o mnie

  • '07 r. (BS) - 16550.77 km
  • off-road - 3682.30 km 22.25%
  • czas jazdy - 40d 18h 23m
  • avg. - 16.92 km/h
  • od'94-09.14 - 30.120 km
  • moje pełne statystyki

  • Rowerowe Kielce



  • baton rowerowy bikestats.pl


    Moje skromne rekordy (max):
    rocznie - 3.601 km ('12)
    miesięcznie - 558 km (VIII'12)
    dziennie - 161 km ('01)
    Vmax. - 71 km/h ('07)

    wykresy roczne

    Wykres roczny blog rowerowy Robert.bikestats.pl

    linki

    szukaj


    Witam wszystkich free counters Zapraszam ponownie.

    Pogoda w Kielcach
    Wpisy archiwalne w kategorii

    Pełnia szczęścia

    Dystans całkowity:2154.31 km (w terenie 514.93 km; 23.90%)
    Czas w ruchu:128:29
    Średnia prędkość:16.77 km/h
    Maksymalna prędkość:71.00 km/h
    Suma podjazdów:21065 m
    Maks. tętno maksymalne:195 (102 %)
    Maks. tętno średnie:180 (92 %)
    Suma kalorii:41865 kcal
    Liczba aktywności:34
    Średnio na aktywność:63.36 km i 3h 46m
    Więcej statystyk

    Odyseja Rożnowska '10 - dzień 2

    Niedziela, 3 października 2010 | dodano:07.10.2010Kategoria Pełnia szczęścia, Inne miejscówki, Zawody
    Dst.:66.26Off-road:5.00 Czas:04:51Avg:13.66
    Vmax:62.00Temp.:19.0 HRmax:172( 90%)HRavg136( 71%)
    Cal: 2879kcalALT:1472mBike:GT

    Relacja z dnia pierwszego.

    Dzień drugi zapowiadał się równie ciekawy, co pierwszy. Moje pierwsze boje za mną. Byłem jednak pełen obaw związanych z moim bolącym kolanem. Pocieszeniem mogło być to, że noga nie spuchła i dało się zginać, czego się obawiałem.

    Ranek był spokojny, a dzień zapowiadał się ładny.

    Poranek nad Jeziorem Rożnowskim. © Robert

    Pobudka na spokojnie, wcześniej, aby nie na wariata. W pierwszej kolejności poszedłem na „zwiady”, czy śniadanie już rozdają. Po śniadaniu zastanawiałem się, jak to będzie, jak wytrzymam i jak poradzę sobie w tym dniu. Po odpoczynku i spokojnej nocy, kolano jakoś mniej bolało. Czyżby dobry prognostyk? Zobaczymy, wszystko „wyjdzie w praniu”.

    Tym razem obiecałem sobie spokojny start, aby uniknąć sytuacji z dnia poprzedniego, kiedy to za ostro zacząłem i na pierwszym podjeździe mnie przytkało. Przygotowania takie same, co dzień wcześniej. Batony, picie, ciuchy. Trzeba było zmienić część ciuchów, ponieważ niestety te z pierwszego dnia nie wyschły. Trudno się dziwić, jak z pokoju było 13 st.C.

    W końcu ruszyliśmy. Ponieważ kolejność zaliczania punktów była tym razem obowiązkowa, więc po starcie wszyscy pojechali w tą samą stronę. Jadę sobie spokojnie, staram się pokazać Zenkowi, że mi zależy na dobrym występie i nawet nieco prowadzę naszą grupę. Nawet mijamy kilku rowerzystów. Jednak w pewnej chwili Zenek pognał za fajną … pupą. Pojechała jakaś „laska”, no ale mnie to nie dziwi, ponieważ Zenek szuka dziewczyny, ale tylko do MIX-tów na zawodach. Uważa, że najwięcej zdziałał by w tej kategorii. Tak na dobrą sprawę, to po doświadczeniu ze mną, to wcale mu się nie dziwię. Dlatego też później starałem się go dogonić, jednak kilka mocniejszym depnięć na pedał spowodowało, że dość szybko zacząłem odczuwać kolano.

    Więc cóż, musiałem odpuścić, bo zaraz tu się zatrzymam, a później na tablicy będzie widniał napis przy naszej ekipie – NKL. Zauważył to Zenek i odpuścił również i on tej dziewczynie. Nie wiem czy coś ugadał z nią, czy zdążył. Ale później męczyliśmy się razem. On ze mną, a ja z samym sobą.

    I podobnie jak dnia wczorajszego, zbytnio nie zwracałem uwagi na zaliczanie kolejny punktów. Nawet widoki już mnie tak nie interesowały, a tym razem pogoda dopisała i było później śliczne słoneczko, ale jednak nie było czasu na sesje zdjęciowe. Jedynie Zenek miał czas, kiedy to czekał na mnie, aż łaskawie podjadę lub podejdę do kolejną górkę, czego efekty poniżej.

    Znowu męki na kolejnym podjeździe. © fot. Zenek
    Widoki na góry. © fot. Zenek

    Tak więc zaliczaliśmy kolejne PK. Szło nam to opornie. Niestety, dawały się u mnie we znaki brak treningu i przygotowania do długotrwałego wysiłku. Do tej pory bowiem jeszcze nigdy nie startowałem dzień po dniu. Jeszcze nigdy wcześniej nie zrobiłem na maratonie w ciągu jednego dnia prawie 85 km i to po górach.

    Niestety, nawet świetne decyzje Zenka i mądra strategia pokonywania poszczególnych odcinków, nie przyczyniała się do poprawy naszej sytuacji. Wiadomo było, że w dniu dzisiejszym będzie słabiej i spadniemy w końcowej klasyfikacji. Mnie wówczas zależało tylko na tym, aby nie zawieźć kolegi i aby ukończyć tą imprezę i być sklasyfikowanym. Dlatego też zaciskałem zęby, ponieważ przed dojazdem do PK5 zacząłem odczuwać ból już całego kolana, a nie tak jak wcześniej samego tylko stłuczenia. Zmartwiłem się tym, ponieważ nie wiedziałem, czy to efekt uderzenia boli, czy na skutek przeciążeń i ogólnego zmęczenia. Ale cóż, włożyłem w to cało moje zamiłowanie do rowerów i ostatnie półtorej godziny kręciłem praktycznie jedną nogą.

    Po 5 Zenek uznał, że ja mam dość i że jestem już ujechany na maksa. Nie przeczyłem, ale nie miałem odwagi mu powiedzieć, że jedźmy już do domu. Jednak Zenek do dobry kumpel i chyba to wyczytał w moich oczach, bo powiedział, że odpuszczamy sobie PK: 6, 7, 8, a od razu jedziemy na PK9, a po drodze jest PK10. W ten sposób będziemy mieć zaliczonych 7 punktów na 10. Szkoda co prawda tych omijanych, bo czas był, ale zdrowie jest najważniejsze.

    Powrót do „domu” niezwykle jakoś mi się dłużył. Wydawało mi się, że cały czas jest pod górkę. Jednak starałem się podjeżdżać ile się da i ile noga da radę. Choć momentami jechałem wolniej, niż Zenek, który obok mnie szedł i nawet mnie wyprzedzał. Ale cóż: „ja to jak idę, to odpoczywam”. Widać doświadczenie w rajdach przygodowych, w setkach kilometrach pokonanych pieszo. Na dodatek jeszcze i napęd nie działał już perfekcyjnie.

    Po minięciu PK9 mieliśmy jeszcze sporo czasu zapasu, a dystans prawie z górki. Więc był czas na zdjęcia. Piękne tereny i na pewno godne ponownego odwiedzenia. Może jeszcze kiedyś zrobimy sobie ponowny wypad, aby tym razem zaliczyć wszystkie PK.

    Z widokiem na Jezioro Rożnowksie. © Robert

    Los sprawił, że na ostatnim PK10, spotkaliśmy się z naszą drugą drużyną. Ambicja podziałała i zaczęliśmy się ścigać na ostatnich kilometrach. Zenek: „jedziemy na skróty”. Ja: „jakie skróty?” Ale nie było czasu na wyjaśnienia. Jakoś „na sagę” przez łąkę położoną na zboczu. Jednak szybkość, brak odpowiedniego ogumienia, oraz zapewne już zmęczenie spowodowało, że ponownie zaliczyłem upadek. Jednak tym razem nie groźny. Jedynie co, to było przygotowanie do jazdy zimowej, bowiem przejechałem się po tym zboczu na tej mokrej trawie może z 10 m.

    Z mokrymi majtkami ruszyliśmy ostro w dół. Prędkości niesamowite. Ręce bolą od zaciskania klamek. Myślę już, e wewnętrzne zwycięstwo mamy w kieszeni. Jednak na ostatnich kilometrach wyprzedza mnie jeden zawodnik z naszej drugiej ekipy. Ponieważ było to na podjeździe, więc nie miałem siły go gonić. Zaraz za mną drugi mnie mija. Kurcze myślę. Nie ładnie. Nie zważając na ból kolana i korzystając ze zjazdu i mojej dobrej w tym umiejętności, rozpocząłem długi sprint. Jednak niestety, noga nie wytrzymała i kilkanaście sekund straciłem na mecie.

    Jeszcze bardziej zmęczony padłem ponownie na ławkę. Odpoczynek. Koniec mordęgi, koniec przygody.

    Dwie <<Motyle nogi>> na mecie Odysei. © Robert

    Jak się później okazało, to faktycznie sporo straciliśmy na tym drugim dniu. Spadliśmy w sumie z 13 miejsca na 18. Szkoda tych kilku nie zaliczonych punktów i kar nałożonych. Jednak trudno się mówi.

    Osobiście jestem zadowolony ze swojego startu. Jak na debiut, to uważam, że dobrze się spisałem. Mogłem przecież nie ukończyć. Szkoda tego kolana, bo może nie stracilibyśmy pozycji z pierwszego dnia.

    Jedynie szkoda mi mojego partnera. On jest wyrozumiały, ale wiem, że oczekiwał więcej po naszym starcie. Choć ja nie dawałem mu nadziei. Bowiem wspólnie jeździliśmy przed imprezą i na podjazdach również się męczyłem.

    W start w Odysei włożyłem sporo sił, włożyłem całe swoje serce jakie mam do rowerów i całe moje zamiłowanie. Pomimo jednak tego, pomimo zamiłowania do podjazdów, nie byłem w stanie osiągnąć czegoś więcej. Jeszcze nigdy nie zrobiłem w ciągu 2 dni 150 km. Jeszcze nigdy nie startowałem dwa dni z rzędu. No i dawno nie jeździłem po takich górach.

    Chciałbym podziękować swojemu partnerowi za udział, za świetną nawigację, a przede wszystkim za wyrozumiałość na trasie. Należą mu się również i przeprosiny na mój słaby udział. Jednak pozostał pewien niedosyt, bo można było więcej zrobić. Ale i pozostały też postanowienia, choćby solidnego przygotowania czy zakupu nowego sprzętu. Bowiem niestety: „liczy się łydka”, ale i sprzęt dużo pomaga.

    Na zakończenie, jestem bardzo zadowolony w imprezy. Chciałbym jeszcze ponownie zmierzyć się ze sobą, z trasą na kolejnych edycjach. Ale jak to będzie, zobaczymy.
    Powrót do domu. © Robert

    Tutaj znajdziecie mapę pierwszego dnia, a tu mapę z drugiego dnia.
    A tu dla zainteresowanych nieco więcej zdjęć na stronie organizatora oraz więcej moich.

    Podsumowanie z dwóch dni: 150,69 km, 11h:57"; przewyższenie 3534 m; 7939 kcal.

    Odyseja Rożnowska '10 - dzień 1

    Sobota, 2 października 2010 | dodano:07.10.2010Kategoria Pełnia szczęścia, Inne miejscówki, Zawody
    Dst.:84.43Off-road:25.00 Czas:06:55Avg:12.21
    Vmax:61.50Temp.:11.0 HRmax:191(100%)HRavg158( 83%)
    Cal: 5060kcalALT:2062mBike:GT

    Takich emocji nie było już dawno.
    Dwa tygodnie przed rozpoczęciem imprezy dostałem propozycję od swojego kumpla: „a może byśmy razem wystartowali w najbliższej odysei?”. Kurcze, kusząca propozycja. Jednak, jak to zwykle musiałem uzgodnić w domu mój wyjazd na cały weekend. Tu, o dziwo, jakoś udało się bez zbędnych wyjaśnień, więc cynk: „możesz nas zgłaszać”.

    Jednak później zaczęła działać adrenalina. W końcu to mój pierwszy start w takiej imprezie. Mało tego, do tej pory nie startowałem dłużej, jak 5 godzin. A już nie ma mowy o starcie dzień za dniem. W końcu trzeba było się o tym przekonać.

    Za bardzo na trening nie było już czasu. I tego się najbardziej bałem. Że nie dam rady. Znałem swoje możliwości i wiedziałem, że może być kiepsko. Ale liczyłem na to, że może nie będzie źle. Jednak zupełnie nie wiedziałem czego się spodziewać.

    Nierozłącznym elementem odysei jest nawigacja. Mapa – znam coś takiego. Czasami również stosuję. Jednak szukanie punktu na mapie i dojazd do niego, pozostawiłem specjaliście z tej kwestii, czyli mojemu partnerowi z drużyny - Zenkowi. On jest bardzo doświadczony w rajdach AR, więc „mnie to już nie obchodziło”.

    Im bliżej startu, tym większa nerwówka. Szykowanie roweru, wymiana i regulacja hamulców, bowiem w tamtych okolicach będą mocno przydatne. Pakowanie, jakieś zakupy, jakieś „EPO” i tym podobne.

    W końcu jedziemy. Wyruszamy wczesnym świtem, aby dojechać na czas i jeszcze się zarejestrować. Droga upłynęło spokojnie, oprócz jednego incydentu pod koniec trasy, gdzie to jeden z rowerów wypiął się, nie wiedzieć jakim cudem, i spadł na samochód. Całkiem nie zleciał, bo był przypięty paskami za koła. Jak to się stało, nikt z nas nie wie. To było tak, jakby wcale nie był przypięty. Fakt, że akurat trasa była paskudna i strasznie kołysało.

    Szybki meldunek. Do pokoju. I zaczynamy się przygotowywać do startu. Ciuchy, jedzonko, picie, izotoniki, plecaki. Pora na start. A ja cały w nerwach, dawno bowiem nie byłem na linii startu.

    Przygotowanie do startu. © Robert

    Na starcie jak zwykle towarzystwo z wypasionymi w większości rowerami. A ja ze swoim niemal stalowym rowerem, stoję jak ta sierota. W końcu na 10 min. przed startem rozdają mapy. Szał niesamowity i ścisk. Każdy chce jak najszybciej dostać mapę i zacząć analizować trasę, jak i w którą stronę ruszyć. Ja również dostałem swoją mapę, ale raczej na zasadzie, bo „na ekipę przypadają dwie mapy”. Cóż popatrzyłem na nią, jakieś swoje przemyślenia miałem: „ale cholera kawał trasy i dystansu”. Po czym potulnie poskładałem mapę i schowałem do plecaka (pokażę synowi w domu). Przed samym startem rzuciłem tylko do Zenka: „w którą stronę pierwszy zakręt?”

    Dobra mina do złej gry. © Robert

    5, 4, 3, 2, 1 i … poszli. Ruszyliśmy spokojnie, bo sporo ludzi na starcie i nie ma co się przepychać. W końcu to przed nami ok. 8 godz. kręcenia.

    Początkowo fajnie się jechało, bo droga lekko w dół. Jednak już po chwili rozpoczął się niezły podjazd, na którym już wymiękłem. Momentami takie nachylenie, że jakoś nie dałem rady. Pomyślałem, no ładnie, czyżby kryzys. Ale po kilku kilometrach. Nieźle się zaczyna. No nic brniemy dalej. Ludzi na podjeździe coraz mniej, bo wszyscy już pojechali. A ja męczę się i kręcę młynkiem. Ponieważ ostro zacząłem, więc długo nie trzeba było czekać, a dopadła mnie kolka. No tak, brak rozgrzewki, tak to się musiało skończyć.

    No ale jakoś jest. Pierwszy nasz zaliczony punkt PK 11. No nic, łyk picia i jedziemy dalej fajnymi wąskimi drogami. Kolejny po drodze, to PK 10. Jakoś się jechało. Upajałem się częściowo widokami, choć podjazdy były ciężkie.

    Jeden z wielu podjazdów, tu na szczęście jadę. © fot. Zenek

    Tak jak pisałem, nie zajmowałem się nawigacją, która podobno w wersji Orienteering Maraton miała być wymagająca. My jakoś nie mieliśmy problemów. Nawet kolejny PK12, zlokalizowany w środku lasu, nie przysporzył nam kłopotów. Choć i tak podobno nie tak go zaczęliśmy „brać”. Ale nie było specjalnego błądzenia i szukania. Czego niestety nie uniknęło kilka ekip, między innymi naszą drugą grupę, która to straciła tam ponad godziną.

    Kolejnym przystankiem miała był Bacówka na Jamnej. Tu trafiliśmy na przepiękną szutrówkę, po której z przyjemnością sobie jechałem i nawet fajnie mi się tam jechało. Myślałem sobie jednak, że jak Bacówka, to pewnie gdzie na górce. I się nie myliłem. Ale o dziwo, prawie cały podjazd zaliczyłem bez schodzenia. Co prawda u podnóża powiedziałem Zenkowi, aby pojechał na górę, zjadł sobie zachwalane przez organizatora pierogi, a ja wówczas dojadę. No ale jechaliśmy w miarę razem.

    Pierogów nie było, tylko baton i nieco Isostara. Ja już nawet nie kontrolowałem wówczas miejsca gdzie jesteśmy, trasy jaką pokonaliśmy czy gdzie mamy jechać. Zenek mówił, jedziemy, to jechałem, a w zasadzie starałem się jechać ile było sił. Nawet nie specjalnie patrzyłem na licznik, bowiem jak minęliśmy pierwsze punkty, a ja widzę, że dopiero jest 23 km przejechane, a do zapowiadanych 100 km jeszcze tyle trasy, to od razu odechciewało się wszystkiego. Przecież już nie miałem siły. Ale za bardzo nie wiedziałem na co mam ustawić licznik, dystans odpadał, czas odpadał, bo znów sobie liczyłem, że jeszcze 4 godziny jazdy. W końcu zostało na godzinie, ponieważ później czas zaczął odgrywać ważną rolę.

    Na takich dywagacjach i pokonywaniu własnej słabości na podjazdach, pokonaliśmy punkty PK6 (róg pola), PK13 (róg polany) oraz PK15 (wiata). Teraz z perspektywy czasu, to nawet nie potrafię dokładnie skojarzyć i trasy i nawet niektórych punktów. Zajmowałem się bowiem głównie walką z samym sobą. Szczególnie na tych właśnie punktach byłem pełen zachwytu nad swoim partnerem, bowiem jakoś zawsze wiedział, o który róg pola lub polany chodziło. Nawet skrót na 13 pod górę między drzewami jakoś nie wzbudził u niego zbytniego przerażenia, w przeciwieństwie do mnie, który chyba nigdy by nie znalazł tego punktu.

    Po PK15 przyszła pora na PK14. Jak się później okazało punkt ten był dla nas kluczowy, a szczególnie dla mnie, od którego to się sporo zmieniło. Sama końcówka wiodła przez strony zjazd w lesie. Po tygodniowych wcześniejszych opadach deszczu, w lasach było bardzo mokro i sporo błota. Niestety, brak może i inwestycji w nowe ogumienie, spowodowało upadek na błotnistej drodze. No nic, mówię jedziemy dalej. Bo to pierwszy raz się wywaliłem. Jednak ta wywrotka spowodowała, że zostałem nieco z tyłu za Zenkiem. Chciałem szybko doskoczyć i kiedy już mi się to pawie udało, spojrzałem jeszcze w którą on stronę jedzie, a w tym momencie nie zauważyłem, że wpadłem ponownie w koleinę. I wywrotka gotowa. Znowu myślę. No nic, ale podnosząc się coś mnie zabolało w kolanie. Pech chciał, że uderzyłem kolanem w jedyny kamień, który tam leżał. To trzeba mieć pecha. No nic, zacisnąłem zęby z bólu i pognałem za kolegą. Kiedy dojechaliśmy do PK14, podwinąłem getry i zobaczyłem, że leci krew z kolana. Skóra jakaś wisi sobie luzem, widać na getrach, że krwi już nieco wyleciało. Czarne myśli przeleciały mi po plecach: „czyżby trzeba było kończyć na dziś imprezę”.

    Jednak powiedziałem sobie, że jedziemy ile dam radę. Co prawda mieliśmy już zaliczone na tyle punktów, aby być sklasyfikowanym, no ale nie o to przecież chodziło. Ten punkt to chyba faktycznie jaki Diabeł pilnował, ponieważ usytuowane było w miejscu o wdzięcznej nazwie „Diable boisko”.

    W dalszej części, to już sam nawet nie wiem, jak ten dystans mijał i jak jechaliśmy. Nawet nie kojarzę dokładnie kolejny punktów zaliczeniowych. Kolano bolało, nogi bolały i ogólnie byłem zmęczony. Jednak o dziwo zaliczyliśmy po kolei jeszcze PK: 5, 4 i 3. Na tym ostatnim Zenek uznał, że odpuszczamy sobie 2 i niestety 1. Z moją nogą na 2 nie dalibyśmy rady, szkoda czasu, no a do jedynie jest za daleko.

    Z PK3 fajnym zjazdem dojechaliśmy do początku podjazdu na PK8. Niestety, tu musiałem już prowadzić rower, ponieważ kolano już mocno dawało znać o sobie. Udało się zdobyć ten punkt, który miał być ostatnim. Jednak jeszcze pokusiliśmy się o zaliczenie jeszcze jednego punktu PK9, z niby przed ostatnim podjazdem. Niestety tych podjazdów w lesie było nieco więcej, niby krótkie, ale te terenowe znacznie są trudniejsze. Jednak udało się.

    W tym momencie zacząłem dość często spoglądać na czas, nie chciałem bowiem, abyśmy mieli spóźnienie i dodatkowe kary. Na szczęście z PK9 prowadził już szybki zjazd do samej bazy. Wpadliśmy na metę na kilka minut przed zamknięciem. Padłem na ławce skonany.

    Wpadamy na metę pierwszego dnia. © fot. Compass

    Nawet za bardzo nie chciało mi się nic robić, ani przebierać, ani myć roweru. Długo jednak nie trzeba było czekać, ponieważ zmarzłem i nawet trzepały mną dreszcze. Więc przebrałem się, zjadłem obiadek, a w zasadzie wmusiłem w siebie i pobiegłem do kolejny z myciem roweru.

    Czekałem już tylko na odpoczynek. Myślę, że zasłużony. Kolano bolało, a ja byłem myślami już przy następnym dniu, który wcale nie wydawał się lżejszy.

    Jezioro Rożnowskie. © Robert

    Parking rowerowy w pokoju. © Robert

    Wieczorkiem było ognisko, czym podobno organizator zaskoczył, ponieważ była darmowa kiełbaska oraz piwo. Fajnie było tak sobie postać w cieple, bowiem w pokojach było zimniej. Nawet niektórzy mieli pomysły, aby zostać przy ognisku całą noc, bo było cieplej. A ja rozpamiętywałem miniony dzień i zastanawiałem się, jak to jutro podołam nowemu wyzwaniu.

    Relacja z dnia drugiego.

    Na drugą stronę

    Niedziela, 4 kwietnia 2010 | dodano:05.04.2010Kategoria Pełnia szczęścia
    Dst.:53.00Off-road:0.00 Czas:02:46Avg:19.16
    Vmax:71.00Temp.:18.0 HRmax:186( 97%)HRavg150( 78%)
    Cal: 1384kcalALT:438mBike:GT

    Dziś postanowiłem skoczyć na drugą stronę miasta, czyli na część zachodnią. Ostatnio jakoś często mam okazję jeździć drogami po wschodniej części, ponieważ mam bliżej do końca miasta. A i mam blisko znajomego, który ciągle mnie wyciąga w te rejony. A przecież górki są także w innych częściach regionu.
    A tak to było nieco dalej, ale równie fajne trasy, co do tej pory. Na uwagę zasługuje szczególnie jeden podjazd, który ciągnie się ok. 2 km i momentami ma 13%. To tam moje HRmax osiągnęło 97%. Ale za to jaki później zjazd, gdzie wyrównałem swój rekord prędkości - 71 km/h.
    Trasa: Kielce-Kostomłoty-Bugaj-Oblęgorek-Malmurzyn-Pępice-Miedziana Góra-Kielce

    Zmiana kategorii

    Czwartek, 25 marca 2010 | dodano:26.03.2010Kategoria Pełnia szczęścia, W blasku księżyca
    Dst.:52.39Off-road:1.34 Czas:02:32Avg:20.68
    Vmax:39.00Temp.:12.0 HRmax:190(100%)HRavg153( 80%)
    Cal: 1700kcalALT:389mBike:GT

    Dziś kolejny raz jeździłem w nocy razem z kumplem. Wcześniej wytyczyłem sobie fajną traskę, ale jak się okazało, to była nieco męcząca dla mnie. Generalnie wszystko w porządku, jednak moje siedzenie nie jest jeszcze przyzwyczajone do dłuższego ugniatania na siodełku. No i czułem później pachwiny. Ale to generalnie ostatnio cały czas mnie bolą.
    Fajnie nam się jechało, bo praktycznie wcale nie było ruchu samochodowego. Fakt, że wybraliśmy takie drogi, aby tego ruchu właśnie nie było. Można w ten sposób nieco sobie pogadać jadąc obok siebie.
    A pogoda była super, to nareszcie było ciepło. Początkowo 13 st., a później 11 st.
    Jak na godz. prawie 24, to sporo. Całkiem jak w lecie.
    A nasza trasa dzisiejsza: Masłów-Bęczków-Górno-Daleszyce-Suków-Mójcza-Masłów

    Ostatnio również posiedziałem nieco na swoim blogu i zacząłem się zastanawiać nad swoimi kategoriami. Doszedłem do wniosku, że są one bez sensu. Choćby taki "trening". Kurcze, co to znaczy trening. Że niby nieco mocniej jeździłem? Albo: "Rekreacja". Co to znaczy? Przecież dla mnie każde wyjście, to rekreacja. A przecież i tak nigdy nie będę zawodnikiem, to po co mi trening. Każde wyjście dla mnie to przyjemność i w pewien sposób rekreacja. Tak więc wywaliłem te kategorie.
    Usunąłem również podział na asfaltowe i te bardziej terenowe. W końcu wpisuje się do każdej wycieczki odpowiednią ilość kilometrów przejechanych w terenie. Więc po co to było.
    Teraz bardziej skupiłem się jakby na długości samych wycieczek. Mam również możliwość zaznaczenia, że jeździłem w innych miejscach, niż swoje miejsce zamieszkania.
    Mam nadzieję, że wystarczą mi takie kategorie i w pełni będą mi pasować. A tak nawiasem mówiąc, to fajnie byłoby, aby była możliwość zmiany nazwy kategorii. Bo teraz to jest tylko możliwość dodania nowej, lub usunięcia dotychczasowej. A nie ma: "zmień". To nieco ułatwiłoby pracę. A tak, to musiałem każdy wpis przeanalizować i wybrać nowe kategorie.

    Było cudownie

    Niedziela, 2 sierpnia 2009 | dodano:03.08.2009Kategoria Pełnia szczęścia
    Dst.:65.56Off-road:3.85 Czas:03:30Avg:18.73
    Vmax:60.00Temp.:35.0 HRmax:195(100%)HRavg173( 89%)
    Cal: 1713kcalALT:445mBike:GT

    Nareszcie nieco więcej było czasu na jazdę. No i pogoda przepiękna, choć było upalnie. Momentami było nawet 35 st.C. A jak stałem na światłach, to "wskoczyło" mi na 37. Nieźle. No ale dawno nie jeździłem i teraz coś mnie boli. Mam nadzieję, że to nic poważnego.
    Do tego dystansu doliczyłem jeszcze popołudniową jazdę z synkiem.

    MARATON STRAWCZYN

    Niedziela, 28 września 2008 | dodano:29.09.2008Kategoria Zawody, Pełnia szczęścia
    Dst.:52.38Off-road:35.77 Czas:02:41Avg:19.52
    Vmax:47.50Temp.: HRmax:193( 99%)HRavg180( 92%)
    Cal:kcalALT:597mBike:GT

    W ogóle jakoś nie mogłem się zebrać na ten maraton. Z rana mgła. Szykowałem się na ciepło i na słońce. A tu … zmiana (przynajmniej tak mi się wydawało). Więc szybko dorzucenie niezbędnych ciuchów, bo nie zanosiło się na ciepło. Rano jak wyjeżdżałem było zaledwie 8 st. Już wyruszyłem, a tu mi się przypomniało, że przecież mam ciemne okulary, co przy takiej mgle, to już całkiem nic bym nie widział. Więc w tył zwrot. Po jasne szkła, na wszelki wypadek. Dojechałem na miejsce, a tu kolejny problem, bo nie mam gdzie zaparkować. No ale udało się gdzieś na tyłach szkoły. Szybko przygotowałem się do maratonu no i nieco pokręciłem dla rozgrzewki. Oczywiście pogoda spłatała figla, bowiem szybko zrobiło się cieplej i mgła ustąpiła. Więc lekka zmiana ciuchów. Choć i tak większość była głupia, ponieważ nie wiadomo było jak jechać, na długo czy na krótko.

    Nadeszła wiekopomna chwila …. przyszedł czas startu. A tu nagle zaczynają oficjele przemawiać. Że witają, że zapraszają, że tamto, że owanto. Jeszcze jeden gościu powiedział nieco o trasie, że nieco została zmieniona, ale jest generalnie łatwa. Dobrze, że powiedział, gdzie jest rozjazd na trasie na długą i krótką trasę, bo to do tej pory nie było wiadome.

    No i wreszcie gwizdek. Harty z przodu ruszyły. Początkowo jakieś 3 km po asfalcie i lekko pod górę. Co przyczyniło się do tego, że oczywiście stawka rozciągnęła się znacznie. Jak już wjechaliśmy do lasu, to jechałem na jakąś kobitką. Ale ponieważ nie za bardzo mi się za nią jechało (jakoś wolniej jechała), to ją śmignąłem. Później ostry zjazd w dół i rozjazd na długą trasę. No a ja jadę dalej i to całkiem nieźle mi się jechało. Noga podawała, dobrze mi się jechało. Dogoniłem później kolejną kobitkę, ale też ją łyknąłem, pomimo, że nawet zgrabna była w tych obcisłych spodenkach.

    Później doszedłem do dwóch gości, którzy nieco mnie spowolnili, ponieważ przejeżdżaliśmy przez las taką pojedynczą ścieżynką, na dodatek był to teren nieco podmokły. No ale jeden to mi ustąpił drogę (ale numer, jeszcze nigdy nikt mi nie ustępował drogi), a drugiego śmignąłem na nieco karkołomnym zjeździe.

    No i dalej kręciłem. Jakoś uwierzyłem, że może to być mój najlepszy maraton. Więc kręcę dalej. Popijam co jakiś czas, podjadam. W niedługim odstępie czasu na horyzoncie zobaczyłem trzech gości, więc rura. Po pewnym czasie doszedłem ich i początkowo jechaliśmy razem. No ale jakoś wolniej jechali, więc też ich śmignąłem. Sam byłem zdziwiony swoją postawą. Aż się przestraszyłem, że za dobrze mi idzie, i że jadę za szybko, i że nie starczy mi później sił na górę Sieniawską.

    Tak też się stało. Jakoś ciężko mi się wjeżdżało, aczkolwiek sam podjazd nie był jakoś strasznie trudny. Efektem tego było to, że tych trzech mnie przegoniło, a późnej jeszcze dwóch. Więc straciłem na tym najtrudniejszym podjeździe. No i mi odjechali. No trudno mówię sobie, jadę dalej swoim tempem. Musiałem już nieco uważać, ponieważ zaczynały się pierwsze efekty skurczy. Obawiałem się, że mnie zaraz zaczną łapać, bo odczuwałem przy każdorazowym zgięciu nóg. Starałem się gości dojść na zjeździe, ale niestety nie udało mi się, pomimo, że gnałem prawie 50 km/h. Fenomenalny zjazd taką drogą szutrową. Super. Wjechałem w końcu na ostatnie 3 km po asfalcie. Widziałem tych gości, ale nie byłem w stanie ich gonić.

    Tak więc na metę wjechałem całkiem zadowolony ze swojego występu. Później dostałem sms, że w open byłem 65, a w swojej kategorii 9. Nie wiem niestety jeszcze na ilu. Czy były to ostatnie miejsca, to nie wiem. W open chyba nie, ponieważ później widziałem, że jeszcze ktoś wjeżdżał za mną. Jak będą wyniki, to napiszę.

    Ale maraton w moim wykonaniu udany. Zupełnie inaczej mi się jechało, jak to w Kielcach, czy Suchedniowie. Zastanawiałem się nad przyczynami takiej sytuacji. Może to, że to ostatnia impreza w tym roku. A może i to też, że pewnie z przyszłym roku nie uda mi się nigdzie pojechać. Nie wiem sam.

    Zastanawiałem się również nad moją „porażką” na Sieniawskiej. I nie wiem czy to osłabienie, czy to może też i wina sprzętu, przecież wszyscy jechali na aluminiowych rowerach. Chyba jako jedyny miałem stalowy. Ale nic to, choć zawsze szkoda tych 5 miejsc.

    Poniżej jedno zdjęcie, jakie mi zrobiono. Zdjęcie pochodzi ze strony Świętokrzyskiego Stowarzyszenia Kolarstwa Górskiego MTB CROSS, które to jest organizatorem Świętokrzyskiej Ligi Rowerowej.

    No i zapomniałem dopisać, że całkowity dystans samego maratonu, to 48,43 km.

    Na Św. Krzyż

    Niedziela, 31 sierpnia 2008 | dodano:01.09.2008Kategoria Pełnia szczęścia
    Dst.:87.37Off-road:4.19 Czas:04:14Avg:20.64
    Vmax:63.50Temp.:17.0 HRmax:185( 95%)HRavg149( 76%)
    Cal:kcalALT:676mBike:GT

    Kielce-Św. Krzyż-Kielce
    No to dziś pojeździłem. Wybraliśmy się z kumplem na Św. Krzyż.
    Pobudka - 5.15. Matko moja, jak zimno. Patrzę na termometr, a tu 3 st. "O kurde" mówię. No nic ubieram się, jeszcze zmiana decyzji co do koszulki na cieplejszą. Zmuszam się do zjedzenia śniadanka, bo nigdy o tej porze nie jem.
    No i w drogę. Matko moja: "O kur****, ale zajeb*** zimno" - krzyczę. Ale poranek o 6.00 rano zapowiada ładny dzień. Zresztą i prognozy były obiecujące. Spotkanie o 6.19 i dalej jedziemy. Ciężko się jechało. Bo najbardziej ręce mi grabiały. No nic, ale jedziemy. Czasami wjeżdżamy w mgłę i jedziemy niewidoczni, co nie było mądre.
    Dopiero koło 7.30 zaczyna robić się nieco cieplej, ale nic dziwnego, bo zaczyna się końcowy - prawie 5 km podjazd.
    Dojeżdżamy na sam szczyt. Odpoczynek - jakieś kolejne śniadanko, uzupełnienie zapasów energii. Kilka fotek i w drogę powrotną.
    Na szczęście jest już cieplej, bo 17 st. i jedzie się całkiem fajnie. W drodze powrotnej mój kolega nieco słabł na podjazdach, więc całą drogę ja prowadziłem.
    W domu z powrotem byłem o 11.20. W sumie bardzo udany wyjazd. Cieszy mnie, że nic a nic mi nie dokuczało, a i nogi też nieźle pracowały. Nie to co kiedyś, jak "umierałem" na tej trasie i ledwo dojechałem do domu. Teraz nieco czuję tylko ścięgna Achillesa.
    Jeszcze po południu pojechałem ze swoim synkiem i pokręciliśmy się po stadionie. W końcu mu obiecałem. No a przecież nie mogę studzić jego zapału do roweru.

    MARATON SUCHEDNIÓW

    Niedziela, 20 lipca 2008 | dodano:21.07.2008Kategoria Zawody, Pełnia szczęścia
    Dst.:56.29Off-road:46.75 Czas:03:36Avg:15.64
    Vmax:51.50Temp.: HRmax:194(100%)HRavg172( 88%)
    Cal: 2661kcalALT:648mBike:GT

    13 - to był mój trzynasty życiowy maraton. I nie powiem, że było łatwo, choć całe szczęście, że nie był pechowy. Na pewno zapamiętam z niego te odcinki z fajną drogą, ale z takimi "kocimi łbami", że mnie nieźle wytrzęsło. Nogi wygrały, ale reszta ciała przegrała. Plecy, a szczególnie ręce i nadgarstki. Widać koniecznością staje się już wymiana amortyzatora. Ale generalnie imprezka udana (jak zwykle zresztą), fajna kameralna atmosfera. Brak przepychania na drodze. Od 20 km praktycznie jechałem sam. Dokładne dane statystyczne samego maratonu:
    Dst: 50,51 Tm: 3:36:10 Avg: 14,0 kcal: 2661

    Po przerwie

    Niedziela, 23 września 2007 | dodano:23.09.2007Kategoria Pełnia szczęścia
    Dst.:50.16Off-road:16.00 Czas:02:25Avg:20.76
    Vmax:0.00Temp.:25.0 HRmax:(%)HRavg(%)
    Cal:kcalALT:mBike:GT

    Karczówka - Górki Szczukockie - Łaziska - Piekoszów - Podzamcze - powrót
    Po dwutygodniowej przerwie znów na rowerku. Pogoda dopisała, bowiem momentami było nawet 25 st. To była moja pierwsza jazda z Zenkiem (kolega z pracy). Postanowiliśmy zgodnie na koniec sezonu startowego pokonać ścieżkę rowerową z Karczówki do Podzamcza Piekoszowskiego. Trasa nawet fajna, bo głównie terenowa, ale fatalnie oznakowana. Raz zgubiliśmy szlak i jechaliśmy na "czuja". Ale fajnie się jechało i jestem zadowolony. Zenek nawet nieźle ciągnie.

    MARATON KIELCE

    Sobota, 8 września 2007 | dodano:08.09.2007Kategoria Zawody, Pełnia szczęścia
    Dst.:53.93Off-road:35.72 Czas:03:32Avg:15.26
    Vmax:45.50Temp.: HRmax:(%)HRavg178( 91%)
    Cal: 2755kcalALT:957mBike:GT

    Kolejny maraton w mojej okolicy. Jechało się bardzo fajnie, choć było ciężko. Kilka górek mnie zaskoczyło. Trasa fajna. I jak zwykle zamiary były waleczne, ale jakoś nie wyszło. Ale i tak oceniam się lepiej jak w poprzednich maratonach.
    Dokładne dane samego maratonu:
    Dst.: 46,93 km; Tm.: 3:32:12; Avg.: 13,2 km/h; Max.: 45,5 km/h; Alt.: 957 m.; HRavg: 178; kcal: 2755
    Kilka zdjęć (głównie dzięki mojemu koledze Zbyszkowi, który stawił się na zawody):
    Przygotowania przed startem ... i start.

    Na trasie - ostatni podjazd: na Patrol.

    I na mecie.


    kategorie

    mój "sprzęt"

    GT 24679 km
  • od '99-09.14 - 24.663 km
  • znajomi

    wszyscy znajomi(9)

    Wyniki mojego syna: button stats bikestats.pl

    archiwum