie inna jazda.

    Po ok. 6 km takiej jazdy dojechaliśmy do przeprawy promowej, która jednak za bardzo nie cieszyła syna ze względu na jego bojaźń przed wszystkim, co pływa. Na sam prom czekaliśmy prawie godzinę, ciesząc się, że w ogóle kursował. Tablice ogłoszeniowe wskazywały, że kursuje w określone dni tygodnia, ale na szczęście w okresie wakacyjnym “kursujemy na telefon”.

    Po przeprawie promowej kolejne kilometry upłynęły spokojnie, choć po kiepskiej nawierzchni. Mniej więcej w połowie, nieco już zmęczeni i głodni, w miejscowości Wejsuny, postanowiliśmy się nieco posilić, po czym ruszyliśmy dalej do Pisza, gdzie zaplanowany był koniec pierwszego etapu. Jazda z pełnymi brzuchami z początku nie była ciekawa. W końcu po lekkich problemach nawigacyjnych udało nam się osiągnąć cel i dojechać do portu.

    Ze względu na niedzielę, wcześniej trzeba było jeszcze zadbać o zakupy kolacyjno - śniadaniowe. Późnym popołudniem syn jeszcze wykąpał się w Jeziorze Roś, nad którym to zlokalizowany jest Pisz. Burza z poprzedniej nocy dała się we znaki i szybko poszliśmy spać.

    Przygotowania do wyprawy. © Robert

    Ciemne chmury nad Mikołajkami. © Robert

    Słoneczny i ciepły poranek. © Robert

    W oczekiwaniu na prom. © Robert

    Objuczony rower. © Robert

    Jesteśmy już na promie. © Robert

    Pierwszy posiłek w trasie. © Robert

    Praca-dom

    Poniedziałek, 18 czerwca 2012 | dodano:22.06.2012Kategoria Średnia przyjemność
    Dst.:30.89Off-road:6.00 Czas:01:43Avg:17.99
    Vmax:36.50Temp.:32.0 HRmax:(%)HRavg(%)
    Cal:kcalALT:167mBike:GT

    Zaczynamy kolejny tydzień rowerowy. Szykuje się ładna pogoda, w końcu lato.
    Trasa jak co dzień do pracy i z powrotem. Po południu jeszcze jazda po miejskich ścieżkach z fotelikiem. Aż sam się dziwię, że w sumie tyle kilometrów wyszło.

    Maraton ŚLR - Sielpia

    Niedziela, 17 czerwca 2012 | dodano:18.06.2012Kategoria Średnia przyjemność, Zawody
    Dst.:35.75Off-road:21.00 Czas:02:35Avg:13.84
    Vmax:33.50Temp.:32.0 HRmax:160( 85%)HRavg139( 73%)
    Cal: 917kcalALT:187mBike:GT

    Nareszcie udało się wygospodarować na tyle czasu, że razem ze starszym synem mogliśmy wspólnie wystartować w kolejnej już edycji maratony Świętokrzyskiej Ligi Rowerowej MTBCrossMaraton w miejscowości Sielnia na dystansie Family.

    Najwięcej emocji to oczywiście przeżywał mój syn, bowiem bo ubiegłorocznych sukcesach również i tym razem liczył na coś, podium oczywiście. Jednak studziłem jego emocje, bowiem wiedziałem, że ostatnio nie jeździł dużo, więc i nie było odpowiedniego przygotowania.

    Ale, pogoda dopisała. Czekają na start na liczniku termometr doszedł do liczby 38st. w słońcu. Trasa bardzo fajna, w większości przejezdna. Może nieco piach tym smykom utrudniał jazdę. Również mój syn parę razy musiał podprowadzać rower. Szczególnie końcówka, ostatnie 2 km., najbardziej dały się we znaki. Ale daliśmy radę dojechać do mety. W sumie 7 miejsce na 13 startujących w kategorii. Nie jest źle, ale widać było braki kondycyjne.

    Sam dystans maratonu: 23,50 km; średnia 14,2 km/h; Vmax 33,5 km/h; przewyższenie 118 m. Reszta to dojazdy, lekki rozruch. Ja jeszcze dołożyłem popołudniowy "trening" siłowy z fotelikiem.

    Synek w akcji na trasie. © Robert


    Teraz tylko należy poćwiczyć jeszcze, a na następnym liczyć na równie dobry wynik. A ćwiczyć i tak musimy, bo zbliża się mój projekt "Na północ", czyli Mazury 2012.

    W ramach "treningu"

    Niedziela, 10 czerwca 2012 | dodano:11.06.2012Kategoria Średnia przyjemność
    Dst.:44.64Off-road:5.15 Czas:02:29Avg:17.98
    Vmax:57.00Temp.:27.0 HRmax:(%)HRavg(%)
    Cal:kcalALT:473mBike:GT

    Powiedzmy, że można to nazwać "treningiem". Ot, zwykła jazda i to z kilku dni. Ostatnio z braku czasu nie zapisywałem wszystkich danych z licznika. Tak więc jest tu jazda po lesie, jest sobotnia poranna jazda na Domaniówkę pod sam punkt widokowy, a i jest również niedzielna przejażdżka z synkiem w foteliku.

    Praca-dom

    Piątek, 25 maja 2012 | dodano:29.05.2012Kategoria Średnia przyjemność
    Dst.:30.16Off-road:5.30 Czas:01:46Avg:17.07
    Vmax:38.50Temp.:23.0 HRmax:(%)HRavg(%)
    Cal:kcalALT:229mBike:GT

    Jak zwykle: do pracy i z powrotem.
    A po południu kolejny raz z synkiem "na plecach". Fajny taki "trening" z dodatkowymi 20 kg na tylny kole.
    Przyznam szczerze, że musiałem nieco pokręcić się po osiedlowych uliczkach, bowiem mało mi brakowało, aby była to średnia przyjemność z dzisiejszego wyjazdu.


    kategorie

    mój "sprzęt"

    GT 24679 km
  • od '99-09.14 - 24.663 km
  • znajomi

    wszyscy znajomi(9)

    Wyniki mojego syna: button stats bikestats.pl

    archiwum