Wpisy archiwalne w kategorii
Inne miejscówki
| Dystans całkowity: | 2154.91 km (w terenie 684.03 km; 31.74%) |
| Czas w ruchu: | 148:15 |
| Średnia prędkość: | 14.54 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 70.00 km/h |
| Suma podjazdów: | 15583 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 192 (102 %) |
| Maks. tętno średnie: | 165 (86 %) |
| Suma kalorii: | 25465 kcal |
| Liczba aktywności: | 55 |
| Średnio na aktywność: | 39.18 km i 2h 41m |
| Więcej statystyk | |
Prolog: Sławno - Darłówko
Sobota, 13 lipca 2013 | dodano:16.09.2013Kategoria Inne miejscówki, Średnia przyjemność, Wybrzeże 2013
| Dst.: | 31.91 | Off-road: | 0.00 | Czas: | 02:04 | Avg: | 15.44 |
| Vmax: | 25.50 | Temp.: | 23.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 169m | Bike: | GT | ||
Zaplanowany pociąg wymusił dość wczesny wyjazd z domu. Pogodę niestety nie zapowiadali rewelacyjnej. Ale cóż - bilety kupione, urlop podpisany, więc w drogę. Praktycznie całość trasy upłynęła nam w deszczu. Autostradą fajnie się jechało, ale cóż z tego, jak w mieście w korkach straciliśmy całą przewagę. Jednak do Gdyni dotarliśmy o czasie i na spokojnie mogliśmy się przygotować do przejazdu na stację PKP. Ja całą drogę myślałem o samej jeździe pociągiem, bo jak wiadomo, różnie bywa z przewożeniem rowerów w PKP. Na szczęście udało nam się zapakować z naszymi rowerami bez problemów do wagonu przystosowanego do przewozu rowerów, a razem z nami wsiadła jeszcze ekipa 3 rowerów z obcokrajowcami, którzy sporo mi pomogli przy załadunku i wyładunku całego sprzętu.
Sławno przywitało nas ciepłem i słoneczną pogodą. Pierwsze konkretne pakowanie całego majdanu na rowery zajęło nam nieco czasu. Wiadomo, człowiek jeszcze nie przyzwyczajony i szuka najlepszego rozwiązania. Konieczne było również jeszcze przebranie się, co uczyniliśmy na środku peronu w Sławnie.
Trasa ze Sławna miała prowadzić mało ruchliwą drogą (tak wynikało z mapy), co jednak nie do końca się sprawdziło. Ruch był dość spory i dodatkowo musieliśmy nieźle się natrudzić, aby pokonać dość mocno wiejący wiatr. Zresztą ten porywisty wiatr towarzyszył nam przez cały okres wyprawy, jednak w większości był sprzyjający i popychał nas skutecznie do przodu.
Prolog z zasady bywa krótki, jednak nasz “wyszedł” jako normalny etap - 32 km. Dystans ten, mimo zmęczenia, pokonaliśmy sprawnie, trafiając bezbłędnie na pierwszy nasz kemping w Darłówku.
Szukając na kempingu odpowiedniego miejsca na namiot, nagle jedna dziewczynka powiedziała do swojego taty:
- "Tato, patrz jaki biedny chłopczyk, bo musi wieźć tyle rzeczy."
Zapytałem później syna, czy aby na pewno tak się czuje ze względu na swój bagaż. Na szczęście on zaprzeczył dość pewnie i stanowczo.
Kiedy już udało się znaleźć miejsce i rozbić namiot, byliśmy już mocno głodni, więc poszliśmy w miasto. Zmęczenie dało się we znaki dość szybko, bowiem wcześnie byliśmy w śpiworach. Trudy podróży, głównie stres i nerwy wykończyły mnie szybko.




Dzień 1 ->
Sławno przywitało nas ciepłem i słoneczną pogodą. Pierwsze konkretne pakowanie całego majdanu na rowery zajęło nam nieco czasu. Wiadomo, człowiek jeszcze nie przyzwyczajony i szuka najlepszego rozwiązania. Konieczne było również jeszcze przebranie się, co uczyniliśmy na środku peronu w Sławnie.
Trasa ze Sławna miała prowadzić mało ruchliwą drogą (tak wynikało z mapy), co jednak nie do końca się sprawdziło. Ruch był dość spory i dodatkowo musieliśmy nieźle się natrudzić, aby pokonać dość mocno wiejący wiatr. Zresztą ten porywisty wiatr towarzyszył nam przez cały okres wyprawy, jednak w większości był sprzyjający i popychał nas skutecznie do przodu.
Prolog z zasady bywa krótki, jednak nasz “wyszedł” jako normalny etap - 32 km. Dystans ten, mimo zmęczenia, pokonaliśmy sprawnie, trafiając bezbłędnie na pierwszy nasz kemping w Darłówku.
Szukając na kempingu odpowiedniego miejsca na namiot, nagle jedna dziewczynka powiedziała do swojego taty:
- "Tato, patrz jaki biedny chłopczyk, bo musi wieźć tyle rzeczy."
Zapytałem później syna, czy aby na pewno tak się czuje ze względu na swój bagaż. Na szczęście on zaprzeczył dość pewnie i stanowczo.
Kiedy już udało się znaleźć miejsce i rozbić namiot, byliśmy już mocno głodni, więc poszliśmy w miasto. Zmęczenie dało się we znaki dość szybko, bowiem wcześnie byliśmy w śpiworach. Trudy podróży, głównie stres i nerwy wykończyły mnie szybko.

Jedziemy w pociągu© Robert

Mozolne pierwsze poważne pakowanie© Robert

Dojazd do Darłówka© Robert

Pierwszy zachód słońca nad kanałem© Robert
Dzień 1 ->
Odyseja Jurajska'12 - dzień 2
Niedziela, 7 października 2012 | dodano:19.10.2012Kategoria Zawody, Pełnia szczęścia, Inne miejscówki
| Dst.: | 52.77 | Off-road: | 19.00 | Czas: | 03:28 | Avg: | 15.22 |
| Vmax: | 50.50 | Temp.: | 9.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 721m | Bike: | GT | ||
Nadszedł dzień drugi. Już noc pokazała swoje zupełnie inne oblicze, gdzie jeszcze wieczorem zaczęło padać. Takie też były prognozy. Dziwne było, bo poprzedni dzień pogodny i letni, a dziś szykuje nam się typowa jesień z deszczem i niską temperaturą.
Noc minęła ... różnie. Niestety jakoś nie mogłem spać w swojej klasie, ponieważ dwóch "kompanów" dość mocno chrapało, a ponieważ chciałem się dobrze wyspać i odpocząć, więc przeniosłem się spać na korytarz szkolny.
Poranek pochmurny, ale co ważne nie padało. Ubieramy się zupełnie inaczej jak w dniu wczorajszym, na długo i ciepło. Na termometrze zaledwie 9 st. Po śniadaniu wychodzimy przed szkołę. Znów pospiesznie każdy odbiera mapy, jakby te kilkanaście sekund o czymś decydowało. Jedna ważna wiadomość na dziś: ze względu na warunki pogodowe trasa zostaje skrócona. U jednych wywołało to radość, a inni byli niezadowoleni z takiej decyzji. Ale myślę jednak, że faktycznie była to dobra decyzja.
Dostajemy mapy, zaczynamy studiować warianty przejazdu, kiedy na mapie pojawiają się pierwsze krople deszczu. No ładnie, zaczyna się. Zaczyna się etap dla prawdziwych mężczyzn.
Pierwsze kilometry dość spokojnie, ponieważ jest już ślisko. Jedziemy razem. Dość szybko przemakają ciuchy. Woda z opony partnera nieźle daje mi po oczach. Dobrze, ze mam okulary, bo pewnie znacznie utrudniło by mi to jazdę. Ja tak jak w dniu wczorajszym zrezygnowałem z nawigacji, zdając się na swojego przyjaciela. Znów zaliczam tylko kolejne punkty, jadąc za kolegą. I tak jedziemy i zaliczamy PK jeden po drugim. Jakoś sprawnie nam to idzie. Mnie nawet całkiem dobrze się jedzie. Czuje się dobrze, nogi nie bolą. Co prawda tempo jazdy na pojazdach miałem nieco słabsze, ale na szczycie dochodziłem do partnera.
Na szczególna uwagę zasługuje jeden punkt, do którego musieliśmy przedzierać się przez zarośniętą łąkę z trawami i krzakami większymi ode mnie. Skręciliśmy widocznie nie do tej dolinki, a ponieważ powrót był jeszcze trudniejszy, padła komenda: idziemy. Według Zenka straciliśmy tu jakieś 15 min. na tym przejściu. Nie powiem, abym nie był zachwycony. Mój rower nie należy do lekkich i pchanie go w tych krzakach mocno mnie zmęczyło. To był chyba jeden z trudniejszych punktów. Jadąc sam zapewne nie dojechałbym tu, no chyba że również za kimś. Na dodatek pomyślałem, że zaraz nas tu wystrzelają, ponieważ niedaleko zbierali się myśliwi.
Po jakiś 2 godzinach przestało padać, ale zaczęło .... lać dość solidnie. Jednak wówczas było już wszystko jedno, bo i tak całe ciuchy mokre. Jechać się jakoś jechało. Musiałem jednak na zjazdach terenowych dość mocno uważać ze względu na brak odpowiedniego ogumienia. Moje slicki nie dawały rady. Wówczas to zaczęło mi dokuczać zimno. Szczególnie na zjazdach dygotałem z zimna. Na szczęście miałem ze sobą jeszcze jedną cienką kurtkę, która założyłem, a która chroniła mnie przynajmniej od wiatru. Później żałowałem, że nie zrobiłem tego manewru z jeden PK wcześniej.
Ucieszyłem się kiedy zaliczaliśmy ostatni punkt. Pamiętałem na mapie, że jest to niedaleko autostrady, a dalej to tylko powrót. Fatalny ostatni odcinek. Droga dziurawa jak ser. Na dodatek dziur nie widać, bo płynie woda. W ogóle to nieźle rowery dostały w tyłek na dzisiejszym etapie. Do mety udało nam się dojechać na godzinę przed zamknięciem trasy.
Nareszcie meta. Upragniona, bowiem jeszcze nigdy nie jeździłem 4 godz. w deszczu.
Po oddaniu kart, postanowiliśmy jeszcze nieco opłukać z błota nasze sprzęty. Później obowiązkowe czyszczenie samego siebie. Prawie ze wszystkiego można było wyżąć wodę. Nawet z majtek.
Drugi dzień jechało mi się dobrze. Nie wiem, czy to dlatego, że krótszy i znów wystarczyło sił na 50 km. A może tym razem wolniej było. Jednak i tak miałem serdecznie dość. Teraz najważniejsze było, aby się wysuszyć i ogrzać, aby czego nie złapać.
Po pewnym czasie byliśmy już gotowi do drogi powrotnej. Imprezę zakończyliśmy na poz. 6-7, bowiem mieliśmy tez sam czas. Po drugim dniu nawet zanotowaliśmy awans w stosunku do soboty.
Tak już reasumując mój start w tegorocznej Odysei, to uważam go za udany. Oczywiście dobre miejsce zawdzięczam wyłącznie swojemu przyjacielowi Zenkowi, bowiem bez niego, bez jego podnoszenia na duchu i dodawania energii, a kończąc na nawigacji, nie uzyskałbym tak dobrego wyniku. Oczywiście braki są, jednak nie wiem, czy udało by mi się jeszcze lepiej przygotować kondycyjnie. Owszem wszystko można, ale i na to trzeba mieć czas. Tak więc bardzo dziękuje kumplowi, mam nadzieję, że i on jest równie zadowolony, jak ja.
A teraz pora rozpocząć przygotowania do ... przyszłorocznej Odysei.
Dziś mniej zdjęć, bo komu przy takiej pogodzie chciałoby się wyciągać aparaty czy telefony i robić zdjęcia. Więc jedynie zdjęcia po przyjeździe.
Szkolny korytarz zamienił się w parking rowerowy.

Spanie na korytarzu.

A tak wyglądałem po przyjeździe na metę.

A tak ... moje nogi.

Tak jechaliśmy.
Noc minęła ... różnie. Niestety jakoś nie mogłem spać w swojej klasie, ponieważ dwóch "kompanów" dość mocno chrapało, a ponieważ chciałem się dobrze wyspać i odpocząć, więc przeniosłem się spać na korytarz szkolny.
Poranek pochmurny, ale co ważne nie padało. Ubieramy się zupełnie inaczej jak w dniu wczorajszym, na długo i ciepło. Na termometrze zaledwie 9 st. Po śniadaniu wychodzimy przed szkołę. Znów pospiesznie każdy odbiera mapy, jakby te kilkanaście sekund o czymś decydowało. Jedna ważna wiadomość na dziś: ze względu na warunki pogodowe trasa zostaje skrócona. U jednych wywołało to radość, a inni byli niezadowoleni z takiej decyzji. Ale myślę jednak, że faktycznie była to dobra decyzja.
Dostajemy mapy, zaczynamy studiować warianty przejazdu, kiedy na mapie pojawiają się pierwsze krople deszczu. No ładnie, zaczyna się. Zaczyna się etap dla prawdziwych mężczyzn.
Pierwsze kilometry dość spokojnie, ponieważ jest już ślisko. Jedziemy razem. Dość szybko przemakają ciuchy. Woda z opony partnera nieźle daje mi po oczach. Dobrze, ze mam okulary, bo pewnie znacznie utrudniło by mi to jazdę. Ja tak jak w dniu wczorajszym zrezygnowałem z nawigacji, zdając się na swojego przyjaciela. Znów zaliczam tylko kolejne punkty, jadąc za kolegą. I tak jedziemy i zaliczamy PK jeden po drugim. Jakoś sprawnie nam to idzie. Mnie nawet całkiem dobrze się jedzie. Czuje się dobrze, nogi nie bolą. Co prawda tempo jazdy na pojazdach miałem nieco słabsze, ale na szczycie dochodziłem do partnera.
Na szczególna uwagę zasługuje jeden punkt, do którego musieliśmy przedzierać się przez zarośniętą łąkę z trawami i krzakami większymi ode mnie. Skręciliśmy widocznie nie do tej dolinki, a ponieważ powrót był jeszcze trudniejszy, padła komenda: idziemy. Według Zenka straciliśmy tu jakieś 15 min. na tym przejściu. Nie powiem, abym nie był zachwycony. Mój rower nie należy do lekkich i pchanie go w tych krzakach mocno mnie zmęczyło. To był chyba jeden z trudniejszych punktów. Jadąc sam zapewne nie dojechałbym tu, no chyba że również za kimś. Na dodatek pomyślałem, że zaraz nas tu wystrzelają, ponieważ niedaleko zbierali się myśliwi.
Po jakiś 2 godzinach przestało padać, ale zaczęło .... lać dość solidnie. Jednak wówczas było już wszystko jedno, bo i tak całe ciuchy mokre. Jechać się jakoś jechało. Musiałem jednak na zjazdach terenowych dość mocno uważać ze względu na brak odpowiedniego ogumienia. Moje slicki nie dawały rady. Wówczas to zaczęło mi dokuczać zimno. Szczególnie na zjazdach dygotałem z zimna. Na szczęście miałem ze sobą jeszcze jedną cienką kurtkę, która założyłem, a która chroniła mnie przynajmniej od wiatru. Później żałowałem, że nie zrobiłem tego manewru z jeden PK wcześniej.
Ucieszyłem się kiedy zaliczaliśmy ostatni punkt. Pamiętałem na mapie, że jest to niedaleko autostrady, a dalej to tylko powrót. Fatalny ostatni odcinek. Droga dziurawa jak ser. Na dodatek dziur nie widać, bo płynie woda. W ogóle to nieźle rowery dostały w tyłek na dzisiejszym etapie. Do mety udało nam się dojechać na godzinę przed zamknięciem trasy.
Nareszcie meta. Upragniona, bowiem jeszcze nigdy nie jeździłem 4 godz. w deszczu.
Po oddaniu kart, postanowiliśmy jeszcze nieco opłukać z błota nasze sprzęty. Później obowiązkowe czyszczenie samego siebie. Prawie ze wszystkiego można było wyżąć wodę. Nawet z majtek.
Drugi dzień jechało mi się dobrze. Nie wiem, czy to dlatego, że krótszy i znów wystarczyło sił na 50 km. A może tym razem wolniej było. Jednak i tak miałem serdecznie dość. Teraz najważniejsze było, aby się wysuszyć i ogrzać, aby czego nie złapać.
Po pewnym czasie byliśmy już gotowi do drogi powrotnej. Imprezę zakończyliśmy na poz. 6-7, bowiem mieliśmy tez sam czas. Po drugim dniu nawet zanotowaliśmy awans w stosunku do soboty.
Tak już reasumując mój start w tegorocznej Odysei, to uważam go za udany. Oczywiście dobre miejsce zawdzięczam wyłącznie swojemu przyjacielowi Zenkowi, bowiem bez niego, bez jego podnoszenia na duchu i dodawania energii, a kończąc na nawigacji, nie uzyskałbym tak dobrego wyniku. Oczywiście braki są, jednak nie wiem, czy udało by mi się jeszcze lepiej przygotować kondycyjnie. Owszem wszystko można, ale i na to trzeba mieć czas. Tak więc bardzo dziękuje kumplowi, mam nadzieję, że i on jest równie zadowolony, jak ja.
A teraz pora rozpocząć przygotowania do ... przyszłorocznej Odysei.
Dziś mniej zdjęć, bo komu przy takiej pogodzie chciałoby się wyciągać aparaty czy telefony i robić zdjęcia. Więc jedynie zdjęcia po przyjeździe.
Szkolny korytarz zamienił się w parking rowerowy.

Parking rowerowy w szkole.© Robert
Spanie na korytarzu.

Spanie na korytarzu w szkole.© Robert
A tak wyglądałem po przyjeździe na metę.

Moja facjata po deszczu.© Robert
A tak ... moje nogi.

Przemoczone buty i getry.© Robert
Tak jechaliśmy.
Odyseja Jurajska'12 - dzień 1
Sobota, 6 października 2012 | dodano:18.10.2012Kategoria Zawody, Pełnia szczęścia, Inne miejscówki
| Dst.: | 95.04 | Off-road: | 43.00 | Czas: | 06:19 | Avg: | 15.05 |
| Vmax: | 61.50 | Temp.: | 22.0 | HRmax: | 192(102%) | HRavg | 163( 86%) |
| Cal: | 4691kcal | ALT: | 1500m | Bike: | GT | ||
Nareszcie przyszedł czas na poważny start - muszę przyznać, że ten najważniejszy w sezonie. Przygotowywałem się do niego, wydaje mi się, dość solidnie. Nauczony doświadczeniem poprzednich dwóch startów, robiłem sporo, aby zniwelować wszystkie niedociągnięcia w poprzednich edycji. Nawet siodełko zmieniłem na bardziej wygodne, bo po ostatniej imprezie nabawiłem się niezłych ran.
A przede wszystkim starałem się przygotować kondycyjne. Praktycznie całe wakacje myślałem jedynie o starcie w odysei, choć nawet nie wiedziałem jeszcze, czy faktycznie wystartuję. Przed startem byłem spokojniejszy o siebie, bo czułem się dobrze. Wiedziałem, że dobrze jestem przygotowany. Tym razem nieco spokojniej podchodziłem również do samego startu, bowiem ze względu na specyficzną sytuację rodzinną mojego dotychczasowego startowego partnera, nie zdecydowaliśmy się na zgłoszenie zespołu. Myślałem, że jak nie dam rady, to jakoś sam będę dalej jechał. Nawet na to konto zakupiłem sobie taki składany mapnik. Myślałem, że jak zostanę gdzie w lesie, to może nie zabłądzę.
Prognozy pogody sobotni start zapowiadały bardzo ciekawy. Ponownie mieliśmy się ścigać z ciepełku i słoneczku. I tak też było. Co prawda z zeszłym roku było jeszcze cieplej, ale tym razem i tak było fajnie i przyjemnie.
Przed startem jak zwykle nerwowo, każdy chciał jak najszybciej dostać mapy i znaleźć dla siebie najlepszy wariant przejazdu. Ja swoją mapę również starałem się prześledzić, choć po jakimś czasie schowałem ją do plecaka. Liczyłem ponownie na świetną nawigację swojego kolegi. Mówię, że może przez pierwsze kilometry jakoś razem uda mi się utrzymać koła.
Start spokojnie, na pierwszy punkt i fantastyczny przejazd przez pole kukurydzy, gdzie na jednym zakręcie jeden ze znajomych jakoś nie wyrobił i wypadł z trasy. Jakoś dziwnie się złożyło, że pierwszy punkt ja zauważyłem. Czyżby to jakiś sygnał? - pomyślałem. No ale raczej nie "startowałem" do samodzielnej nawigacji. Tym samym punkt PK27 zaliczony. Jeszcze tylko 13.
Ruszyliśmy dalej. Na jednym z podjazdów zgubiliśmy jednego z kolegów, aby później już we dwójkę dalej się męczyć. Ja ze sobą, a mój partner ... ze mną.
Nie nawigowałem, więc i za bardzo teraz nie wiem jak jechaliśmy, ale tereny do jazdy rowerowej bardzo fajne. Podjazdy całkiem fajne, które udawało mi się w przeważającej części podjechać, czego na ostatnich dwóch edycjach ciężko mi było. Fakt, że na podjazdach nieco odstawałem, ale ciągnąłem swoim tempem. Po krótkiej chwili na szczycie dochodziłem do partnera.
Jednak mojej mocy i zapały skończyło się po jakiś 50-60 km. Zaczynałem mieć już dość. Pojawiały się już pytania, niby żartobliwie, ile jeszcze punktów, kiedy do domu. Jednak jechałem dalej. Zaliczaliśmy powoli punkty mozolnie czasami brnąc pod górę. Najbardziej byłem wkurzony na organizatorów, że punkty zlokalizowane zostały nie przy drodze, ale gdzieś trzeba było jeszcze schodzić po krzakach, czy schodzić stromym urwiskiem obok źródełka. Skoro jeździmy na rowerach, to niech to będzie dostępne niemalże z siodełka.
Teraz właśnie dokładnie doświadczyłem znanego powiedzenia: "że to łydka wygrywa". Faktycznie łydy mnie wówczas najbardziej bolały, biorąc jeszcze pod uwagę, że to było mocno po półmetku.
Kiedy czas nieubłaganie zbliżał się do końca, ja coraz bardziej opadałem z sił. Już od jakiegoś czasu mówiłem: "zostaw mnie, jedź sam, bo masz szansę do dobry wynik". Ale dalej jechaliśmy razem. W końcu, kiedy zostało do zaliczenia 2 punkty, powiedziałem, że nie dam rady, że definitywnie jadę na metę. Już nie miałem sił.
Więc etap zakończyliśmy z dwoma niezaliczonymi punktami. Choć tak patrząc na mapę, to można było jeszcze "po drodze" zaliczyć jeszcze jeden. No ale, było minęło.
Sam powrót okazał się bardzo przyjemny, bowiem sporo było zjazdów. Na metę wjechaliśmy jako jedni z pierwszych. Hm, nieco mnie to zmartwiło, bo pomyślałem, że będzie kiepskie miejsce, że ... wracam do domu, albo, że jutro jadę sam. Kiedy jednak zjedliśmy i odpoczęliśmy nieco, ochota do dalszej jazdy powróciła. Ale razem z nią, powróciła obawa przed jutrzejszym dniem, który miał być sprawdzianem "dla prawdziwych mężczyzn" - jak to ujął mój partner. A to ze względu na fatalne prognozy pogody, gdzie miało być zimno i miało padać. No, ale to wszystko było przed nami.

Wracam właśnie wkurzony z zaliczenia punktu przy źródełku.

Poza tym bardzo fajne leśne dukty, jednak na wyraźniejsze zdjęcia nie było ponownie czasu.

I jedziemy "do domu".

A po dzisiejszej jeździe wyrosły mi ... rogi.

Wszystkie zdjęcia z telefonu partnera, który miał czas na podziwianie widoków.
A jakby ktoś chciał zobaczyć trasę naszego przejazdu, to poniżej zapisany ślad.
.
A przede wszystkim starałem się przygotować kondycyjne. Praktycznie całe wakacje myślałem jedynie o starcie w odysei, choć nawet nie wiedziałem jeszcze, czy faktycznie wystartuję. Przed startem byłem spokojniejszy o siebie, bo czułem się dobrze. Wiedziałem, że dobrze jestem przygotowany. Tym razem nieco spokojniej podchodziłem również do samego startu, bowiem ze względu na specyficzną sytuację rodzinną mojego dotychczasowego startowego partnera, nie zdecydowaliśmy się na zgłoszenie zespołu. Myślałem, że jak nie dam rady, to jakoś sam będę dalej jechał. Nawet na to konto zakupiłem sobie taki składany mapnik. Myślałem, że jak zostanę gdzie w lesie, to może nie zabłądzę.
Prognozy pogody sobotni start zapowiadały bardzo ciekawy. Ponownie mieliśmy się ścigać z ciepełku i słoneczku. I tak też było. Co prawda z zeszłym roku było jeszcze cieplej, ale tym razem i tak było fajnie i przyjemnie.
Przed startem jak zwykle nerwowo, każdy chciał jak najszybciej dostać mapy i znaleźć dla siebie najlepszy wariant przejazdu. Ja swoją mapę również starałem się prześledzić, choć po jakimś czasie schowałem ją do plecaka. Liczyłem ponownie na świetną nawigację swojego kolegi. Mówię, że może przez pierwsze kilometry jakoś razem uda mi się utrzymać koła.
Start spokojnie, na pierwszy punkt i fantastyczny przejazd przez pole kukurydzy, gdzie na jednym zakręcie jeden ze znajomych jakoś nie wyrobił i wypadł z trasy. Jakoś dziwnie się złożyło, że pierwszy punkt ja zauważyłem. Czyżby to jakiś sygnał? - pomyślałem. No ale raczej nie "startowałem" do samodzielnej nawigacji. Tym samym punkt PK27 zaliczony. Jeszcze tylko 13.
Ruszyliśmy dalej. Na jednym z podjazdów zgubiliśmy jednego z kolegów, aby później już we dwójkę dalej się męczyć. Ja ze sobą, a mój partner ... ze mną.
Nie nawigowałem, więc i za bardzo teraz nie wiem jak jechaliśmy, ale tereny do jazdy rowerowej bardzo fajne. Podjazdy całkiem fajne, które udawało mi się w przeważającej części podjechać, czego na ostatnich dwóch edycjach ciężko mi było. Fakt, że na podjazdach nieco odstawałem, ale ciągnąłem swoim tempem. Po krótkiej chwili na szczycie dochodziłem do partnera.
Jednak mojej mocy i zapały skończyło się po jakiś 50-60 km. Zaczynałem mieć już dość. Pojawiały się już pytania, niby żartobliwie, ile jeszcze punktów, kiedy do domu. Jednak jechałem dalej. Zaliczaliśmy powoli punkty mozolnie czasami brnąc pod górę. Najbardziej byłem wkurzony na organizatorów, że punkty zlokalizowane zostały nie przy drodze, ale gdzieś trzeba było jeszcze schodzić po krzakach, czy schodzić stromym urwiskiem obok źródełka. Skoro jeździmy na rowerach, to niech to będzie dostępne niemalże z siodełka.
Teraz właśnie dokładnie doświadczyłem znanego powiedzenia: "że to łydka wygrywa". Faktycznie łydy mnie wówczas najbardziej bolały, biorąc jeszcze pod uwagę, że to było mocno po półmetku.
Kiedy czas nieubłaganie zbliżał się do końca, ja coraz bardziej opadałem z sił. Już od jakiegoś czasu mówiłem: "zostaw mnie, jedź sam, bo masz szansę do dobry wynik". Ale dalej jechaliśmy razem. W końcu, kiedy zostało do zaliczenia 2 punkty, powiedziałem, że nie dam rady, że definitywnie jadę na metę. Już nie miałem sił.
Więc etap zakończyliśmy z dwoma niezaliczonymi punktami. Choć tak patrząc na mapę, to można było jeszcze "po drodze" zaliczyć jeszcze jeden. No ale, było minęło.
Sam powrót okazał się bardzo przyjemny, bowiem sporo było zjazdów. Na metę wjechaliśmy jako jedni z pierwszych. Hm, nieco mnie to zmartwiło, bo pomyślałem, że będzie kiepskie miejsce, że ... wracam do domu, albo, że jutro jadę sam. Kiedy jednak zjedliśmy i odpoczęliśmy nieco, ochota do dalszej jazdy powróciła. Ale razem z nią, powróciła obawa przed jutrzejszym dniem, który miał być sprawdzianem "dla prawdziwych mężczyzn" - jak to ujął mój partner. A to ze względu na fatalne prognozy pogody, gdzie miało być zimno i miało padać. No, ale to wszystko było przed nami.

Jazda w kukurzydzy.© Zenek
Wracam właśnie wkurzony z zaliczenia punktu przy źródełku.

Powrót ze źródła.© Zenek
Poza tym bardzo fajne leśne dukty, jednak na wyraźniejsze zdjęcia nie było ponownie czasu.

Leśna droga.© Zenek
I jedziemy "do domu".

Zjazdy do mety.© Robert
A po dzisiejszej jeździe wyrosły mi ... rogi.

Robert z rogami.© Zenek
Wszystkie zdjęcia z telefonu partnera, który miał czas na podziwianie widoków.
A jakby ktoś chciał zobaczyć trasę naszego przejazdu, to poniżej zapisany ślad.
.
Uciekając przed ulewą
Piątek, 10 sierpnia 2012 | dodano:05.09.2012Kategoria Inne miejscówki
| Dst.: | 25.31 | Off-road: | 15.30 | Czas: | 02:02 | Avg: | 12.45 |
| Vmax: | 25.50 | Temp.: | 22.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 118m | Bike: | GT | ||
Na zakończenie naszego pobytu na Roztoczu udało nam się jeszcze zwiedzić pobliskie szlaki turystyczne. Tym razem wyjazd podzieliliśmy na dwie części. Pierwsza - to przejazd szlakiem do nieczynnej już obecnie stacji kolejowej Nowiny koło Suśca. Kiedyś stacja była czynna i sam pamiętam, jak tam wysiadałem, przyjeżdżając do dziadków na wakacje. Tym razem pozostał jedynie peron z rozkradzionym chodnikiem. Dojazd w to miejsce był nawet całkiem fajny, szeroką ścieżką przez las. Jednak powrót przypadł na przekraczanie kolei i gęstych jeżyn.
Na drugą część długo czekaliśmy, bowiem zbliżała się ciemna chmura z ulewą, ale na szczęście przeszła bokiem. Więc zebraliśmy manele i w drogę.

Podjechaliśmy do pewnego miejsca nad rzekę Sopot, obok której często jeździliśmy. Ale zawsze omijaliśmy ten fragment. Tym razem specjalnie w to miejsce. Fajna rzeka nawet z jednym małym wodospadem. Jednak ścieżka mało uczęszczana ze względu na bujną roślinność, z którą musieliśmy walczyć.
Później jeszcze podjechaliśmy kawałem lasem, zobaczyć kolejny szlak, ale pozostawiamy go sobie na później. Do następnego razu.
Na drugą część długo czekaliśmy, bowiem zbliżała się ciemna chmura z ulewą, ale na szczęście przeszła bokiem. Więc zebraliśmy manele i w drogę.

Uciekając ulewie.© Robert
Podjechaliśmy do pewnego miejsca nad rzekę Sopot, obok której często jeździliśmy. Ale zawsze omijaliśmy ten fragment. Tym razem specjalnie w to miejsce. Fajna rzeka nawet z jednym małym wodospadem. Jednak ścieżka mało uczęszczana ze względu na bujną roślinność, z którą musieliśmy walczyć.
Później jeszcze podjechaliśmy kawałem lasem, zobaczyć kolejny szlak, ale pozostawiamy go sobie na później. Do następnego razu.

Urocze miejsca na Roztoczu.© Robert
Objazd w lesie
Środa, 8 sierpnia 2012 | dodano:03.09.2012Kategoria Inne miejscówki, Średnia przyjemność
| Dst.: | 43.14 | Off-road: | 8.60 | Czas: | 03:07 | Avg: | 13.84 |
| Vmax: | 38.00 | Temp.: | 33.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 182m | Bike: | GT | ||
Tym razem zaliczyliśmy kolejny fragment innego szlaku. Mój syn wyjątkowo zasmakował w jeździe terenowej, więc wymyślam teraz wyłącznie fajnie trasy. I tak też było i tym razem, nawet z małą niespodzianką. Jedziemy sobie bowiem szlakiem rowerowym przez las. Widać po śladach, że dość popularnym, a tu nagle widzimy przed sobą szlaban z przyczepioną kartką z napisem ... OBJAZD. No tego nigdy w życiu się nie spodziewałem. Jak się później okazało, to ścieżka rowerowa przebiegała przez miejsce, gdzie rozbili się harcerze ze swoim obozem. Na szczęście i objazd też był fajną drogą i doprowadził nas w to samo miejsce.
Później jeszcze udało mi się namówić małżonkę na małą popołudniową przejażdżkę po okolicy.


Później jeszcze udało mi się namówić małżonkę na małą popołudniową przejażdżkę po okolicy.

Objazd na leśnej ścieżce.© Robert

Wypad rowerowy z rodziną.© Robert

Cień w zachodzącym słońcu.© Robert
Pora na Roztocze
Poniedziałek, 6 sierpnia 2012 | dodano:03.09.2012Kategoria Inne miejscówki, Pełnia szczęścia
| Dst.: | 55.39 | Off-road: | 12.80 | Czas: | 04:12 | Avg: | 13.19 |
| Vmax: | 32.00 | Temp.: | 40.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 182m | Bike: | GT | ||
Nareszcie upragnione wczasy. Co prawda w tym roku byłem już na wspaniałym tygodniu na Mazurach i to jeszcze spędzonym na rowerze, no ale tym razem urlop rodzinny na ulubionym Roztoczu.
Wpis obejmuje w sumie aż trzy jazdy, ponieważ jakoś tak wyszło, że nie było jak wcześniej pisać. Tak więc jeździliśmy do sąsiedniej większej miejscowości, czy na taką drogę polną.
Jednak większą część dystansu pokonaliśmy jadąc szlakiem turystycznym nad znane "Szumy" na Tanwi. W zeszłym roku nam się nie udało, więc tym razem zmierzyliśmy się ponownie. A jak widać na zdjęciu szlak nie należy do łatwych. A jeszcze należy zaznaczyć, że w dniu dzisiejszym temperatura szczególnie dawała się we znaki, bowiem na terenie otwartym dochodziła do ... 40 st. W takiej temperaturze jeszcze nie jeździłem. Więc konieczne było uzupełnianie płynów.

Wpis obejmuje w sumie aż trzy jazdy, ponieważ jakoś tak wyszło, że nie było jak wcześniej pisać. Tak więc jeździliśmy do sąsiedniej większej miejscowości, czy na taką drogę polną.
Jednak większą część dystansu pokonaliśmy jadąc szlakiem turystycznym nad znane "Szumy" na Tanwi. W zeszłym roku nam się nie udało, więc tym razem zmierzyliśmy się ponownie. A jak widać na zdjęciu szlak nie należy do łatwych. A jeszcze należy zaznaczyć, że w dniu dzisiejszym temperatura szczególnie dawała się we znaki, bowiem na terenie otwartym dochodziła do ... 40 st. W takiej temperaturze jeszcze nie jeździłem. Więc konieczne było uzupełnianie płynów.

Urokliwe szlaki na Roztoczu.© Robert

Odpoczynek na szlaku.© Robert
Szalony powrót
Piątek, 13 lipca 2012 | dodano:21.08.2012Kategoria Inne miejscówki, Mazury 2012, Pełnia szczęścia
| Dst.: | 50.19 | Off-road: | 3.00 | Czas: | 03:43 | Avg: | 13.50 |
| Vmax: | 29.50 | Temp.: | 21.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 324m | Bike: | GT | ||
Mazury 2012
Etap 6: Gierłoż - Mikołajki
Dzisiejszego dnia "rzuciliśmy" się na szalony pomysł połączenia dwóch etapów w jeden. Taki pomysł padł jeszcze w dniu wczorajszym, a ponieważ mieliśmy dogodne warunki wypoczynkowe (bo i hotel, i gotowe śniadanko), więc wstępnym planem było dojechanie do samych Mikołajek.
Mówiąc szczerze, to nieco obawiałem się tego przejazdu. Oczywiście głównie o syna, który do tej pory nie pokonywał za jednym razem takiego dystansu, nawet bez bagażu. No ale zawsze mogliśmy w połowie trasy zatrzymać się, zgodnie z pierwotnymi planami. Moje obawy potęgował jeszcze fakt, że akurat dziś wiał nam w twarz dość silny wiatr, co jak wiadomo nie sprzyja dobrej jeździe. No ale po obfitym hotelowym śniadanku, pełni nowych humorów ruszyliśmy w drogę.
Wczorajsze dopytywanie o drogę przyniosło skutek, ponieważ nie musieliśmy zbytnio błądzić i szukać przebiegu ścieżki rowerowej. Jeden z miejscowych powiedział, że spokojnie można rowerem przejechać. Nie wspomniał jednak, że jest to jeszcze stara poniemiecka droga, wybrukowana kamieniami. Zapewne drogami tymi jeździły jeszcze niemieckie wozy wojskowe, a być może i z Hitlerem na czele.
Jednak ze względu na planowaną długość trasy musieliśmy nieco pocierpieć, a szczególnie nasze tyłki. Sama droga w sumie bardzo fajna. Moją uwagę przykuły zlokalizowane kolejne pozostałości po bunkrach niemieckich, jak również urokliwe bagno, których w tych okolicach jest dość sporo. Nie dziwi więc decyzja o budowaniu zespołu bunkrów na swoją kwaterę główną.
Kiedy w końcu po kilku kilometrach takiej jazdy dopadliśmy do asfaltu, nasza radość była ogromna. Można było i podkręcić nieco tempa. Tym razem szukaliśmy pierwszego lepszego sklepu, aby uzupełnić braki w napojach.
Przed nami pozostawała jeszcze jedna niewiadoma co do wyboru trasy. Najlepszym rozwiązaniem było wybranie polnej drogi, którą zresztą przebiegał szlak rowerowy. A ponieważ jest to lepsze rozwiązanie, więc po uzupełnieniu bidonów ruszyliśmy we właściwą stronę. Droga, która początkowo była fajną szutrówką, nagle zamieniła się faktycznie w polną i piaszczystą drogę. Szczególnie mój załadowany rower zakopywał się skutecznie w piachu, uniemożliwiając dalszą jazdę. Mało tego, nagle nad naszymi głowami zaczęła krążyć chmara gzów i innego dziadostwa owadów. Decyzja o odwrocie zapadła bardzo szybko. Te kilka kilometrów dość mocno nas zmęczyły.
Postanowiliśmy więc jechać dalej już asfaltowymi drogami, mając nadzieję na jednak słabe natężenie ruchu. Tak jadąc powoli w kierunku Rynu postanowiłem tym razem jechać na przodzie naszego "peletonu". Wiatr wziąłem na siebie. Chłopak oczywiście się zgodził, co było słusznym rozwiązaniem. W taki sposób dojechaliśmy do Rynu, gdzie w przerwie na posiłek zaczęliśmy rozważać pokonanie dalszych 17 km.
Jedziemy. Zapadła decyzja syna, więc po uzupełnieniu kalorii ruszyliśmy dalej na południe. Trasa na szczęście była mało ruchliwa, więc jechało nam się przyjemnie. Jedynie wiatr utrudniał swobodną jazdę. I tym razem to ja prowadziłem grupę.
Najtrudniejszym fragmentem trasy były chyba ostatnie kilka kilometrów przed Mikołajkami, bowiem jechaliśmy ruchliwą trasą, pod spory wiatr i jeszcze bez żadnej osłony w postaci drzew. Jednak powoli w oddali "zbliżała się" do nas tabliczka z napisem "Mikołajki". Można powiedzieć, że cel zrealizowany, zamknęliśmy kółko mazurskie. Pozostało jedynie dojechać jeszcze na kemping i po raz ostatni rozłożyć biwak. Ostatnie wzniesienie przed kempingiem mój syn pokonał w oszałamiającym tempie, zostawiając ojca daleko z tyłu.
Tak więc oto zakończyliśmy naszą przygodę. Obaj zgodziliśmy się, że to nie koniec naszych wyjazdów, że może w przyszłym roku znów uda się zaplanować i zwiedzić część Polski.
Mnie cieszy fakt, że taka forma wypoczynku spodobała się mojemu synowi. Cieszy, ponieważ od dawna tęskniło mi się za sakwami, za namiotem i codzienną jazdą rowerową. Nareszcie mogłem zrealizować swoje marzenia.
Kiedy już emocje opadły, kiedy już rozłożyliśmy cały majdan, koniecznie trzeba było iść jeszcze na spacer wieczorny po Mikołajkach, przy okazji zjadając porządny posiłek. Jutro bowiem czekała nas droga powrotna do domu.








Etap 6: Gierłoż - Mikołajki
Dzisiejszego dnia "rzuciliśmy" się na szalony pomysł połączenia dwóch etapów w jeden. Taki pomysł padł jeszcze w dniu wczorajszym, a ponieważ mieliśmy dogodne warunki wypoczynkowe (bo i hotel, i gotowe śniadanko), więc wstępnym planem było dojechanie do samych Mikołajek.
Mówiąc szczerze, to nieco obawiałem się tego przejazdu. Oczywiście głównie o syna, który do tej pory nie pokonywał za jednym razem takiego dystansu, nawet bez bagażu. No ale zawsze mogliśmy w połowie trasy zatrzymać się, zgodnie z pierwotnymi planami. Moje obawy potęgował jeszcze fakt, że akurat dziś wiał nam w twarz dość silny wiatr, co jak wiadomo nie sprzyja dobrej jeździe. No ale po obfitym hotelowym śniadanku, pełni nowych humorów ruszyliśmy w drogę.
Wczorajsze dopytywanie o drogę przyniosło skutek, ponieważ nie musieliśmy zbytnio błądzić i szukać przebiegu ścieżki rowerowej. Jeden z miejscowych powiedział, że spokojnie można rowerem przejechać. Nie wspomniał jednak, że jest to jeszcze stara poniemiecka droga, wybrukowana kamieniami. Zapewne drogami tymi jeździły jeszcze niemieckie wozy wojskowe, a być może i z Hitlerem na czele.
Jednak ze względu na planowaną długość trasy musieliśmy nieco pocierpieć, a szczególnie nasze tyłki. Sama droga w sumie bardzo fajna. Moją uwagę przykuły zlokalizowane kolejne pozostałości po bunkrach niemieckich, jak również urokliwe bagno, których w tych okolicach jest dość sporo. Nie dziwi więc decyzja o budowaniu zespołu bunkrów na swoją kwaterę główną.
Kiedy w końcu po kilku kilometrach takiej jazdy dopadliśmy do asfaltu, nasza radość była ogromna. Można było i podkręcić nieco tempa. Tym razem szukaliśmy pierwszego lepszego sklepu, aby uzupełnić braki w napojach.
Przed nami pozostawała jeszcze jedna niewiadoma co do wyboru trasy. Najlepszym rozwiązaniem było wybranie polnej drogi, którą zresztą przebiegał szlak rowerowy. A ponieważ jest to lepsze rozwiązanie, więc po uzupełnieniu bidonów ruszyliśmy we właściwą stronę. Droga, która początkowo była fajną szutrówką, nagle zamieniła się faktycznie w polną i piaszczystą drogę. Szczególnie mój załadowany rower zakopywał się skutecznie w piachu, uniemożliwiając dalszą jazdę. Mało tego, nagle nad naszymi głowami zaczęła krążyć chmara gzów i innego dziadostwa owadów. Decyzja o odwrocie zapadła bardzo szybko. Te kilka kilometrów dość mocno nas zmęczyły.
Postanowiliśmy więc jechać dalej już asfaltowymi drogami, mając nadzieję na jednak słabe natężenie ruchu. Tak jadąc powoli w kierunku Rynu postanowiłem tym razem jechać na przodzie naszego "peletonu". Wiatr wziąłem na siebie. Chłopak oczywiście się zgodził, co było słusznym rozwiązaniem. W taki sposób dojechaliśmy do Rynu, gdzie w przerwie na posiłek zaczęliśmy rozważać pokonanie dalszych 17 km.
Jedziemy. Zapadła decyzja syna, więc po uzupełnieniu kalorii ruszyliśmy dalej na południe. Trasa na szczęście była mało ruchliwa, więc jechało nam się przyjemnie. Jedynie wiatr utrudniał swobodną jazdę. I tym razem to ja prowadziłem grupę.
Najtrudniejszym fragmentem trasy były chyba ostatnie kilka kilometrów przed Mikołajkami, bowiem jechaliśmy ruchliwą trasą, pod spory wiatr i jeszcze bez żadnej osłony w postaci drzew. Jednak powoli w oddali "zbliżała się" do nas tabliczka z napisem "Mikołajki". Można powiedzieć, że cel zrealizowany, zamknęliśmy kółko mazurskie. Pozostało jedynie dojechać jeszcze na kemping i po raz ostatni rozłożyć biwak. Ostatnie wzniesienie przed kempingiem mój syn pokonał w oszałamiającym tempie, zostawiając ojca daleko z tyłu.
Tak więc oto zakończyliśmy naszą przygodę. Obaj zgodziliśmy się, że to nie koniec naszych wyjazdów, że może w przyszłym roku znów uda się zaplanować i zwiedzić część Polski.
Mnie cieszy fakt, że taka forma wypoczynku spodobała się mojemu synowi. Cieszy, ponieważ od dawna tęskniło mi się za sakwami, za namiotem i codzienną jazdą rowerową. Nareszcie mogłem zrealizować swoje marzenia.
Kiedy już emocje opadły, kiedy już rozłożyliśmy cały majdan, koniecznie trzeba było iść jeszcze na spacer wieczorny po Mikołajkach, przy okazji zjadając porządny posiłek. Jutro bowiem czekała nas droga powrotna do domu.

Dzisiejsza luksusowa miejscówka.© Robert

Stare niemieckie drogi.© Robert

W okolicach dużo jest bagien.© Robert

Mazurskie drogi.© Robert

Postój 'Pod byczkiem' na posiłek.© Robert

Cel osiągnięty.© Robert

Rower wodny.© Robert

Na rynku w Mikołajkach.© Robert

Niestety - powrót do domu.© Robert
"Achtung Minen !"
Czwartek, 12 lipca 2012 | dodano:20.08.2012Kategoria Inne miejscówki, Mazury 2012
| Dst.: | 21.74 | Off-road: | 6.00 | Czas: | 01:35 | Avg: | 13.73 |
| Vmax: | 30.50 | Temp.: | 25.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 125m | Bike: | GT | ||
Mazury 2012
Etap 5: Sztynort - Gierłoż ("Wilczy Szaniec")
Dzisiejszy etap był pod hasłem historii i czasów z II wojny światowej. Plan trasy był krótki, więc i za bardzo rano nie spieszno nam było do startu. A że i pogoda jeszcze nie zapowiadała się ciekawie, więc zwlekaliśmy z pakowaniem.
Trasa celowo była krótsza, bowiem głównym punktem dzisiejszego dnia było dotarcie do "Wilczego Szańca" - czyli dawnej kwatery głównej A.Hitlera z czasów II wojny światowej. Nieco historii przyda się zapewne w przyszłości mojemu synowi, który może się pochwalić w szkole odwiedzinami w tym miejscu.
Początkowo trasa wiodła nas lokalnymi, bardzo lokalnymi drogami, po szutrówkach i niemalże polnych drogach. Jednak trasa urokliwa i bardzo spokojna. Można było sobie spokojnie kręcić. Na takich trasach można również napotkać na bardzo stare budownictwo, którego dość sporo w tych rejonach.
Szlak rowerowy niestety wkrótce skręcał nie za bardzo po naszej myśli, więc wjechaliśmy na asfaltowe drogi, po których dalej jechało się spokojnie. Jedynie nawierzchnia była słabej jakości, co wymuszało dość spokojną jazdę. Jazda taka wkrótce się skończyła, kiedy to mój syn zobaczył w oddali rowerowych turystów, których to koniecznie chciał dogonić. Wkrótce to nam się udało. A ponieważ napotkani turyści okazali się niemieckojęzycznymi, więc nie pogadaliśmy zbytnio.
Kiedy tak jechaliśmy w stronę naszego celu, dość przypadkowo natknęliśmy się na bardzo fajne miejsce - Park Miniatur Warmii i Mazur. Moje dziecko nie za bardzo miał ochotę, ale w końcu dziś i tak dzień zwiedzania, więc czemu nie taką dodatkową atrakcję.
W miejscu tym głównie można zobaczyć miniatury sporej części zamków, pałaców i innych charakterystycznych budowli, zlokalizowanych w tej części Polski. Mnie najbardziej podobała się makieta zamku krzyżackiego w Malborku. Ale oprócz tego można było zobaczyć dworki, chałupy wiejskie, słupy graniczne, czy choćby wiadukty w Stańczykach.
W miejscu tym mieliśmy również okazję zapoznać się już nieco z historią i miejscem, do którego zmierzaliśmy, a więc Wilczego Szańca. W parku tym można było również wypróbować swoje umiejętności strzeleckie.
Kiedy ponownie wsiedliśmy na rowery okazało się, że ... nastąpił nagły koniec naszej dzisiejszej jazdy, bowiem dojechaliśmy do celu. Ruch jak przez niejedną galerią handlową, tyle samochodów wjeżdża na parking. Kiedy pytam obsługę o możliwość rozbicia namiotu uprzejmie poinformowano mnie, że owszem, jest taka możliwość, ale póki co, to miejsce to służy właśnie za parking. Hm, no jakoś nie za bardzo mi się to podobało, ale pojechaliśmy zobaczyć owe miejsce. Fakt, samochodów sporo i niby znaleźliśmy miejsce, ale jakoś mało ciekawe. Postanowiliśmy jednak w pierwszej kolejności coś zjeść i ... przeczekać nadchodzącą burzę.
Faktycznie, burza wkrótce nieźle się rozwinęła. Rowery zostawiliśmy pod parasolem, a sami schowaliśmy się do baru, gdzie zjedliśmy jakieś ciepłe zakąski. Zrobiło się przy tym znacznie chłodniej i koniecznie trzeba było się ubrać. Deszcz nie przestawał i patrząc na syna nieco smutno mi się zrobiło, bo widziałem u niego pewne zmęczenie trudami całej wyprawy. Postanowiłem więc, że dziś będziemy spać luksusowo w hotelu. Obawiałem się tylko, czy będą jeszcze wolne miejsca. Na moje szczęście był wolny pokój, co szczególnie ucieszyło mojego syna. Widziałem, że potrzebne mu było wyspanie się w normalnym łóżku.
Nie czekając więc na zakończenie deszczu szybko przejechaliśmy pod hotel i po chwili znaleźliśmy się w pokoju hotelowym. Trudno sobie pomyślałem, ale nieco budżet wyprawy zostanie przekroczony. Po chwili odpoczynku i rozpakowaniu się, deszcz przestał padać i w dobrych nastrojach mogliśmy na spokojnie iść zwiedzić bunkry Hitlera i innych z jego otoczenia.
Może to sterta gruzu i nic nie warte betonowe bloki skalne, ale jednak na mnie zrobiło to dość spore wrażenie. Ogrom budowli, ogrom betonu i stali. Masywne konstrukcje na kilka metrów szerokości. Pragnę dodać, że to właśnie w tym miejscu odbyła się nieudana próba zamachu na życie Hitlera w czasie II wojny światowej.
Wizyta w bunkrach wzmogła w nas apetyty, więc zdecydowaliśmy przejść do restauracji na obiado - kolację. A po niej nastąpił relaks i odpoczynek. Mogliśmy w końcu zobaczyć telewizor i zapoznać się z prognozą pogody na następny dzień. Jak zwykle zmęczeni dość szybko poszliśmy spać. Nie ma to jak kołderka.









Etap 5: Sztynort - Gierłoż ("Wilczy Szaniec")
Dzisiejszy etap był pod hasłem historii i czasów z II wojny światowej. Plan trasy był krótki, więc i za bardzo rano nie spieszno nam było do startu. A że i pogoda jeszcze nie zapowiadała się ciekawie, więc zwlekaliśmy z pakowaniem.
Trasa celowo była krótsza, bowiem głównym punktem dzisiejszego dnia było dotarcie do "Wilczego Szańca" - czyli dawnej kwatery głównej A.Hitlera z czasów II wojny światowej. Nieco historii przyda się zapewne w przyszłości mojemu synowi, który może się pochwalić w szkole odwiedzinami w tym miejscu.
Początkowo trasa wiodła nas lokalnymi, bardzo lokalnymi drogami, po szutrówkach i niemalże polnych drogach. Jednak trasa urokliwa i bardzo spokojna. Można było sobie spokojnie kręcić. Na takich trasach można również napotkać na bardzo stare budownictwo, którego dość sporo w tych rejonach.
Szlak rowerowy niestety wkrótce skręcał nie za bardzo po naszej myśli, więc wjechaliśmy na asfaltowe drogi, po których dalej jechało się spokojnie. Jedynie nawierzchnia była słabej jakości, co wymuszało dość spokojną jazdę. Jazda taka wkrótce się skończyła, kiedy to mój syn zobaczył w oddali rowerowych turystów, których to koniecznie chciał dogonić. Wkrótce to nam się udało. A ponieważ napotkani turyści okazali się niemieckojęzycznymi, więc nie pogadaliśmy zbytnio.
Kiedy tak jechaliśmy w stronę naszego celu, dość przypadkowo natknęliśmy się na bardzo fajne miejsce - Park Miniatur Warmii i Mazur. Moje dziecko nie za bardzo miał ochotę, ale w końcu dziś i tak dzień zwiedzania, więc czemu nie taką dodatkową atrakcję.
W miejscu tym głównie można zobaczyć miniatury sporej części zamków, pałaców i innych charakterystycznych budowli, zlokalizowanych w tej części Polski. Mnie najbardziej podobała się makieta zamku krzyżackiego w Malborku. Ale oprócz tego można było zobaczyć dworki, chałupy wiejskie, słupy graniczne, czy choćby wiadukty w Stańczykach.
W miejscu tym mieliśmy również okazję zapoznać się już nieco z historią i miejscem, do którego zmierzaliśmy, a więc Wilczego Szańca. W parku tym można było również wypróbować swoje umiejętności strzeleckie.
Kiedy ponownie wsiedliśmy na rowery okazało się, że ... nastąpił nagły koniec naszej dzisiejszej jazdy, bowiem dojechaliśmy do celu. Ruch jak przez niejedną galerią handlową, tyle samochodów wjeżdża na parking. Kiedy pytam obsługę o możliwość rozbicia namiotu uprzejmie poinformowano mnie, że owszem, jest taka możliwość, ale póki co, to miejsce to służy właśnie za parking. Hm, no jakoś nie za bardzo mi się to podobało, ale pojechaliśmy zobaczyć owe miejsce. Fakt, samochodów sporo i niby znaleźliśmy miejsce, ale jakoś mało ciekawe. Postanowiliśmy jednak w pierwszej kolejności coś zjeść i ... przeczekać nadchodzącą burzę.
Faktycznie, burza wkrótce nieźle się rozwinęła. Rowery zostawiliśmy pod parasolem, a sami schowaliśmy się do baru, gdzie zjedliśmy jakieś ciepłe zakąski. Zrobiło się przy tym znacznie chłodniej i koniecznie trzeba było się ubrać. Deszcz nie przestawał i patrząc na syna nieco smutno mi się zrobiło, bo widziałem u niego pewne zmęczenie trudami całej wyprawy. Postanowiłem więc, że dziś będziemy spać luksusowo w hotelu. Obawiałem się tylko, czy będą jeszcze wolne miejsca. Na moje szczęście był wolny pokój, co szczególnie ucieszyło mojego syna. Widziałem, że potrzebne mu było wyspanie się w normalnym łóżku.
Nie czekając więc na zakończenie deszczu szybko przejechaliśmy pod hotel i po chwili znaleźliśmy się w pokoju hotelowym. Trudno sobie pomyślałem, ale nieco budżet wyprawy zostanie przekroczony. Po chwili odpoczynku i rozpakowaniu się, deszcz przestał padać i w dobrych nastrojach mogliśmy na spokojnie iść zwiedzić bunkry Hitlera i innych z jego otoczenia.
Może to sterta gruzu i nic nie warte betonowe bloki skalne, ale jednak na mnie zrobiło to dość spore wrażenie. Ogrom budowli, ogrom betonu i stali. Masywne konstrukcje na kilka metrów szerokości. Pragnę dodać, że to właśnie w tym miejscu odbyła się nieudana próba zamachu na życie Hitlera w czasie II wojny światowej.
Wizyta w bunkrach wzmogła w nas apetyty, więc zdecydowaliśmy przejść do restauracji na obiado - kolację. A po niej nastąpił relaks i odpoczynek. Mogliśmy w końcu zobaczyć telewizor i zapoznać się z prognozą pogody na następny dzień. Jak zwykle zmęczeni dość szybko poszliśmy spać. Nie ma to jak kołderka.

Achtung Minen - uwaga miny !© Robert

Wilczy Szaniec© Robert

Piękne mazurkie widoki.© Robert

Jedziemy szlakiem lokalnymi drogami.© Robert

Stare budownictwo.© Robert

W którą stronę teraz?© Robert

Makieta zamku w Malborku.© Robert

Środki perswazji.© Robert

Wojenny rower.© Robert

Jeden z pozostałości z bunkrów.© Robert
Byliśmy jachtem
Środa, 11 lipca 2012 | dodano:13.08.2012Kategoria Inne miejscówki, Mazury 2012, Średnia przyjemność
| Dst.: | 31.96 | Off-road: | 0.00 | Czas: | 01:56 | Avg: | 16.53 |
| Vmax: | 34.00 | Temp.: | 25.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 124m | Bike: | GT | ||
MAZURY 2012
Etap 4: Wilkasy - Sztynort.
Kolejny dzień przywitał nas słońcem, co oczywiście zachęciło mnie do wczesnego wstania. Tym razem chciałem nieco więcej czasu przeznaczyć na poranną toaletę, ponieważ na poprzedniej miejscówce trzeba było zapłacić za prąd.
Poranny czas wykorzystałem na naprawę drobnej usterki w postaci urwanego uchwytu na licznik. Niestety czas zrobił swoje i uchwyt puścił. Póki co, musiała wystarczyć taśma klejąca.
Rano mieliśmy jeszcze chwilę przyjemności w postaci podanej świeżutkiej jajecznicy na szynce. Spotkała nas jeszcze jedna miła sytuacja, bowiem okazało się, że nie musieliśmy płacić za nocleg. Pani na recepcji była tak sympatyczna.
W Giżycku znajduje się twierdza o nazwie Boyen, którą myślałem zwiedzić. Szukałem jakiegoś okazałego znaku informującego o dojeździe. Jakoś nie zauważyłem, widać byłem pochłonięty pilnowaniem drogi i syna, bowiem jechaliśmy dość ruchliwą drogą, gdzie nie było miejsca na nasze rowery. Kiedy okazało się, że jesteśmy już za daleko, nie wracaliśmy już. Skręciliśmy w drogę lokalną, która była spokojną i mniej ruchliwą. Mogliśmy odetchnąć i jechać spokojnie.
Cały etap przejechaliśmy praktycznie bez przerw. Fajnie się jechało, nie było problemów nawigacyjnych. Miałem w zamyśle jeden skrót, jednak zrezygnowałem, ponieważ była to droga leśna. A nie uśmiechało mi się ciągłe odganianie się od komarów i bąków.
Tym sposobem do Sztynortu dojechaliśmy w miarę wcześnie. Planowałem wobec tego podjechać nieco dalej do Mamerek, jednak zbierało się na burzę, więc poszliśmy coś zjeść. Popołudnie upłynęło nam na siedzeniu w knajpie i czekaniu, aż deszcz ustanie. Wolę już jak nie pada, bo przynajmniej jest taniej (piwo 0,5 l - 9 zł !!!). Tego dnia byliśmy jachtem, ponieważ na namiot dostaliśmy wywieszkę "Karta postoju jachtu". Widać nie ma innego.
W końcu deszcz ustał i pora było kończyć ten dzień.





Etap 4: Wilkasy - Sztynort.
Kolejny dzień przywitał nas słońcem, co oczywiście zachęciło mnie do wczesnego wstania. Tym razem chciałem nieco więcej czasu przeznaczyć na poranną toaletę, ponieważ na poprzedniej miejscówce trzeba było zapłacić za prąd.
Poranny czas wykorzystałem na naprawę drobnej usterki w postaci urwanego uchwytu na licznik. Niestety czas zrobił swoje i uchwyt puścił. Póki co, musiała wystarczyć taśma klejąca.
Rano mieliśmy jeszcze chwilę przyjemności w postaci podanej świeżutkiej jajecznicy na szynce. Spotkała nas jeszcze jedna miła sytuacja, bowiem okazało się, że nie musieliśmy płacić za nocleg. Pani na recepcji była tak sympatyczna.
W Giżycku znajduje się twierdza o nazwie Boyen, którą myślałem zwiedzić. Szukałem jakiegoś okazałego znaku informującego o dojeździe. Jakoś nie zauważyłem, widać byłem pochłonięty pilnowaniem drogi i syna, bowiem jechaliśmy dość ruchliwą drogą, gdzie nie było miejsca na nasze rowery. Kiedy okazało się, że jesteśmy już za daleko, nie wracaliśmy już. Skręciliśmy w drogę lokalną, która była spokojną i mniej ruchliwą. Mogliśmy odetchnąć i jechać spokojnie.
Cały etap przejechaliśmy praktycznie bez przerw. Fajnie się jechało, nie było problemów nawigacyjnych. Miałem w zamyśle jeden skrót, jednak zrezygnowałem, ponieważ była to droga leśna. A nie uśmiechało mi się ciągłe odganianie się od komarów i bąków.
Tym sposobem do Sztynortu dojechaliśmy w miarę wcześnie. Planowałem wobec tego podjechać nieco dalej do Mamerek, jednak zbierało się na burzę, więc poszliśmy coś zjeść. Popołudnie upłynęło nam na siedzeniu w knajpie i czekaniu, aż deszcz ustanie. Wolę już jak nie pada, bo przynajmniej jest taniej (piwo 0,5 l - 9 zł !!!). Tego dnia byliśmy jachtem, ponieważ na namiot dostaliśmy wywieszkę "Karta postoju jachtu". Widać nie ma innego.
W końcu deszcz ustał i pora było kończyć ten dzień.

Urok starych kółek.© Robert

Nasze rowery gotowe do drogi.© Robert

Piękne mazurskie drogi.© Robert

Port w Sztynorcie.© Robert

Tego dnia byliśmy - jachtem.© Robert

Nasz kolejna miejscówka. Tym razem byliśmy sami.© Robert
Strachy na lachy
Wtorek, 10 lipca 2012 | dodano:12.08.2012Kategoria Inne miejscówki, Mazury 2012, Średnia przyjemność
| Dst.: | 35.32 | Off-road: | 18.00 | Czas: | 02:34 | Avg: | 13.76 |
| Vmax: | 35.50 | Temp.: | 30.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 210m | Bike: | GT | ||
MAZURY 2012
Etap 3: Okartowo - Wilkasy
Dzień trzeci naszej wyprawy rozpoczął się dla mnie dość wcześnie, bowiem już o 4.30. Planowałem wcześniej wyszykować nas do drogi, bowiem dzisiejszy etap miał być najdłuższym, a jeszcze nie do końca miałem ustaloną dokładną trasę przejazdu. Nauczony doświadczeniem poprzedniego dnia, nie chciałem ponownie ryzykować jazdy po trudno przejezdnych leśnych duktach, wolałem więc wcześniej zasięgnąć języka u miejscowych. Moje zamiary zostały uprzedzone przez bardzo miłą i sympatyczną tymczasową sąsiadkę, która to poleciła nam przejazd trasą, która właśnie była sprzeczna. Na jednej posiadanej mapie zaznaczony był szlak rowerowy, natomiast na drugiej (dokładniejszej) tego szlaku nie było. Stąd moje rozterki. A decyzja o wybraniu trasy była fundamentalna ze względu na długość trasy.
Jednak szczęśliwie wszystko skończyło się dobrze. Początkowo szlak faktycznie był dość ciekawy i przebiegał po leśnej utwardzonej szerokiej drodze. Jednak jak poruszaliśmy się dalej na północ, tym droga stawała się miejscami trudno przejezdna, głównie na piaszczystych podjazdach. W tym miejscu zmuszeni byliśmy pokonać nieco trasy na piechotę.
Kiedy to dotarliśmy do skraju lasu i wjechaliśmy na drogę asfaltową, chcieliśmy upewnić się do do dalszej naszej trasy. A ponieważ zatrzymaliśmy się przy wjeździe na obozu harcerskiego, więc pomyślałem, że harcerze dokładnie będą znać okoliczne drogi. No cóż, dopiero ktoś z kadry potwierdził nasze przypuszczenia. W tym też miejscu próbował się do mnie „przyczepić” pasażer na gapę w postaci kleszcza. A ze względu na fakt, że trudno było mu się przebić szybko przez moje włosy na łydkach, więc i nie miał okazji na dłużej nam potowarzyszyć.
Później trafiliśmy na bardzo fajną szutrówkę wzdłuż Jeziora Buwełno. Ciągnęła się lekko pod górę, ale nie była na tyle strona, aby nie można było również podziwiać okolicznych widoków. W tych rejonach kraju można jeszcze napotkać na fragmenty starych dróg kamienistych, pewnie pochodzących jeszcze z czasów z przedwojennych, o czym mieliśmy okazję jeszcze nie raz się przekonać.
Długość trasy faktycznie dawała się we znaki mojemu synowi, który co chwilę pytał się ile jeszcze do końca. Trafiliśmy w końcu na kemping w porcie Wilkasy, który znów okazał się „nie prawdziwy” (wg oceny mojego syna). Po wybraniu lokalizacji, z czym tym razem nie było problemów (konieczność podłączenia do prądu), rozbiciu namiotu, koniecznie musieliśmy naładować nasze akumulatory porządnymi dawkami nowej energii w postaci pysznego spaghetti.
Później w ramach relaksu zaliczyliśmy wizytę na basenie. Było pływanie, rura i jacuzzi. Wieczorkiem, po kolacji spytałem syna, co dalej robimy, bowiem możemy jutro spakować cały majdan i w ciągu jednego dnia wrócić do Mikołajek, po czym do domu. Jednak decyzja była: „jedziemy dalej, zgadnie z planem”. Nie pozostało więc nic innego jak solidnie wypocząć przed kolejnymi etapami podróży. Mocno zmęczeni poszliśmy spać.






Etap 3: Okartowo - Wilkasy
Dzień trzeci naszej wyprawy rozpoczął się dla mnie dość wcześnie, bowiem już o 4.30. Planowałem wcześniej wyszykować nas do drogi, bowiem dzisiejszy etap miał być najdłuższym, a jeszcze nie do końca miałem ustaloną dokładną trasę przejazdu. Nauczony doświadczeniem poprzedniego dnia, nie chciałem ponownie ryzykować jazdy po trudno przejezdnych leśnych duktach, wolałem więc wcześniej zasięgnąć języka u miejscowych. Moje zamiary zostały uprzedzone przez bardzo miłą i sympatyczną tymczasową sąsiadkę, która to poleciła nam przejazd trasą, która właśnie była sprzeczna. Na jednej posiadanej mapie zaznaczony był szlak rowerowy, natomiast na drugiej (dokładniejszej) tego szlaku nie było. Stąd moje rozterki. A decyzja o wybraniu trasy była fundamentalna ze względu na długość trasy.
Jednak szczęśliwie wszystko skończyło się dobrze. Początkowo szlak faktycznie był dość ciekawy i przebiegał po leśnej utwardzonej szerokiej drodze. Jednak jak poruszaliśmy się dalej na północ, tym droga stawała się miejscami trudno przejezdna, głównie na piaszczystych podjazdach. W tym miejscu zmuszeni byliśmy pokonać nieco trasy na piechotę.
Kiedy to dotarliśmy do skraju lasu i wjechaliśmy na drogę asfaltową, chcieliśmy upewnić się do do dalszej naszej trasy. A ponieważ zatrzymaliśmy się przy wjeździe na obozu harcerskiego, więc pomyślałem, że harcerze dokładnie będą znać okoliczne drogi. No cóż, dopiero ktoś z kadry potwierdził nasze przypuszczenia. W tym też miejscu próbował się do mnie „przyczepić” pasażer na gapę w postaci kleszcza. A ze względu na fakt, że trudno było mu się przebić szybko przez moje włosy na łydkach, więc i nie miał okazji na dłużej nam potowarzyszyć.
Później trafiliśmy na bardzo fajną szutrówkę wzdłuż Jeziora Buwełno. Ciągnęła się lekko pod górę, ale nie była na tyle strona, aby nie można było również podziwiać okolicznych widoków. W tych rejonach kraju można jeszcze napotkać na fragmenty starych dróg kamienistych, pewnie pochodzących jeszcze z czasów z przedwojennych, o czym mieliśmy okazję jeszcze nie raz się przekonać.
Długość trasy faktycznie dawała się we znaki mojemu synowi, który co chwilę pytał się ile jeszcze do końca. Trafiliśmy w końcu na kemping w porcie Wilkasy, który znów okazał się „nie prawdziwy” (wg oceny mojego syna). Po wybraniu lokalizacji, z czym tym razem nie było problemów (konieczność podłączenia do prądu), rozbiciu namiotu, koniecznie musieliśmy naładować nasze akumulatory porządnymi dawkami nowej energii w postaci pysznego spaghetti.
Później w ramach relaksu zaliczyliśmy wizytę na basenie. Było pływanie, rura i jacuzzi. Wieczorkiem, po kolacji spytałem syna, co dalej robimy, bowiem możemy jutro spakować cały majdan i w ciągu jednego dnia wrócić do Mikołajek, po czym do domu. Jednak decyzja była: „jedziemy dalej, zgadnie z planem”. Nie pozostało więc nic innego jak solidnie wypocząć przed kolejnymi etapami podróży. Mocno zmęczeni poszliśmy spać.

Szlak rowerowy leśny.© Robert

Stara droga kamienista.© Robert

W trasie. W oddali widać J. Buwełno.© Robert

Przerwa na uzupełnienie kalorii.© Robert

Urokliwe bagno.© Robert

Jedna z lokalnych świetnych szutrówek.© Robert

Wieczór w Wilkasach.© Robert






