Dzień 6: Białogóra - Władysławowo
Piątek, 19 lipca 2013 | dodano:24.09.2013Kategoria Inne miejscówki, Średnia przyjemność, Wybrzeże 2013
| Dst.: | 31.77 | Off-road: | 10.00 | Czas: | 02:15 | Avg: | 14.12 |
| Vmax: | 28.00 | Temp.: | 20.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 84m | Bike: | GT | ||
<- Dzień piąty
Po wczorajszym słonecznym dniu, dziś pogoda wygląda mniej ciekawie. Pochmurno i wieje, ale to już norma. Dzisiejszy plan zakładał dojechanie do Władysławowa. Po drodze czekała na nas kolejna, ostatnia w naszych planach latarnia morska na Rozewiu. Kiedyś miejsce to uważane było za najdalej na północ wysunięty skrawek Polski. A ten punkt jest jednak na plaży w Jastrzębiej Górze.
Wczorajsza zimna pizza na śniadanie smakowała nawet przyzwoicie. Tak więc posileni i pełni zapału do kolejnego etapu, nastrajało nas optymistycznie. Na “dzień dobry” trzeba było rozpoznać, którą drogą wyjechać z Białogóry. Po szybkiej analizie mapy i dzięki wczorajszemu szukaniu jakiegoś pola namiotowego, mniej więcej wiedziałem, w którą stronę się udać. Droga szykowała się całkiem fajna. Znów wybraliśmy drogę rowerową, która była leśną drogą gruntową.
Nasz zapał i zadowolenie z trasy jednak szybko ustąpiło przekleństwom na dość spory piach, a co przy moim bagażu skutecznie mnie spowalniało. Spora ekipa rowerzystów minęła nas wkrótce, jadąc spokojnie. No ale na luźno, to każdy tak potrafi. Nie mieliśmy wyjścia, ponieważ innej drogi nie było. Spotkani turyści powiedzieli, że tylko jeszcze kawałek taki kiepski jest, a później jest już lepiej. Faktycznie tak było, że momentami cała opona zapadała się w piach. Okazało się, że droga ta jest w trakcie budowy / remontu, ponieważ mijaliśmy jadący walec. Dalej było właśnie już lepiej. Dojechaliśmy do ujścia rzeki Piaśnicy, którą to chciałem pokazać synowi jako ciekawostkę przyrodniczą. Mało bowiem jest takich miejsc tak dostępnych z siodełka rowerowego.
Rzeka ta na sporym odcinku do wybuchu II wojny światowej była granicą Polski z Rzeszą Niemiecką. Więc jakby nie patrzeć przekraczaliśmy granicę.
Tym sposobem wjechaliśmy do cywilizacji, do miejscowości Dębki, jednak nie zatrzymywaliśmy się na przystanek, a przemknęliśmy sobie spokojnie, wpadając na nadmorską drogą, która na mapie zaznaczona była jako szlak konny. Jednak żadnego zaprzęgu nie spotkaliśmy, a rowerzystów znacznie więcej. Droga nie była z tych idealnych, ale przyzwyczailiśmy się już do takich niewygód.
Na tym odcinku drogi nie było nic ciekawego, tak więc dość szybko dotarliśmy do Karwii, wpadając na główną drogę 215 do Władysławowa. Tym samym musieliśmy wzmocnić naszą czujność, ze względu na znaczny ruch samochodowy. Szkoda, że władze tej gminy nie zrobiły nic dla polepszenia warunków poruszania się rowerzystów, a w tym miejscu jeździ ich znaczna ilość. Nawet nie ma sensownego pobocza, gdzie można by spokojnie sobie jechać.
Ten wzmożony ruch na tyle był spory, że przed Jastrzębią Górą utworzył się na dojeździe spory korek. Niestety z naszymi rowerami nie przepychaliśmy się bokami, bo było to bardziej niebezpieczne. Pobocze było nierówne i łatwo było o wywrotkę. Dlatego takim ślimaczym tempem dojechaliśmy do Jastrzębiej Góry.
Tutaj mieliśmy problem z pokonaniem podjazdu, bowiem korek uniemożliwiał płynną jazdę, a ciągłe stawanie i ruszanie pod górkę było denerwujące. Dlatego też postanowiliśmy przebić się jakoś chodnikiem. Nie było to łatwe ze względu na pieszych, ale jakoś kulturalnie mijaliśmy się bez uszczerbku i kłopotów.
Z Jastrzębiej pilnowałem zjazdu pod latarnię w Rozewiu. Nie musiałem zbytnio się wysilać, bowiem rzeka ludzi ułatwiła to zadanie. Jednak rzeka ta nie ułatwiała wjazdu pod latarnię, a na dodatek miałem problem z przednią przerzutką, która nie chciała “spaść” na najmniejszą zębatkę.
Podjazd krótki i wkrótce stanęliśmy w środku jakby jakiejś galerii handlowej w dniach największej wyprzedaży. Tłumy ludzi nie zachęcały do dłuższego postoju. Dlatego po udokumentowaniu faktu wizyty pod latarnią, szybko zjechaliśmy dalej. Miałem dalej nadzieję, że korek już się skończył, ale niestety trwał nadal. Na szczęście w tym miejscu pobocze było na tyle szerokie i przejezdne, że udaliśmy się prosto do Władysławowa.
Kemping wybrałem ciekawy, a przynajmniej taki mi się wydawał. Jednak już na wstępie co najmniej dziwne przepisy zmieniły moje zdanie na temat tego obiektu. Jedynie co zasługiwało na plus, to widok z namiotu na morze (choć budząc się nad ranem widok ten zasłonił nam inny, większy namiot).
Kemping był zaraz na początku Władysławowa, a ponieważ wiedziałem, że do centrum jest kawałek, więc posililiśmy się w najbliższym barze. Niestety konieczne było już wprowadzenie programu oszczędnościowego, ponieważ finanse powoli się kończyły.
Później zaproponowałem przejście plażą od kempingu, aż do portu. Niestety pogoda nie była na plażowanie, więc nie było innego wyjścia. Spokojnie, noga za nogą, brnęliśmy w piachu. W porcie pogapiliśmy się na łódki, statki i co tam jeszcze pływało. Po drodze zakupiliśmy obiad do namiotu (zawsze to taniej). W tym czasie spotkał nas pierwszy i jedyny deszcz na trasie, jednak trwał on bardzo krótko.
Obiadek wyszedł pyszny (pierogi z truskawkami), a z braku innych zajęć poszliśmy wcześniej wykonać odpowiednie zabiegi higieniczne i do spania. Jutro czekał nas ostatni etap, dojazd do Gdyni.





Dzień siódmy ->
Po wczorajszym słonecznym dniu, dziś pogoda wygląda mniej ciekawie. Pochmurno i wieje, ale to już norma. Dzisiejszy plan zakładał dojechanie do Władysławowa. Po drodze czekała na nas kolejna, ostatnia w naszych planach latarnia morska na Rozewiu. Kiedyś miejsce to uważane było za najdalej na północ wysunięty skrawek Polski. A ten punkt jest jednak na plaży w Jastrzębiej Górze.
Wczorajsza zimna pizza na śniadanie smakowała nawet przyzwoicie. Tak więc posileni i pełni zapału do kolejnego etapu, nastrajało nas optymistycznie. Na “dzień dobry” trzeba było rozpoznać, którą drogą wyjechać z Białogóry. Po szybkiej analizie mapy i dzięki wczorajszemu szukaniu jakiegoś pola namiotowego, mniej więcej wiedziałem, w którą stronę się udać. Droga szykowała się całkiem fajna. Znów wybraliśmy drogę rowerową, która była leśną drogą gruntową.
Nasz zapał i zadowolenie z trasy jednak szybko ustąpiło przekleństwom na dość spory piach, a co przy moim bagażu skutecznie mnie spowalniało. Spora ekipa rowerzystów minęła nas wkrótce, jadąc spokojnie. No ale na luźno, to każdy tak potrafi. Nie mieliśmy wyjścia, ponieważ innej drogi nie było. Spotkani turyści powiedzieli, że tylko jeszcze kawałek taki kiepski jest, a później jest już lepiej. Faktycznie tak było, że momentami cała opona zapadała się w piach. Okazało się, że droga ta jest w trakcie budowy / remontu, ponieważ mijaliśmy jadący walec. Dalej było właśnie już lepiej. Dojechaliśmy do ujścia rzeki Piaśnicy, którą to chciałem pokazać synowi jako ciekawostkę przyrodniczą. Mało bowiem jest takich miejsc tak dostępnych z siodełka rowerowego.
Rzeka ta na sporym odcinku do wybuchu II wojny światowej była granicą Polski z Rzeszą Niemiecką. Więc jakby nie patrzeć przekraczaliśmy granicę.
Tym sposobem wjechaliśmy do cywilizacji, do miejscowości Dębki, jednak nie zatrzymywaliśmy się na przystanek, a przemknęliśmy sobie spokojnie, wpadając na nadmorską drogą, która na mapie zaznaczona była jako szlak konny. Jednak żadnego zaprzęgu nie spotkaliśmy, a rowerzystów znacznie więcej. Droga nie była z tych idealnych, ale przyzwyczailiśmy się już do takich niewygód.
Na tym odcinku drogi nie było nic ciekawego, tak więc dość szybko dotarliśmy do Karwii, wpadając na główną drogę 215 do Władysławowa. Tym samym musieliśmy wzmocnić naszą czujność, ze względu na znaczny ruch samochodowy. Szkoda, że władze tej gminy nie zrobiły nic dla polepszenia warunków poruszania się rowerzystów, a w tym miejscu jeździ ich znaczna ilość. Nawet nie ma sensownego pobocza, gdzie można by spokojnie sobie jechać.
Ten wzmożony ruch na tyle był spory, że przed Jastrzębią Górą utworzył się na dojeździe spory korek. Niestety z naszymi rowerami nie przepychaliśmy się bokami, bo było to bardziej niebezpieczne. Pobocze było nierówne i łatwo było o wywrotkę. Dlatego takim ślimaczym tempem dojechaliśmy do Jastrzębiej Góry.
Tutaj mieliśmy problem z pokonaniem podjazdu, bowiem korek uniemożliwiał płynną jazdę, a ciągłe stawanie i ruszanie pod górkę było denerwujące. Dlatego też postanowiliśmy przebić się jakoś chodnikiem. Nie było to łatwe ze względu na pieszych, ale jakoś kulturalnie mijaliśmy się bez uszczerbku i kłopotów.
Z Jastrzębiej pilnowałem zjazdu pod latarnię w Rozewiu. Nie musiałem zbytnio się wysilać, bowiem rzeka ludzi ułatwiła to zadanie. Jednak rzeka ta nie ułatwiała wjazdu pod latarnię, a na dodatek miałem problem z przednią przerzutką, która nie chciała “spaść” na najmniejszą zębatkę.
Podjazd krótki i wkrótce stanęliśmy w środku jakby jakiejś galerii handlowej w dniach największej wyprzedaży. Tłumy ludzi nie zachęcały do dłuższego postoju. Dlatego po udokumentowaniu faktu wizyty pod latarnią, szybko zjechaliśmy dalej. Miałem dalej nadzieję, że korek już się skończył, ale niestety trwał nadal. Na szczęście w tym miejscu pobocze było na tyle szerokie i przejezdne, że udaliśmy się prosto do Władysławowa.
Kemping wybrałem ciekawy, a przynajmniej taki mi się wydawał. Jednak już na wstępie co najmniej dziwne przepisy zmieniły moje zdanie na temat tego obiektu. Jedynie co zasługiwało na plus, to widok z namiotu na morze (choć budząc się nad ranem widok ten zasłonił nam inny, większy namiot).
Kemping był zaraz na początku Władysławowa, a ponieważ wiedziałem, że do centrum jest kawałek, więc posililiśmy się w najbliższym barze. Niestety konieczne było już wprowadzenie programu oszczędnościowego, ponieważ finanse powoli się kończyły.
Później zaproponowałem przejście plażą od kempingu, aż do portu. Niestety pogoda nie była na plażowanie, więc nie było innego wyjścia. Spokojnie, noga za nogą, brnęliśmy w piachu. W porcie pogapiliśmy się na łódki, statki i co tam jeszcze pływało. Po drodze zakupiliśmy obiad do namiotu (zawsze to taniej). W tym czasie spotkał nas pierwszy i jedyny deszcz na trasie, jednak trwał on bardzo krótko.
Obiadek wyszedł pyszny (pierogi z truskawkami), a z braku innych zajęć poszliśmy wcześniej wykonać odpowiednie zabiegi higieniczne i do spania. Jutro czekał nas ostatni etap, dojazd do Gdyni.

Walka z piachem© Robert

U ujścia rzeki Piaśnicy© Robert

Latarnia morska na Rozewiu© Robert

Niezła (tylko pozornie) miejscówka© Robert

Dziś rowery też spał z nami© Robert
Dzień siódmy ->






