Wpisy archiwalne w kategorii
W blasku księżyca
| Dystans całkowity: | 701.50 km (w terenie 35.71 km; 5.09%) |
| Czas w ruchu: | 36:02 |
| Średnia prędkość: | 19.47 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 64.50 km/h |
| Suma podjazdów: | 6816 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 194 (102 %) |
| Maks. tętno średnie: | 163 (85 %) |
| Suma kalorii: | 8259 kcal |
| Liczba aktywności: | 20 |
| Średnio na aktywność: | 35.07 km i 1h 48m |
| Więcej statystyk | |
Jazda wieczorna
Środa, 26 września 2012 | dodano:27.09.2012Kategoria W blasku księżyca
| Dst.: | 27.41 | Off-road: | 2.00 | Czas: | 01:15 | Avg: | 21.93 |
| Vmax: | 50.50 | Temp.: | 15.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 264m | Bike: | GT | ||
Dawno już nie jeździłem przy sztucznym świetle lampki rowerowej. Niestety, teraz dni coraz krótsze, więc popołudniami już człowiek nie wyrabia czasowo. A tu jeszcze przydałoby się przynajmniej utrzymać formę do odysei.
Właśnie wczoraj jeździłem ze swoim teamowym partnerem, który pochwalił mnie na koniec, że jestem w formie i że chyba jednak nie wygra odysei. Dobra, dobra. Jeśli wspólny wyjazd dojdzie do skutku, to może zdecydujemy się na wspólny start jako zespół. Moglibyśmy połączyć bardzo dobrą nawigację partnera i moją ... "dobrą minę do złej gry" i jakoś powalczylibyśmy o dobrą lokatę.
A pojechaliśmy pętelką do Wiśniówki i dalej do Zagnańska. Powrót w blasku księżyca.
Właśnie wczoraj jeździłem ze swoim teamowym partnerem, który pochwalił mnie na koniec, że jestem w formie i że chyba jednak nie wygra odysei. Dobra, dobra. Jeśli wspólny wyjazd dojdzie do skutku, to może zdecydujemy się na wspólny start jako zespół. Moglibyśmy połączyć bardzo dobrą nawigację partnera i moją ... "dobrą minę do złej gry" i jakoś powalczylibyśmy o dobrą lokatę.
A pojechaliśmy pętelką do Wiśniówki i dalej do Zagnańska. Powrót w blasku księżyca.
Zimowa nocka
Środa, 25 stycznia 2012 | dodano:26.01.2012Kategoria W blasku księżyca, Średnia przyjemność
| Dst.: | 31.27 | Off-road: | 0.00 | Czas: | 01:30 | Avg: | 20.85 |
| Vmax: | 33.00 | Temp.: | -5.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | m | Bike: | GT | ||
Wczoraj po raz pierwszy zimową porą wyszedłem z kumplem pojeździć wieczorkiem. Dla mojego znajomego była to (prawie) pierwszyzna. Jednak sytuacja wymagała przeprowadzenia pewnych testów jazdy zimowej, a głównie nowych oponek z kolcami. Jest to element przygotowań do jakiś zawodów AR w lutym.
Dla mnie to był powrót do fajnych praktyk wspólnych wieczorowych wyjazdów z wiosny. Fajnie było, ale ... zimno. Szczególnie w stopy. Ja co prawda długo nie jeżdżę na rowerze zimową porą, ale chętnie wysłucham cennych porad, co tu zrobić, aby było ciepło.
Dla mnie było to również pierwsze poważne kręcenie, bowiem w tym roku to tak było olewancko do tej pory. Ale na budowanie formy jeszcze mam czas. Zresztą, czy jest ona mi do czegoś potrzebna? No może tylko na planowaną wyprawę z synem na Mazury.
A licznik, dalej coś nawala. Przewyższenia wyszło mi ... 58670 m.
Dla mnie to był powrót do fajnych praktyk wspólnych wieczorowych wyjazdów z wiosny. Fajnie było, ale ... zimno. Szczególnie w stopy. Ja co prawda długo nie jeżdżę na rowerze zimową porą, ale chętnie wysłucham cennych porad, co tu zrobić, aby było ciepło.
Dla mnie było to również pierwsze poważne kręcenie, bowiem w tym roku to tak było olewancko do tej pory. Ale na budowanie formy jeszcze mam czas. Zresztą, czy jest ona mi do czegoś potrzebna? No może tylko na planowaną wyprawę z synem na Mazury.
A licznik, dalej coś nawala. Przewyższenia wyszło mi ... 58670 m.
Lekki trening
Poniedziałek, 26 września 2011 | dodano:27.09.2011Kategoria Średnia przyjemność, W blasku księżyca
| Dst.: | 30.40 | Off-road: | 0.02 | Czas: | 01:35 | Avg: | 19.20 |
| Vmax: | 48.50 | Temp.: | 9.0 | HRmax: | 181( 95%) | HRavg | 142( 74%) |
| Cal: | 962kcal | ALT: | 358m | Bike: | GT | ||
Nie udało się w niedzielę, ale udało się wczoraj wieczorem. Co prawda już formy nie zbuduję, więc to było tylko wspólne pokręcenie po okolicy.
No i ...? Można by się zapytać. Hm, a sam nie wiem. Jechało się nawet dobrze, a i podjazd pod Ameliówkę jakoś sprawnie poszedł. Przynajmniej tak mi się wydaje. Co prawda nie wiem, czy to moja forma, czy to raczej zmęczenie startowe moje partnera. I pewnie raczej to drugie. Bo przecież Odyseja za pasem. Ale myślę, że powinno być dobrze. Byleby nic innego nie nawaliło.
To pewnie ostatnia jazda przez imprezą. Konieczny jeszcze przegląd sprzętu, ustawień i w drogę.
No i ...? Można by się zapytać. Hm, a sam nie wiem. Jechało się nawet dobrze, a i podjazd pod Ameliówkę jakoś sprawnie poszedł. Przynajmniej tak mi się wydaje. Co prawda nie wiem, czy to moja forma, czy to raczej zmęczenie startowe moje partnera. I pewnie raczej to drugie. Bo przecież Odyseja za pasem. Ale myślę, że powinno być dobrze. Byleby nic innego nie nawaliło.
To pewnie ostatnia jazda przez imprezą. Konieczny jeszcze przegląd sprzętu, ustawień i w drogę.
Nocny Telegraf
Piątek, 26 sierpnia 2011 | dodano:27.08.2011Kategoria Pełnia szczęścia, W blasku księżyca
| Dst.: | 50.61 | Off-road: | 7.28 | Czas: | 02:59 | Avg: | 16.96 |
| Vmax: | 45.50 | Temp.: | 23.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 489m | Bike: | GT | ||
Na początek rowerem do pracy. To chyba ostatni raz, przynajmniej w okresie wakacji. Później wszystko będzie uzależnione od planu lekcji.
Pa pracy trzeba było zasuwać do domu, pomimo upału.
No a wieczorem ... Znów umówiliśmy się z kumplem na jazdę nocną. Ale tym razem miało być nieco terenu. Plany były takie, aby spokojnie dojechać ścieżką rowerową na Stadion, tam wjazd na szczyt, zjazd do asfaltówki, a później wjazd na Telegraf.
"Fajnie" się zaczęło, ponieważ złapałem kapcia. Coś w ostatnio nie mamy szczęścia do kapci. Poprzednim razem złapał kolega, a teraz ja. Jednak ja mu wcale tego nie pozazdrościłem. No cóż, miałem zapas, więc "szybka" zmiana, coby nie wypaść z wprawy. Tak więc od tego momentu nie mieliśmy wcale zapasu. No trudno.
Jazda była fajna. Nocny teren też jest ciekawy, jednak szybko się nie pojedzie. No i ta większa koncentracja i wpatrywanie się przed siebie.
Na Stadionie miałem w dwóch miejscach problem, ale i kamienie i zbyt stromo było. Natomiast Telegraf bez przerw. To mnie cieszy i nawet dobrze mi się wjeżdżało. Ale przydało by się wymienić zębatki, na nieco większe.
Pod koniec jazdy zerknąłem na licznik i musiałem jeszcze nieco pokręcić się po osiedlu, aby z tego wyjazdu zrobiła się pełnia szczęścia.
Pa pracy trzeba było zasuwać do domu, pomimo upału.
No a wieczorem ... Znów umówiliśmy się z kumplem na jazdę nocną. Ale tym razem miało być nieco terenu. Plany były takie, aby spokojnie dojechać ścieżką rowerową na Stadion, tam wjazd na szczyt, zjazd do asfaltówki, a później wjazd na Telegraf.
"Fajnie" się zaczęło, ponieważ złapałem kapcia. Coś w ostatnio nie mamy szczęścia do kapci. Poprzednim razem złapał kolega, a teraz ja. Jednak ja mu wcale tego nie pozazdrościłem. No cóż, miałem zapas, więc "szybka" zmiana, coby nie wypaść z wprawy. Tak więc od tego momentu nie mieliśmy wcale zapasu. No trudno.
Jazda była fajna. Nocny teren też jest ciekawy, jednak szybko się nie pojedzie. No i ta większa koncentracja i wpatrywanie się przed siebie.
Na Stadionie miałem w dwóch miejscach problem, ale i kamienie i zbyt stromo było. Natomiast Telegraf bez przerw. To mnie cieszy i nawet dobrze mi się wjeżdżało. Ale przydało by się wymienić zębatki, na nieco większe.
Pod koniec jazdy zerknąłem na licznik i musiałem jeszcze nieco pokręcić się po osiedlu, aby z tego wyjazdu zrobiła się pełnia szczęścia.
Rajd 6 górek
Wtorek, 23 sierpnia 2011 | dodano:24.08.2011Kategoria Średnia przyjemność, W blasku księżyca
| Dst.: | 36.30 | Off-road: | 0.77 | Czas: | 01:50 | Avg: | 19.80 |
| Vmax: | 60.00 | Temp.: | 18.0 | HRmax: | 189( 99%) | HRavg | 150( 78%) |
| Cal: | 1327kcal | ALT: | 545m | Bike: | GT | ||
Tak bowiem naszą trasę nazwał mój znajomy, który wymyślił tą trasę.
W sumie nie dość długa, ale chyba za to najlepsze i największe podjazdy zaliczone w okolicy Kielc.
Ponieważ dzień już coraz krótszy, więc o 21.30 jest już ponownie ciemno, można wobec tego zacząć ponownie się umawiać na nocne jazdy. Tak też uczyniliśmy. Trasa fajna, bowiem zawierała najlepsze podjazdy w naszym regionie.
Moja żona jak usłyszała, że wjeżdżaliśmy na te górki, po to tylko, aby na szczycie zawrócić i jechać w dół, stwierdziła, że "to głupota". Hm, no jeśli przyjrzeć się temu z tej drugiej strony, to może i faktycznie tak to wyglądało.
Moja forma, pomimo codziennej jazdy, nie jest jeszcze najlepsza. Nadal lekko odstawałem od znajomych. Wiem, że i tak nie gnali, więc udało mi się tylko "lekko" odstawać. Ale fajnie się jechało. Siłę w nogach czułem, ale jednak męczyłem się szybko. Widać chyba wytrzymałości brak.
Czuję już jednak zmęczenie rowerem, choć tak prawdę mówiąc to po ok. 20 km, zaczęło mi się dobrze jechać. Nawet podjazdy wchodziły.
A trasa to: Dąbrowa-Scholasteria-Ameliówka-Radostowa-Podklonówka-Klonówka (to te tytułowe górki) przez Masłów do domu.
A i jeszcze jeden fakt warty odnotowania. Po raz pierwszy, jak razem z kumplami jeżdżę, to złapaliśmy kapcia, a konkretnie Zenek. Wymiana w świetle lampek - bezcenne.
A drugi fakt, to pobiłem wynik kilometrów z poprzedniego roku.
W sumie nie dość długa, ale chyba za to najlepsze i największe podjazdy zaliczone w okolicy Kielc.
Ponieważ dzień już coraz krótszy, więc o 21.30 jest już ponownie ciemno, można wobec tego zacząć ponownie się umawiać na nocne jazdy. Tak też uczyniliśmy. Trasa fajna, bowiem zawierała najlepsze podjazdy w naszym regionie.
Moja żona jak usłyszała, że wjeżdżaliśmy na te górki, po to tylko, aby na szczycie zawrócić i jechać w dół, stwierdziła, że "to głupota". Hm, no jeśli przyjrzeć się temu z tej drugiej strony, to może i faktycznie tak to wyglądało.
Moja forma, pomimo codziennej jazdy, nie jest jeszcze najlepsza. Nadal lekko odstawałem od znajomych. Wiem, że i tak nie gnali, więc udało mi się tylko "lekko" odstawać. Ale fajnie się jechało. Siłę w nogach czułem, ale jednak męczyłem się szybko. Widać chyba wytrzymałości brak.
Czuję już jednak zmęczenie rowerem, choć tak prawdę mówiąc to po ok. 20 km, zaczęło mi się dobrze jechać. Nawet podjazdy wchodziły.
A trasa to: Dąbrowa-Scholasteria-Ameliówka-Radostowa-Podklonówka-Klonówka (to te tytułowe górki) przez Masłów do domu.
A i jeszcze jeden fakt warty odnotowania. Po raz pierwszy, jak razem z kumplami jeżdżę, to złapaliśmy kapcia, a konkretnie Zenek. Wymiana w świetle lampek - bezcenne.
A drugi fakt, to pobiłem wynik kilometrów z poprzedniego roku.
Rzucone wyzwanie
Czwartek, 2 czerwca 2011 | dodano:03.06.2011Kategoria Pełnia szczęścia, W blasku księżyca
| Dst.: | 56.27 | Off-road: | 1.00 | Czas: | 02:46 | Avg: | 20.34 |
| Vmax: | 64.50 | Temp.: | 20.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 598m | Bike: | GT | ||
Jakiś tydzień temu znajomy z drużyny Zenek rzucił hasło, że wynalazł jeden świetny podjazd, chyba najtrudniejszy w rejonie Gór Świętokrzyskich. Tym samym rzucił wyzwanie mnie i jeszcze jednemu znajomemu z ekipy - Pawłowi. "Podjedziecie?"
No cóż było robić. "Im ciężej, tym przyjemniej" - tak brzmi moje motto. Ponieważ jedyną możliwością naszego wspólnego spotkania, to był wieczór, więc padło na wczorajszy wieczór.
Pogoda dopisała, ponieważ było idealnie na rower. Do tego podjazdu musieliśmy jakoś dotrzeć, a niestety trzeba było nieco pokonać dystansu. Jednak, aby nie jechać w jedną i drugą stronę tą samą drogą, koledzy wybrali jeszcze jedną spinaczkę, tym razem leśnymi ścieżkami. W sumie: byłem zachwycony tym podjazdem. Pominę fakt, że jechaliśmy tylko na latarki, co było sporym dla mnie przeżyciem, ponieważ po lesie w nocy jeździłem po raz pierwszy. Podjazd również fajny. Ja nieco ślizgałem się na swoich już łysawych oponkach, ale jakoś dałem radę.
Później był dość długi zjazd, gdzie można było odpocząć przed zbliżającym się podjazdem. No i w końcu skręt w lewo i początkowo łagodnie pod górę. Jednak za chwilę było coraz stromiej. W końcu pojawiły się i serpentyny, prawie jak na Giro ostatnim. Zenek oczywiście wypruł do przodu, bo to młokos. Zresztą sam rzucił wyzwanie, to nie wypadało się wlec na końcu. Albo co gorsza, nie podjechać. Za nim skoczył Paweł, który już raz robił "podejście", w przenośni i dosłownie, pod ten podjazd. No a ja na końcu. Czemu, a sam nie wiem, ale faktycznie, ciężko się jechało. Po tym podjeździe obiecałem sobie, że przy najbliższej okazji zmienię sobie tryb na bardziej górski z największą tarczą 34.
W sumie wszystkim udało się w całości podjechać. Mnie nogi ciężko kręciły pod górę. Na szczycie sprawdziłem, że maksymalne nachylenie, to było 18%. Krótki odpoczynek na górze. Łyk wody, chwila radości w pokonanej góry i w dół. A zjazd fantastyczny. Na początku trzeba było uważać na serpentyny, aby nie wylecieć z drogi. Ale później było już bardziej płasko i można było pognać prawie 65 km/h.
Cel zrealizowany. Teraz trzeba było jeszcze wrócić do domu. Początkowo też było pod górkę, a mnie jakoś zaczął dopadać kryzys. Dobrze, że od Św. Katarzyny było lekko z górki, więc jechało się spokojnie. Chłopaki było jakiś rozochoceni tym podjazdem i wyszukiwali kolejnych po drodze, ale ja nie miałem siły. W końcu dziś wcześniej już miałem w nogach 30 km. Tak więc goniłem towarzystwo, ponieważ od jakiegoś już czasu w oddali widać było błyskanie na niebie.
Po drodze pożegnaliśmy Zenka, a razem z Pawłem ruszyliśmy do swoich domów. I tak jak już jadąc sam, tak jakoś lepiej mi się zaczęło jechać. A może to efekt tego, że nieco wcześniej zjadłem kawałek jakiegoś starego batona, który został mi jeszcze z zapasów. Być może. Ale trzeba było jechać do domu, ponieważ było już po 23. No a niestety jutro do pracy. Nie ma zmiłuj.
Tak więc wyjazd rewelacyjny. Sporo kilometrów, sporo przeżyć, sporo potu, spore zmęczenie. Ale i fajnie się jechało z kumplami, za co im serdecznie dziękuję. Aby do następnego razu.
Mój łączny wczorajszy dystans wyniósł 87,38 km. Na siodełku byłem ponad 4 h (co wieczorem odczuwałem). Średnia ze średnich, to 20,55 km/h (co wydaje mi się niezłym wynikiem). Łączny podjazd: 836 m.
No cóż było robić. "Im ciężej, tym przyjemniej" - tak brzmi moje motto. Ponieważ jedyną możliwością naszego wspólnego spotkania, to był wieczór, więc padło na wczorajszy wieczór.
Pogoda dopisała, ponieważ było idealnie na rower. Do tego podjazdu musieliśmy jakoś dotrzeć, a niestety trzeba było nieco pokonać dystansu. Jednak, aby nie jechać w jedną i drugą stronę tą samą drogą, koledzy wybrali jeszcze jedną spinaczkę, tym razem leśnymi ścieżkami. W sumie: byłem zachwycony tym podjazdem. Pominę fakt, że jechaliśmy tylko na latarki, co było sporym dla mnie przeżyciem, ponieważ po lesie w nocy jeździłem po raz pierwszy. Podjazd również fajny. Ja nieco ślizgałem się na swoich już łysawych oponkach, ale jakoś dałem radę.
Później był dość długi zjazd, gdzie można było odpocząć przed zbliżającym się podjazdem. No i w końcu skręt w lewo i początkowo łagodnie pod górę. Jednak za chwilę było coraz stromiej. W końcu pojawiły się i serpentyny, prawie jak na Giro ostatnim. Zenek oczywiście wypruł do przodu, bo to młokos. Zresztą sam rzucił wyzwanie, to nie wypadało się wlec na końcu. Albo co gorsza, nie podjechać. Za nim skoczył Paweł, który już raz robił "podejście", w przenośni i dosłownie, pod ten podjazd. No a ja na końcu. Czemu, a sam nie wiem, ale faktycznie, ciężko się jechało. Po tym podjeździe obiecałem sobie, że przy najbliższej okazji zmienię sobie tryb na bardziej górski z największą tarczą 34.
W sumie wszystkim udało się w całości podjechać. Mnie nogi ciężko kręciły pod górę. Na szczycie sprawdziłem, że maksymalne nachylenie, to było 18%. Krótki odpoczynek na górze. Łyk wody, chwila radości w pokonanej góry i w dół. A zjazd fantastyczny. Na początku trzeba było uważać na serpentyny, aby nie wylecieć z drogi. Ale później było już bardziej płasko i można było pognać prawie 65 km/h.
Cel zrealizowany. Teraz trzeba było jeszcze wrócić do domu. Początkowo też było pod górkę, a mnie jakoś zaczął dopadać kryzys. Dobrze, że od Św. Katarzyny było lekko z górki, więc jechało się spokojnie. Chłopaki było jakiś rozochoceni tym podjazdem i wyszukiwali kolejnych po drodze, ale ja nie miałem siły. W końcu dziś wcześniej już miałem w nogach 30 km. Tak więc goniłem towarzystwo, ponieważ od jakiegoś już czasu w oddali widać było błyskanie na niebie.
Po drodze pożegnaliśmy Zenka, a razem z Pawłem ruszyliśmy do swoich domów. I tak jak już jadąc sam, tak jakoś lepiej mi się zaczęło jechać. A może to efekt tego, że nieco wcześniej zjadłem kawałek jakiegoś starego batona, który został mi jeszcze z zapasów. Być może. Ale trzeba było jechać do domu, ponieważ było już po 23. No a niestety jutro do pracy. Nie ma zmiłuj.
Tak więc wyjazd rewelacyjny. Sporo kilometrów, sporo przeżyć, sporo potu, spore zmęczenie. Ale i fajnie się jechało z kumplami, za co im serdecznie dziękuję. Aby do następnego razu.
Mój łączny wczorajszy dystans wyniósł 87,38 km. Na siodełku byłem ponad 4 h (co wieczorem odczuwałem). Średnia ze średnich, to 20,55 km/h (co wydaje mi się niezłym wynikiem). Łączny podjazd: 836 m.
Rozruch
Czwartek, 26 maja 2011 | dodano:27.05.2011Kategoria Średnia przyjemność, W blasku księżyca
| Dst.: | 30.42 | Off-road: | 0.10 | Czas: | 01:33 | Avg: | 19.63 |
| Vmax: | 41.00 | Temp.: | 13.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 252m | Bike: | GT | ||
Znów udało się wyjść wieczorową porą. Tym razem krótko i bez szaleństw, ponieważ znajomy doznał kontuzji na rajdzie na orientację (Kierat) i trzeba było dokonać rozruchu mięśnia. Było spokojnie. Wyszliśmy o 21, a tu jeszcze widno.
Udało się fajnie pojeździć i pogadać. Teraz w końcu można jeździć legalnie obok siebie, w końcu zmieniły się przepisy. Mnie to szczególnie cieszy, ponieważ teraz lepiej będzie mi się jeździło z synem.
Pod koniec nieco "dokręciłem" dystansu, ponieważ obawiałem się, że nie byłaby to średnia przyjemność.
Trzeba w końcu również i pulsometr odpalić, aby dowiedzieć się jak to z tą formą.
Udało się fajnie pojeździć i pogadać. Teraz w końcu można jeździć legalnie obok siebie, w końcu zmieniły się przepisy. Mnie to szczególnie cieszy, ponieważ teraz lepiej będzie mi się jeździło z synem.
Pod koniec nieco "dokręciłem" dystansu, ponieważ obawiałem się, że nie byłaby to średnia przyjemność.
Trzeba w końcu również i pulsometr odpalić, aby dowiedzieć się jak to z tą formą.
Prześladowanie
Środa, 11 maja 2011 | dodano:12.05.2011Kategoria Pełnia szczęścia, W blasku księżyca
| Dst.: | 56.13 | Off-road: | 0.00 | Czas: | 02:36 | Avg: | 21.59 |
| Vmax: | 46.00 | Temp.: | 9.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 336m | Bike: | GT | ||
Dziwny jest ten świat i to życie. Wśród licznych radości życia, są i te smutne. Szczególnie śmierć kogoś może dotkliwie człowieka poruszyć, a jeszcze jak to jest osoba bliska, to już całkiem odechciewa się wszystkiego.
Piszę o tym, może dziwne, że w tym miejscu, ale częściowo wiążą się z kolarstwem, z rowerami. Maj, piękny okres, wiosna w pełni, żyć się chce. Ale mnie jakoś brakuje ostatnio entuzjazmu. Po pierwsze śmierć Weylandta na Giro. To chyba niejako na "otrzeźwienie" dla sądzę wielu, którzy zasuwają z góry, jakby nie mieli hamulców. W takich chwilach sam się zawsze zastanawiam, jak to i z moją jazdą jest i jak to niewiele potrzeba, aby pożegnać się z tym światem. Kto przypuszczał, że niby nie trudny zjazd okazał się tym ostatnim dla tego kolarza. A może jest tak, jak powiedział Piotr Wadecki, że przy niby łatwych zjazdach kolarz nie koncentruje się tak mocno. A o głupi błąd nie trudno.
Zastanawiające są również słowa Sylwestra Szmyda, który stwierdził, że w pogoni za popularnością, a co za tym idzie, za większą oglądalnością imprezy, wymyślane są coraz to nowe trudności. A to jazda po szutrach, a to karkołomne zjazdy bez żadnych zabezpieczeń. "Traktowani jesteśmy jak mięso, aby tylko dojechało do mety". Coś w tym jest. Bo choćby wczorajszy zjazd po szutrach, czy był taki atrakcyjny. Owszem, może dla mnie, gdybym jechał tam swoim góralem.
Dzisiejsze wyjście potrzebne mi było psychicznie. Bowiem w dniu dzisiejszym mija dokładnie 3 rocznica śmierci mojego ojca, który też odszedł nagle. Nadal jest mi ciężko, nadal nie mogę sobie z tym poradzić i pogodzić, nadal momentami jestem w dołku psychicznym. Jednak takie życie i nic na to się nie poradzi. Choć do dziś pamiętam, jak tata uczył mnie jeździć na rowerze, kiedy to się stało i i jakich
okolicznościach. Pech chciał, że dokładnie tego samego dnia tym razem ja uczyłem swojego syna jazdy na rowerze bez kółek bocznych, bo chcieliśmy się razem pochwalić przed dziadkiem. Nie zdążyliśmy.
Śmierć mnie ostatnio prześladuje.
A dziś wieczorkiem pojechaliśmy z kolegą taką trasą, którą dawno nie jechałem: Suków, Borków, Daleszyce. Jechało się fajnie, ale kurcze zimno jeszcze w nocy. Miejcami to taki ziąb się czuło mocno po kościach. Ale nawet całkiem dobrze mi się kręciło. Może dlatego, że nie było większego podjazdu. Jedynie co, to po ok. 2h już mnie tyłek bolał. Jednak nie przyzwyczajony jestem jeszcze do
dłuższego przesiadywania na siodełku.
Tak więc psychicznie było super. Nie tylko dlatego, że to był dla mnie ważny dzień i potrzebowałem tego, ale również dlatego, że fizycznie dobrze to zniosłem.
Piszę o tym, może dziwne, że w tym miejscu, ale częściowo wiążą się z kolarstwem, z rowerami. Maj, piękny okres, wiosna w pełni, żyć się chce. Ale mnie jakoś brakuje ostatnio entuzjazmu. Po pierwsze śmierć Weylandta na Giro. To chyba niejako na "otrzeźwienie" dla sądzę wielu, którzy zasuwają z góry, jakby nie mieli hamulców. W takich chwilach sam się zawsze zastanawiam, jak to i z moją jazdą jest i jak to niewiele potrzeba, aby pożegnać się z tym światem. Kto przypuszczał, że niby nie trudny zjazd okazał się tym ostatnim dla tego kolarza. A może jest tak, jak powiedział Piotr Wadecki, że przy niby łatwych zjazdach kolarz nie koncentruje się tak mocno. A o głupi błąd nie trudno.
Zastanawiające są również słowa Sylwestra Szmyda, który stwierdził, że w pogoni za popularnością, a co za tym idzie, za większą oglądalnością imprezy, wymyślane są coraz to nowe trudności. A to jazda po szutrach, a to karkołomne zjazdy bez żadnych zabezpieczeń. "Traktowani jesteśmy jak mięso, aby tylko dojechało do mety". Coś w tym jest. Bo choćby wczorajszy zjazd po szutrach, czy był taki atrakcyjny. Owszem, może dla mnie, gdybym jechał tam swoim góralem.
Dzisiejsze wyjście potrzebne mi było psychicznie. Bowiem w dniu dzisiejszym mija dokładnie 3 rocznica śmierci mojego ojca, który też odszedł nagle. Nadal jest mi ciężko, nadal nie mogę sobie z tym poradzić i pogodzić, nadal momentami jestem w dołku psychicznym. Jednak takie życie i nic na to się nie poradzi. Choć do dziś pamiętam, jak tata uczył mnie jeździć na rowerze, kiedy to się stało i i jakich
okolicznościach. Pech chciał, że dokładnie tego samego dnia tym razem ja uczyłem swojego syna jazdy na rowerze bez kółek bocznych, bo chcieliśmy się razem pochwalić przed dziadkiem. Nie zdążyliśmy.
Śmierć mnie ostatnio prześladuje.
A dziś wieczorkiem pojechaliśmy z kolegą taką trasą, którą dawno nie jechałem: Suków, Borków, Daleszyce. Jechało się fajnie, ale kurcze zimno jeszcze w nocy. Miejcami to taki ziąb się czuło mocno po kościach. Ale nawet całkiem dobrze mi się kręciło. Może dlatego, że nie było większego podjazdu. Jedynie co, to po ok. 2h już mnie tyłek bolał. Jednak nie przyzwyczajony jestem jeszcze do
dłuższego przesiadywania na siodełku.
Tak więc psychicznie było super. Nie tylko dlatego, że to był dla mnie ważny dzień i potrzebowałem tego, ale również dlatego, że fizycznie dobrze to zniosłem.
Dwa "diabełki"
Wtorek, 19 kwietnia 2011 | dodano:20.04.2011Kategoria Średnia przyjemność, W blasku księżyca
| Dst.: | 42.09 | Off-road: | 0.00 | Czas: | 02:11 | Avg: | 19.28 |
| Vmax: | 48.00 | Temp.: | 4.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 408m | Bike: | GT | ||
Znów walkę stoczyły aniołek i diabełek. Aniołek, to też w pewnym sensie diabełek, szczególnie dla mojej żony. Szczególnie jak wychodzę pojeździć wieczorową porą.
Tak więc z jednej strony była niechęć i ... "nie chce mi się". Ale tym razem zwyciężył ten pozytywny diabełek. Dawno nie jeździłem, nie mam okazji, nie mam czasu w dzień, więc czemu nie. A jeszcze jak w grę wchodziła trasa do Świętej Katarzyny (jak się o tym dopiero później dowiedziałem).
Razem z kumplem wykręciliśmy nawet fajną traskę. Całe szczęście, że było głównie równo i z góry. Musimy kiedyś powtórzyć tą trasę w odwrotnym kierunku. Ale do tego muszę się bardziej przygotować kondycyjnie. Ale i tak chyba było nieźle, ponieważ na takim dystansie średnia wyszła pow. 19 km/h, co jest póki co najwyższą moją w tym roku. No i jakoś nawet dobrze mi się jechało. Pod koniec tylko już mnie tyłek zaczął boleć. Widać, że nie przyzwyczajony do dłuższych dystansów.
Ale wieczór było ładny, wspaniały, duży księżyc, taka duża pomarańczowa kula. Mnóstwo gwiazd. Ale jednak i zimno. Jak kończyliśmy, to była raptem 4 st. Stopy później w wannie odmrażałem.
Muszę również w końcu odpalić pulsometr, aby wiedzieć jak to jest z tą kondycją.
Aby do następnego razu.
Tak więc z jednej strony była niechęć i ... "nie chce mi się". Ale tym razem zwyciężył ten pozytywny diabełek. Dawno nie jeździłem, nie mam okazji, nie mam czasu w dzień, więc czemu nie. A jeszcze jak w grę wchodziła trasa do Świętej Katarzyny (jak się o tym dopiero później dowiedziałem).
Razem z kumplem wykręciliśmy nawet fajną traskę. Całe szczęście, że było głównie równo i z góry. Musimy kiedyś powtórzyć tą trasę w odwrotnym kierunku. Ale do tego muszę się bardziej przygotować kondycyjnie. Ale i tak chyba było nieźle, ponieważ na takim dystansie średnia wyszła pow. 19 km/h, co jest póki co najwyższą moją w tym roku. No i jakoś nawet dobrze mi się jechało. Pod koniec tylko już mnie tyłek zaczął boleć. Widać, że nie przyzwyczajony do dłuższych dystansów.
Ale wieczór było ładny, wspaniały, duży księżyc, taka duża pomarańczowa kula. Mnóstwo gwiazd. Ale jednak i zimno. Jak kończyliśmy, to była raptem 4 st. Stopy później w wannie odmrażałem.
Muszę również w końcu odpalić pulsometr, aby wiedzieć jak to jest z tą kondycją.
Aby do następnego razu.
Powrót do dobrych praktyk
Czwartek, 31 marca 2011 | dodano:04.04.2011Kategoria W blasku księżyca
| Dst.: | 26.49 | Off-road: | 1.74 | Czas: | 01:23 | Avg: | 19.15 |
| Vmax: | 54.50 | Temp.: | 10.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 238m | Bike: | GT | ||
Tą krótką wycieczką nastąpił powrót do dobrych praktyk z poprzedniego roku, gdzie wraz ze znajomymi jeździliśmy po okolicach wieczorową porą. Dla mnie to okazało się super wyjście, ponieważ w ciągu dnia trudno jest zorganizować chwilę wolnego. A tak, wieczorem domownicy już prawie śpią, więc jest okazja.
Na początek trasa krótka i niezbyt wymagająca, jak to mi się wydawało. Ale pojawiło się kilka podjazdów, na których wymiękałem. Niestety widać brak formy. Tak więc pojechaliśmy do Wiśniówki, dalej przez Lekomin i Zagnańsk, wróciliśmy do domów. Fajnie było, bo już ciepło. Mam nadzieję, na powtórzenie podobnego wypadu.
Na początek trasa krótka i niezbyt wymagająca, jak to mi się wydawało. Ale pojawiło się kilka podjazdów, na których wymiękałem. Niestety widać brak formy. Tak więc pojechaliśmy do Wiśniówki, dalej przez Lekomin i Zagnańsk, wróciliśmy do domów. Fajnie było, bo już ciepło. Mam nadzieję, na powtórzenie podobnego wypadu.






