Relaksowo
Sobota, 4 czerwca 2011 | dodano:05.06.2011
| Dst.: | 16.88 | Off-road: | 0.00 | Czas: | 00:51 | Avg: | 19.86 |
| Vmax: | 48.50 | Temp.: | 24.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 188m | Bike: | GT | ||
Po całym dniu robótek domowych, dla odpoczynku, wyszedłem sobie późnym popołudniem na taką małą pętelkę z podjazdem na Klonówkę. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że utworzony tam został szlak rowerowy wokół Pasma Masłowskiego. No ale jego przejechanie zostawiłem sobie na inny dzień. Choć tereny oczywiście są mi znane.
Ale jakoś ciężko mi się dziś jechało, ciężkie nogi były. Czyżby to efekt zmęczenia?
Ale jakoś ciężko mi się dziś jechało, ciężkie nogi były. Czyżby to efekt zmęczenia?
Dzień zmarnowany
Piątek, 3 czerwca 2011 | dodano:03.06.2011
| Dst.: | 9.02 | Off-road: | 1.20 | Czas: | 00:45 | Avg: | 12.03 |
| Vmax: | 24.00 | Temp.: | 23.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 98m | Bike: | GT | ||
Co by nie było, że "dzień bez roweru, to dzień zmarnowany", wyszedłem na krótką jazdę. Zaledwie 9 km, ale byłem z moimi chłopakami na przejażdżce wspólnej. Pojeździliśmy ścieżkami rowerowymi. Chłopakom jak zwykle podobało się bardzo.
Rzucone wyzwanie
Czwartek, 2 czerwca 2011 | dodano:03.06.2011Kategoria Pełnia szczęścia, W blasku księżyca
| Dst.: | 56.27 | Off-road: | 1.00 | Czas: | 02:46 | Avg: | 20.34 |
| Vmax: | 64.50 | Temp.: | 20.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 598m | Bike: | GT | ||
Jakiś tydzień temu znajomy z drużyny Zenek rzucił hasło, że wynalazł jeden świetny podjazd, chyba najtrudniejszy w rejonie Gór Świętokrzyskich. Tym samym rzucił wyzwanie mnie i jeszcze jednemu znajomemu z ekipy - Pawłowi. "Podjedziecie?"
No cóż było robić. "Im ciężej, tym przyjemniej" - tak brzmi moje motto. Ponieważ jedyną możliwością naszego wspólnego spotkania, to był wieczór, więc padło na wczorajszy wieczór.
Pogoda dopisała, ponieważ było idealnie na rower. Do tego podjazdu musieliśmy jakoś dotrzeć, a niestety trzeba było nieco pokonać dystansu. Jednak, aby nie jechać w jedną i drugą stronę tą samą drogą, koledzy wybrali jeszcze jedną spinaczkę, tym razem leśnymi ścieżkami. W sumie: byłem zachwycony tym podjazdem. Pominę fakt, że jechaliśmy tylko na latarki, co było sporym dla mnie przeżyciem, ponieważ po lesie w nocy jeździłem po raz pierwszy. Podjazd również fajny. Ja nieco ślizgałem się na swoich już łysawych oponkach, ale jakoś dałem radę.
Później był dość długi zjazd, gdzie można było odpocząć przed zbliżającym się podjazdem. No i w końcu skręt w lewo i początkowo łagodnie pod górę. Jednak za chwilę było coraz stromiej. W końcu pojawiły się i serpentyny, prawie jak na Giro ostatnim. Zenek oczywiście wypruł do przodu, bo to młokos. Zresztą sam rzucił wyzwanie, to nie wypadało się wlec na końcu. Albo co gorsza, nie podjechać. Za nim skoczył Paweł, który już raz robił "podejście", w przenośni i dosłownie, pod ten podjazd. No a ja na końcu. Czemu, a sam nie wiem, ale faktycznie, ciężko się jechało. Po tym podjeździe obiecałem sobie, że przy najbliższej okazji zmienię sobie tryb na bardziej górski z największą tarczą 34.
W sumie wszystkim udało się w całości podjechać. Mnie nogi ciężko kręciły pod górę. Na szczycie sprawdziłem, że maksymalne nachylenie, to było 18%. Krótki odpoczynek na górze. Łyk wody, chwila radości w pokonanej góry i w dół. A zjazd fantastyczny. Na początku trzeba było uważać na serpentyny, aby nie wylecieć z drogi. Ale później było już bardziej płasko i można było pognać prawie 65 km/h.
Cel zrealizowany. Teraz trzeba było jeszcze wrócić do domu. Początkowo też było pod górkę, a mnie jakoś zaczął dopadać kryzys. Dobrze, że od Św. Katarzyny było lekko z górki, więc jechało się spokojnie. Chłopaki było jakiś rozochoceni tym podjazdem i wyszukiwali kolejnych po drodze, ale ja nie miałem siły. W końcu dziś wcześniej już miałem w nogach 30 km. Tak więc goniłem towarzystwo, ponieważ od jakiegoś już czasu w oddali widać było błyskanie na niebie.
Po drodze pożegnaliśmy Zenka, a razem z Pawłem ruszyliśmy do swoich domów. I tak jak już jadąc sam, tak jakoś lepiej mi się zaczęło jechać. A może to efekt tego, że nieco wcześniej zjadłem kawałek jakiegoś starego batona, który został mi jeszcze z zapasów. Być może. Ale trzeba było jechać do domu, ponieważ było już po 23. No a niestety jutro do pracy. Nie ma zmiłuj.
Tak więc wyjazd rewelacyjny. Sporo kilometrów, sporo przeżyć, sporo potu, spore zmęczenie. Ale i fajnie się jechało z kumplami, za co im serdecznie dziękuję. Aby do następnego razu.
Mój łączny wczorajszy dystans wyniósł 87,38 km. Na siodełku byłem ponad 4 h (co wieczorem odczuwałem). Średnia ze średnich, to 20,55 km/h (co wydaje mi się niezłym wynikiem). Łączny podjazd: 836 m.
No cóż było robić. "Im ciężej, tym przyjemniej" - tak brzmi moje motto. Ponieważ jedyną możliwością naszego wspólnego spotkania, to był wieczór, więc padło na wczorajszy wieczór.
Pogoda dopisała, ponieważ było idealnie na rower. Do tego podjazdu musieliśmy jakoś dotrzeć, a niestety trzeba było nieco pokonać dystansu. Jednak, aby nie jechać w jedną i drugą stronę tą samą drogą, koledzy wybrali jeszcze jedną spinaczkę, tym razem leśnymi ścieżkami. W sumie: byłem zachwycony tym podjazdem. Pominę fakt, że jechaliśmy tylko na latarki, co było sporym dla mnie przeżyciem, ponieważ po lesie w nocy jeździłem po raz pierwszy. Podjazd również fajny. Ja nieco ślizgałem się na swoich już łysawych oponkach, ale jakoś dałem radę.
Później był dość długi zjazd, gdzie można było odpocząć przed zbliżającym się podjazdem. No i w końcu skręt w lewo i początkowo łagodnie pod górę. Jednak za chwilę było coraz stromiej. W końcu pojawiły się i serpentyny, prawie jak na Giro ostatnim. Zenek oczywiście wypruł do przodu, bo to młokos. Zresztą sam rzucił wyzwanie, to nie wypadało się wlec na końcu. Albo co gorsza, nie podjechać. Za nim skoczył Paweł, który już raz robił "podejście", w przenośni i dosłownie, pod ten podjazd. No a ja na końcu. Czemu, a sam nie wiem, ale faktycznie, ciężko się jechało. Po tym podjeździe obiecałem sobie, że przy najbliższej okazji zmienię sobie tryb na bardziej górski z największą tarczą 34.
W sumie wszystkim udało się w całości podjechać. Mnie nogi ciężko kręciły pod górę. Na szczycie sprawdziłem, że maksymalne nachylenie, to było 18%. Krótki odpoczynek na górze. Łyk wody, chwila radości w pokonanej góry i w dół. A zjazd fantastyczny. Na początku trzeba było uważać na serpentyny, aby nie wylecieć z drogi. Ale później było już bardziej płasko i można było pognać prawie 65 km/h.
Cel zrealizowany. Teraz trzeba było jeszcze wrócić do domu. Początkowo też było pod górkę, a mnie jakoś zaczął dopadać kryzys. Dobrze, że od Św. Katarzyny było lekko z górki, więc jechało się spokojnie. Chłopaki było jakiś rozochoceni tym podjazdem i wyszukiwali kolejnych po drodze, ale ja nie miałem siły. W końcu dziś wcześniej już miałem w nogach 30 km. Tak więc goniłem towarzystwo, ponieważ od jakiegoś już czasu w oddali widać było błyskanie na niebie.
Po drodze pożegnaliśmy Zenka, a razem z Pawłem ruszyliśmy do swoich domów. I tak jak już jadąc sam, tak jakoś lepiej mi się zaczęło jechać. A może to efekt tego, że nieco wcześniej zjadłem kawałek jakiegoś starego batona, który został mi jeszcze z zapasów. Być może. Ale trzeba było jechać do domu, ponieważ było już po 23. No a niestety jutro do pracy. Nie ma zmiłuj.
Tak więc wyjazd rewelacyjny. Sporo kilometrów, sporo przeżyć, sporo potu, spore zmęczenie. Ale i fajnie się jechało z kumplami, za co im serdecznie dziękuję. Aby do następnego razu.
Mój łączny wczorajszy dystans wyniósł 87,38 km. Na siodełku byłem ponad 4 h (co wieczorem odczuwałem). Średnia ze średnich, to 20,55 km/h (co wydaje mi się niezłym wynikiem). Łączny podjazd: 836 m.
Praca-dom
Czwartek, 2 czerwca 2011 | dodano:02.06.2011Kategoria Średnia przyjemność
| Dst.: | 31.11 | Off-road: | 1.14 | Czas: | 01:29 | Avg: | 20.97 |
| Vmax: | 45.00 | Temp.: | 24.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 238m | Bike: | GT | ||
Jednak tym razem się nie dałem. Bowiem jeszcze rano nie byłem zdecydowany, czy do pracy pojechać rowerem. Nocny deszcz jakoś mnie od tego pomysłu mocno studził. Jednak nieco poczekałem, i postanowiłem, że jednak pojadę. Najwyżej. W razie czego zabezpieczyłem się ..., wziąłem kurtkę od deszczu i założyłem błotnik.
No a po pracy spokojnie, ponieważ wiedziałem, że wieczorem czeka mnie jeszcze niezła jazda.
No a po pracy spokojnie, ponieważ wiedziałem, że wieczorem czeka mnie jeszcze niezła jazda.
Praca-dom
Środa, 1 czerwca 2011 | dodano:01.06.2011Kategoria Średnia przyjemność
| Dst.: | 36.00 | Off-road: | 2.37 | Czas: | 02:00 | Avg: | 18.00 |
| Vmax: | 41.50 | Temp.: | 27.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 268m | Bike: | GT | ||
Oj ciężko na początku się jechało. Dość trudno było rozruszać kości po wczorajszym spędzeniu pół dnia w autobusie. A ponieważ dziś Dzień Dziecka i była okazja, więc do pracy na rowerze.
A po pracy (a w zasadzie po jej połowie) szybko do domu, bo coś zaczęło padać. A ponieważ dziś Dzień Dziecka, więc pojechałem sobie lekko za miasto ze swoim synem, aby zrobić mu przyjemność.
A po pracy (a w zasadzie po jej połowie) szybko do domu, bo coś zaczęło padać. A ponieważ dziś Dzień Dziecka, więc pojechałem sobie lekko za miasto ze swoim synem, aby zrobić mu przyjemność.
Jazda z synem
Niedziela, 29 maja 2011 | dodano:30.05.2011
| Dst.: | 15.25 | Off-road: | 0.00 | Czas: | 01:08 | Avg: | 13.46 |
| Vmax: | 27.50 | Temp.: | 24.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 128m | Bike: | GT | ||
Plany były inne, ponieważ mieliśmy jechać gdzieś za miasto. No ale dobre i to. Zrobiliśmy małą rundkę po mieście.
Rozruch
Czwartek, 26 maja 2011 | dodano:27.05.2011Kategoria Średnia przyjemność, W blasku księżyca
| Dst.: | 30.42 | Off-road: | 0.10 | Czas: | 01:33 | Avg: | 19.63 |
| Vmax: | 41.00 | Temp.: | 13.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 252m | Bike: | GT | ||
Znów udało się wyjść wieczorową porą. Tym razem krótko i bez szaleństw, ponieważ znajomy doznał kontuzji na rajdzie na orientację (Kierat) i trzeba było dokonać rozruchu mięśnia. Było spokojnie. Wyszliśmy o 21, a tu jeszcze widno.
Udało się fajnie pojeździć i pogadać. Teraz w końcu można jeździć legalnie obok siebie, w końcu zmieniły się przepisy. Mnie to szczególnie cieszy, ponieważ teraz lepiej będzie mi się jeździło z synem.
Pod koniec nieco "dokręciłem" dystansu, ponieważ obawiałem się, że nie byłaby to średnia przyjemność.
Trzeba w końcu również i pulsometr odpalić, aby dowiedzieć się jak to z tą formą.
Udało się fajnie pojeździć i pogadać. Teraz w końcu można jeździć legalnie obok siebie, w końcu zmieniły się przepisy. Mnie to szczególnie cieszy, ponieważ teraz lepiej będzie mi się jeździło z synem.
Pod koniec nieco "dokręciłem" dystansu, ponieważ obawiałem się, że nie byłaby to średnia przyjemność.
Trzeba w końcu również i pulsometr odpalić, aby dowiedzieć się jak to z tą formą.
Przyjemne z pożytecznym
Wtorek, 24 maja 2011 | dodano:25.05.2011
| Dst.: | 14.14 | Off-road: | 3.43 | Czas: | 01:07 | Avg: | 12.66 |
| Vmax: | 21.50 | Temp.: | 26.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 71m | Bike: | GT | ||
Jako, że musiałem w centrum miasta załatwić jedną sprawę, więc zabrałem swoich chłopaków i pojechaliśmy razem na rowerach. Jeden to oczywiście w foteliku. Fajnie było, wszyscy zadowoleni. Starszy syn, bo pojechał gdzieś dalej. A młodszy, bo też widział coś innego, przykładowo korek na ulicy i sporo samochodów.
Tak więc przyjemne z pożytecznym.
Tak więc przyjemne z pożytecznym.
Wciąganie
Sobota, 14 maja 2011 | dodano:16.05.2011Kategoria Średnia przyjemność
| Dst.: | 37.67 | Off-road: | 6.17 | Czas: | 02:11 | Avg: | 17.25 |
| Vmax: | 43.50 | Temp.: | 23.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 370m | Bike: | GT | ||
Aby mieć później dobrze, to trzeba sobie na to zapracować. Jednego syna udało mi się z powodzeniem zachęcić do jazdy na rowerze. Teraz staram się drugie w to "wrobić". Tak więc w sobotnie przedpołudnie wybraliśmy się razem, we trójkę, na wspólną wycieczkę po okolicach. A konkretnie na lody do marketu, później fajną ścieżką rowerową nad zalew, a później do domciu. Dłużej się nie dało, ponieważ jeden syn na rowerze miał już lekko dość. A i drugi w foteliku zaczynał się już kręcić.
Wciąganie nie może być na siłę.
Kiedy starszy odpoczywał, a młodszy spał - to wyszedłem jeszcze na konkretną jazdę. Już wcześniej upatrzyłem sobie fragment zamkniętej trasy, gdzie nie ma samochodów, jest pusto. Jest lekki podjazd, więc jest gdzie trenować. Tym razem zapuściłem muzykę i kręciłem w kółko. Prawie jak na trenażerze, choć nigdy na czymś taki nie "jeździłem". Ale fajnie, było. Szczególnie, jak już jeździło się na krótko. Oby dalej tak pogoda dopisała.
Wciąganie nie może być na siłę.
Kiedy starszy odpoczywał, a młodszy spał - to wyszedłem jeszcze na konkretną jazdę. Już wcześniej upatrzyłem sobie fragment zamkniętej trasy, gdzie nie ma samochodów, jest pusto. Jest lekki podjazd, więc jest gdzie trenować. Tym razem zapuściłem muzykę i kręciłem w kółko. Prawie jak na trenażerze, choć nigdy na czymś taki nie "jeździłem". Ale fajnie, było. Szczególnie, jak już jeździło się na krótko. Oby dalej tak pogoda dopisała.
Prześladowanie
Środa, 11 maja 2011 | dodano:12.05.2011Kategoria Pełnia szczęścia, W blasku księżyca
| Dst.: | 56.13 | Off-road: | 0.00 | Czas: | 02:36 | Avg: | 21.59 |
| Vmax: | 46.00 | Temp.: | 9.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 336m | Bike: | GT | ||
Dziwny jest ten świat i to życie. Wśród licznych radości życia, są i te smutne. Szczególnie śmierć kogoś może dotkliwie człowieka poruszyć, a jeszcze jak to jest osoba bliska, to już całkiem odechciewa się wszystkiego.
Piszę o tym, może dziwne, że w tym miejscu, ale częściowo wiążą się z kolarstwem, z rowerami. Maj, piękny okres, wiosna w pełni, żyć się chce. Ale mnie jakoś brakuje ostatnio entuzjazmu. Po pierwsze śmierć Weylandta na Giro. To chyba niejako na "otrzeźwienie" dla sądzę wielu, którzy zasuwają z góry, jakby nie mieli hamulców. W takich chwilach sam się zawsze zastanawiam, jak to i z moją jazdą jest i jak to niewiele potrzeba, aby pożegnać się z tym światem. Kto przypuszczał, że niby nie trudny zjazd okazał się tym ostatnim dla tego kolarza. A może jest tak, jak powiedział Piotr Wadecki, że przy niby łatwych zjazdach kolarz nie koncentruje się tak mocno. A o głupi błąd nie trudno.
Zastanawiające są również słowa Sylwestra Szmyda, który stwierdził, że w pogoni za popularnością, a co za tym idzie, za większą oglądalnością imprezy, wymyślane są coraz to nowe trudności. A to jazda po szutrach, a to karkołomne zjazdy bez żadnych zabezpieczeń. "Traktowani jesteśmy jak mięso, aby tylko dojechało do mety". Coś w tym jest. Bo choćby wczorajszy zjazd po szutrach, czy był taki atrakcyjny. Owszem, może dla mnie, gdybym jechał tam swoim góralem.
Dzisiejsze wyjście potrzebne mi było psychicznie. Bowiem w dniu dzisiejszym mija dokładnie 3 rocznica śmierci mojego ojca, który też odszedł nagle. Nadal jest mi ciężko, nadal nie mogę sobie z tym poradzić i pogodzić, nadal momentami jestem w dołku psychicznym. Jednak takie życie i nic na to się nie poradzi. Choć do dziś pamiętam, jak tata uczył mnie jeździć na rowerze, kiedy to się stało i i jakich
okolicznościach. Pech chciał, że dokładnie tego samego dnia tym razem ja uczyłem swojego syna jazdy na rowerze bez kółek bocznych, bo chcieliśmy się razem pochwalić przed dziadkiem. Nie zdążyliśmy.
Śmierć mnie ostatnio prześladuje.
A dziś wieczorkiem pojechaliśmy z kolegą taką trasą, którą dawno nie jechałem: Suków, Borków, Daleszyce. Jechało się fajnie, ale kurcze zimno jeszcze w nocy. Miejcami to taki ziąb się czuło mocno po kościach. Ale nawet całkiem dobrze mi się kręciło. Może dlatego, że nie było większego podjazdu. Jedynie co, to po ok. 2h już mnie tyłek bolał. Jednak nie przyzwyczajony jestem jeszcze do
dłuższego przesiadywania na siodełku.
Tak więc psychicznie było super. Nie tylko dlatego, że to był dla mnie ważny dzień i potrzebowałem tego, ale również dlatego, że fizycznie dobrze to zniosłem.
Piszę o tym, może dziwne, że w tym miejscu, ale częściowo wiążą się z kolarstwem, z rowerami. Maj, piękny okres, wiosna w pełni, żyć się chce. Ale mnie jakoś brakuje ostatnio entuzjazmu. Po pierwsze śmierć Weylandta na Giro. To chyba niejako na "otrzeźwienie" dla sądzę wielu, którzy zasuwają z góry, jakby nie mieli hamulców. W takich chwilach sam się zawsze zastanawiam, jak to i z moją jazdą jest i jak to niewiele potrzeba, aby pożegnać się z tym światem. Kto przypuszczał, że niby nie trudny zjazd okazał się tym ostatnim dla tego kolarza. A może jest tak, jak powiedział Piotr Wadecki, że przy niby łatwych zjazdach kolarz nie koncentruje się tak mocno. A o głupi błąd nie trudno.
Zastanawiające są również słowa Sylwestra Szmyda, który stwierdził, że w pogoni za popularnością, a co za tym idzie, za większą oglądalnością imprezy, wymyślane są coraz to nowe trudności. A to jazda po szutrach, a to karkołomne zjazdy bez żadnych zabezpieczeń. "Traktowani jesteśmy jak mięso, aby tylko dojechało do mety". Coś w tym jest. Bo choćby wczorajszy zjazd po szutrach, czy był taki atrakcyjny. Owszem, może dla mnie, gdybym jechał tam swoim góralem.
Dzisiejsze wyjście potrzebne mi było psychicznie. Bowiem w dniu dzisiejszym mija dokładnie 3 rocznica śmierci mojego ojca, który też odszedł nagle. Nadal jest mi ciężko, nadal nie mogę sobie z tym poradzić i pogodzić, nadal momentami jestem w dołku psychicznym. Jednak takie życie i nic na to się nie poradzi. Choć do dziś pamiętam, jak tata uczył mnie jeździć na rowerze, kiedy to się stało i i jakich
okolicznościach. Pech chciał, że dokładnie tego samego dnia tym razem ja uczyłem swojego syna jazdy na rowerze bez kółek bocznych, bo chcieliśmy się razem pochwalić przed dziadkiem. Nie zdążyliśmy.
Śmierć mnie ostatnio prześladuje.
A dziś wieczorkiem pojechaliśmy z kolegą taką trasą, którą dawno nie jechałem: Suków, Borków, Daleszyce. Jechało się fajnie, ale kurcze zimno jeszcze w nocy. Miejcami to taki ziąb się czuło mocno po kościach. Ale nawet całkiem dobrze mi się kręciło. Może dlatego, że nie było większego podjazdu. Jedynie co, to po ok. 2h już mnie tyłek bolał. Jednak nie przyzwyczajony jestem jeszcze do
dłuższego przesiadywania na siodełku.
Tak więc psychicznie było super. Nie tylko dlatego, że to był dla mnie ważny dzień i potrzebowałem tego, ale również dlatego, że fizycznie dobrze to zniosłem.






