Wpisy archiwalne w kategorii
Mazury 2012
| Dystans całkowity: | 218.01 km (w terenie 36.80 km; 16.88%) |
| Czas w ruchu: | 14:33 |
| Średnia prędkość: | 14.98 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 35.50 km/h |
| Suma podjazdów: | 982 m |
| Liczba aktywności: | 6 |
| Średnio na aktywność: | 36.33 km i 2h 25m |
| Więcej statystyk | |
Szalony powrót
Piątek, 13 lipca 2012 | dodano:21.08.2012Kategoria Inne miejscówki, Mazury 2012, Pełnia szczęścia
| Dst.: | 50.19 | Off-road: | 3.00 | Czas: | 03:43 | Avg: | 13.50 |
| Vmax: | 29.50 | Temp.: | 21.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 324m | Bike: | GT | ||
Mazury 2012
Etap 6: Gierłoż - Mikołajki
Dzisiejszego dnia "rzuciliśmy" się na szalony pomysł połączenia dwóch etapów w jeden. Taki pomysł padł jeszcze w dniu wczorajszym, a ponieważ mieliśmy dogodne warunki wypoczynkowe (bo i hotel, i gotowe śniadanko), więc wstępnym planem było dojechanie do samych Mikołajek.
Mówiąc szczerze, to nieco obawiałem się tego przejazdu. Oczywiście głównie o syna, który do tej pory nie pokonywał za jednym razem takiego dystansu, nawet bez bagażu. No ale zawsze mogliśmy w połowie trasy zatrzymać się, zgodnie z pierwotnymi planami. Moje obawy potęgował jeszcze fakt, że akurat dziś wiał nam w twarz dość silny wiatr, co jak wiadomo nie sprzyja dobrej jeździe. No ale po obfitym hotelowym śniadanku, pełni nowych humorów ruszyliśmy w drogę.
Wczorajsze dopytywanie o drogę przyniosło skutek, ponieważ nie musieliśmy zbytnio błądzić i szukać przebiegu ścieżki rowerowej. Jeden z miejscowych powiedział, że spokojnie można rowerem przejechać. Nie wspomniał jednak, że jest to jeszcze stara poniemiecka droga, wybrukowana kamieniami. Zapewne drogami tymi jeździły jeszcze niemieckie wozy wojskowe, a być może i z Hitlerem na czele.
Jednak ze względu na planowaną długość trasy musieliśmy nieco pocierpieć, a szczególnie nasze tyłki. Sama droga w sumie bardzo fajna. Moją uwagę przykuły zlokalizowane kolejne pozostałości po bunkrach niemieckich, jak również urokliwe bagno, których w tych okolicach jest dość sporo. Nie dziwi więc decyzja o budowaniu zespołu bunkrów na swoją kwaterę główną.
Kiedy w końcu po kilku kilometrach takiej jazdy dopadliśmy do asfaltu, nasza radość była ogromna. Można było i podkręcić nieco tempa. Tym razem szukaliśmy pierwszego lepszego sklepu, aby uzupełnić braki w napojach.
Przed nami pozostawała jeszcze jedna niewiadoma co do wyboru trasy. Najlepszym rozwiązaniem było wybranie polnej drogi, którą zresztą przebiegał szlak rowerowy. A ponieważ jest to lepsze rozwiązanie, więc po uzupełnieniu bidonów ruszyliśmy we właściwą stronę. Droga, która początkowo była fajną szutrówką, nagle zamieniła się faktycznie w polną i piaszczystą drogę. Szczególnie mój załadowany rower zakopywał się skutecznie w piachu, uniemożliwiając dalszą jazdę. Mało tego, nagle nad naszymi głowami zaczęła krążyć chmara gzów i innego dziadostwa owadów. Decyzja o odwrocie zapadła bardzo szybko. Te kilka kilometrów dość mocno nas zmęczyły.
Postanowiliśmy więc jechać dalej już asfaltowymi drogami, mając nadzieję na jednak słabe natężenie ruchu. Tak jadąc powoli w kierunku Rynu postanowiłem tym razem jechać na przodzie naszego "peletonu". Wiatr wziąłem na siebie. Chłopak oczywiście się zgodził, co było słusznym rozwiązaniem. W taki sposób dojechaliśmy do Rynu, gdzie w przerwie na posiłek zaczęliśmy rozważać pokonanie dalszych 17 km.
Jedziemy. Zapadła decyzja syna, więc po uzupełnieniu kalorii ruszyliśmy dalej na południe. Trasa na szczęście była mało ruchliwa, więc jechało nam się przyjemnie. Jedynie wiatr utrudniał swobodną jazdę. I tym razem to ja prowadziłem grupę.
Najtrudniejszym fragmentem trasy były chyba ostatnie kilka kilometrów przed Mikołajkami, bowiem jechaliśmy ruchliwą trasą, pod spory wiatr i jeszcze bez żadnej osłony w postaci drzew. Jednak powoli w oddali "zbliżała się" do nas tabliczka z napisem "Mikołajki". Można powiedzieć, że cel zrealizowany, zamknęliśmy kółko mazurskie. Pozostało jedynie dojechać jeszcze na kemping i po raz ostatni rozłożyć biwak. Ostatnie wzniesienie przed kempingiem mój syn pokonał w oszałamiającym tempie, zostawiając ojca daleko z tyłu.
Tak więc oto zakończyliśmy naszą przygodę. Obaj zgodziliśmy się, że to nie koniec naszych wyjazdów, że może w przyszłym roku znów uda się zaplanować i zwiedzić część Polski.
Mnie cieszy fakt, że taka forma wypoczynku spodobała się mojemu synowi. Cieszy, ponieważ od dawna tęskniło mi się za sakwami, za namiotem i codzienną jazdą rowerową. Nareszcie mogłem zrealizować swoje marzenia.
Kiedy już emocje opadły, kiedy już rozłożyliśmy cały majdan, koniecznie trzeba było iść jeszcze na spacer wieczorny po Mikołajkach, przy okazji zjadając porządny posiłek. Jutro bowiem czekała nas droga powrotna do domu.








Etap 6: Gierłoż - Mikołajki
Dzisiejszego dnia "rzuciliśmy" się na szalony pomysł połączenia dwóch etapów w jeden. Taki pomysł padł jeszcze w dniu wczorajszym, a ponieważ mieliśmy dogodne warunki wypoczynkowe (bo i hotel, i gotowe śniadanko), więc wstępnym planem było dojechanie do samych Mikołajek.
Mówiąc szczerze, to nieco obawiałem się tego przejazdu. Oczywiście głównie o syna, który do tej pory nie pokonywał za jednym razem takiego dystansu, nawet bez bagażu. No ale zawsze mogliśmy w połowie trasy zatrzymać się, zgodnie z pierwotnymi planami. Moje obawy potęgował jeszcze fakt, że akurat dziś wiał nam w twarz dość silny wiatr, co jak wiadomo nie sprzyja dobrej jeździe. No ale po obfitym hotelowym śniadanku, pełni nowych humorów ruszyliśmy w drogę.
Wczorajsze dopytywanie o drogę przyniosło skutek, ponieważ nie musieliśmy zbytnio błądzić i szukać przebiegu ścieżki rowerowej. Jeden z miejscowych powiedział, że spokojnie można rowerem przejechać. Nie wspomniał jednak, że jest to jeszcze stara poniemiecka droga, wybrukowana kamieniami. Zapewne drogami tymi jeździły jeszcze niemieckie wozy wojskowe, a być może i z Hitlerem na czele.
Jednak ze względu na planowaną długość trasy musieliśmy nieco pocierpieć, a szczególnie nasze tyłki. Sama droga w sumie bardzo fajna. Moją uwagę przykuły zlokalizowane kolejne pozostałości po bunkrach niemieckich, jak również urokliwe bagno, których w tych okolicach jest dość sporo. Nie dziwi więc decyzja o budowaniu zespołu bunkrów na swoją kwaterę główną.
Kiedy w końcu po kilku kilometrach takiej jazdy dopadliśmy do asfaltu, nasza radość była ogromna. Można było i podkręcić nieco tempa. Tym razem szukaliśmy pierwszego lepszego sklepu, aby uzupełnić braki w napojach.
Przed nami pozostawała jeszcze jedna niewiadoma co do wyboru trasy. Najlepszym rozwiązaniem było wybranie polnej drogi, którą zresztą przebiegał szlak rowerowy. A ponieważ jest to lepsze rozwiązanie, więc po uzupełnieniu bidonów ruszyliśmy we właściwą stronę. Droga, która początkowo była fajną szutrówką, nagle zamieniła się faktycznie w polną i piaszczystą drogę. Szczególnie mój załadowany rower zakopywał się skutecznie w piachu, uniemożliwiając dalszą jazdę. Mało tego, nagle nad naszymi głowami zaczęła krążyć chmara gzów i innego dziadostwa owadów. Decyzja o odwrocie zapadła bardzo szybko. Te kilka kilometrów dość mocno nas zmęczyły.
Postanowiliśmy więc jechać dalej już asfaltowymi drogami, mając nadzieję na jednak słabe natężenie ruchu. Tak jadąc powoli w kierunku Rynu postanowiłem tym razem jechać na przodzie naszego "peletonu". Wiatr wziąłem na siebie. Chłopak oczywiście się zgodził, co było słusznym rozwiązaniem. W taki sposób dojechaliśmy do Rynu, gdzie w przerwie na posiłek zaczęliśmy rozważać pokonanie dalszych 17 km.
Jedziemy. Zapadła decyzja syna, więc po uzupełnieniu kalorii ruszyliśmy dalej na południe. Trasa na szczęście była mało ruchliwa, więc jechało nam się przyjemnie. Jedynie wiatr utrudniał swobodną jazdę. I tym razem to ja prowadziłem grupę.
Najtrudniejszym fragmentem trasy były chyba ostatnie kilka kilometrów przed Mikołajkami, bowiem jechaliśmy ruchliwą trasą, pod spory wiatr i jeszcze bez żadnej osłony w postaci drzew. Jednak powoli w oddali "zbliżała się" do nas tabliczka z napisem "Mikołajki". Można powiedzieć, że cel zrealizowany, zamknęliśmy kółko mazurskie. Pozostało jedynie dojechać jeszcze na kemping i po raz ostatni rozłożyć biwak. Ostatnie wzniesienie przed kempingiem mój syn pokonał w oszałamiającym tempie, zostawiając ojca daleko z tyłu.
Tak więc oto zakończyliśmy naszą przygodę. Obaj zgodziliśmy się, że to nie koniec naszych wyjazdów, że może w przyszłym roku znów uda się zaplanować i zwiedzić część Polski.
Mnie cieszy fakt, że taka forma wypoczynku spodobała się mojemu synowi. Cieszy, ponieważ od dawna tęskniło mi się za sakwami, za namiotem i codzienną jazdą rowerową. Nareszcie mogłem zrealizować swoje marzenia.
Kiedy już emocje opadły, kiedy już rozłożyliśmy cały majdan, koniecznie trzeba było iść jeszcze na spacer wieczorny po Mikołajkach, przy okazji zjadając porządny posiłek. Jutro bowiem czekała nas droga powrotna do domu.

Dzisiejsza luksusowa miejscówka.© Robert

Stare niemieckie drogi.© Robert

W okolicach dużo jest bagien.© Robert

Mazurskie drogi.© Robert

Postój 'Pod byczkiem' na posiłek.© Robert

Cel osiągnięty.© Robert

Rower wodny.© Robert

Na rynku w Mikołajkach.© Robert

Niestety - powrót do domu.© Robert
"Achtung Minen !"
Czwartek, 12 lipca 2012 | dodano:20.08.2012Kategoria Inne miejscówki, Mazury 2012
| Dst.: | 21.74 | Off-road: | 6.00 | Czas: | 01:35 | Avg: | 13.73 |
| Vmax: | 30.50 | Temp.: | 25.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 125m | Bike: | GT | ||
Mazury 2012
Etap 5: Sztynort - Gierłoż ("Wilczy Szaniec")
Dzisiejszy etap był pod hasłem historii i czasów z II wojny światowej. Plan trasy był krótki, więc i za bardzo rano nie spieszno nam było do startu. A że i pogoda jeszcze nie zapowiadała się ciekawie, więc zwlekaliśmy z pakowaniem.
Trasa celowo była krótsza, bowiem głównym punktem dzisiejszego dnia było dotarcie do "Wilczego Szańca" - czyli dawnej kwatery głównej A.Hitlera z czasów II wojny światowej. Nieco historii przyda się zapewne w przyszłości mojemu synowi, który może się pochwalić w szkole odwiedzinami w tym miejscu.
Początkowo trasa wiodła nas lokalnymi, bardzo lokalnymi drogami, po szutrówkach i niemalże polnych drogach. Jednak trasa urokliwa i bardzo spokojna. Można było sobie spokojnie kręcić. Na takich trasach można również napotkać na bardzo stare budownictwo, którego dość sporo w tych rejonach.
Szlak rowerowy niestety wkrótce skręcał nie za bardzo po naszej myśli, więc wjechaliśmy na asfaltowe drogi, po których dalej jechało się spokojnie. Jedynie nawierzchnia była słabej jakości, co wymuszało dość spokojną jazdę. Jazda taka wkrótce się skończyła, kiedy to mój syn zobaczył w oddali rowerowych turystów, których to koniecznie chciał dogonić. Wkrótce to nam się udało. A ponieważ napotkani turyści okazali się niemieckojęzycznymi, więc nie pogadaliśmy zbytnio.
Kiedy tak jechaliśmy w stronę naszego celu, dość przypadkowo natknęliśmy się na bardzo fajne miejsce - Park Miniatur Warmii i Mazur. Moje dziecko nie za bardzo miał ochotę, ale w końcu dziś i tak dzień zwiedzania, więc czemu nie taką dodatkową atrakcję.
W miejscu tym głównie można zobaczyć miniatury sporej części zamków, pałaców i innych charakterystycznych budowli, zlokalizowanych w tej części Polski. Mnie najbardziej podobała się makieta zamku krzyżackiego w Malborku. Ale oprócz tego można było zobaczyć dworki, chałupy wiejskie, słupy graniczne, czy choćby wiadukty w Stańczykach.
W miejscu tym mieliśmy również okazję zapoznać się już nieco z historią i miejscem, do którego zmierzaliśmy, a więc Wilczego Szańca. W parku tym można było również wypróbować swoje umiejętności strzeleckie.
Kiedy ponownie wsiedliśmy na rowery okazało się, że ... nastąpił nagły koniec naszej dzisiejszej jazdy, bowiem dojechaliśmy do celu. Ruch jak przez niejedną galerią handlową, tyle samochodów wjeżdża na parking. Kiedy pytam obsługę o możliwość rozbicia namiotu uprzejmie poinformowano mnie, że owszem, jest taka możliwość, ale póki co, to miejsce to służy właśnie za parking. Hm, no jakoś nie za bardzo mi się to podobało, ale pojechaliśmy zobaczyć owe miejsce. Fakt, samochodów sporo i niby znaleźliśmy miejsce, ale jakoś mało ciekawe. Postanowiliśmy jednak w pierwszej kolejności coś zjeść i ... przeczekać nadchodzącą burzę.
Faktycznie, burza wkrótce nieźle się rozwinęła. Rowery zostawiliśmy pod parasolem, a sami schowaliśmy się do baru, gdzie zjedliśmy jakieś ciepłe zakąski. Zrobiło się przy tym znacznie chłodniej i koniecznie trzeba było się ubrać. Deszcz nie przestawał i patrząc na syna nieco smutno mi się zrobiło, bo widziałem u niego pewne zmęczenie trudami całej wyprawy. Postanowiłem więc, że dziś będziemy spać luksusowo w hotelu. Obawiałem się tylko, czy będą jeszcze wolne miejsca. Na moje szczęście był wolny pokój, co szczególnie ucieszyło mojego syna. Widziałem, że potrzebne mu było wyspanie się w normalnym łóżku.
Nie czekając więc na zakończenie deszczu szybko przejechaliśmy pod hotel i po chwili znaleźliśmy się w pokoju hotelowym. Trudno sobie pomyślałem, ale nieco budżet wyprawy zostanie przekroczony. Po chwili odpoczynku i rozpakowaniu się, deszcz przestał padać i w dobrych nastrojach mogliśmy na spokojnie iść zwiedzić bunkry Hitlera i innych z jego otoczenia.
Może to sterta gruzu i nic nie warte betonowe bloki skalne, ale jednak na mnie zrobiło to dość spore wrażenie. Ogrom budowli, ogrom betonu i stali. Masywne konstrukcje na kilka metrów szerokości. Pragnę dodać, że to właśnie w tym miejscu odbyła się nieudana próba zamachu na życie Hitlera w czasie II wojny światowej.
Wizyta w bunkrach wzmogła w nas apetyty, więc zdecydowaliśmy przejść do restauracji na obiado - kolację. A po niej nastąpił relaks i odpoczynek. Mogliśmy w końcu zobaczyć telewizor i zapoznać się z prognozą pogody na następny dzień. Jak zwykle zmęczeni dość szybko poszliśmy spać. Nie ma to jak kołderka.









Etap 5: Sztynort - Gierłoż ("Wilczy Szaniec")
Dzisiejszy etap był pod hasłem historii i czasów z II wojny światowej. Plan trasy był krótki, więc i za bardzo rano nie spieszno nam było do startu. A że i pogoda jeszcze nie zapowiadała się ciekawie, więc zwlekaliśmy z pakowaniem.
Trasa celowo była krótsza, bowiem głównym punktem dzisiejszego dnia było dotarcie do "Wilczego Szańca" - czyli dawnej kwatery głównej A.Hitlera z czasów II wojny światowej. Nieco historii przyda się zapewne w przyszłości mojemu synowi, który może się pochwalić w szkole odwiedzinami w tym miejscu.
Początkowo trasa wiodła nas lokalnymi, bardzo lokalnymi drogami, po szutrówkach i niemalże polnych drogach. Jednak trasa urokliwa i bardzo spokojna. Można było sobie spokojnie kręcić. Na takich trasach można również napotkać na bardzo stare budownictwo, którego dość sporo w tych rejonach.
Szlak rowerowy niestety wkrótce skręcał nie za bardzo po naszej myśli, więc wjechaliśmy na asfaltowe drogi, po których dalej jechało się spokojnie. Jedynie nawierzchnia była słabej jakości, co wymuszało dość spokojną jazdę. Jazda taka wkrótce się skończyła, kiedy to mój syn zobaczył w oddali rowerowych turystów, których to koniecznie chciał dogonić. Wkrótce to nam się udało. A ponieważ napotkani turyści okazali się niemieckojęzycznymi, więc nie pogadaliśmy zbytnio.
Kiedy tak jechaliśmy w stronę naszego celu, dość przypadkowo natknęliśmy się na bardzo fajne miejsce - Park Miniatur Warmii i Mazur. Moje dziecko nie za bardzo miał ochotę, ale w końcu dziś i tak dzień zwiedzania, więc czemu nie taką dodatkową atrakcję.
W miejscu tym głównie można zobaczyć miniatury sporej części zamków, pałaców i innych charakterystycznych budowli, zlokalizowanych w tej części Polski. Mnie najbardziej podobała się makieta zamku krzyżackiego w Malborku. Ale oprócz tego można było zobaczyć dworki, chałupy wiejskie, słupy graniczne, czy choćby wiadukty w Stańczykach.
W miejscu tym mieliśmy również okazję zapoznać się już nieco z historią i miejscem, do którego zmierzaliśmy, a więc Wilczego Szańca. W parku tym można było również wypróbować swoje umiejętności strzeleckie.
Kiedy ponownie wsiedliśmy na rowery okazało się, że ... nastąpił nagły koniec naszej dzisiejszej jazdy, bowiem dojechaliśmy do celu. Ruch jak przez niejedną galerią handlową, tyle samochodów wjeżdża na parking. Kiedy pytam obsługę o możliwość rozbicia namiotu uprzejmie poinformowano mnie, że owszem, jest taka możliwość, ale póki co, to miejsce to służy właśnie za parking. Hm, no jakoś nie za bardzo mi się to podobało, ale pojechaliśmy zobaczyć owe miejsce. Fakt, samochodów sporo i niby znaleźliśmy miejsce, ale jakoś mało ciekawe. Postanowiliśmy jednak w pierwszej kolejności coś zjeść i ... przeczekać nadchodzącą burzę.
Faktycznie, burza wkrótce nieźle się rozwinęła. Rowery zostawiliśmy pod parasolem, a sami schowaliśmy się do baru, gdzie zjedliśmy jakieś ciepłe zakąski. Zrobiło się przy tym znacznie chłodniej i koniecznie trzeba było się ubrać. Deszcz nie przestawał i patrząc na syna nieco smutno mi się zrobiło, bo widziałem u niego pewne zmęczenie trudami całej wyprawy. Postanowiłem więc, że dziś będziemy spać luksusowo w hotelu. Obawiałem się tylko, czy będą jeszcze wolne miejsca. Na moje szczęście był wolny pokój, co szczególnie ucieszyło mojego syna. Widziałem, że potrzebne mu było wyspanie się w normalnym łóżku.
Nie czekając więc na zakończenie deszczu szybko przejechaliśmy pod hotel i po chwili znaleźliśmy się w pokoju hotelowym. Trudno sobie pomyślałem, ale nieco budżet wyprawy zostanie przekroczony. Po chwili odpoczynku i rozpakowaniu się, deszcz przestał padać i w dobrych nastrojach mogliśmy na spokojnie iść zwiedzić bunkry Hitlera i innych z jego otoczenia.
Może to sterta gruzu i nic nie warte betonowe bloki skalne, ale jednak na mnie zrobiło to dość spore wrażenie. Ogrom budowli, ogrom betonu i stali. Masywne konstrukcje na kilka metrów szerokości. Pragnę dodać, że to właśnie w tym miejscu odbyła się nieudana próba zamachu na życie Hitlera w czasie II wojny światowej.
Wizyta w bunkrach wzmogła w nas apetyty, więc zdecydowaliśmy przejść do restauracji na obiado - kolację. A po niej nastąpił relaks i odpoczynek. Mogliśmy w końcu zobaczyć telewizor i zapoznać się z prognozą pogody na następny dzień. Jak zwykle zmęczeni dość szybko poszliśmy spać. Nie ma to jak kołderka.

Achtung Minen - uwaga miny !© Robert

Wilczy Szaniec© Robert

Piękne mazurkie widoki.© Robert

Jedziemy szlakiem lokalnymi drogami.© Robert

Stare budownictwo.© Robert

W którą stronę teraz?© Robert

Makieta zamku w Malborku.© Robert

Środki perswazji.© Robert

Wojenny rower.© Robert

Jeden z pozostałości z bunkrów.© Robert
Byliśmy jachtem
Środa, 11 lipca 2012 | dodano:13.08.2012Kategoria Inne miejscówki, Mazury 2012, Średnia przyjemność
| Dst.: | 31.96 | Off-road: | 0.00 | Czas: | 01:56 | Avg: | 16.53 |
| Vmax: | 34.00 | Temp.: | 25.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 124m | Bike: | GT | ||
MAZURY 2012
Etap 4: Wilkasy - Sztynort.
Kolejny dzień przywitał nas słońcem, co oczywiście zachęciło mnie do wczesnego wstania. Tym razem chciałem nieco więcej czasu przeznaczyć na poranną toaletę, ponieważ na poprzedniej miejscówce trzeba było zapłacić za prąd.
Poranny czas wykorzystałem na naprawę drobnej usterki w postaci urwanego uchwytu na licznik. Niestety czas zrobił swoje i uchwyt puścił. Póki co, musiała wystarczyć taśma klejąca.
Rano mieliśmy jeszcze chwilę przyjemności w postaci podanej świeżutkiej jajecznicy na szynce. Spotkała nas jeszcze jedna miła sytuacja, bowiem okazało się, że nie musieliśmy płacić za nocleg. Pani na recepcji była tak sympatyczna.
W Giżycku znajduje się twierdza o nazwie Boyen, którą myślałem zwiedzić. Szukałem jakiegoś okazałego znaku informującego o dojeździe. Jakoś nie zauważyłem, widać byłem pochłonięty pilnowaniem drogi i syna, bowiem jechaliśmy dość ruchliwą drogą, gdzie nie było miejsca na nasze rowery. Kiedy okazało się, że jesteśmy już za daleko, nie wracaliśmy już. Skręciliśmy w drogę lokalną, która była spokojną i mniej ruchliwą. Mogliśmy odetchnąć i jechać spokojnie.
Cały etap przejechaliśmy praktycznie bez przerw. Fajnie się jechało, nie było problemów nawigacyjnych. Miałem w zamyśle jeden skrót, jednak zrezygnowałem, ponieważ była to droga leśna. A nie uśmiechało mi się ciągłe odganianie się od komarów i bąków.
Tym sposobem do Sztynortu dojechaliśmy w miarę wcześnie. Planowałem wobec tego podjechać nieco dalej do Mamerek, jednak zbierało się na burzę, więc poszliśmy coś zjeść. Popołudnie upłynęło nam na siedzeniu w knajpie i czekaniu, aż deszcz ustanie. Wolę już jak nie pada, bo przynajmniej jest taniej (piwo 0,5 l - 9 zł !!!). Tego dnia byliśmy jachtem, ponieważ na namiot dostaliśmy wywieszkę "Karta postoju jachtu". Widać nie ma innego.
W końcu deszcz ustał i pora było kończyć ten dzień.





Etap 4: Wilkasy - Sztynort.
Kolejny dzień przywitał nas słońcem, co oczywiście zachęciło mnie do wczesnego wstania. Tym razem chciałem nieco więcej czasu przeznaczyć na poranną toaletę, ponieważ na poprzedniej miejscówce trzeba było zapłacić za prąd.
Poranny czas wykorzystałem na naprawę drobnej usterki w postaci urwanego uchwytu na licznik. Niestety czas zrobił swoje i uchwyt puścił. Póki co, musiała wystarczyć taśma klejąca.
Rano mieliśmy jeszcze chwilę przyjemności w postaci podanej świeżutkiej jajecznicy na szynce. Spotkała nas jeszcze jedna miła sytuacja, bowiem okazało się, że nie musieliśmy płacić za nocleg. Pani na recepcji była tak sympatyczna.
W Giżycku znajduje się twierdza o nazwie Boyen, którą myślałem zwiedzić. Szukałem jakiegoś okazałego znaku informującego o dojeździe. Jakoś nie zauważyłem, widać byłem pochłonięty pilnowaniem drogi i syna, bowiem jechaliśmy dość ruchliwą drogą, gdzie nie było miejsca na nasze rowery. Kiedy okazało się, że jesteśmy już za daleko, nie wracaliśmy już. Skręciliśmy w drogę lokalną, która była spokojną i mniej ruchliwą. Mogliśmy odetchnąć i jechać spokojnie.
Cały etap przejechaliśmy praktycznie bez przerw. Fajnie się jechało, nie było problemów nawigacyjnych. Miałem w zamyśle jeden skrót, jednak zrezygnowałem, ponieważ była to droga leśna. A nie uśmiechało mi się ciągłe odganianie się od komarów i bąków.
Tym sposobem do Sztynortu dojechaliśmy w miarę wcześnie. Planowałem wobec tego podjechać nieco dalej do Mamerek, jednak zbierało się na burzę, więc poszliśmy coś zjeść. Popołudnie upłynęło nam na siedzeniu w knajpie i czekaniu, aż deszcz ustanie. Wolę już jak nie pada, bo przynajmniej jest taniej (piwo 0,5 l - 9 zł !!!). Tego dnia byliśmy jachtem, ponieważ na namiot dostaliśmy wywieszkę "Karta postoju jachtu". Widać nie ma innego.
W końcu deszcz ustał i pora było kończyć ten dzień.

Urok starych kółek.© Robert

Nasze rowery gotowe do drogi.© Robert

Piękne mazurskie drogi.© Robert

Port w Sztynorcie.© Robert

Tego dnia byliśmy - jachtem.© Robert

Nasz kolejna miejscówka. Tym razem byliśmy sami.© Robert
Strachy na lachy
Wtorek, 10 lipca 2012 | dodano:12.08.2012Kategoria Inne miejscówki, Mazury 2012, Średnia przyjemność
| Dst.: | 35.32 | Off-road: | 18.00 | Czas: | 02:34 | Avg: | 13.76 |
| Vmax: | 35.50 | Temp.: | 30.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 210m | Bike: | GT | ||
MAZURY 2012
Etap 3: Okartowo - Wilkasy
Dzień trzeci naszej wyprawy rozpoczął się dla mnie dość wcześnie, bowiem już o 4.30. Planowałem wcześniej wyszykować nas do drogi, bowiem dzisiejszy etap miał być najdłuższym, a jeszcze nie do końca miałem ustaloną dokładną trasę przejazdu. Nauczony doświadczeniem poprzedniego dnia, nie chciałem ponownie ryzykować jazdy po trudno przejezdnych leśnych duktach, wolałem więc wcześniej zasięgnąć języka u miejscowych. Moje zamiary zostały uprzedzone przez bardzo miłą i sympatyczną tymczasową sąsiadkę, która to poleciła nam przejazd trasą, która właśnie była sprzeczna. Na jednej posiadanej mapie zaznaczony był szlak rowerowy, natomiast na drugiej (dokładniejszej) tego szlaku nie było. Stąd moje rozterki. A decyzja o wybraniu trasy była fundamentalna ze względu na długość trasy.
Jednak szczęśliwie wszystko skończyło się dobrze. Początkowo szlak faktycznie był dość ciekawy i przebiegał po leśnej utwardzonej szerokiej drodze. Jednak jak poruszaliśmy się dalej na północ, tym droga stawała się miejscami trudno przejezdna, głównie na piaszczystych podjazdach. W tym miejscu zmuszeni byliśmy pokonać nieco trasy na piechotę.
Kiedy to dotarliśmy do skraju lasu i wjechaliśmy na drogę asfaltową, chcieliśmy upewnić się do do dalszej naszej trasy. A ponieważ zatrzymaliśmy się przy wjeździe na obozu harcerskiego, więc pomyślałem, że harcerze dokładnie będą znać okoliczne drogi. No cóż, dopiero ktoś z kadry potwierdził nasze przypuszczenia. W tym też miejscu próbował się do mnie „przyczepić” pasażer na gapę w postaci kleszcza. A ze względu na fakt, że trudno było mu się przebić szybko przez moje włosy na łydkach, więc i nie miał okazji na dłużej nam potowarzyszyć.
Później trafiliśmy na bardzo fajną szutrówkę wzdłuż Jeziora Buwełno. Ciągnęła się lekko pod górę, ale nie była na tyle strona, aby nie można było również podziwiać okolicznych widoków. W tych rejonach kraju można jeszcze napotkać na fragmenty starych dróg kamienistych, pewnie pochodzących jeszcze z czasów z przedwojennych, o czym mieliśmy okazję jeszcze nie raz się przekonać.
Długość trasy faktycznie dawała się we znaki mojemu synowi, który co chwilę pytał się ile jeszcze do końca. Trafiliśmy w końcu na kemping w porcie Wilkasy, który znów okazał się „nie prawdziwy” (wg oceny mojego syna). Po wybraniu lokalizacji, z czym tym razem nie było problemów (konieczność podłączenia do prądu), rozbiciu namiotu, koniecznie musieliśmy naładować nasze akumulatory porządnymi dawkami nowej energii w postaci pysznego spaghetti.
Później w ramach relaksu zaliczyliśmy wizytę na basenie. Było pływanie, rura i jacuzzi. Wieczorkiem, po kolacji spytałem syna, co dalej robimy, bowiem możemy jutro spakować cały majdan i w ciągu jednego dnia wrócić do Mikołajek, po czym do domu. Jednak decyzja była: „jedziemy dalej, zgadnie z planem”. Nie pozostało więc nic innego jak solidnie wypocząć przed kolejnymi etapami podróży. Mocno zmęczeni poszliśmy spać.






Etap 3: Okartowo - Wilkasy
Dzień trzeci naszej wyprawy rozpoczął się dla mnie dość wcześnie, bowiem już o 4.30. Planowałem wcześniej wyszykować nas do drogi, bowiem dzisiejszy etap miał być najdłuższym, a jeszcze nie do końca miałem ustaloną dokładną trasę przejazdu. Nauczony doświadczeniem poprzedniego dnia, nie chciałem ponownie ryzykować jazdy po trudno przejezdnych leśnych duktach, wolałem więc wcześniej zasięgnąć języka u miejscowych. Moje zamiary zostały uprzedzone przez bardzo miłą i sympatyczną tymczasową sąsiadkę, która to poleciła nam przejazd trasą, która właśnie była sprzeczna. Na jednej posiadanej mapie zaznaczony był szlak rowerowy, natomiast na drugiej (dokładniejszej) tego szlaku nie było. Stąd moje rozterki. A decyzja o wybraniu trasy była fundamentalna ze względu na długość trasy.
Jednak szczęśliwie wszystko skończyło się dobrze. Początkowo szlak faktycznie był dość ciekawy i przebiegał po leśnej utwardzonej szerokiej drodze. Jednak jak poruszaliśmy się dalej na północ, tym droga stawała się miejscami trudno przejezdna, głównie na piaszczystych podjazdach. W tym miejscu zmuszeni byliśmy pokonać nieco trasy na piechotę.
Kiedy to dotarliśmy do skraju lasu i wjechaliśmy na drogę asfaltową, chcieliśmy upewnić się do do dalszej naszej trasy. A ponieważ zatrzymaliśmy się przy wjeździe na obozu harcerskiego, więc pomyślałem, że harcerze dokładnie będą znać okoliczne drogi. No cóż, dopiero ktoś z kadry potwierdził nasze przypuszczenia. W tym też miejscu próbował się do mnie „przyczepić” pasażer na gapę w postaci kleszcza. A ze względu na fakt, że trudno było mu się przebić szybko przez moje włosy na łydkach, więc i nie miał okazji na dłużej nam potowarzyszyć.
Później trafiliśmy na bardzo fajną szutrówkę wzdłuż Jeziora Buwełno. Ciągnęła się lekko pod górę, ale nie była na tyle strona, aby nie można było również podziwiać okolicznych widoków. W tych rejonach kraju można jeszcze napotkać na fragmenty starych dróg kamienistych, pewnie pochodzących jeszcze z czasów z przedwojennych, o czym mieliśmy okazję jeszcze nie raz się przekonać.
Długość trasy faktycznie dawała się we znaki mojemu synowi, który co chwilę pytał się ile jeszcze do końca. Trafiliśmy w końcu na kemping w porcie Wilkasy, który znów okazał się „nie prawdziwy” (wg oceny mojego syna). Po wybraniu lokalizacji, z czym tym razem nie było problemów (konieczność podłączenia do prądu), rozbiciu namiotu, koniecznie musieliśmy naładować nasze akumulatory porządnymi dawkami nowej energii w postaci pysznego spaghetti.
Później w ramach relaksu zaliczyliśmy wizytę na basenie. Było pływanie, rura i jacuzzi. Wieczorkiem, po kolacji spytałem syna, co dalej robimy, bowiem możemy jutro spakować cały majdan i w ciągu jednego dnia wrócić do Mikołajek, po czym do domu. Jednak decyzja była: „jedziemy dalej, zgadnie z planem”. Nie pozostało więc nic innego jak solidnie wypocząć przed kolejnymi etapami podróży. Mocno zmęczeni poszliśmy spać.

Szlak rowerowy leśny.© Robert

Stara droga kamienista.© Robert

W trasie. W oddali widać J. Buwełno.© Robert

Przerwa na uzupełnienie kalorii.© Robert

Urokliwe bagno.© Robert

Jedna z lokalnych świetnych szutrówek.© Robert

Wieczór w Wilkasach.© Robert
Nie wierzyć mapom
Poniedziałek, 9 lipca 2012 | dodano:30.07.2012Kategoria Średnia przyjemność, Mazury 2012, Inne miejscówki
| Dst.: | 33.53 | Off-road: | 3.50 | Czas: | 02:16 | Avg: | 14.79 |
| Vmax: | 24.50 | Temp.: | 32.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 57m | Bike: | GT | ||
MAZURY 2012
Etap 2: Pisz - Okartowo
Noc upłynęła dość spokojnie, choć i tym razem padał deszcz. Wstaję jak zwykle wcześnie rano. Okazuje się, że o poranku na polu namiotowym w porcie w Piszu zostaliśmy sami. Gdzieś w oddali stał jeszcze jeden kamper. Pogoda i tym razem zapowiadała ciepły i słoneczny dzień. Już rano było dość ciepło. Jak poprzedniego dnia i tym razem rano zabrałem się za pakowanie oraz przygotowanie rowerów do dalszej drogi.
Drugi etap zaczął się od wyboru trasy etapu. Wcześniej zaplanowana trasa miała przebiegać w znacznej części po nieco bardziej ruchliwej drodze, co jak wiadomo, nie jest miłe i przyjemne. Jednak takie prowadzenie trasy ma tą zaletę, że przeważnie jest to najkrótszy przejazd. Jadąc z jeszcze młodym kolarzem musiał czynnik jak najkrótszej trasy brać również pod uwagę. Następny etap trzeci, miał być najdłuższym, więc nie chciałem dziś nadmiernie przemęczyć dziecka. Poza tym nie miałem pojęcia, jak w kolejny dzień jazdy syn wytrzyma jego trudy.
Po przestudiowaniu mapy okazało się, że istnieje szlak rowerowy, który przebiega bardziej krętymi ścieżkami, jednak na pewno nie po ruchliwych drogach. Z obliczeń wynikało, że alternatywna trasa nie jest zbyt dłuższa, zatem zdecydowaliśmy się właśnie na ten wariant, co jak się wkrótce okazało było sporym błędem.
Szlak rowerowy przewidywał przejazd przez śluzę Karwik. Kiedy podjechaliśmy do kanału i do śluzy, okazało się, że nie ma przejścia przez śluzę, o czym informuje stosowna tabliczka. Pracownik obsługujący śluzę zrobił nam przysługę i przepuścił nas na drugą stronę. Przejście jednak przez śluzę z rowerem z sakwami nie było takie proste. Przejście było na tyle wąskie, że na swoim rowerze musiałem ściągnąć jedną sakwę tylną, aby przecisnąć się przez przejście.
Po całym zamieszaniu i ponownym pakowaniu, pojechaliśmy dalej, choć trasa wyglądała bynajmniej nieciekawie. Za śluzą niestety nie napotkaliśmy na jakąś drogę, choćby leśną. Owszem była, ale na pewno nie nadawała się na przejazd rowerami z sakwami. Po jakiś 200 m podjąłem decyzję o zawróceniu. Nie powiem, abym nie był od tej chwili dość mocno zirytowany i zdenerwowany. Miało być krótko i przyjemnie, a szykowało się jednak dłużej i mało przyjemnie. Tak więc po kilku bluzgach zawróciliśmy i cały proceder z przejściem przez śluzę trzeba było powtórzyć.
W sumie ponownie trafiliśmy na drogę główną, aby po krótkiej chwili zatrzymać się na przydrożnym parkingu, aby ostudzić emocje i posilić się czymś słodkim. Sielanka trwała by może dłużej, aby w oddali zobaczyliśmy zbierające się ciemne chmury, aby nagle po chwili w oddali usłyszeć ciche pomruki zbliżającej się burzy.
Dość krótko jeszcze jechaliśmy główną trasą, ale po chwili skręciliśmy w boczną drogę, aby po chwili dojechać nad brzeg Jeziora Śniardwy. Widok ten zrobił na nas spore wrażenie. Jezioro wydawało się nie mieć końca. Szczególnie syn zareagował i pomimo zbliżającej się burzy musieliśmy zatrzymać się i zrobić sobie małą sesję zdjęciową. Niestety nie było wiele czasu, na zachwycanie się jeziorem, bowiem zależało nam, aby jeszcze przed burzą dotrzeć na pole namiotowe w miejscowości Okartowo.
Miejscowość dość mała i do pola namiotowego jechaliśmy troszkę na czuja, jednak udało nam się dotrzeć w końcu do małego portu, który okazał się całkiem przyjemnym i przytulnym miejscem. Mogliśmy się rozbić nawet tuż nad samymi Śniardwami. Niby tanio, ale za wszystko trzeba było płacić, łącznie z prądem. Tak więc decyzję szefa wyprawy dzisiejsze mycie odbyło się w jeziorze, dzięki nawet uciesze mojego syna, który to kąpał się w sumie trzy razy.
Burza, przed którą uciekaliśmy, okazała się małym deszczykiem, przed którym udało nam się rozbić namiot. Poszliśmy jeszcze coś zjeść, przy okazji zrobić zakupy kolacyjno - śniadaniowe. Kiedy syn zażywał kąpieli, ja mogłem postudiować nieco mapę, bowiem doświadczenia z dzisiejszego dnia nie pozwalały mi nie przygotować się należycie do następnego etapu, który z planów miał być najdłuższym.




Etap 2: Pisz - Okartowo
Noc upłynęła dość spokojnie, choć i tym razem padał deszcz. Wstaję jak zwykle wcześnie rano. Okazuje się, że o poranku na polu namiotowym w porcie w Piszu zostaliśmy sami. Gdzieś w oddali stał jeszcze jeden kamper. Pogoda i tym razem zapowiadała ciepły i słoneczny dzień. Już rano było dość ciepło. Jak poprzedniego dnia i tym razem rano zabrałem się za pakowanie oraz przygotowanie rowerów do dalszej drogi.
Drugi etap zaczął się od wyboru trasy etapu. Wcześniej zaplanowana trasa miała przebiegać w znacznej części po nieco bardziej ruchliwej drodze, co jak wiadomo, nie jest miłe i przyjemne. Jednak takie prowadzenie trasy ma tą zaletę, że przeważnie jest to najkrótszy przejazd. Jadąc z jeszcze młodym kolarzem musiał czynnik jak najkrótszej trasy brać również pod uwagę. Następny etap trzeci, miał być najdłuższym, więc nie chciałem dziś nadmiernie przemęczyć dziecka. Poza tym nie miałem pojęcia, jak w kolejny dzień jazdy syn wytrzyma jego trudy.
Po przestudiowaniu mapy okazało się, że istnieje szlak rowerowy, który przebiega bardziej krętymi ścieżkami, jednak na pewno nie po ruchliwych drogach. Z obliczeń wynikało, że alternatywna trasa nie jest zbyt dłuższa, zatem zdecydowaliśmy się właśnie na ten wariant, co jak się wkrótce okazało było sporym błędem.
Szlak rowerowy przewidywał przejazd przez śluzę Karwik. Kiedy podjechaliśmy do kanału i do śluzy, okazało się, że nie ma przejścia przez śluzę, o czym informuje stosowna tabliczka. Pracownik obsługujący śluzę zrobił nam przysługę i przepuścił nas na drugą stronę. Przejście jednak przez śluzę z rowerem z sakwami nie było takie proste. Przejście było na tyle wąskie, że na swoim rowerze musiałem ściągnąć jedną sakwę tylną, aby przecisnąć się przez przejście.
Po całym zamieszaniu i ponownym pakowaniu, pojechaliśmy dalej, choć trasa wyglądała bynajmniej nieciekawie. Za śluzą niestety nie napotkaliśmy na jakąś drogę, choćby leśną. Owszem była, ale na pewno nie nadawała się na przejazd rowerami z sakwami. Po jakiś 200 m podjąłem decyzję o zawróceniu. Nie powiem, abym nie był od tej chwili dość mocno zirytowany i zdenerwowany. Miało być krótko i przyjemnie, a szykowało się jednak dłużej i mało przyjemnie. Tak więc po kilku bluzgach zawróciliśmy i cały proceder z przejściem przez śluzę trzeba było powtórzyć.
W sumie ponownie trafiliśmy na drogę główną, aby po krótkiej chwili zatrzymać się na przydrożnym parkingu, aby ostudzić emocje i posilić się czymś słodkim. Sielanka trwała by może dłużej, aby w oddali zobaczyliśmy zbierające się ciemne chmury, aby nagle po chwili w oddali usłyszeć ciche pomruki zbliżającej się burzy.
Dość krótko jeszcze jechaliśmy główną trasą, ale po chwili skręciliśmy w boczną drogę, aby po chwili dojechać nad brzeg Jeziora Śniardwy. Widok ten zrobił na nas spore wrażenie. Jezioro wydawało się nie mieć końca. Szczególnie syn zareagował i pomimo zbliżającej się burzy musieliśmy zatrzymać się i zrobić sobie małą sesję zdjęciową. Niestety nie było wiele czasu, na zachwycanie się jeziorem, bowiem zależało nam, aby jeszcze przed burzą dotrzeć na pole namiotowe w miejscowości Okartowo.
Miejscowość dość mała i do pola namiotowego jechaliśmy troszkę na czuja, jednak udało nam się dotrzeć w końcu do małego portu, który okazał się całkiem przyjemnym i przytulnym miejscem. Mogliśmy się rozbić nawet tuż nad samymi Śniardwami. Niby tanio, ale za wszystko trzeba było płacić, łącznie z prądem. Tak więc decyzję szefa wyprawy dzisiejsze mycie odbyło się w jeziorze, dzięki nawet uciesze mojego syna, który to kąpał się w sumie trzy razy.
Burza, przed którą uciekaliśmy, okazała się małym deszczykiem, przed którym udało nam się rozbić namiot. Poszliśmy jeszcze coś zjeść, przy okazji zrobić zakupy kolacyjno - śniadaniowe. Kiedy syn zażywał kąpieli, ja mogłem postudiować nieco mapę, bowiem doświadczenia z dzisiejszego dnia nie pozwalały mi nie przygotować się należycie do następnego etapu, który z planów miał być najdłuższym.

Jedziemy obładowani ścieżką z Pisza.© Robert

Krótka sesja zdjęciowa na tle Śniardw.© Robert

Urocze miejsce biwakowe w małym porcie w Okartowie.© Robert

Nasza miejscówka w całej okazałości.© Robert

Wczesny poranek nad Śniardwami.© Robert
Pierwsze koty za płoty
Niedziela, 8 lipca 2012 | dodano:27.07.2012Kategoria Inne miejscówki, Mazury 2012, Średnia przyjemność
| Dst.: | 45.27 | Off-road: | 6.30 | Czas: | 02:29 | Avg: | 18.23 |
| Vmax: | 28.00 | Temp.: | 32.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 142m | Bike: | GT | ||
MAZURY 2012
Nareszcie! Doczekałem się wyjazdu rowerowego, o którym dawno już marzyłem. Mój syn na tyle dorósł, że mogłem zaplanować wspólną tygodniową wyprawę na Mazury.
Etap 1: Mikołajki - Pisz
Sam przyjazd dnia wczorajszego jakoś nie był problematyczny. Nawet przez Warszawkę jakoś sprawnie przejechaliśmy, może głównie dlatego, że byliśmy tam poranną porą, więc i mniejszy ruch. Później to już zacząłem się przyzwyczajać do innego systemu nawigacji w postaci mapy, co przez najbliższy tydzień będzie należało do stałych moich obowiązków. Nawet bez pudła trafiliśmy na kemping, jak to później mój syn go określił - prawdziwy. A prawdziwy dlatego, że było sporo kamperów (choć syn był do tej pory po raz pierwszy na kempingu i pierwszy raz czekały go noce w namiocie).
Kiedy to już doszliśmy do porozumienia co do kwestii lokalizacji rozbicia namiotu, nastała pora, aby coś zjeść i jednocześnie poszukać na tydzień parkingu dla naszego samochodu. Niestety na kempingu nie praktykują takich rozwiązań.
Upał niesamowity, w słońcu ciężko było wystać, ale gdzieś w oddali słychać było pomruki zbliżającej się burzy. Tego się najbardziej obawiałem, bowiem moje doświadczenie w rozbijaniu namiotu uznam za dość marne, a szczególnie, jak to jeszcze namiot jest całkiem nie znany.
Kiedy udało się już wszystko załatwić, na kemping wracaliśmy już w kroplach pierwszego deszczu, który jednak nie zapowiadał późniejszej nawałnicy. Jednak korzystając z okazji pobytu w Mikołajkach nie sposób było nie odwiedzić tutejszego kompleksu hotelowego z główną atrakcją licznych basenów. Przedsiębiorstwo niesamowite. Sporo ludzi się przewija, ale i sporo możliwości wypoczynku, pływania, szaleństw.
Pierwsza noc i od razu pierwsze testy z rozbijania namiotu. Długo nie mogliśmy usnąć. Syn, śpiąc po raz pierwszy w namiocie, był mocno wystraszony. Wtulił się w śpiwór i jakoś, pewnie ze zmęczenia, usnął. Ja natomiast długo liczyłem … kolejne grzmoty i obserwowałem, czy namiot nam nie odfruwa. W końcu i ja padłem.
Mimo częściowo nie przespanej nocy i tych ekscesach, w niedzielny poranek wstałem dość wcześnie. Jakoś nigdy długo nie lubiłem spać. Pamiętam, że podczas swojej pierwszej wyprawy w Danii również byłem takim budzikiem dla całej ekipy. Jednak dzięki temu mogłem nas spakować, przygotować sprzęt do wyjazdu, czy zrobić śniadanko. Dziwne, jak się później okazało, pierwszego dnia “zebraliśmy” się najwcześniej do wyjazdu.
Zaczynała się tym samym prawdziwa część naszej wyprawy, a więc jazda na rowerze z bagażami w zupełnie innej części Polski. Dziecko miało oczywiście zdecydowanie mniejszy ekwipunek, który składał się z materaca, karimaty i naszych śpiworów. Nie chciałem, aby tak zupełnie jechał “na luzaka”. W końcu to wyprawa, a nie niedzielna wycieczka. Ja natomiast taszczyłem nasz cały dobytek, włącznie z namiotem. Mój bagaż nie wiem ile łącznie ważył, ale zapewne dość sporo.
Pierwsze wrażenia - “o k...., o cholera, jak tym można jeździć”. No nic, ale komu w drogę, temu … w drogę. Pierwsze kilometry minęły spokojnie. Akurat przypadło jechać nam leśną drogą gruntową, po której jednak mój rower nie zapadał się całkiem. Ale wiadomo, że trzeba było mocno uważać, bo z sakwami, to zupełnie inna jazda.
Po ok. 6 km takiej jazdy dojechaliśmy do przeprawy promowej, która jednak za bardzo nie cieszyła syna ze względu na jego bojaźń przed wszystkim, co pływa. Na sam prom czekaliśmy prawie godzinę, ciesząc się, że w ogóle kursował. Tablice ogłoszeniowe wskazywały, że kursuje w określone dni tygodnia, ale na szczęście w okresie wakacyjnym “kursujemy na telefon”.
Po przeprawie promowej kolejne kilometry upłynęły spokojnie, choć po kiepskiej nawierzchni. Mniej więcej w połowie, nieco już zmęczeni i głodni, w miejscowości Wejsuny, postanowiliśmy się nieco posilić, po czym ruszyliśmy dalej do Pisza, gdzie zaplanowany był koniec pierwszego etapu. Jazda z pełnymi brzuchami z początku nie była ciekawa. W końcu po lekkich problemach nawigacyjnych udało nam się osiągnąć cel i dojechać do portu.
Ze względu na niedzielę, wcześniej trzeba było jeszcze zadbać o zakupy kolacyjno - śniadaniowe. Późnym popołudniem syn jeszcze wykąpał się w Jeziorze Roś, nad którym to zlokalizowany jest Pisz. Burza z poprzedniej nocy dała się we znaki i szybko poszliśmy spać.






Nareszcie! Doczekałem się wyjazdu rowerowego, o którym dawno już marzyłem. Mój syn na tyle dorósł, że mogłem zaplanować wspólną tygodniową wyprawę na Mazury.
Etap 1: Mikołajki - Pisz
Sam przyjazd dnia wczorajszego jakoś nie był problematyczny. Nawet przez Warszawkę jakoś sprawnie przejechaliśmy, może głównie dlatego, że byliśmy tam poranną porą, więc i mniejszy ruch. Później to już zacząłem się przyzwyczajać do innego systemu nawigacji w postaci mapy, co przez najbliższy tydzień będzie należało do stałych moich obowiązków. Nawet bez pudła trafiliśmy na kemping, jak to później mój syn go określił - prawdziwy. A prawdziwy dlatego, że było sporo kamperów (choć syn był do tej pory po raz pierwszy na kempingu i pierwszy raz czekały go noce w namiocie).
Kiedy to już doszliśmy do porozumienia co do kwestii lokalizacji rozbicia namiotu, nastała pora, aby coś zjeść i jednocześnie poszukać na tydzień parkingu dla naszego samochodu. Niestety na kempingu nie praktykują takich rozwiązań.
Upał niesamowity, w słońcu ciężko było wystać, ale gdzieś w oddali słychać było pomruki zbliżającej się burzy. Tego się najbardziej obawiałem, bowiem moje doświadczenie w rozbijaniu namiotu uznam za dość marne, a szczególnie, jak to jeszcze namiot jest całkiem nie znany.
Kiedy udało się już wszystko załatwić, na kemping wracaliśmy już w kroplach pierwszego deszczu, który jednak nie zapowiadał późniejszej nawałnicy. Jednak korzystając z okazji pobytu w Mikołajkach nie sposób było nie odwiedzić tutejszego kompleksu hotelowego z główną atrakcją licznych basenów. Przedsiębiorstwo niesamowite. Sporo ludzi się przewija, ale i sporo możliwości wypoczynku, pływania, szaleństw.
Pierwsza noc i od razu pierwsze testy z rozbijania namiotu. Długo nie mogliśmy usnąć. Syn, śpiąc po raz pierwszy w namiocie, był mocno wystraszony. Wtulił się w śpiwór i jakoś, pewnie ze zmęczenia, usnął. Ja natomiast długo liczyłem … kolejne grzmoty i obserwowałem, czy namiot nam nie odfruwa. W końcu i ja padłem.
Mimo częściowo nie przespanej nocy i tych ekscesach, w niedzielny poranek wstałem dość wcześnie. Jakoś nigdy długo nie lubiłem spać. Pamiętam, że podczas swojej pierwszej wyprawy w Danii również byłem takim budzikiem dla całej ekipy. Jednak dzięki temu mogłem nas spakować, przygotować sprzęt do wyjazdu, czy zrobić śniadanko. Dziwne, jak się później okazało, pierwszego dnia “zebraliśmy” się najwcześniej do wyjazdu.
Zaczynała się tym samym prawdziwa część naszej wyprawy, a więc jazda na rowerze z bagażami w zupełnie innej części Polski. Dziecko miało oczywiście zdecydowanie mniejszy ekwipunek, który składał się z materaca, karimaty i naszych śpiworów. Nie chciałem, aby tak zupełnie jechał “na luzaka”. W końcu to wyprawa, a nie niedzielna wycieczka. Ja natomiast taszczyłem nasz cały dobytek, włącznie z namiotem. Mój bagaż nie wiem ile łącznie ważył, ale zapewne dość sporo.
Pierwsze wrażenia - “o k...., o cholera, jak tym można jeździć”. No nic, ale komu w drogę, temu … w drogę. Pierwsze kilometry minęły spokojnie. Akurat przypadło jechać nam leśną drogą gruntową, po której jednak mój rower nie zapadał się całkiem. Ale wiadomo, że trzeba było mocno uważać, bo z sakwami, to zupełnie inna jazda.
Po ok. 6 km takiej jazdy dojechaliśmy do przeprawy promowej, która jednak za bardzo nie cieszyła syna ze względu na jego bojaźń przed wszystkim, co pływa. Na sam prom czekaliśmy prawie godzinę, ciesząc się, że w ogóle kursował. Tablice ogłoszeniowe wskazywały, że kursuje w określone dni tygodnia, ale na szczęście w okresie wakacyjnym “kursujemy na telefon”.
Po przeprawie promowej kolejne kilometry upłynęły spokojnie, choć po kiepskiej nawierzchni. Mniej więcej w połowie, nieco już zmęczeni i głodni, w miejscowości Wejsuny, postanowiliśmy się nieco posilić, po czym ruszyliśmy dalej do Pisza, gdzie zaplanowany był koniec pierwszego etapu. Jazda z pełnymi brzuchami z początku nie była ciekawa. W końcu po lekkich problemach nawigacyjnych udało nam się osiągnąć cel i dojechać do portu.
Ze względu na niedzielę, wcześniej trzeba było jeszcze zadbać o zakupy kolacyjno - śniadaniowe. Późnym popołudniem syn jeszcze wykąpał się w Jeziorze Roś, nad którym to zlokalizowany jest Pisz. Burza z poprzedniej nocy dała się we znaki i szybko poszliśmy spać.

Przygotowania do wyprawy.© Robert

Ciemne chmury nad Mikołajkami.© Robert

Słoneczny i ciepły poranek.© Robert

W oczekiwaniu na prom.© Robert

Objuczony rower.© Robert

Jesteśmy już na promie.© Robert

Pierwszy posiłek w trasie.© Robert






