Wpisy archiwalne w kategorii
Pełnia szczęścia
| Dystans całkowity: | 2154.31 km (w terenie 514.93 km; 23.90%) |
| Czas w ruchu: | 128:29 |
| Średnia prędkość: | 16.77 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 71.00 km/h |
| Suma podjazdów: | 21065 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 195 (102 %) |
| Maks. tętno średnie: | 180 (92 %) |
| Suma kalorii: | 41865 kcal |
| Liczba aktywności: | 34 |
| Średnio na aktywność: | 63.36 km i 3h 46m |
| Więcej statystyk | |
Koniec szkoły
Piątek, 29 czerwca 2012 | dodano:29.06.2012Kategoria Pełnia szczęścia
| Dst.: | 61.37 | Off-road: | 0.00 | Czas: | 03:30 | Avg: | 17.53 |
| Vmax: | 35.50 | Temp.: | 25.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 333m | Bike: | GT | ||
Nareszcie, po okresowych rodzinnych problemach zdrowotnych, dziś na zakończenie roku szkolnego mogłem pojechać na rowerze do ... pracy. A ponieważ ładny dzień i szkoda marnować go w domu i w pracy, więc korzystając z okazji przed pracą wybrałem się na krótką wycieczkę: Kostomłoty-Bugaj-Brynica-Szczekociny-Zacisze-Słowik i Krakowską do pracy.
Później oczywiście trzeba było wstąpić do szkoły na zakończenie roku szkolnego do syna, aby było mu miło.
Po pracy spokojnie do domciu. A po południu jeszcze z najmłodszym z fotelikiem wyskoczyłem na miasto. Niech mały się wkręca w świat rowerowy.
Później oczywiście trzeba było wstąpić do szkoły na zakończenie roku szkolnego do syna, aby było mu miło.
Po pracy spokojnie do domciu. A po południu jeszcze z najmłodszym z fotelikiem wyskoczyłem na miasto. Niech mały się wkręca w świat rowerowy.
Na Św. Krzyż
Sobota, 23 czerwca 2012 | dodano:25.06.2012Kategoria Pełnia szczęścia
| Dst.: | 73.65 | Off-road: | 1.25 | Czas: | 03:22 | Avg: | 21.88 |
| Vmax: | 63.00 | Temp.: | 22.0 | HRmax: | 181( 96%) | HRavg | 149( 79%) |
| Cal: | 1986kcal | ALT: | 771m | Bike: | GT | ||
Od dawna planowany wyjazd, w końcu mogliśmy zrealizować. Plany co prawda były nieco inne, bowiem mieliśmy jechać w nocy, ale i tak w sumie było świetnie. Kończyliśmy przy cudnym zachodzie słońca.
Co by nie było nudno, to razem z kolegą postanowiliśmy w jedną stronę jechać inną trasą, niż zwykle, a którą i tak planowaliśmy wracać, jako że jest szybsza.
Cała trasa: Masłów-Krajno-Kakonin-Huta Szklana-Św. Krzyż-Bieliny-Górno-Radlin-Cedzyna
Faktycznie, trasa na Św. Krzyż okazała się dość wymagająca. Liczne i strome podjazdy jednak jakoś "wchodził". Jedynie na jednym z 13% pochylenia nieco mnie zatkało, ale dalej już noga ładnie się kręciła. Najfajniejszy oczywiście sam podjazd przez Św. Krzyżem. Powoli razem dojechaliśmy na sam szczyt.
Na miejscu niestety Klasztor już zamknięty, więc po krótkim odpoczynku udaliśmy się w drogę powrotną. Słońce powoli zaczęło zachodzić, do nas co ruch dochodził zapach świeżo zerwanych truskawek, w końcu ten rejon znany jest z licznych plantacji truskawek.
Całą trasę kończyliśmy już przy pięknie zachodzącym słońcu.
Średnią wykręciliśmy nawet przyzwoitą, głównie za sprawą dość sprawnemu powrotowi, no ale skoro jedzie się z góry 63 km/h, to nie dziwne.
Co by nie było nudno, to razem z kolegą postanowiliśmy w jedną stronę jechać inną trasą, niż zwykle, a którą i tak planowaliśmy wracać, jako że jest szybsza.
Cała trasa: Masłów-Krajno-Kakonin-Huta Szklana-Św. Krzyż-Bieliny-Górno-Radlin-Cedzyna
Faktycznie, trasa na Św. Krzyż okazała się dość wymagająca. Liczne i strome podjazdy jednak jakoś "wchodził". Jedynie na jednym z 13% pochylenia nieco mnie zatkało, ale dalej już noga ładnie się kręciła. Najfajniejszy oczywiście sam podjazd przez Św. Krzyżem. Powoli razem dojechaliśmy na sam szczyt.
Na miejscu niestety Klasztor już zamknięty, więc po krótkim odpoczynku udaliśmy się w drogę powrotną. Słońce powoli zaczęło zachodzić, do nas co ruch dochodził zapach świeżo zerwanych truskawek, w końcu ten rejon znany jest z licznych plantacji truskawek.
Całą trasę kończyliśmy już przy pięknie zachodzącym słońcu.
Średnią wykręciliśmy nawet przyzwoitą, głównie za sprawą dość sprawnemu powrotowi, no ale skoro jedzie się z góry 63 km/h, to nie dziwne.
Szukając formy
Sobota, 16 czerwca 2012 | dodano:18.06.2012Kategoria Pełnia szczęścia
| Dst.: | 57.00 | Off-road: | 0.00 | Czas: | 02:52 | Avg: | 19.88 |
| Vmax: | 52.50 | Temp.: | 16.0 | HRmax: | 181( 96%) | HRavg | 153( 81%) |
| Cal: | 1339kcal | ALT: | 473m | Bike: | GT | ||
Ten tydzień cały miałem przerwę od rowerowania. Tak wyszło. A to pogoda, a to brak motywacji i chęci, a to znów konieczność poruszania się samochodem. Postanowiłem więc w sobotni poranek poszukać formy sprzed tygodnia. Pogoda zapowiadała się super, więc pobudka wcześnie rano 5.00 i już 5.20 wyjeżdżałem z garażu. Trasę zaplanowałem ambitną: do Cedzyny wzdłuż nowej S74, dalej przez Radlin do Górna, tu skręt w lewo do Św. Katarzyny. Oczywiście najbardziej zależało mi na podjeździe do Św. Katarzyny, bo o ile dobrze pamiętam to jest tego prawie 4 km. Podjazd nawet wyszedł. Kręciłem spokojnie, nie wiem czy to było szybko, ponieważ nie było jak porównać. Powrót przez Dolinę Wilkowską.
Sam dystans nieco mniejszy, ale uzupełniony jeszcze o jazdy miejsce z fotelikiem "na plecach".
A forma, no chyba wróciła, bo na następny dzień czekał mnie mały maraton.
Sam dystans nieco mniejszy, ale uzupełniony jeszcze o jazdy miejsce z fotelikiem "na plecach".
A forma, no chyba wróciła, bo na następny dzień czekał mnie mały maraton.
Praca i wieczorne górki
Wtorek, 5 czerwca 2012 | dodano:11.06.2012Kategoria Pełnia szczęścia
| Dst.: | 51.28 | Off-road: | 6.40 | Czas: | 02:47 | Avg: | 18.42 |
| Vmax: | 34.00 | Temp.: | HRmax: | (%) | HRavg | (%) | |
| Cal: | kcal | ALT: | 447m | Bike: | GT | ||
W ramach uzupełniania danych, ten wpis składa się z dwóch części. Pierwsza, to oczywiście jazda do i z pracy.
Natomiast druga, o wiele fajniejsza. Umawialiśmy się ze znajomym na wieczór, jak to ostatnio było. Ale wyszło tak, że praktycznie zaczęliśmy jeszcze "za widoku". Planu nie było, gdzie jechać. Padła propozycja wjechania na dwie fajne górki, które od czasu do czasu zaliczamy, właśnie szczególnie wieczorową porą. A więc na Skocznię i Telegraf.
Ostatnio jak tam jechaliśmy, to było całkiem ciemno. Dobrze, że tym razem tak nie było, bo moje baterie w lampce nadawały się tylko do wymiany i niewiele oświetlały.
Przyznam szczerze, że nawet dobrze mi się jechało, ponieważ aż tak bardzo nie odstawałem od znajomego, jak to było ostatnio. Mam nadzieję, że to efekt mojej lepszej kondycji, a nie słabszej mojego kumpla. Wolałbym to pierwsze rozwiązanie. Tak czy inaczej wjechaliśmy sobie na górki. A w drodze powrotnej pogadaliśmy o różnych sprawach.
Natomiast druga, o wiele fajniejsza. Umawialiśmy się ze znajomym na wieczór, jak to ostatnio było. Ale wyszło tak, że praktycznie zaczęliśmy jeszcze "za widoku". Planu nie było, gdzie jechać. Padła propozycja wjechania na dwie fajne górki, które od czasu do czasu zaliczamy, właśnie szczególnie wieczorową porą. A więc na Skocznię i Telegraf.
Ostatnio jak tam jechaliśmy, to było całkiem ciemno. Dobrze, że tym razem tak nie było, bo moje baterie w lampce nadawały się tylko do wymiany i niewiele oświetlały.
Przyznam szczerze, że nawet dobrze mi się jechało, ponieważ aż tak bardzo nie odstawałem od znajomego, jak to było ostatnio. Mam nadzieję, że to efekt mojej lepszej kondycji, a nie słabszej mojego kumpla. Wolałbym to pierwsze rozwiązanie. Tak czy inaczej wjechaliśmy sobie na górki. A w drodze powrotnej pogadaliśmy o różnych sprawach.
Odyseja Ponidziańska'11 - dzień 2
Niedziela, 2 października 2011 | dodano:05.10.2011Kategoria Zawody, Pełnia szczęścia, Inne miejscówki
| Dst.: | 96.82 | Off-road: | 35.00 | Czas: | 05:40 | Avg: | 17.09 |
| Vmax: | 54.00 | Temp.: | 21.0 | HRmax: | 170( 89%) | HRavg | 142( 74%) |
| Cal: | 3403kcal | ALT: | 698m | Bike: | GT | ||
Drugi dzień zmagań. Co przyniesie? Czy dam radę? Czy uda się ukończyć i zaliczyć wszystkie punkty? Czy uda się w końcu obronić zajmowane 10 miejsce po pierwszym etapie? Wątpliwości masa. Mobilizowałem się, jak mogłem. Trzy zdrowaśki, buzi od żony, buziaki dla synów i w drogę.
Mimo zmęczenia spałem niespokojnie. Obudziłem się wcześnie, co w sumie dobrze wyszło. Miałem czas na nasmarowanie łańcucha po wczorajszych piachach i pyłach. Jeśli już wspomniałem o podłożu, po którym wczoraj jeździliśmy, to coś dziwnego to było, bowiem nie piasek, a jakiś pył. Rower się nie zapadał i można było po tym jechać. Ale kurzyło się strasznie. Musiałem w pewnym momencie nieco zwiększyć dystans do Zenka, ponieważ nie wiedziałem, gdzie jadę.
Dzień drugi zmagań oczywiście pełen niepokoju. Wiedziałem, że ciężko będzie pokonać te 80 km, które organizatorzy zapowiadali w oficjalnych komunikatach. Jak tylko usłyszałem, że jest do pokonania 90 km, to zesztywniałem z wrażenia. Jak ja, po wczorajszych prawie 115 km., dziś dam radę przejechać ponownie prawie taką samą odległość. Wiedziałem bowiem, że nie byłem przygotowany na długodystansowe przebiegi.
Nie przyznawałem się również nikomu, ale obawiałem się o kolano, które to stłukłem sobie podczas zeszłorocznej odysei. A momentami boli do tej pory. Ale nic, trzeba jechać i stanąć na starcie drugiego etapu.
Ponieważ wczoraj „widziałem ciemność”, postanowiłem więc jechać bez okularów, co jak się miejscami okazało, że nie było to dobrym pomysłem. Prawda jest taka, że przed startem musiałem jeszcze wrócić do samochodu i wówczas musiałem schować okulary do plecaka i o nich zapomniałem.
Tym razem kolejność zaliczania punktów była obowiązkowa, więc rozdawanie map było jakieś 4 min. przed startem. Ja sobie zobaczyłem tylko, gdzie my to mamy jechać i jak zwykle schowałem mapkę do plecaka. Przecież nie będę się wygłupiał i wymyślał jakiś rozwiązań, bo wiem, że Zenek jest świetnym nawigatorem.
"Start" - słyszymy nagle. Więc prawie na końcu pomknęliśmy na trasę. Kolejność obowiązkowa, ale i tak na pierwszym skrzyżowaniu peleton podzielił się na dwie grupki. Każdy myślał, że ma najlepszą wersję trasy.

My dobrze wystartowaliśmy. Mnie jakoś również dobrze się jechało. Już na samym pierwszym podjeździe rozłączyliśmy się z Pawłem, którego później zobaczyliśmy jeszcze mijając się na trasie kilka razy.
Pierwszy punkt i … wszyscy go szukają: „to nie ta przecinka”. Zenek jakoś nie miał z tym problemów. Wiedział, że trzeba nieco dalej pojechać, a ja zanim. Później kolejne punkty. Ja już nie jechałem tak żwawo jak dnia pierwszego. Niestety już czułem ponownie nogi, ale co innego jednak było do samego końca największym problemem – bolący tyłek. Już mniej więcej od ok. 35 km. zacząłem dość mocno odczuwać skutki długiego siedzenia i podskakiwania na siodełku. Jednak mój tyłek nie był przygotowany na takie katorgi. Ale trudno, przecież to głupia wymówka wycofać się z powodu tyłka.

Poza tym właśnie drugiego dnia odzywało się bolące kolano, co uniemożliwiało mi mocne naciskanie na pedał. A niestety, tym razem więcej było dość piaszczystych leśnych i polnych dróg, gdzie, aby się nie zakopać trzeba było mocniej kręcić. Na dodatek mój ciężki rower tylko potęgował skalę problemu.
W tym wszystkim całe szczęście, że Szefu jest wyrozumiały i nie napier…. za lenistwo, czy inne takie. Owszem poganiał, ale tak raczej motywacyjnie. Ja wiem, że „du… się nie kręci”, ale jednak to duży dyskomfort w jeździe i to nie daje już takiej satysfakcji. Co chwila, co kolejny PK, pytałem jeszcze, to ile do końca. I tak odliczałem, jeszcze cztery, trzy, o jak dobrze, że tylko dwa punkty. Martwił mnie jednak ten ostatni, bowiem wiedziałem, że będzie trudny z długim podjazdem.

Wjechałem na ten cholerny PK12, nie kryjąc zadowolenia z samego faktu zbliżającej się mety. W sumie sam podjazd bardzo fajny i praktycznie w całości do wjechania. Dopiero teraz w pełni doceniłem zalety nowo założonej, większej kasety. Wiedziałem, że teraz to tylko zjazd do samej mety. Kiedy faktycznie zjechaliśmy trudnym technicznie zjazdem, to zdziwiłem się, że nie jesteśmy jeszcze w centrum Pińczowa. Kurde, gdzie ta meta, gdzie to miasto. Jednak i to wkrótce nastąpiło. Wpadliśmy na uprawnioną metę. Mogłem w końcu zsiąść z siodełka. Uf, jaka ulga.


PODSUMOWANIE.
Impreza udana i jak zwykle bardzo fajna. Szczerze mówiąc, jestem zadowolony z udziału. Co prawda, ciężki był on dla mnie, ale udało się zrealizować moje założenia. Całą imprezę ukończyliśmy na 9 miejscu, więc udało się jeszcze poprawić jedną lokatę w stosunku do pierwszego dnia. Poprawiliśmy też i wynik z zeszłego roku, jak i byliśmy w pierwszej dziesiątce. Jak się później okazało, to kluczem do sukcesu była dobra nawigacja, ponieważ pod sam koniec uciekaliśmy grupie kilku ekip, które to po jakimś czasie po nas, wpadły razem na metę.
Wiem, że gdyby moje przygotowanie było lepsze, to można było jeszcze urwać jakieś 2 miejsca. Ale, sam udział zaliczam do udanych. Wiem, co należy zmienić do następnego razu. Jeśli będzie mi dane uczestniczyć w kolejnej imprezie, to w pierwszej kolejności muszę wymienić sprzęt i ewentualnie wygodne siodełko. Choćby kanapa.
Jednocześnie chciałem podziękować kolegom z ekipy: Pawłowi, a szczególnie Zenkowi, bo bez niego nie byłoby mnie tam i nie przeżyłbym ciekawej przygody. Dziękuję za jego przewodnictwo, wspaniałą nawigację, dzięki której udało się osiągnąć dobry wynik. Dzięki jednak szczególne za wyrozumiałość.
A tak wygląda strup, jaki mam teraz na tyłku.

A tu relacja z pierwszego dnia.
Mimo zmęczenia spałem niespokojnie. Obudziłem się wcześnie, co w sumie dobrze wyszło. Miałem czas na nasmarowanie łańcucha po wczorajszych piachach i pyłach. Jeśli już wspomniałem o podłożu, po którym wczoraj jeździliśmy, to coś dziwnego to było, bowiem nie piasek, a jakiś pył. Rower się nie zapadał i można było po tym jechać. Ale kurzyło się strasznie. Musiałem w pewnym momencie nieco zwiększyć dystans do Zenka, ponieważ nie wiedziałem, gdzie jadę.
Dzień drugi zmagań oczywiście pełen niepokoju. Wiedziałem, że ciężko będzie pokonać te 80 km, które organizatorzy zapowiadali w oficjalnych komunikatach. Jak tylko usłyszałem, że jest do pokonania 90 km, to zesztywniałem z wrażenia. Jak ja, po wczorajszych prawie 115 km., dziś dam radę przejechać ponownie prawie taką samą odległość. Wiedziałem bowiem, że nie byłem przygotowany na długodystansowe przebiegi.
Nie przyznawałem się również nikomu, ale obawiałem się o kolano, które to stłukłem sobie podczas zeszłorocznej odysei. A momentami boli do tej pory. Ale nic, trzeba jechać i stanąć na starcie drugiego etapu.
Ponieważ wczoraj „widziałem ciemność”, postanowiłem więc jechać bez okularów, co jak się miejscami okazało, że nie było to dobrym pomysłem. Prawda jest taka, że przed startem musiałem jeszcze wrócić do samochodu i wówczas musiałem schować okulary do plecaka i o nich zapomniałem.
Tym razem kolejność zaliczania punktów była obowiązkowa, więc rozdawanie map było jakieś 4 min. przed startem. Ja sobie zobaczyłem tylko, gdzie my to mamy jechać i jak zwykle schowałem mapkę do plecaka. Przecież nie będę się wygłupiał i wymyślał jakiś rozwiązań, bo wiem, że Zenek jest świetnym nawigatorem.
"Start" - słyszymy nagle. Więc prawie na końcu pomknęliśmy na trasę. Kolejność obowiązkowa, ale i tak na pierwszym skrzyżowaniu peleton podzielił się na dwie grupki. Każdy myślał, że ma najlepszą wersję trasy.

Start do drugiego etapu.© Toma szek
My dobrze wystartowaliśmy. Mnie jakoś również dobrze się jechało. Już na samym pierwszym podjeździe rozłączyliśmy się z Pawłem, którego później zobaczyliśmy jeszcze mijając się na trasie kilka razy.
Pierwszy punkt i … wszyscy go szukają: „to nie ta przecinka”. Zenek jakoś nie miał z tym problemów. Wiedział, że trzeba nieco dalej pojechać, a ja zanim. Później kolejne punkty. Ja już nie jechałem tak żwawo jak dnia pierwszego. Niestety już czułem ponownie nogi, ale co innego jednak było do samego końca największym problemem – bolący tyłek. Już mniej więcej od ok. 35 km. zacząłem dość mocno odczuwać skutki długiego siedzenia i podskakiwania na siodełku. Jednak mój tyłek nie był przygotowany na takie katorgi. Ale trudno, przecież to głupia wymówka wycofać się z powodu tyłka.

Przepiękne drogi Ponidzia.© Zenek
Poza tym właśnie drugiego dnia odzywało się bolące kolano, co uniemożliwiało mi mocne naciskanie na pedał. A niestety, tym razem więcej było dość piaszczystych leśnych i polnych dróg, gdzie, aby się nie zakopać trzeba było mocniej kręcić. Na dodatek mój ciężki rower tylko potęgował skalę problemu.
W tym wszystkim całe szczęście, że Szefu jest wyrozumiały i nie napier…. za lenistwo, czy inne takie. Owszem poganiał, ale tak raczej motywacyjnie. Ja wiem, że „du… się nie kręci”, ale jednak to duży dyskomfort w jeździe i to nie daje już takiej satysfakcji. Co chwila, co kolejny PK, pytałem jeszcze, to ile do końca. I tak odliczałem, jeszcze cztery, trzy, o jak dobrze, że tylko dwa punkty. Martwił mnie jednak ten ostatni, bowiem wiedziałem, że będzie trudny z długim podjazdem.

Dobra mina do złej gry.© Zenek
Wjechałem na ten cholerny PK12, nie kryjąc zadowolenia z samego faktu zbliżającej się mety. W sumie sam podjazd bardzo fajny i praktycznie w całości do wjechania. Dopiero teraz w pełni doceniłem zalety nowo założonej, większej kasety. Wiedziałem, że teraz to tylko zjazd do samej mety. Kiedy faktycznie zjechaliśmy trudnym technicznie zjazdem, to zdziwiłem się, że nie jesteśmy jeszcze w centrum Pińczowa. Kurde, gdzie ta meta, gdzie to miasto. Jednak i to wkrótce nastąpiło. Wpadliśmy na uprawnioną metę. Mogłem w końcu zsiąść z siodełka. Uf, jaka ulga.

Na mecie z dyplomem.© Robert

Powrót do domu.© Zenek
PODSUMOWANIE.
Impreza udana i jak zwykle bardzo fajna. Szczerze mówiąc, jestem zadowolony z udziału. Co prawda, ciężki był on dla mnie, ale udało się zrealizować moje założenia. Całą imprezę ukończyliśmy na 9 miejscu, więc udało się jeszcze poprawić jedną lokatę w stosunku do pierwszego dnia. Poprawiliśmy też i wynik z zeszłego roku, jak i byliśmy w pierwszej dziesiątce. Jak się później okazało, to kluczem do sukcesu była dobra nawigacja, ponieważ pod sam koniec uciekaliśmy grupie kilku ekip, które to po jakimś czasie po nas, wpadły razem na metę.
Wiem, że gdyby moje przygotowanie było lepsze, to można było jeszcze urwać jakieś 2 miejsca. Ale, sam udział zaliczam do udanych. Wiem, co należy zmienić do następnego razu. Jeśli będzie mi dane uczestniczyć w kolejnej imprezie, to w pierwszej kolejności muszę wymienić sprzęt i ewentualnie wygodne siodełko. Choćby kanapa.
Jednocześnie chciałem podziękować kolegom z ekipy: Pawłowi, a szczególnie Zenkowi, bo bez niego nie byłoby mnie tam i nie przeżyłbym ciekawej przygody. Dziękuję za jego przewodnictwo, wspaniałą nawigację, dzięki której udało się osiągnąć dobry wynik. Dzięki jednak szczególne za wyrozumiałość.
A tak wygląda strup, jaki mam teraz na tyłku.

Strup na tyłku.© Robert
A tu relacja z pierwszego dnia.
Odyseja Ponidziańska'11 - dzień 1
Sobota, 1 października 2011 | dodano:05.10.2011Kategoria Inne miejscówki, Pełnia szczęścia, Zawody
| Dst.: | 114.81 | Off-road: | 45.00 | Czas: | 07:01 | Avg: | 16.36 |
| Vmax: | 56.00 | Temp.: | 27.0 | HRmax: | 190(100%) | HRavg | 165( 86%) |
| Cal: | 5298kcal | ALT: | 1129m | Bike: | GT | ||
Wyjazdem na kolejną edycję odysei żyłem już od jakiegoś czasu. Mniej więcej miesiąc wcześniej, pomimo mojej zeszłorocznej słabości, mój drużynowy partner Zenek ponownie złożył mi … stosowną propozycję. „STARTUJEMY RAZEM”. Nie powiem, ucieszyło mnie to, ale nerwy się zaczęły. Niestety pomimo moich chęci nie udało się ani wymienić sprzętu, a tym bardziej odpowiednio kondycyjnie przygotować. Ale byłem dobrej myśli.
Po cichu chciałem poprawić naszą lokatę z zeszłego roku. A tak jeszcze ciszej, to chciałem być w pierwszej 10. Na nic więcej raczej nie mogłem liczyć, przynajmniej ja. Niestety. „dziadki” mają już swoje miejsce w szeregu.
No ale, pozwolenie w domu uzyskałem, więc pewnie jedziemy na imprezę. Wcześniej oczywiście jeszcze przygotowania, nowa oponka, zakupy suchego prowiantu. Trzeba było „odkurzyć” bukłak na picie. No i jedziemy.

Przyjazd do Pińczowa, gdzie tym razem była organizowana Odyseja Ponidziańska.

Od tego roku organizatorzy postanowili umożliwić start pojedynczym zawodnikom, dzięki czemu pojechaliśmy w trzech: Paweł jako SOLO, no i Zenek – jako Szefu i ja – jako Ogon. Na przygotowania do startu było nieco czasu, więc nie było paniki. W końcu ustawiliśmy się na placu startowym, czekając na rozdawanie map.

Tym razem odbyło się to 15 min. przed startem, co było dobrym posunięciem, bo umożliwiło wybranie odpowiedniego wariantu przejazdu. Ja jak zwykle popatrzyłem sobie na mapę, że taka ładna i kolorowa z zaznaczonymi jakimiś punkcikami. Ucieszyłem się szczególnie na jeden, przy którym było napisane BUFET. Po czym ładnie złożyłem i schowałem do kieszonki koszulki.
Zenek ustalił kierunek, pierwszy zakręt i … w drogę.
Zaczęło się, zaczęła się przygoda.
Pierwsze dwa punkty 13, 14 poszły nam jakoś łatwo. Pominę może kwestię przeskakiwania dwukrotnie bramy i ogrodzenia. Szefu kazał, więc nie było wyjścia. Pytam się, a co to jest, że ogrodzone. W odpowiedzi słyszę: „a jakaś szkółka leśna”. No OK, jak szkółka, to szkółka. Nagle widzimy jakieś zabudowania i zamkniętą bramę na potężną kłódkę. Widać Zenkowi brakowało czegoś z AR, więc i tym razem przez płot. Kiedy jako ostatni przeskakiwałem, nagle krzyczy do nas jakiś facet. Człowiek nie miał czasu się zastanawiać, ale gdyby tam nagle jakiś doberman czy inny bulterier wybiegł zza zabudowań?
Kolej przyszła na PK12. Dojazd do tego punktu zapamiętałem jako dość długi i pod dość silny wiatr. Na tym dojeździe jakoś zgubiliśmy się z Pawłem, ale o dziwo po zaliczeniu punktu ponownie wjechaliśmy na siebie. Od tego momentu staraliśmy się trzymać razem. Później co prawda koledzy chcieli koniecznie mnie zgubić. Ale nie dawałem się, goniłem za nimi. Szefu wiadomo, na luzaka wjeżdżał sobie pod wzniesienia. Miał czas na robienie zdjęć, podziwianie „Natury 2000”, czy jedzonko. A ja, jak tylko dojechałem, to ani chwili możliwości odpoczynku. „Jedziemy dalej”. No to jedziemy.

I właśnie tak jechałem, jak w amoku. Nawet nie pamiętam jakimi drogami, ścieżkami. Tylko na chwilę udawało mi się gdzieś rozejrzeć, aby zobaczyć jak fajnymi wąwozami jechaliśmy, między drzewami czy pokrzywami po pachy.

Jechałem tak, czekając na ten upragniony PK5 z bufetem. Na jakimś podjeździe jakoś ciemno mi się zrobiło przed oczami. Myślę sobie, że to pewnie dlatego, że mam ciemne okulary, ponieważ pogoda była cudna, iście letnia. Ale podniosłem okulary lekko do góry i … dalej ciemno.

W końcu bufet. Będzie czas na uzupełnienie płynów i zjedzenie bułki słodkiej. Guzik, też nie było czasu. Bułkę jadłem jadąc rowerem. Dobrze, że uzupełniłem wodę w bukłaku, bo pewnie by mi nie wystarczyło do samej mety.
Przydała mi się ta zjedzona bułka, bowiem później musieliśmy gonić do PK5, ponieważ był zamykany. Ciężko mi było, ale jakoś prawie na styk udało się podbić kartkę. A ja już zacząłem zadawać pytania: „kiedy jedziemy do domu”. Odczuwałem już dość mocno pokonany dystans. Bolały mnie mięśnie i pachwiny. A i tyłek zaczął również dokuczać. Może dlatego Szefu zaaplikował nam fragment na piechotę przez zaorane pola. Początkowo było fajnie, taka ulga dla siedzenia i w końcu człowiek był wyprostowany. A że Zenek szybciej chodzi, niż jeździ, więc skutkiem tego było, że część musiałem podbiec.
No ale chyba było to na tyle potrzebne mojemu organizmowi, że samą końcówkę spiąłem się i pognaliśmy już do samej mety, gdzieś gubiąc pod drodze Pawła.
W końcu po niewiele ponad 7,5 godzinach jazdy, wpadliśmy na metę. Paweł za kilka minut do nas dołączył.
Obolały i zmęczony wróciłem do domu, do swojego łóżeczka. Wiedziałem, że jutro czeka nas nie mniejsze wyzwanie.
Po cichu chciałem poprawić naszą lokatę z zeszłego roku. A tak jeszcze ciszej, to chciałem być w pierwszej 10. Na nic więcej raczej nie mogłem liczyć, przynajmniej ja. Niestety. „dziadki” mają już swoje miejsce w szeregu.
No ale, pozwolenie w domu uzyskałem, więc pewnie jedziemy na imprezę. Wcześniej oczywiście jeszcze przygotowania, nowa oponka, zakupy suchego prowiantu. Trzeba było „odkurzyć” bukłak na picie. No i jedziemy.

Znajdź różnice - nowa oponka.© Robert
Przyjazd do Pińczowa, gdzie tym razem była organizowana Odyseja Ponidziańska.

"Wodne rowery"© Robert
Od tego roku organizatorzy postanowili umożliwić start pojedynczym zawodnikom, dzięki czemu pojechaliśmy w trzech: Paweł jako SOLO, no i Zenek – jako Szefu i ja – jako Ogon. Na przygotowania do startu było nieco czasu, więc nie było paniki. W końcu ustawiliśmy się na placu startowym, czekając na rozdawanie map.

Walka o mapy.© Toma szek
Tym razem odbyło się to 15 min. przed startem, co było dobrym posunięciem, bo umożliwiło wybranie odpowiedniego wariantu przejazdu. Ja jak zwykle popatrzyłem sobie na mapę, że taka ładna i kolorowa z zaznaczonymi jakimiś punkcikami. Ucieszyłem się szczególnie na jeden, przy którym było napisane BUFET. Po czym ładnie złożyłem i schowałem do kieszonki koszulki.
Zenek ustalił kierunek, pierwszy zakręt i … w drogę.
Zaczęło się, zaczęła się przygoda.
Pierwsze dwa punkty 13, 14 poszły nam jakoś łatwo. Pominę może kwestię przeskakiwania dwukrotnie bramy i ogrodzenia. Szefu kazał, więc nie było wyjścia. Pytam się, a co to jest, że ogrodzone. W odpowiedzi słyszę: „a jakaś szkółka leśna”. No OK, jak szkółka, to szkółka. Nagle widzimy jakieś zabudowania i zamkniętą bramę na potężną kłódkę. Widać Zenkowi brakowało czegoś z AR, więc i tym razem przez płot. Kiedy jako ostatni przeskakiwałem, nagle krzyczy do nas jakiś facet. Człowiek nie miał czasu się zastanawiać, ale gdyby tam nagle jakiś doberman czy inny bulterier wybiegł zza zabudowań?
Kolej przyszła na PK12. Dojazd do tego punktu zapamiętałem jako dość długi i pod dość silny wiatr. Na tym dojeździe jakoś zgubiliśmy się z Pawłem, ale o dziwo po zaliczeniu punktu ponownie wjechaliśmy na siebie. Od tego momentu staraliśmy się trzymać razem. Później co prawda koledzy chcieli koniecznie mnie zgubić. Ale nie dawałem się, goniłem za nimi. Szefu wiadomo, na luzaka wjeżdżał sobie pod wzniesienia. Miał czas na robienie zdjęć, podziwianie „Natury 2000”, czy jedzonko. A ja, jak tylko dojechałem, to ani chwili możliwości odpoczynku. „Jedziemy dalej”. No to jedziemy.

Szefu goni do PK12.© Robert
I właśnie tak jechałem, jak w amoku. Nawet nie pamiętam jakimi drogami, ścieżkami. Tylko na chwilę udawało mi się gdzieś rozejrzeć, aby zobaczyć jak fajnymi wąwozami jechaliśmy, między drzewami czy pokrzywami po pachy.

Wąwozy ponidziańskie.© Robert
Jechałem tak, czekając na ten upragniony PK5 z bufetem. Na jakimś podjeździe jakoś ciemno mi się zrobiło przed oczami. Myślę sobie, że to pewnie dlatego, że mam ciemne okulary, ponieważ pogoda była cudna, iście letnia. Ale podniosłem okulary lekko do góry i … dalej ciemno.

Chwila odpoczynku w lesie.© Robert
W końcu bufet. Będzie czas na uzupełnienie płynów i zjedzenie bułki słodkiej. Guzik, też nie było czasu. Bułkę jadłem jadąc rowerem. Dobrze, że uzupełniłem wodę w bukłaku, bo pewnie by mi nie wystarczyło do samej mety.
Przydała mi się ta zjedzona bułka, bowiem później musieliśmy gonić do PK5, ponieważ był zamykany. Ciężko mi było, ale jakoś prawie na styk udało się podbić kartkę. A ja już zacząłem zadawać pytania: „kiedy jedziemy do domu”. Odczuwałem już dość mocno pokonany dystans. Bolały mnie mięśnie i pachwiny. A i tyłek zaczął również dokuczać. Może dlatego Szefu zaaplikował nam fragment na piechotę przez zaorane pola. Początkowo było fajnie, taka ulga dla siedzenia i w końcu człowiek był wyprostowany. A że Zenek szybciej chodzi, niż jeździ, więc skutkiem tego było, że część musiałem podbiec.
No ale chyba było to na tyle potrzebne mojemu organizmowi, że samą końcówkę spiąłem się i pognaliśmy już do samej mety, gdzieś gubiąc pod drodze Pawła.
W końcu po niewiele ponad 7,5 godzinach jazdy, wpadliśmy na metę. Paweł za kilka minut do nas dołączył.
Obolały i zmęczony wróciłem do domu, do swojego łóżeczka. Wiedziałem, że jutro czeka nas nie mniejsze wyzwanie.
Maraton ŚLR - Bieliny
Niedziela, 4 września 2011 | dodano:05.09.2011Kategoria Pełnia szczęścia, Zawody
| Dst.: | 50.82 | Off-road: | 41.16 | Czas: | 03:37 | Avg: | 14.05 |
| Vmax: | 48.50 | Temp.: | 25.0 | HRmax: | 192(101%) | HRavg | 171( 90%) |
| Cal: | 2862kcal | ALT: | 938m | Bike: | GT | ||
Oj, dawno nie czułem tego dreszczyku emocji, związanego ze startem w kolejnych zawodach, w kolejnym maratonie. Co prawda mam za sobą w tym roku jeden start, ale to jako tylko osoba towarzysząca dla syna, dla którego był to pierwszy poważny start.
Podchodziłem do tego startu nieco z rezerwą. Maraton z Bielinach, okrzyknięty był jako najtrudniejszy w całym cyklu Świętokrzyskiej Ligi Rowerowej MTBCross Maraton. Organizatorzy zapowiadali, że "będzie co jechać". I faktycznie, tak było.
Na start dojechaliśmy w miarę o czasie (tym razem pojechałem razem ze swoim kumplem z ekipy Motyla noga). W pierwszej chwili ciężko nam było trafić na miejsce startu, ponieważ nie było żadnego oznakowania. Trafiliśmy nawet na parking kościelny. Ale jak już udało się, oczywiście w pierwszej kolejności trzeba było swoje odstać w kolejce do biura zawodów, po numer i chipa.
Kiedy wszystko udało się załatwić, przygotowania zajęły nam chwilkę więc mogliśmy nieco czasu poświęcić na luźne kręcenie (niby rozgrzewka).
W końcu nastąpiła długo oczekiwana chwila startu. Startowym był sam Tomasz Brożyna, były kolarz zawodowy, których pochodzi właśnie z Bielin.
Ludzi sporo, początkowo jazda za wozem policyjnym wolną, całą ławą. Później skręt i lekki podjazd. Lekki, ponieważ niestety nie wystarczył, aby stawka się rozciągnęła i do lasu w wąskie i kręte ścieżynki wpadliśmy całą grupą. Efekt taki, że jak już ktoś się wyłożył, to reszta stała i czekała, aż gość się pozbiera. Mnie jakoś się początkowo udaje i kręci mi się "tak jak wszyscy". Dopadamy w końcu pierwszej szerszej drogi, fajna szutrówka. Tak dało się w końcu nieco pojechać.
Moje pierwsze problemy zaczęły się już na pierwszym podjeździe, gdzie był fragment dość wąski i jednocześnie błotnisty i śliski. Niestety, moje oponki temu nie podołały i szybko zostałem w tyle. Nawet wskoczenie na rower było problemem, bo akurat jechał sznur ludzi i nie było miejsca, aby była dziura. Tak minęło mnie może z 15 zawodników.
Kiedy już znalazłem się na szlaku, zacząłem kręcić swoje. Nawet fajnie mi się jechało. Późnej prawie wszystkie podjazdy udawało się wjechać. Co nie powiem, ale mnie dziwiło. Nogi fajnie się kręciły. Zrezygnowałem jedynie, jak nachylenie osiągnęło 23% (tak przynajmniej pokazywał mój licznik). Tak więc odpuściłem ten fragment, bo i nie było sensu, ze względu na dość sporo luźnych kamieni. Moje oponki znów nie dały rady.
Już później, od mniej więcej ok. 20 km, praktycznie jechałem sam. Co jednak zbytnio mi nie przeszkadzało. Fajnie się jechało. Ok. 40 km, jakieś skurcze dawały znak o sobie, ale starałem się na to nie zważać. Choć przyznam, że byłem już mocno zmęczony. Na domiar złego, tuż przed wjazdem na ostatni asfaltowy odcinek dojazdowy do mety, na zjeździe, nie zauważyłem koleiny i wylądowałem w krzakach. Nieźle bolało, ale nic poważnego się na szczęście nie stało.
Do mety dojechałem po prawie 4 godz. jazdy. Założenie poniżej 4 h zostało spełnione.
Fajna impreza, fajna jazda i to się liczy.
A poniżej zostałem uchwycony na zdjęciach, dzięki uprzejmości Moniki NN, która jest autorem tych zdjęć 1, 2, 3.
Podchodziłem do tego startu nieco z rezerwą. Maraton z Bielinach, okrzyknięty był jako najtrudniejszy w całym cyklu Świętokrzyskiej Ligi Rowerowej MTBCross Maraton. Organizatorzy zapowiadali, że "będzie co jechać". I faktycznie, tak było.
Na start dojechaliśmy w miarę o czasie (tym razem pojechałem razem ze swoim kumplem z ekipy Motyla noga). W pierwszej chwili ciężko nam było trafić na miejsce startu, ponieważ nie było żadnego oznakowania. Trafiliśmy nawet na parking kościelny. Ale jak już udało się, oczywiście w pierwszej kolejności trzeba było swoje odstać w kolejce do biura zawodów, po numer i chipa.
Kiedy wszystko udało się załatwić, przygotowania zajęły nam chwilkę więc mogliśmy nieco czasu poświęcić na luźne kręcenie (niby rozgrzewka).
W końcu nastąpiła długo oczekiwana chwila startu. Startowym był sam Tomasz Brożyna, były kolarz zawodowy, których pochodzi właśnie z Bielin.
Ludzi sporo, początkowo jazda za wozem policyjnym wolną, całą ławą. Później skręt i lekki podjazd. Lekki, ponieważ niestety nie wystarczył, aby stawka się rozciągnęła i do lasu w wąskie i kręte ścieżynki wpadliśmy całą grupą. Efekt taki, że jak już ktoś się wyłożył, to reszta stała i czekała, aż gość się pozbiera. Mnie jakoś się początkowo udaje i kręci mi się "tak jak wszyscy". Dopadamy w końcu pierwszej szerszej drogi, fajna szutrówka. Tak dało się w końcu nieco pojechać.
Moje pierwsze problemy zaczęły się już na pierwszym podjeździe, gdzie był fragment dość wąski i jednocześnie błotnisty i śliski. Niestety, moje oponki temu nie podołały i szybko zostałem w tyle. Nawet wskoczenie na rower było problemem, bo akurat jechał sznur ludzi i nie było miejsca, aby była dziura. Tak minęło mnie może z 15 zawodników.
Kiedy już znalazłem się na szlaku, zacząłem kręcić swoje. Nawet fajnie mi się jechało. Późnej prawie wszystkie podjazdy udawało się wjechać. Co nie powiem, ale mnie dziwiło. Nogi fajnie się kręciły. Zrezygnowałem jedynie, jak nachylenie osiągnęło 23% (tak przynajmniej pokazywał mój licznik). Tak więc odpuściłem ten fragment, bo i nie było sensu, ze względu na dość sporo luźnych kamieni. Moje oponki znów nie dały rady.
Już później, od mniej więcej ok. 20 km, praktycznie jechałem sam. Co jednak zbytnio mi nie przeszkadzało. Fajnie się jechało. Ok. 40 km, jakieś skurcze dawały znak o sobie, ale starałem się na to nie zważać. Choć przyznam, że byłem już mocno zmęczony. Na domiar złego, tuż przed wjazdem na ostatni asfaltowy odcinek dojazdowy do mety, na zjeździe, nie zauważyłem koleiny i wylądowałem w krzakach. Nieźle bolało, ale nic poważnego się na szczęście nie stało.
Do mety dojechałem po prawie 4 godz. jazdy. Założenie poniżej 4 h zostało spełnione.
Fajna impreza, fajna jazda i to się liczy.
A poniżej zostałem uchwycony na zdjęciach, dzięki uprzejmości Moniki NN, która jest autorem tych zdjęć 1, 2, 3.

Na trasie© dzięki uprzejmości Moniki NN
Nocny Telegraf
Piątek, 26 sierpnia 2011 | dodano:27.08.2011Kategoria Pełnia szczęścia, W blasku księżyca
| Dst.: | 50.61 | Off-road: | 7.28 | Czas: | 02:59 | Avg: | 16.96 |
| Vmax: | 45.50 | Temp.: | 23.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 489m | Bike: | GT | ||
Na początek rowerem do pracy. To chyba ostatni raz, przynajmniej w okresie wakacji. Później wszystko będzie uzależnione od planu lekcji.
Pa pracy trzeba było zasuwać do domu, pomimo upału.
No a wieczorem ... Znów umówiliśmy się z kumplem na jazdę nocną. Ale tym razem miało być nieco terenu. Plany były takie, aby spokojnie dojechać ścieżką rowerową na Stadion, tam wjazd na szczyt, zjazd do asfaltówki, a później wjazd na Telegraf.
"Fajnie" się zaczęło, ponieważ złapałem kapcia. Coś w ostatnio nie mamy szczęścia do kapci. Poprzednim razem złapał kolega, a teraz ja. Jednak ja mu wcale tego nie pozazdrościłem. No cóż, miałem zapas, więc "szybka" zmiana, coby nie wypaść z wprawy. Tak więc od tego momentu nie mieliśmy wcale zapasu. No trudno.
Jazda była fajna. Nocny teren też jest ciekawy, jednak szybko się nie pojedzie. No i ta większa koncentracja i wpatrywanie się przed siebie.
Na Stadionie miałem w dwóch miejscach problem, ale i kamienie i zbyt stromo było. Natomiast Telegraf bez przerw. To mnie cieszy i nawet dobrze mi się wjeżdżało. Ale przydało by się wymienić zębatki, na nieco większe.
Pod koniec jazdy zerknąłem na licznik i musiałem jeszcze nieco pokręcić się po osiedlu, aby z tego wyjazdu zrobiła się pełnia szczęścia.
Pa pracy trzeba było zasuwać do domu, pomimo upału.
No a wieczorem ... Znów umówiliśmy się z kumplem na jazdę nocną. Ale tym razem miało być nieco terenu. Plany były takie, aby spokojnie dojechać ścieżką rowerową na Stadion, tam wjazd na szczyt, zjazd do asfaltówki, a później wjazd na Telegraf.
"Fajnie" się zaczęło, ponieważ złapałem kapcia. Coś w ostatnio nie mamy szczęścia do kapci. Poprzednim razem złapał kolega, a teraz ja. Jednak ja mu wcale tego nie pozazdrościłem. No cóż, miałem zapas, więc "szybka" zmiana, coby nie wypaść z wprawy. Tak więc od tego momentu nie mieliśmy wcale zapasu. No trudno.
Jazda była fajna. Nocny teren też jest ciekawy, jednak szybko się nie pojedzie. No i ta większa koncentracja i wpatrywanie się przed siebie.
Na Stadionie miałem w dwóch miejscach problem, ale i kamienie i zbyt stromo było. Natomiast Telegraf bez przerw. To mnie cieszy i nawet dobrze mi się wjeżdżało. Ale przydało by się wymienić zębatki, na nieco większe.
Pod koniec jazdy zerknąłem na licznik i musiałem jeszcze nieco pokręcić się po osiedlu, aby z tego wyjazdu zrobiła się pełnia szczęścia.
Rzucone wyzwanie
Czwartek, 2 czerwca 2011 | dodano:03.06.2011Kategoria Pełnia szczęścia, W blasku księżyca
| Dst.: | 56.27 | Off-road: | 1.00 | Czas: | 02:46 | Avg: | 20.34 |
| Vmax: | 64.50 | Temp.: | 20.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 598m | Bike: | GT | ||
Jakiś tydzień temu znajomy z drużyny Zenek rzucił hasło, że wynalazł jeden świetny podjazd, chyba najtrudniejszy w rejonie Gór Świętokrzyskich. Tym samym rzucił wyzwanie mnie i jeszcze jednemu znajomemu z ekipy - Pawłowi. "Podjedziecie?"
No cóż było robić. "Im ciężej, tym przyjemniej" - tak brzmi moje motto. Ponieważ jedyną możliwością naszego wspólnego spotkania, to był wieczór, więc padło na wczorajszy wieczór.
Pogoda dopisała, ponieważ było idealnie na rower. Do tego podjazdu musieliśmy jakoś dotrzeć, a niestety trzeba było nieco pokonać dystansu. Jednak, aby nie jechać w jedną i drugą stronę tą samą drogą, koledzy wybrali jeszcze jedną spinaczkę, tym razem leśnymi ścieżkami. W sumie: byłem zachwycony tym podjazdem. Pominę fakt, że jechaliśmy tylko na latarki, co było sporym dla mnie przeżyciem, ponieważ po lesie w nocy jeździłem po raz pierwszy. Podjazd również fajny. Ja nieco ślizgałem się na swoich już łysawych oponkach, ale jakoś dałem radę.
Później był dość długi zjazd, gdzie można było odpocząć przed zbliżającym się podjazdem. No i w końcu skręt w lewo i początkowo łagodnie pod górę. Jednak za chwilę było coraz stromiej. W końcu pojawiły się i serpentyny, prawie jak na Giro ostatnim. Zenek oczywiście wypruł do przodu, bo to młokos. Zresztą sam rzucił wyzwanie, to nie wypadało się wlec na końcu. Albo co gorsza, nie podjechać. Za nim skoczył Paweł, który już raz robił "podejście", w przenośni i dosłownie, pod ten podjazd. No a ja na końcu. Czemu, a sam nie wiem, ale faktycznie, ciężko się jechało. Po tym podjeździe obiecałem sobie, że przy najbliższej okazji zmienię sobie tryb na bardziej górski z największą tarczą 34.
W sumie wszystkim udało się w całości podjechać. Mnie nogi ciężko kręciły pod górę. Na szczycie sprawdziłem, że maksymalne nachylenie, to było 18%. Krótki odpoczynek na górze. Łyk wody, chwila radości w pokonanej góry i w dół. A zjazd fantastyczny. Na początku trzeba było uważać na serpentyny, aby nie wylecieć z drogi. Ale później było już bardziej płasko i można było pognać prawie 65 km/h.
Cel zrealizowany. Teraz trzeba było jeszcze wrócić do domu. Początkowo też było pod górkę, a mnie jakoś zaczął dopadać kryzys. Dobrze, że od Św. Katarzyny było lekko z górki, więc jechało się spokojnie. Chłopaki było jakiś rozochoceni tym podjazdem i wyszukiwali kolejnych po drodze, ale ja nie miałem siły. W końcu dziś wcześniej już miałem w nogach 30 km. Tak więc goniłem towarzystwo, ponieważ od jakiegoś już czasu w oddali widać było błyskanie na niebie.
Po drodze pożegnaliśmy Zenka, a razem z Pawłem ruszyliśmy do swoich domów. I tak jak już jadąc sam, tak jakoś lepiej mi się zaczęło jechać. A może to efekt tego, że nieco wcześniej zjadłem kawałek jakiegoś starego batona, który został mi jeszcze z zapasów. Być może. Ale trzeba było jechać do domu, ponieważ było już po 23. No a niestety jutro do pracy. Nie ma zmiłuj.
Tak więc wyjazd rewelacyjny. Sporo kilometrów, sporo przeżyć, sporo potu, spore zmęczenie. Ale i fajnie się jechało z kumplami, za co im serdecznie dziękuję. Aby do następnego razu.
Mój łączny wczorajszy dystans wyniósł 87,38 km. Na siodełku byłem ponad 4 h (co wieczorem odczuwałem). Średnia ze średnich, to 20,55 km/h (co wydaje mi się niezłym wynikiem). Łączny podjazd: 836 m.
No cóż było robić. "Im ciężej, tym przyjemniej" - tak brzmi moje motto. Ponieważ jedyną możliwością naszego wspólnego spotkania, to był wieczór, więc padło na wczorajszy wieczór.
Pogoda dopisała, ponieważ było idealnie na rower. Do tego podjazdu musieliśmy jakoś dotrzeć, a niestety trzeba było nieco pokonać dystansu. Jednak, aby nie jechać w jedną i drugą stronę tą samą drogą, koledzy wybrali jeszcze jedną spinaczkę, tym razem leśnymi ścieżkami. W sumie: byłem zachwycony tym podjazdem. Pominę fakt, że jechaliśmy tylko na latarki, co było sporym dla mnie przeżyciem, ponieważ po lesie w nocy jeździłem po raz pierwszy. Podjazd również fajny. Ja nieco ślizgałem się na swoich już łysawych oponkach, ale jakoś dałem radę.
Później był dość długi zjazd, gdzie można było odpocząć przed zbliżającym się podjazdem. No i w końcu skręt w lewo i początkowo łagodnie pod górę. Jednak za chwilę było coraz stromiej. W końcu pojawiły się i serpentyny, prawie jak na Giro ostatnim. Zenek oczywiście wypruł do przodu, bo to młokos. Zresztą sam rzucił wyzwanie, to nie wypadało się wlec na końcu. Albo co gorsza, nie podjechać. Za nim skoczył Paweł, który już raz robił "podejście", w przenośni i dosłownie, pod ten podjazd. No a ja na końcu. Czemu, a sam nie wiem, ale faktycznie, ciężko się jechało. Po tym podjeździe obiecałem sobie, że przy najbliższej okazji zmienię sobie tryb na bardziej górski z największą tarczą 34.
W sumie wszystkim udało się w całości podjechać. Mnie nogi ciężko kręciły pod górę. Na szczycie sprawdziłem, że maksymalne nachylenie, to było 18%. Krótki odpoczynek na górze. Łyk wody, chwila radości w pokonanej góry i w dół. A zjazd fantastyczny. Na początku trzeba było uważać na serpentyny, aby nie wylecieć z drogi. Ale później było już bardziej płasko i można było pognać prawie 65 km/h.
Cel zrealizowany. Teraz trzeba było jeszcze wrócić do domu. Początkowo też było pod górkę, a mnie jakoś zaczął dopadać kryzys. Dobrze, że od Św. Katarzyny było lekko z górki, więc jechało się spokojnie. Chłopaki było jakiś rozochoceni tym podjazdem i wyszukiwali kolejnych po drodze, ale ja nie miałem siły. W końcu dziś wcześniej już miałem w nogach 30 km. Tak więc goniłem towarzystwo, ponieważ od jakiegoś już czasu w oddali widać było błyskanie na niebie.
Po drodze pożegnaliśmy Zenka, a razem z Pawłem ruszyliśmy do swoich domów. I tak jak już jadąc sam, tak jakoś lepiej mi się zaczęło jechać. A może to efekt tego, że nieco wcześniej zjadłem kawałek jakiegoś starego batona, który został mi jeszcze z zapasów. Być może. Ale trzeba było jechać do domu, ponieważ było już po 23. No a niestety jutro do pracy. Nie ma zmiłuj.
Tak więc wyjazd rewelacyjny. Sporo kilometrów, sporo przeżyć, sporo potu, spore zmęczenie. Ale i fajnie się jechało z kumplami, za co im serdecznie dziękuję. Aby do następnego razu.
Mój łączny wczorajszy dystans wyniósł 87,38 km. Na siodełku byłem ponad 4 h (co wieczorem odczuwałem). Średnia ze średnich, to 20,55 km/h (co wydaje mi się niezłym wynikiem). Łączny podjazd: 836 m.
Prześladowanie
Środa, 11 maja 2011 | dodano:12.05.2011Kategoria Pełnia szczęścia, W blasku księżyca
| Dst.: | 56.13 | Off-road: | 0.00 | Czas: | 02:36 | Avg: | 21.59 |
| Vmax: | 46.00 | Temp.: | 9.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 336m | Bike: | GT | ||
Dziwny jest ten świat i to życie. Wśród licznych radości życia, są i te smutne. Szczególnie śmierć kogoś może dotkliwie człowieka poruszyć, a jeszcze jak to jest osoba bliska, to już całkiem odechciewa się wszystkiego.
Piszę o tym, może dziwne, że w tym miejscu, ale częściowo wiążą się z kolarstwem, z rowerami. Maj, piękny okres, wiosna w pełni, żyć się chce. Ale mnie jakoś brakuje ostatnio entuzjazmu. Po pierwsze śmierć Weylandta na Giro. To chyba niejako na "otrzeźwienie" dla sądzę wielu, którzy zasuwają z góry, jakby nie mieli hamulców. W takich chwilach sam się zawsze zastanawiam, jak to i z moją jazdą jest i jak to niewiele potrzeba, aby pożegnać się z tym światem. Kto przypuszczał, że niby nie trudny zjazd okazał się tym ostatnim dla tego kolarza. A może jest tak, jak powiedział Piotr Wadecki, że przy niby łatwych zjazdach kolarz nie koncentruje się tak mocno. A o głupi błąd nie trudno.
Zastanawiające są również słowa Sylwestra Szmyda, który stwierdził, że w pogoni za popularnością, a co za tym idzie, za większą oglądalnością imprezy, wymyślane są coraz to nowe trudności. A to jazda po szutrach, a to karkołomne zjazdy bez żadnych zabezpieczeń. "Traktowani jesteśmy jak mięso, aby tylko dojechało do mety". Coś w tym jest. Bo choćby wczorajszy zjazd po szutrach, czy był taki atrakcyjny. Owszem, może dla mnie, gdybym jechał tam swoim góralem.
Dzisiejsze wyjście potrzebne mi było psychicznie. Bowiem w dniu dzisiejszym mija dokładnie 3 rocznica śmierci mojego ojca, który też odszedł nagle. Nadal jest mi ciężko, nadal nie mogę sobie z tym poradzić i pogodzić, nadal momentami jestem w dołku psychicznym. Jednak takie życie i nic na to się nie poradzi. Choć do dziś pamiętam, jak tata uczył mnie jeździć na rowerze, kiedy to się stało i i jakich
okolicznościach. Pech chciał, że dokładnie tego samego dnia tym razem ja uczyłem swojego syna jazdy na rowerze bez kółek bocznych, bo chcieliśmy się razem pochwalić przed dziadkiem. Nie zdążyliśmy.
Śmierć mnie ostatnio prześladuje.
A dziś wieczorkiem pojechaliśmy z kolegą taką trasą, którą dawno nie jechałem: Suków, Borków, Daleszyce. Jechało się fajnie, ale kurcze zimno jeszcze w nocy. Miejcami to taki ziąb się czuło mocno po kościach. Ale nawet całkiem dobrze mi się kręciło. Może dlatego, że nie było większego podjazdu. Jedynie co, to po ok. 2h już mnie tyłek bolał. Jednak nie przyzwyczajony jestem jeszcze do
dłuższego przesiadywania na siodełku.
Tak więc psychicznie było super. Nie tylko dlatego, że to był dla mnie ważny dzień i potrzebowałem tego, ale również dlatego, że fizycznie dobrze to zniosłem.
Piszę o tym, może dziwne, że w tym miejscu, ale częściowo wiążą się z kolarstwem, z rowerami. Maj, piękny okres, wiosna w pełni, żyć się chce. Ale mnie jakoś brakuje ostatnio entuzjazmu. Po pierwsze śmierć Weylandta na Giro. To chyba niejako na "otrzeźwienie" dla sądzę wielu, którzy zasuwają z góry, jakby nie mieli hamulców. W takich chwilach sam się zawsze zastanawiam, jak to i z moją jazdą jest i jak to niewiele potrzeba, aby pożegnać się z tym światem. Kto przypuszczał, że niby nie trudny zjazd okazał się tym ostatnim dla tego kolarza. A może jest tak, jak powiedział Piotr Wadecki, że przy niby łatwych zjazdach kolarz nie koncentruje się tak mocno. A o głupi błąd nie trudno.
Zastanawiające są również słowa Sylwestra Szmyda, który stwierdził, że w pogoni za popularnością, a co za tym idzie, za większą oglądalnością imprezy, wymyślane są coraz to nowe trudności. A to jazda po szutrach, a to karkołomne zjazdy bez żadnych zabezpieczeń. "Traktowani jesteśmy jak mięso, aby tylko dojechało do mety". Coś w tym jest. Bo choćby wczorajszy zjazd po szutrach, czy był taki atrakcyjny. Owszem, może dla mnie, gdybym jechał tam swoim góralem.
Dzisiejsze wyjście potrzebne mi było psychicznie. Bowiem w dniu dzisiejszym mija dokładnie 3 rocznica śmierci mojego ojca, który też odszedł nagle. Nadal jest mi ciężko, nadal nie mogę sobie z tym poradzić i pogodzić, nadal momentami jestem w dołku psychicznym. Jednak takie życie i nic na to się nie poradzi. Choć do dziś pamiętam, jak tata uczył mnie jeździć na rowerze, kiedy to się stało i i jakich
okolicznościach. Pech chciał, że dokładnie tego samego dnia tym razem ja uczyłem swojego syna jazdy na rowerze bez kółek bocznych, bo chcieliśmy się razem pochwalić przed dziadkiem. Nie zdążyliśmy.
Śmierć mnie ostatnio prześladuje.
A dziś wieczorkiem pojechaliśmy z kolegą taką trasą, którą dawno nie jechałem: Suków, Borków, Daleszyce. Jechało się fajnie, ale kurcze zimno jeszcze w nocy. Miejcami to taki ziąb się czuło mocno po kościach. Ale nawet całkiem dobrze mi się kręciło. Może dlatego, że nie było większego podjazdu. Jedynie co, to po ok. 2h już mnie tyłek bolał. Jednak nie przyzwyczajony jestem jeszcze do
dłuższego przesiadywania na siodełku.
Tak więc psychicznie było super. Nie tylko dlatego, że to był dla mnie ważny dzień i potrzebowałem tego, ale również dlatego, że fizycznie dobrze to zniosłem.






