Praca-dom
Środa, 25 lipca 2012 | dodano:21.08.2012
| Dst.: | 16.92 | Off-road: | 1.20 | Czas: | 00:47 | Avg: | 21.60 |
| Vmax: | 40.50 | Temp.: | HRmax: | (%) | HRavg | (%) | |
| Cal: | kcal | ALT: | 109m | Bike: | GT | ||
Uzupełnienie wpisu z poprzedniego miesiąca. Jazda do pracy i powrót.
Praca-dom
Wtorek, 24 lipca 2012 | dodano:21.08.2012
| Dst.: | 18.31 | Off-road: | 2.40 | Czas: | 00:50 | Avg: | 21.97 |
| Vmax: | 35.50 | Temp.: | HRmax: | (%) | HRavg | (%) | |
| Cal: | kcal | ALT: | 95m | Bike: | GT | ||
Do pracy.
Praca-dom
Poniedziałek, 23 lipca 2012 | dodano:21.08.2012
| Dst.: | 23.41 | Off-road: | 7.34 | Czas: | 01:25 | Avg: | 16.52 |
| Vmax: | 38.00 | Temp.: | HRmax: | (%) | HRavg | (%) | |
| Cal: | kcal | ALT: | 188m | Bike: | GT | ||
Po weekendzie przerwy (no prawie - było nieco po lesie) znów do pracy na rowerze.
Praca-dom
Piątek, 20 lipca 2012 | dodano:21.08.2012
| Dst.: | 16.62 | Off-road: | 2.40 | Czas: | 00:53 | Avg: | 18.82 |
| Vmax: | 38.00 | Temp.: | HRmax: | (%) | HRavg | (%) | |
| Cal: | kcal | ALT: | 107m | Bike: | GT | ||
Do pracy na rowerze.
Praca-dom
Czwartek, 19 lipca 2012 | dodano:21.08.2012
| Dst.: | 18.06 | Off-road: | 1.20 | Czas: | 00:54 | Avg: | 20.07 |
| Vmax: | 35.00 | Temp.: | HRmax: | (%) | HRavg | (%) | |
| Cal: | kcal | ALT: | 98m | Bike: | GT | ||
Kolejny dzień do pracy.
(p.s. przyszła pora na uzupełnienie wpisów, jakoś relacja z Mazur opóźniła moje regularne wpisy).
(p.s. przyszła pora na uzupełnienie wpisów, jakoś relacja z Mazur opóźniła moje regularne wpisy).
Praca-dom
Środa, 18 lipca 2012 | dodano:21.08.2012
| Dst.: | 18.01 | Off-road: | 2.40 | Czas: | 00:52 | Avg: | 20.78 |
| Vmax: | 35.00 | Temp.: | HRmax: | (%) | HRavg | (%) | |
| Cal: | kcal | ALT: | 80m | Bike: | GT | ||
Do pracy na rowerze i z powrotem.
Coś ostatnio zacząłem odczuwać dyskomfort przy siedzeniu na siodełku. Czyżby jego twardość już mi nie odpowiadała?
Coś ostatnio zacząłem odczuwać dyskomfort przy siedzeniu na siodełku. Czyżby jego twardość już mi nie odpowiadała?
Praca-dom
Poniedziałek, 16 lipca 2012 | dodano:21.08.2012
| Dst.: | 17.11 | Off-road: | 2.40 | Czas: | 00:52 | Avg: | 19.74 |
| Vmax: | 36.00 | Temp.: | 26.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 80m | Bike: | GT | ||
Niestety, wyjazd na Mazury zakończył się i pora wracać do pracy. Jednak z nadzieją, że w przyszłym miesiącu kolejny urlop i kolejna okazja do jazdy na rowerze.
Szalony powrót
Piątek, 13 lipca 2012 | dodano:21.08.2012Kategoria Inne miejscówki, Mazury 2012, Pełnia szczęścia
| Dst.: | 50.19 | Off-road: | 3.00 | Czas: | 03:43 | Avg: | 13.50 |
| Vmax: | 29.50 | Temp.: | 21.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 324m | Bike: | GT | ||
Mazury 2012
Etap 6: Gierłoż - Mikołajki
Dzisiejszego dnia "rzuciliśmy" się na szalony pomysł połączenia dwóch etapów w jeden. Taki pomysł padł jeszcze w dniu wczorajszym, a ponieważ mieliśmy dogodne warunki wypoczynkowe (bo i hotel, i gotowe śniadanko), więc wstępnym planem było dojechanie do samych Mikołajek.
Mówiąc szczerze, to nieco obawiałem się tego przejazdu. Oczywiście głównie o syna, który do tej pory nie pokonywał za jednym razem takiego dystansu, nawet bez bagażu. No ale zawsze mogliśmy w połowie trasy zatrzymać się, zgodnie z pierwotnymi planami. Moje obawy potęgował jeszcze fakt, że akurat dziś wiał nam w twarz dość silny wiatr, co jak wiadomo nie sprzyja dobrej jeździe. No ale po obfitym hotelowym śniadanku, pełni nowych humorów ruszyliśmy w drogę.
Wczorajsze dopytywanie o drogę przyniosło skutek, ponieważ nie musieliśmy zbytnio błądzić i szukać przebiegu ścieżki rowerowej. Jeden z miejscowych powiedział, że spokojnie można rowerem przejechać. Nie wspomniał jednak, że jest to jeszcze stara poniemiecka droga, wybrukowana kamieniami. Zapewne drogami tymi jeździły jeszcze niemieckie wozy wojskowe, a być może i z Hitlerem na czele.
Jednak ze względu na planowaną długość trasy musieliśmy nieco pocierpieć, a szczególnie nasze tyłki. Sama droga w sumie bardzo fajna. Moją uwagę przykuły zlokalizowane kolejne pozostałości po bunkrach niemieckich, jak również urokliwe bagno, których w tych okolicach jest dość sporo. Nie dziwi więc decyzja o budowaniu zespołu bunkrów na swoją kwaterę główną.
Kiedy w końcu po kilku kilometrach takiej jazdy dopadliśmy do asfaltu, nasza radość była ogromna. Można było i podkręcić nieco tempa. Tym razem szukaliśmy pierwszego lepszego sklepu, aby uzupełnić braki w napojach.
Przed nami pozostawała jeszcze jedna niewiadoma co do wyboru trasy. Najlepszym rozwiązaniem było wybranie polnej drogi, którą zresztą przebiegał szlak rowerowy. A ponieważ jest to lepsze rozwiązanie, więc po uzupełnieniu bidonów ruszyliśmy we właściwą stronę. Droga, która początkowo była fajną szutrówką, nagle zamieniła się faktycznie w polną i piaszczystą drogę. Szczególnie mój załadowany rower zakopywał się skutecznie w piachu, uniemożliwiając dalszą jazdę. Mało tego, nagle nad naszymi głowami zaczęła krążyć chmara gzów i innego dziadostwa owadów. Decyzja o odwrocie zapadła bardzo szybko. Te kilka kilometrów dość mocno nas zmęczyły.
Postanowiliśmy więc jechać dalej już asfaltowymi drogami, mając nadzieję na jednak słabe natężenie ruchu. Tak jadąc powoli w kierunku Rynu postanowiłem tym razem jechać na przodzie naszego "peletonu". Wiatr wziąłem na siebie. Chłopak oczywiście się zgodził, co było słusznym rozwiązaniem. W taki sposób dojechaliśmy do Rynu, gdzie w przerwie na posiłek zaczęliśmy rozważać pokonanie dalszych 17 km.
Jedziemy. Zapadła decyzja syna, więc po uzupełnieniu kalorii ruszyliśmy dalej na południe. Trasa na szczęście była mało ruchliwa, więc jechało nam się przyjemnie. Jedynie wiatr utrudniał swobodną jazdę. I tym razem to ja prowadziłem grupę.
Najtrudniejszym fragmentem trasy były chyba ostatnie kilka kilometrów przed Mikołajkami, bowiem jechaliśmy ruchliwą trasą, pod spory wiatr i jeszcze bez żadnej osłony w postaci drzew. Jednak powoli w oddali "zbliżała się" do nas tabliczka z napisem "Mikołajki". Można powiedzieć, że cel zrealizowany, zamknęliśmy kółko mazurskie. Pozostało jedynie dojechać jeszcze na kemping i po raz ostatni rozłożyć biwak. Ostatnie wzniesienie przed kempingiem mój syn pokonał w oszałamiającym tempie, zostawiając ojca daleko z tyłu.
Tak więc oto zakończyliśmy naszą przygodę. Obaj zgodziliśmy się, że to nie koniec naszych wyjazdów, że może w przyszłym roku znów uda się zaplanować i zwiedzić część Polski.
Mnie cieszy fakt, że taka forma wypoczynku spodobała się mojemu synowi. Cieszy, ponieważ od dawna tęskniło mi się za sakwami, za namiotem i codzienną jazdą rowerową. Nareszcie mogłem zrealizować swoje marzenia.
Kiedy już emocje opadły, kiedy już rozłożyliśmy cały majdan, koniecznie trzeba było iść jeszcze na spacer wieczorny po Mikołajkach, przy okazji zjadając porządny posiłek. Jutro bowiem czekała nas droga powrotna do domu.








Etap 6: Gierłoż - Mikołajki
Dzisiejszego dnia "rzuciliśmy" się na szalony pomysł połączenia dwóch etapów w jeden. Taki pomysł padł jeszcze w dniu wczorajszym, a ponieważ mieliśmy dogodne warunki wypoczynkowe (bo i hotel, i gotowe śniadanko), więc wstępnym planem było dojechanie do samych Mikołajek.
Mówiąc szczerze, to nieco obawiałem się tego przejazdu. Oczywiście głównie o syna, który do tej pory nie pokonywał za jednym razem takiego dystansu, nawet bez bagażu. No ale zawsze mogliśmy w połowie trasy zatrzymać się, zgodnie z pierwotnymi planami. Moje obawy potęgował jeszcze fakt, że akurat dziś wiał nam w twarz dość silny wiatr, co jak wiadomo nie sprzyja dobrej jeździe. No ale po obfitym hotelowym śniadanku, pełni nowych humorów ruszyliśmy w drogę.
Wczorajsze dopytywanie o drogę przyniosło skutek, ponieważ nie musieliśmy zbytnio błądzić i szukać przebiegu ścieżki rowerowej. Jeden z miejscowych powiedział, że spokojnie można rowerem przejechać. Nie wspomniał jednak, że jest to jeszcze stara poniemiecka droga, wybrukowana kamieniami. Zapewne drogami tymi jeździły jeszcze niemieckie wozy wojskowe, a być może i z Hitlerem na czele.
Jednak ze względu na planowaną długość trasy musieliśmy nieco pocierpieć, a szczególnie nasze tyłki. Sama droga w sumie bardzo fajna. Moją uwagę przykuły zlokalizowane kolejne pozostałości po bunkrach niemieckich, jak również urokliwe bagno, których w tych okolicach jest dość sporo. Nie dziwi więc decyzja o budowaniu zespołu bunkrów na swoją kwaterę główną.
Kiedy w końcu po kilku kilometrach takiej jazdy dopadliśmy do asfaltu, nasza radość była ogromna. Można było i podkręcić nieco tempa. Tym razem szukaliśmy pierwszego lepszego sklepu, aby uzupełnić braki w napojach.
Przed nami pozostawała jeszcze jedna niewiadoma co do wyboru trasy. Najlepszym rozwiązaniem było wybranie polnej drogi, którą zresztą przebiegał szlak rowerowy. A ponieważ jest to lepsze rozwiązanie, więc po uzupełnieniu bidonów ruszyliśmy we właściwą stronę. Droga, która początkowo była fajną szutrówką, nagle zamieniła się faktycznie w polną i piaszczystą drogę. Szczególnie mój załadowany rower zakopywał się skutecznie w piachu, uniemożliwiając dalszą jazdę. Mało tego, nagle nad naszymi głowami zaczęła krążyć chmara gzów i innego dziadostwa owadów. Decyzja o odwrocie zapadła bardzo szybko. Te kilka kilometrów dość mocno nas zmęczyły.
Postanowiliśmy więc jechać dalej już asfaltowymi drogami, mając nadzieję na jednak słabe natężenie ruchu. Tak jadąc powoli w kierunku Rynu postanowiłem tym razem jechać na przodzie naszego "peletonu". Wiatr wziąłem na siebie. Chłopak oczywiście się zgodził, co było słusznym rozwiązaniem. W taki sposób dojechaliśmy do Rynu, gdzie w przerwie na posiłek zaczęliśmy rozważać pokonanie dalszych 17 km.
Jedziemy. Zapadła decyzja syna, więc po uzupełnieniu kalorii ruszyliśmy dalej na południe. Trasa na szczęście była mało ruchliwa, więc jechało nam się przyjemnie. Jedynie wiatr utrudniał swobodną jazdę. I tym razem to ja prowadziłem grupę.
Najtrudniejszym fragmentem trasy były chyba ostatnie kilka kilometrów przed Mikołajkami, bowiem jechaliśmy ruchliwą trasą, pod spory wiatr i jeszcze bez żadnej osłony w postaci drzew. Jednak powoli w oddali "zbliżała się" do nas tabliczka z napisem "Mikołajki". Można powiedzieć, że cel zrealizowany, zamknęliśmy kółko mazurskie. Pozostało jedynie dojechać jeszcze na kemping i po raz ostatni rozłożyć biwak. Ostatnie wzniesienie przed kempingiem mój syn pokonał w oszałamiającym tempie, zostawiając ojca daleko z tyłu.
Tak więc oto zakończyliśmy naszą przygodę. Obaj zgodziliśmy się, że to nie koniec naszych wyjazdów, że może w przyszłym roku znów uda się zaplanować i zwiedzić część Polski.
Mnie cieszy fakt, że taka forma wypoczynku spodobała się mojemu synowi. Cieszy, ponieważ od dawna tęskniło mi się za sakwami, za namiotem i codzienną jazdą rowerową. Nareszcie mogłem zrealizować swoje marzenia.
Kiedy już emocje opadły, kiedy już rozłożyliśmy cały majdan, koniecznie trzeba było iść jeszcze na spacer wieczorny po Mikołajkach, przy okazji zjadając porządny posiłek. Jutro bowiem czekała nas droga powrotna do domu.

Dzisiejsza luksusowa miejscówka.© Robert

Stare niemieckie drogi.© Robert

W okolicach dużo jest bagien.© Robert

Mazurskie drogi.© Robert

Postój 'Pod byczkiem' na posiłek.© Robert

Cel osiągnięty.© Robert

Rower wodny.© Robert

Na rynku w Mikołajkach.© Robert

Niestety - powrót do domu.© Robert
"Achtung Minen !"
Czwartek, 12 lipca 2012 | dodano:20.08.2012Kategoria Inne miejscówki, Mazury 2012
| Dst.: | 21.74 | Off-road: | 6.00 | Czas: | 01:35 | Avg: | 13.73 |
| Vmax: | 30.50 | Temp.: | 25.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 125m | Bike: | GT | ||
Mazury 2012
Etap 5: Sztynort - Gierłoż ("Wilczy Szaniec")
Dzisiejszy etap był pod hasłem historii i czasów z II wojny światowej. Plan trasy był krótki, więc i za bardzo rano nie spieszno nam było do startu. A że i pogoda jeszcze nie zapowiadała się ciekawie, więc zwlekaliśmy z pakowaniem.
Trasa celowo była krótsza, bowiem głównym punktem dzisiejszego dnia było dotarcie do "Wilczego Szańca" - czyli dawnej kwatery głównej A.Hitlera z czasów II wojny światowej. Nieco historii przyda się zapewne w przyszłości mojemu synowi, który może się pochwalić w szkole odwiedzinami w tym miejscu.
Początkowo trasa wiodła nas lokalnymi, bardzo lokalnymi drogami, po szutrówkach i niemalże polnych drogach. Jednak trasa urokliwa i bardzo spokojna. Można było sobie spokojnie kręcić. Na takich trasach można również napotkać na bardzo stare budownictwo, którego dość sporo w tych rejonach.
Szlak rowerowy niestety wkrótce skręcał nie za bardzo po naszej myśli, więc wjechaliśmy na asfaltowe drogi, po których dalej jechało się spokojnie. Jedynie nawierzchnia była słabej jakości, co wymuszało dość spokojną jazdę. Jazda taka wkrótce się skończyła, kiedy to mój syn zobaczył w oddali rowerowych turystów, których to koniecznie chciał dogonić. Wkrótce to nam się udało. A ponieważ napotkani turyści okazali się niemieckojęzycznymi, więc nie pogadaliśmy zbytnio.
Kiedy tak jechaliśmy w stronę naszego celu, dość przypadkowo natknęliśmy się na bardzo fajne miejsce - Park Miniatur Warmii i Mazur. Moje dziecko nie za bardzo miał ochotę, ale w końcu dziś i tak dzień zwiedzania, więc czemu nie taką dodatkową atrakcję.
W miejscu tym głównie można zobaczyć miniatury sporej części zamków, pałaców i innych charakterystycznych budowli, zlokalizowanych w tej części Polski. Mnie najbardziej podobała się makieta zamku krzyżackiego w Malborku. Ale oprócz tego można było zobaczyć dworki, chałupy wiejskie, słupy graniczne, czy choćby wiadukty w Stańczykach.
W miejscu tym mieliśmy również okazję zapoznać się już nieco z historią i miejscem, do którego zmierzaliśmy, a więc Wilczego Szańca. W parku tym można było również wypróbować swoje umiejętności strzeleckie.
Kiedy ponownie wsiedliśmy na rowery okazało się, że ... nastąpił nagły koniec naszej dzisiejszej jazdy, bowiem dojechaliśmy do celu. Ruch jak przez niejedną galerią handlową, tyle samochodów wjeżdża na parking. Kiedy pytam obsługę o możliwość rozbicia namiotu uprzejmie poinformowano mnie, że owszem, jest taka możliwość, ale póki co, to miejsce to służy właśnie za parking. Hm, no jakoś nie za bardzo mi się to podobało, ale pojechaliśmy zobaczyć owe miejsce. Fakt, samochodów sporo i niby znaleźliśmy miejsce, ale jakoś mało ciekawe. Postanowiliśmy jednak w pierwszej kolejności coś zjeść i ... przeczekać nadchodzącą burzę.
Faktycznie, burza wkrótce nieźle się rozwinęła. Rowery zostawiliśmy pod parasolem, a sami schowaliśmy się do baru, gdzie zjedliśmy jakieś ciepłe zakąski. Zrobiło się przy tym znacznie chłodniej i koniecznie trzeba było się ubrać. Deszcz nie przestawał i patrząc na syna nieco smutno mi się zrobiło, bo widziałem u niego pewne zmęczenie trudami całej wyprawy. Postanowiłem więc, że dziś będziemy spać luksusowo w hotelu. Obawiałem się tylko, czy będą jeszcze wolne miejsca. Na moje szczęście był wolny pokój, co szczególnie ucieszyło mojego syna. Widziałem, że potrzebne mu było wyspanie się w normalnym łóżku.
Nie czekając więc na zakończenie deszczu szybko przejechaliśmy pod hotel i po chwili znaleźliśmy się w pokoju hotelowym. Trudno sobie pomyślałem, ale nieco budżet wyprawy zostanie przekroczony. Po chwili odpoczynku i rozpakowaniu się, deszcz przestał padać i w dobrych nastrojach mogliśmy na spokojnie iść zwiedzić bunkry Hitlera i innych z jego otoczenia.
Może to sterta gruzu i nic nie warte betonowe bloki skalne, ale jednak na mnie zrobiło to dość spore wrażenie. Ogrom budowli, ogrom betonu i stali. Masywne konstrukcje na kilka metrów szerokości. Pragnę dodać, że to właśnie w tym miejscu odbyła się nieudana próba zamachu na życie Hitlera w czasie II wojny światowej.
Wizyta w bunkrach wzmogła w nas apetyty, więc zdecydowaliśmy przejść do restauracji na obiado - kolację. A po niej nastąpił relaks i odpoczynek. Mogliśmy w końcu zobaczyć telewizor i zapoznać się z prognozą pogody na następny dzień. Jak zwykle zmęczeni dość szybko poszliśmy spać. Nie ma to jak kołderka.









Etap 5: Sztynort - Gierłoż ("Wilczy Szaniec")
Dzisiejszy etap był pod hasłem historii i czasów z II wojny światowej. Plan trasy był krótki, więc i za bardzo rano nie spieszno nam było do startu. A że i pogoda jeszcze nie zapowiadała się ciekawie, więc zwlekaliśmy z pakowaniem.
Trasa celowo była krótsza, bowiem głównym punktem dzisiejszego dnia było dotarcie do "Wilczego Szańca" - czyli dawnej kwatery głównej A.Hitlera z czasów II wojny światowej. Nieco historii przyda się zapewne w przyszłości mojemu synowi, który może się pochwalić w szkole odwiedzinami w tym miejscu.
Początkowo trasa wiodła nas lokalnymi, bardzo lokalnymi drogami, po szutrówkach i niemalże polnych drogach. Jednak trasa urokliwa i bardzo spokojna. Można było sobie spokojnie kręcić. Na takich trasach można również napotkać na bardzo stare budownictwo, którego dość sporo w tych rejonach.
Szlak rowerowy niestety wkrótce skręcał nie za bardzo po naszej myśli, więc wjechaliśmy na asfaltowe drogi, po których dalej jechało się spokojnie. Jedynie nawierzchnia była słabej jakości, co wymuszało dość spokojną jazdę. Jazda taka wkrótce się skończyła, kiedy to mój syn zobaczył w oddali rowerowych turystów, których to koniecznie chciał dogonić. Wkrótce to nam się udało. A ponieważ napotkani turyści okazali się niemieckojęzycznymi, więc nie pogadaliśmy zbytnio.
Kiedy tak jechaliśmy w stronę naszego celu, dość przypadkowo natknęliśmy się na bardzo fajne miejsce - Park Miniatur Warmii i Mazur. Moje dziecko nie za bardzo miał ochotę, ale w końcu dziś i tak dzień zwiedzania, więc czemu nie taką dodatkową atrakcję.
W miejscu tym głównie można zobaczyć miniatury sporej części zamków, pałaców i innych charakterystycznych budowli, zlokalizowanych w tej części Polski. Mnie najbardziej podobała się makieta zamku krzyżackiego w Malborku. Ale oprócz tego można było zobaczyć dworki, chałupy wiejskie, słupy graniczne, czy choćby wiadukty w Stańczykach.
W miejscu tym mieliśmy również okazję zapoznać się już nieco z historią i miejscem, do którego zmierzaliśmy, a więc Wilczego Szańca. W parku tym można było również wypróbować swoje umiejętności strzeleckie.
Kiedy ponownie wsiedliśmy na rowery okazało się, że ... nastąpił nagły koniec naszej dzisiejszej jazdy, bowiem dojechaliśmy do celu. Ruch jak przez niejedną galerią handlową, tyle samochodów wjeżdża na parking. Kiedy pytam obsługę o możliwość rozbicia namiotu uprzejmie poinformowano mnie, że owszem, jest taka możliwość, ale póki co, to miejsce to służy właśnie za parking. Hm, no jakoś nie za bardzo mi się to podobało, ale pojechaliśmy zobaczyć owe miejsce. Fakt, samochodów sporo i niby znaleźliśmy miejsce, ale jakoś mało ciekawe. Postanowiliśmy jednak w pierwszej kolejności coś zjeść i ... przeczekać nadchodzącą burzę.
Faktycznie, burza wkrótce nieźle się rozwinęła. Rowery zostawiliśmy pod parasolem, a sami schowaliśmy się do baru, gdzie zjedliśmy jakieś ciepłe zakąski. Zrobiło się przy tym znacznie chłodniej i koniecznie trzeba było się ubrać. Deszcz nie przestawał i patrząc na syna nieco smutno mi się zrobiło, bo widziałem u niego pewne zmęczenie trudami całej wyprawy. Postanowiłem więc, że dziś będziemy spać luksusowo w hotelu. Obawiałem się tylko, czy będą jeszcze wolne miejsca. Na moje szczęście był wolny pokój, co szczególnie ucieszyło mojego syna. Widziałem, że potrzebne mu było wyspanie się w normalnym łóżku.
Nie czekając więc na zakończenie deszczu szybko przejechaliśmy pod hotel i po chwili znaleźliśmy się w pokoju hotelowym. Trudno sobie pomyślałem, ale nieco budżet wyprawy zostanie przekroczony. Po chwili odpoczynku i rozpakowaniu się, deszcz przestał padać i w dobrych nastrojach mogliśmy na spokojnie iść zwiedzić bunkry Hitlera i innych z jego otoczenia.
Może to sterta gruzu i nic nie warte betonowe bloki skalne, ale jednak na mnie zrobiło to dość spore wrażenie. Ogrom budowli, ogrom betonu i stali. Masywne konstrukcje na kilka metrów szerokości. Pragnę dodać, że to właśnie w tym miejscu odbyła się nieudana próba zamachu na życie Hitlera w czasie II wojny światowej.
Wizyta w bunkrach wzmogła w nas apetyty, więc zdecydowaliśmy przejść do restauracji na obiado - kolację. A po niej nastąpił relaks i odpoczynek. Mogliśmy w końcu zobaczyć telewizor i zapoznać się z prognozą pogody na następny dzień. Jak zwykle zmęczeni dość szybko poszliśmy spać. Nie ma to jak kołderka.

Achtung Minen - uwaga miny !© Robert

Wilczy Szaniec© Robert

Piękne mazurkie widoki.© Robert

Jedziemy szlakiem lokalnymi drogami.© Robert

Stare budownictwo.© Robert

W którą stronę teraz?© Robert

Makieta zamku w Malborku.© Robert

Środki perswazji.© Robert

Wojenny rower.© Robert

Jeden z pozostałości z bunkrów.© Robert
Byliśmy jachtem
Środa, 11 lipca 2012 | dodano:13.08.2012Kategoria Inne miejscówki, Mazury 2012, Średnia przyjemność
| Dst.: | 31.96 | Off-road: | 0.00 | Czas: | 01:56 | Avg: | 16.53 |
| Vmax: | 34.00 | Temp.: | 25.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 124m | Bike: | GT | ||
MAZURY 2012
Etap 4: Wilkasy - Sztynort.
Kolejny dzień przywitał nas słońcem, co oczywiście zachęciło mnie do wczesnego wstania. Tym razem chciałem nieco więcej czasu przeznaczyć na poranną toaletę, ponieważ na poprzedniej miejscówce trzeba było zapłacić za prąd.
Poranny czas wykorzystałem na naprawę drobnej usterki w postaci urwanego uchwytu na licznik. Niestety czas zrobił swoje i uchwyt puścił. Póki co, musiała wystarczyć taśma klejąca.
Rano mieliśmy jeszcze chwilę przyjemności w postaci podanej świeżutkiej jajecznicy na szynce. Spotkała nas jeszcze jedna miła sytuacja, bowiem okazało się, że nie musieliśmy płacić za nocleg. Pani na recepcji była tak sympatyczna.
W Giżycku znajduje się twierdza o nazwie Boyen, którą myślałem zwiedzić. Szukałem jakiegoś okazałego znaku informującego o dojeździe. Jakoś nie zauważyłem, widać byłem pochłonięty pilnowaniem drogi i syna, bowiem jechaliśmy dość ruchliwą drogą, gdzie nie było miejsca na nasze rowery. Kiedy okazało się, że jesteśmy już za daleko, nie wracaliśmy już. Skręciliśmy w drogę lokalną, która była spokojną i mniej ruchliwą. Mogliśmy odetchnąć i jechać spokojnie.
Cały etap przejechaliśmy praktycznie bez przerw. Fajnie się jechało, nie było problemów nawigacyjnych. Miałem w zamyśle jeden skrót, jednak zrezygnowałem, ponieważ była to droga leśna. A nie uśmiechało mi się ciągłe odganianie się od komarów i bąków.
Tym sposobem do Sztynortu dojechaliśmy w miarę wcześnie. Planowałem wobec tego podjechać nieco dalej do Mamerek, jednak zbierało się na burzę, więc poszliśmy coś zjeść. Popołudnie upłynęło nam na siedzeniu w knajpie i czekaniu, aż deszcz ustanie. Wolę już jak nie pada, bo przynajmniej jest taniej (piwo 0,5 l - 9 zł !!!). Tego dnia byliśmy jachtem, ponieważ na namiot dostaliśmy wywieszkę "Karta postoju jachtu". Widać nie ma innego.
W końcu deszcz ustał i pora było kończyć ten dzień.





Etap 4: Wilkasy - Sztynort.
Kolejny dzień przywitał nas słońcem, co oczywiście zachęciło mnie do wczesnego wstania. Tym razem chciałem nieco więcej czasu przeznaczyć na poranną toaletę, ponieważ na poprzedniej miejscówce trzeba było zapłacić za prąd.
Poranny czas wykorzystałem na naprawę drobnej usterki w postaci urwanego uchwytu na licznik. Niestety czas zrobił swoje i uchwyt puścił. Póki co, musiała wystarczyć taśma klejąca.
Rano mieliśmy jeszcze chwilę przyjemności w postaci podanej świeżutkiej jajecznicy na szynce. Spotkała nas jeszcze jedna miła sytuacja, bowiem okazało się, że nie musieliśmy płacić za nocleg. Pani na recepcji była tak sympatyczna.
W Giżycku znajduje się twierdza o nazwie Boyen, którą myślałem zwiedzić. Szukałem jakiegoś okazałego znaku informującego o dojeździe. Jakoś nie zauważyłem, widać byłem pochłonięty pilnowaniem drogi i syna, bowiem jechaliśmy dość ruchliwą drogą, gdzie nie było miejsca na nasze rowery. Kiedy okazało się, że jesteśmy już za daleko, nie wracaliśmy już. Skręciliśmy w drogę lokalną, która była spokojną i mniej ruchliwą. Mogliśmy odetchnąć i jechać spokojnie.
Cały etap przejechaliśmy praktycznie bez przerw. Fajnie się jechało, nie było problemów nawigacyjnych. Miałem w zamyśle jeden skrót, jednak zrezygnowałem, ponieważ była to droga leśna. A nie uśmiechało mi się ciągłe odganianie się od komarów i bąków.
Tym sposobem do Sztynortu dojechaliśmy w miarę wcześnie. Planowałem wobec tego podjechać nieco dalej do Mamerek, jednak zbierało się na burzę, więc poszliśmy coś zjeść. Popołudnie upłynęło nam na siedzeniu w knajpie i czekaniu, aż deszcz ustanie. Wolę już jak nie pada, bo przynajmniej jest taniej (piwo 0,5 l - 9 zł !!!). Tego dnia byliśmy jachtem, ponieważ na namiot dostaliśmy wywieszkę "Karta postoju jachtu". Widać nie ma innego.
W końcu deszcz ustał i pora było kończyć ten dzień.

Urok starych kółek.© Robert

Nasze rowery gotowe do drogi.© Robert

Piękne mazurskie drogi.© Robert

Port w Sztynorcie.© Robert

Tego dnia byliśmy - jachtem.© Robert

Nasz kolejna miejscówka. Tym razem byliśmy sami.© Robert






