Praca-dom
Piątek, 16 września 2011 | dodano:16.09.2011
| Dst.: | 26.21 | Off-road: | 4.14 | Czas: | 01:27 | Avg: | 18.08 |
| Vmax: | 38.00 | Temp.: | 22.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 248m | Bike: | GT | ||
Korzystając z okazji, dziś udało się wyjść nawet nie co wcześniej z domu, nawet jeszcze o lampkach, bo o świecie.
Początkowo zimno, na liczniku zaledwie 5 st. Ale po krótkiej chwili, przyjemne ciepełko zaczęło płynąć po całym organizmie. Pojechałem pokręcić się po ścieżkach na Grabinie oraz na wzgórzu Karczówka. To taki pierwszy test nowej kasety w warunkach terenowych. I całkiem fajnie się podjeżdża. Ale i tak, łydka musi być.
Później dość przyjemnie się zrobiło, jakoś tak ciepło, ale cóż, trzeba było jechać do pracy.

Początkowo zimno, na liczniku zaledwie 5 st. Ale po krótkiej chwili, przyjemne ciepełko zaczęło płynąć po całym organizmie. Pojechałem pokręcić się po ścieżkach na Grabinie oraz na wzgórzu Karczówka. To taki pierwszy test nowej kasety w warunkach terenowych. I całkiem fajnie się podjeżdża. Ale i tak, łydka musi być.
Później dość przyjemnie się zrobiło, jakoś tak ciepło, ale cóż, trzeba było jechać do pracy.

Widok o poranku.© Robert

Wschód słónca nad Grabiną.© Robert
Dwa zęby różnicy
Niedziela, 11 września 2011 | dodano:12.09.2011
| Dst.: | 25.70 | Off-road: | 5.00 | Czas: | 01:36 | Avg: | 16.06 |
| Vmax: | 31.00 | Temp.: | 25.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 143m | Bike: | GT | ||
Niby tylko dwa zęby, a robi różnicę (przynajmniej tak mi się wydaje).
Już dawno to powinienem był zrobić. Planowałem na szybko dokonać modyfikacji w swoim sprzęcie jeszcze przed maratonem z Bielinach. Jednak niestety nie udało się. Taką zmianę powinienem był dokonać jeszcze przed zeszłoroczną odyseją. A mowa o wymianie kasety mniejszej na większą, tzn. takiej, która max. ma 32 zęby na taką, która ma ich 34 (i odpowiednio więcej na każdej zębatce).
Człowiek był głupi. A raczej chyba młody, a przynajmniej za takiego się uważałem. Myślałem, że eeeee, przecież ja kurcze, młokos jestem i zawsze "waliłem" mniejszą kasetę. "Co tam dla mnie, przecież mocny jestem" - tak sobie mówiłem. No cóż, życie jednak weryfikuje własne opinie. Jak się okazuje, to już nie jestem taki młody i nie daję rady, no ale jeszcze mogę ... Tyle, że potrzebuję odpowiednich akcesoriów.
Co prawda za bardzo nie miałem okazji na straszne testy, założenia były inne, a wyszło inaczej. Jednak na tyle co udało mi się jednak zauważyć, to faktycznie odczuwam różnicę. Jakoś lżej się jeździ na tych samych przełożeniach. Teraz pewnie będzie mnie kusić, aby zrzucać nieco niżej. Ale zobaczymy. Musi przyjść odpowiedni czas na bardziej konkretne testy. Ale póki co, to rokuje to pozytywnie.
Bałem się, że jakoś nie wpasują się łańcuch z kasetą. I owszem na początku coś tam zgrzytało, a ponieważ nie miałem za bardzo możliwości na regulacje (jechałem bowiem z dzieciakiem w foteliku), więc nic nie robiłem. Ale po jakimś czasie wszystko ustało i kręciło się spokojnie. Zobaczymy jak to będzie przy poważniejszych próbach.


Dnia 14.09 testów ciąg dalszy. Okazało się, że nie wyzerowałem poprzednio licznika i już aby nie mieszać w statystykach, pokręciłem dalej. Tym razem do pracy. Zębatka spisuje się dobrze. Tak jak przypuszczałem, że korzystam teraz z mniejszych zębatek, aby jechać na odpowiednim poziomie. Czekam na poważne testy na poważnych podjazdach.
Już dawno to powinienem był zrobić. Planowałem na szybko dokonać modyfikacji w swoim sprzęcie jeszcze przed maratonem z Bielinach. Jednak niestety nie udało się. Taką zmianę powinienem był dokonać jeszcze przed zeszłoroczną odyseją. A mowa o wymianie kasety mniejszej na większą, tzn. takiej, która max. ma 32 zęby na taką, która ma ich 34 (i odpowiednio więcej na każdej zębatce).
Człowiek był głupi. A raczej chyba młody, a przynajmniej za takiego się uważałem. Myślałem, że eeeee, przecież ja kurcze, młokos jestem i zawsze "waliłem" mniejszą kasetę. "Co tam dla mnie, przecież mocny jestem" - tak sobie mówiłem. No cóż, życie jednak weryfikuje własne opinie. Jak się okazuje, to już nie jestem taki młody i nie daję rady, no ale jeszcze mogę ... Tyle, że potrzebuję odpowiednich akcesoriów.
Co prawda za bardzo nie miałem okazji na straszne testy, założenia były inne, a wyszło inaczej. Jednak na tyle co udało mi się jednak zauważyć, to faktycznie odczuwam różnicę. Jakoś lżej się jeździ na tych samych przełożeniach. Teraz pewnie będzie mnie kusić, aby zrzucać nieco niżej. Ale zobaczymy. Musi przyjść odpowiedni czas na bardziej konkretne testy. Ale póki co, to rokuje to pozytywnie.
Bałem się, że jakoś nie wpasują się łańcuch z kasetą. I owszem na początku coś tam zgrzytało, a ponieważ nie miałem za bardzo możliwości na regulacje (jechałem bowiem z dzieciakiem w foteliku), więc nic nie robiłem. Ale po jakimś czasie wszystko ustało i kręciło się spokojnie. Zobaczymy jak to będzie przy poważniejszych próbach.

Nowiutka kaseta w roli głównej.© Robert

Tym razem widok od tyłu.© Robert
Dnia 14.09 testów ciąg dalszy. Okazało się, że nie wyzerowałem poprzednio licznika i już aby nie mieszać w statystykach, pokręciłem dalej. Tym razem do pracy. Zębatka spisuje się dobrze. Tak jak przypuszczałem, że korzystam teraz z mniejszych zębatek, aby jechać na odpowiednim poziomie. Czekam na poważne testy na poważnych podjazdach.
Maraton ŚLR - Bieliny
Niedziela, 4 września 2011 | dodano:05.09.2011Kategoria Pełnia szczęścia, Zawody
| Dst.: | 50.82 | Off-road: | 41.16 | Czas: | 03:37 | Avg: | 14.05 |
| Vmax: | 48.50 | Temp.: | 25.0 | HRmax: | 192(101%) | HRavg | 171( 90%) |
| Cal: | 2862kcal | ALT: | 938m | Bike: | GT | ||
Oj, dawno nie czułem tego dreszczyku emocji, związanego ze startem w kolejnych zawodach, w kolejnym maratonie. Co prawda mam za sobą w tym roku jeden start, ale to jako tylko osoba towarzysząca dla syna, dla którego był to pierwszy poważny start.
Podchodziłem do tego startu nieco z rezerwą. Maraton z Bielinach, okrzyknięty był jako najtrudniejszy w całym cyklu Świętokrzyskiej Ligi Rowerowej MTBCross Maraton. Organizatorzy zapowiadali, że "będzie co jechać". I faktycznie, tak było.
Na start dojechaliśmy w miarę o czasie (tym razem pojechałem razem ze swoim kumplem z ekipy Motyla noga). W pierwszej chwili ciężko nam było trafić na miejsce startu, ponieważ nie było żadnego oznakowania. Trafiliśmy nawet na parking kościelny. Ale jak już udało się, oczywiście w pierwszej kolejności trzeba było swoje odstać w kolejce do biura zawodów, po numer i chipa.
Kiedy wszystko udało się załatwić, przygotowania zajęły nam chwilkę więc mogliśmy nieco czasu poświęcić na luźne kręcenie (niby rozgrzewka).
W końcu nastąpiła długo oczekiwana chwila startu. Startowym był sam Tomasz Brożyna, były kolarz zawodowy, których pochodzi właśnie z Bielin.
Ludzi sporo, początkowo jazda za wozem policyjnym wolną, całą ławą. Później skręt i lekki podjazd. Lekki, ponieważ niestety nie wystarczył, aby stawka się rozciągnęła i do lasu w wąskie i kręte ścieżynki wpadliśmy całą grupą. Efekt taki, że jak już ktoś się wyłożył, to reszta stała i czekała, aż gość się pozbiera. Mnie jakoś się początkowo udaje i kręci mi się "tak jak wszyscy". Dopadamy w końcu pierwszej szerszej drogi, fajna szutrówka. Tak dało się w końcu nieco pojechać.
Moje pierwsze problemy zaczęły się już na pierwszym podjeździe, gdzie był fragment dość wąski i jednocześnie błotnisty i śliski. Niestety, moje oponki temu nie podołały i szybko zostałem w tyle. Nawet wskoczenie na rower było problemem, bo akurat jechał sznur ludzi i nie było miejsca, aby była dziura. Tak minęło mnie może z 15 zawodników.
Kiedy już znalazłem się na szlaku, zacząłem kręcić swoje. Nawet fajnie mi się jechało. Późnej prawie wszystkie podjazdy udawało się wjechać. Co nie powiem, ale mnie dziwiło. Nogi fajnie się kręciły. Zrezygnowałem jedynie, jak nachylenie osiągnęło 23% (tak przynajmniej pokazywał mój licznik). Tak więc odpuściłem ten fragment, bo i nie było sensu, ze względu na dość sporo luźnych kamieni. Moje oponki znów nie dały rady.
Już później, od mniej więcej ok. 20 km, praktycznie jechałem sam. Co jednak zbytnio mi nie przeszkadzało. Fajnie się jechało. Ok. 40 km, jakieś skurcze dawały znak o sobie, ale starałem się na to nie zważać. Choć przyznam, że byłem już mocno zmęczony. Na domiar złego, tuż przed wjazdem na ostatni asfaltowy odcinek dojazdowy do mety, na zjeździe, nie zauważyłem koleiny i wylądowałem w krzakach. Nieźle bolało, ale nic poważnego się na szczęście nie stało.
Do mety dojechałem po prawie 4 godz. jazdy. Założenie poniżej 4 h zostało spełnione.
Fajna impreza, fajna jazda i to się liczy.
A poniżej zostałem uchwycony na zdjęciach, dzięki uprzejmości Moniki NN, która jest autorem tych zdjęć 1, 2, 3.
Podchodziłem do tego startu nieco z rezerwą. Maraton z Bielinach, okrzyknięty był jako najtrudniejszy w całym cyklu Świętokrzyskiej Ligi Rowerowej MTBCross Maraton. Organizatorzy zapowiadali, że "będzie co jechać". I faktycznie, tak było.
Na start dojechaliśmy w miarę o czasie (tym razem pojechałem razem ze swoim kumplem z ekipy Motyla noga). W pierwszej chwili ciężko nam było trafić na miejsce startu, ponieważ nie było żadnego oznakowania. Trafiliśmy nawet na parking kościelny. Ale jak już udało się, oczywiście w pierwszej kolejności trzeba było swoje odstać w kolejce do biura zawodów, po numer i chipa.
Kiedy wszystko udało się załatwić, przygotowania zajęły nam chwilkę więc mogliśmy nieco czasu poświęcić na luźne kręcenie (niby rozgrzewka).
W końcu nastąpiła długo oczekiwana chwila startu. Startowym był sam Tomasz Brożyna, były kolarz zawodowy, których pochodzi właśnie z Bielin.
Ludzi sporo, początkowo jazda za wozem policyjnym wolną, całą ławą. Później skręt i lekki podjazd. Lekki, ponieważ niestety nie wystarczył, aby stawka się rozciągnęła i do lasu w wąskie i kręte ścieżynki wpadliśmy całą grupą. Efekt taki, że jak już ktoś się wyłożył, to reszta stała i czekała, aż gość się pozbiera. Mnie jakoś się początkowo udaje i kręci mi się "tak jak wszyscy". Dopadamy w końcu pierwszej szerszej drogi, fajna szutrówka. Tak dało się w końcu nieco pojechać.
Moje pierwsze problemy zaczęły się już na pierwszym podjeździe, gdzie był fragment dość wąski i jednocześnie błotnisty i śliski. Niestety, moje oponki temu nie podołały i szybko zostałem w tyle. Nawet wskoczenie na rower było problemem, bo akurat jechał sznur ludzi i nie było miejsca, aby była dziura. Tak minęło mnie może z 15 zawodników.
Kiedy już znalazłem się na szlaku, zacząłem kręcić swoje. Nawet fajnie mi się jechało. Późnej prawie wszystkie podjazdy udawało się wjechać. Co nie powiem, ale mnie dziwiło. Nogi fajnie się kręciły. Zrezygnowałem jedynie, jak nachylenie osiągnęło 23% (tak przynajmniej pokazywał mój licznik). Tak więc odpuściłem ten fragment, bo i nie było sensu, ze względu na dość sporo luźnych kamieni. Moje oponki znów nie dały rady.
Już później, od mniej więcej ok. 20 km, praktycznie jechałem sam. Co jednak zbytnio mi nie przeszkadzało. Fajnie się jechało. Ok. 40 km, jakieś skurcze dawały znak o sobie, ale starałem się na to nie zważać. Choć przyznam, że byłem już mocno zmęczony. Na domiar złego, tuż przed wjazdem na ostatni asfaltowy odcinek dojazdowy do mety, na zjeździe, nie zauważyłem koleiny i wylądowałem w krzakach. Nieźle bolało, ale nic poważnego się na szczęście nie stało.
Do mety dojechałem po prawie 4 godz. jazdy. Założenie poniżej 4 h zostało spełnione.
Fajna impreza, fajna jazda i to się liczy.
A poniżej zostałem uchwycony na zdjęciach, dzięki uprzejmości Moniki NN, która jest autorem tych zdjęć 1, 2, 3.

Na trasie© dzięki uprzejmości Moniki NN
Jazda po mieście
Sobota, 27 sierpnia 2011 | dodano:27.08.2011
| Dst.: | 13.79 | Off-road: | 2.50 | Czas: | 01:13 | Avg: | 11.33 |
| Vmax: | 18.00 | Temp.: | 33.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 81m | Bike: | GT | ||
Tym razem jazda po mieście z synami. Uciekaliśmy przed upałem, ale i tak wracając na otwarty słońcu licznik pokazywał 33 st. Mnie to tam pasuje.
No ale chyba teraz nieco przerwy, może jakiś mały przegląd. Wymiana części, aby dobrze być przygotowanym do zbliżającego się maratonu w Bielinach.
No ale chyba teraz nieco przerwy, może jakiś mały przegląd. Wymiana części, aby dobrze być przygotowanym do zbliżającego się maratonu w Bielinach.
Nocny Telegraf
Piątek, 26 sierpnia 2011 | dodano:27.08.2011Kategoria Pełnia szczęścia, W blasku księżyca
| Dst.: | 50.61 | Off-road: | 7.28 | Czas: | 02:59 | Avg: | 16.96 |
| Vmax: | 45.50 | Temp.: | 23.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 489m | Bike: | GT | ||
Na początek rowerem do pracy. To chyba ostatni raz, przynajmniej w okresie wakacji. Później wszystko będzie uzależnione od planu lekcji.
Pa pracy trzeba było zasuwać do domu, pomimo upału.
No a wieczorem ... Znów umówiliśmy się z kumplem na jazdę nocną. Ale tym razem miało być nieco terenu. Plany były takie, aby spokojnie dojechać ścieżką rowerową na Stadion, tam wjazd na szczyt, zjazd do asfaltówki, a później wjazd na Telegraf.
"Fajnie" się zaczęło, ponieważ złapałem kapcia. Coś w ostatnio nie mamy szczęścia do kapci. Poprzednim razem złapał kolega, a teraz ja. Jednak ja mu wcale tego nie pozazdrościłem. No cóż, miałem zapas, więc "szybka" zmiana, coby nie wypaść z wprawy. Tak więc od tego momentu nie mieliśmy wcale zapasu. No trudno.
Jazda była fajna. Nocny teren też jest ciekawy, jednak szybko się nie pojedzie. No i ta większa koncentracja i wpatrywanie się przed siebie.
Na Stadionie miałem w dwóch miejscach problem, ale i kamienie i zbyt stromo było. Natomiast Telegraf bez przerw. To mnie cieszy i nawet dobrze mi się wjeżdżało. Ale przydało by się wymienić zębatki, na nieco większe.
Pod koniec jazdy zerknąłem na licznik i musiałem jeszcze nieco pokręcić się po osiedlu, aby z tego wyjazdu zrobiła się pełnia szczęścia.
Pa pracy trzeba było zasuwać do domu, pomimo upału.
No a wieczorem ... Znów umówiliśmy się z kumplem na jazdę nocną. Ale tym razem miało być nieco terenu. Plany były takie, aby spokojnie dojechać ścieżką rowerową na Stadion, tam wjazd na szczyt, zjazd do asfaltówki, a później wjazd na Telegraf.
"Fajnie" się zaczęło, ponieważ złapałem kapcia. Coś w ostatnio nie mamy szczęścia do kapci. Poprzednim razem złapał kolega, a teraz ja. Jednak ja mu wcale tego nie pozazdrościłem. No cóż, miałem zapas, więc "szybka" zmiana, coby nie wypaść z wprawy. Tak więc od tego momentu nie mieliśmy wcale zapasu. No trudno.
Jazda była fajna. Nocny teren też jest ciekawy, jednak szybko się nie pojedzie. No i ta większa koncentracja i wpatrywanie się przed siebie.
Na Stadionie miałem w dwóch miejscach problem, ale i kamienie i zbyt stromo było. Natomiast Telegraf bez przerw. To mnie cieszy i nawet dobrze mi się wjeżdżało. Ale przydało by się wymienić zębatki, na nieco większe.
Pod koniec jazdy zerknąłem na licznik i musiałem jeszcze nieco pokręcić się po osiedlu, aby z tego wyjazdu zrobiła się pełnia szczęścia.
Praca-dom
Środa, 24 sierpnia 2011 | dodano:24.08.2011Kategoria Średnia przyjemność
| Dst.: | 43.13 | Off-road: | 2.28 | Czas: | 02:42 | Avg: | 15.97 |
| Vmax: | 31.00 | Temp.: | 31.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 250m | Bike: | GT | ||
A dziś, po wczorajszych "wyczynach", spokojnie do pracy.
Po pracy również.
A na drugi dzień, wyskoczyłem na stację paliw, aby zatankować ... powietrze do kół. A później ścigałem się z autobusem na buspasie na ul. Warszawskiej. Czemu tam nie ma ścieżki rowerowej? Jedzie się jak w kanapce, z jednej strony zasuwa wielgachny autobus, a z drugiej wariaty w osobówkach. A ty człowieku jedziesz między nimi.
Po pracy również.
A na drugi dzień, wyskoczyłem na stację paliw, aby zatankować ... powietrze do kół. A później ścigałem się z autobusem na buspasie na ul. Warszawskiej. Czemu tam nie ma ścieżki rowerowej? Jedzie się jak w kanapce, z jednej strony zasuwa wielgachny autobus, a z drugiej wariaty w osobówkach. A ty człowieku jedziesz między nimi.
Rajd 6 górek
Wtorek, 23 sierpnia 2011 | dodano:24.08.2011Kategoria Średnia przyjemność, W blasku księżyca
| Dst.: | 36.30 | Off-road: | 0.77 | Czas: | 01:50 | Avg: | 19.80 |
| Vmax: | 60.00 | Temp.: | 18.0 | HRmax: | 189( 99%) | HRavg | 150( 78%) |
| Cal: | 1327kcal | ALT: | 545m | Bike: | GT | ||
Tak bowiem naszą trasę nazwał mój znajomy, który wymyślił tą trasę.
W sumie nie dość długa, ale chyba za to najlepsze i największe podjazdy zaliczone w okolicy Kielc.
Ponieważ dzień już coraz krótszy, więc o 21.30 jest już ponownie ciemno, można wobec tego zacząć ponownie się umawiać na nocne jazdy. Tak też uczyniliśmy. Trasa fajna, bowiem zawierała najlepsze podjazdy w naszym regionie.
Moja żona jak usłyszała, że wjeżdżaliśmy na te górki, po to tylko, aby na szczycie zawrócić i jechać w dół, stwierdziła, że "to głupota". Hm, no jeśli przyjrzeć się temu z tej drugiej strony, to może i faktycznie tak to wyglądało.
Moja forma, pomimo codziennej jazdy, nie jest jeszcze najlepsza. Nadal lekko odstawałem od znajomych. Wiem, że i tak nie gnali, więc udało mi się tylko "lekko" odstawać. Ale fajnie się jechało. Siłę w nogach czułem, ale jednak męczyłem się szybko. Widać chyba wytrzymałości brak.
Czuję już jednak zmęczenie rowerem, choć tak prawdę mówiąc to po ok. 20 km, zaczęło mi się dobrze jechać. Nawet podjazdy wchodziły.
A trasa to: Dąbrowa-Scholasteria-Ameliówka-Radostowa-Podklonówka-Klonówka (to te tytułowe górki) przez Masłów do domu.
A i jeszcze jeden fakt warty odnotowania. Po raz pierwszy, jak razem z kumplami jeżdżę, to złapaliśmy kapcia, a konkretnie Zenek. Wymiana w świetle lampek - bezcenne.
A drugi fakt, to pobiłem wynik kilometrów z poprzedniego roku.
W sumie nie dość długa, ale chyba za to najlepsze i największe podjazdy zaliczone w okolicy Kielc.
Ponieważ dzień już coraz krótszy, więc o 21.30 jest już ponownie ciemno, można wobec tego zacząć ponownie się umawiać na nocne jazdy. Tak też uczyniliśmy. Trasa fajna, bowiem zawierała najlepsze podjazdy w naszym regionie.
Moja żona jak usłyszała, że wjeżdżaliśmy na te górki, po to tylko, aby na szczycie zawrócić i jechać w dół, stwierdziła, że "to głupota". Hm, no jeśli przyjrzeć się temu z tej drugiej strony, to może i faktycznie tak to wyglądało.
Moja forma, pomimo codziennej jazdy, nie jest jeszcze najlepsza. Nadal lekko odstawałem od znajomych. Wiem, że i tak nie gnali, więc udało mi się tylko "lekko" odstawać. Ale fajnie się jechało. Siłę w nogach czułem, ale jednak męczyłem się szybko. Widać chyba wytrzymałości brak.
Czuję już jednak zmęczenie rowerem, choć tak prawdę mówiąc to po ok. 20 km, zaczęło mi się dobrze jechać. Nawet podjazdy wchodziły.
A trasa to: Dąbrowa-Scholasteria-Ameliówka-Radostowa-Podklonówka-Klonówka (to te tytułowe górki) przez Masłów do domu.
A i jeszcze jeden fakt warty odnotowania. Po raz pierwszy, jak razem z kumplami jeżdżę, to złapaliśmy kapcia, a konkretnie Zenek. Wymiana w świetle lampek - bezcenne.
A drugi fakt, to pobiłem wynik kilometrów z poprzedniego roku.
Praca-dom
Poniedziałek, 22 sierpnia 2011 | dodano:24.08.2011Kategoria Średnia przyjemność
| Dst.: | 46.31 | Off-road: | 5.06 | Czas: | 02:45 | Avg: | 16.84 |
| Vmax: | 36.00 | Temp.: | 30.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 280m | Bike: | GT | ||
Trasa do pracy razy dwa. Jak zwykle w poniedziałek zapomniałem spisać dane z licznika, więc we wtorek jechałem "dalej". No a ponieważ w ten dzień również jechałem wieczorem, więc nie chciałem, aby za jeden dzień wyszło ponad 80 km. To było by nie ładnie, tak oszukiwać. Dlatego nieco "zamieszałem" z datami.
A tak w ogóle, to bez żadnych sensacji podczas dojazdu do pracy. No, może tylko tyle, że czuję się jakby już nieco zmęczony, tym codziennym rowerem. Sam się dziwię, że to powiedziałem.
A tak w ogóle, to bez żadnych sensacji podczas dojazdu do pracy. No, może tylko tyle, że czuję się jakby już nieco zmęczony, tym codziennym rowerem. Sam się dziwię, że to powiedziałem.
Praca-dom
Piątek, 19 sierpnia 2011 | dodano:21.08.2011
| Dst.: | 16.39 | Off-road: | 2.28 | Czas: | 00:40 | Avg: | 24.59 |
| Vmax: | 40.50 | Temp.: | 24.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 99m | Bike: | GT | ||
Znów na rowerze do pracy.
Tym razem droga do domu z przygodami, ponieważ pomimo, że wyszedłem nieco wcześniej (szefu mnie zwolnił), to jednak złapała mnie pod koniec burza. Na szczęście dopadłem wcześniej przystanek autobusowy i mogłem w spokoju się przygotować na ulewę. Zabrakło mi ok. 5 min. do domu. Eh. Ale chyba jeszcze nigdy tak szybko nie zasuwałem, na płaskim miałem nawet 40 km/h. Ale jak widać i to nie pomogło.
Tym razem droga do domu z przygodami, ponieważ pomimo, że wyszedłem nieco wcześniej (szefu mnie zwolnił), to jednak złapała mnie pod koniec burza. Na szczęście dopadłem wcześniej przystanek autobusowy i mogłem w spokoju się przygotować na ulewę. Zabrakło mi ok. 5 min. do domu. Eh. Ale chyba jeszcze nigdy tak szybko nie zasuwałem, na płaskim miałem nawet 40 km/h. Ale jak widać i to nie pomogło.






