Dzień 1: Darłówko - Ustka
Niedziela, 14 lipca 2013 | dodano:16.09.2013Kategoria Inne miejscówki, Pełnia szczęścia, Wybrzeże 2013
| Dst.: | 50.24 | Off-road: | 5.00 | Czas: | 03:00 | Avg: | 16.75 |
| Vmax: | 0.00 | Temp.: | HRmax: | (%) | HRavg | (%) | |
| Cal: | kcal | ALT: | 256m | Bike: | GT | ||
<- Prolog.
Dzień zaczął się super pogodą. Słońce na niebie skutecznie zachęcało do szybkiego rozpoczęcia naszej formalnej wyprawy wzdłuż wschodniego wybrzeża.
Jednym z celów wyprawy było również "zaliczenie" po drodze wszystkich latarni morskich, a było ich na trasie kilka. Dlatego też pierwsze kroki z rowerami skierowaliśmy do portu pod latarnię w Darłówku. Tam oczywiście obowiązkowe fotki i ... ruszamy w drogę.
Początkowo plan zakładał przejazd szlakiem rowerowym dosłownie wzdłuż morza, a konkretnie wydmami. Pamiętam go doskonale, kiedy przy okazji wakacji w Darłówku jechaliśmy nim przez pewien odcinek. Miejscami było wąsko i z jednej strony widoczne było morze, a z drugiej Jezioro Kopań.
No cóż, kiedy dojechaliśmy do początku naszej trasy okazało się, że trasa na wydmach jest w remoncie i nie można po nich jeździć. Spotkani przypadkowi rowerzyści wpadli na pomysł, że może uda się ominąć ten pierwszy wjazd i pojechać do następnego wejścia na plażę. Jak oni zdecydowali, tak i my zrobiliśmy. Pojechaliśmy wolniej swoim tempem i staraliśmy się dotrzeć do następnego wejścia. Ładnymi szutrówkami, pilnując mapy dojechaliśmy do kolejnego wjazdu. Okazało się, że niestety wał remontowany jest na całej długości, aż do Jeziora Wicko, więc nasza dwójka odpuściła jazdę tym wałem.
Całkiem ciekawie więc zaczęła się nasza wyprawa od zmiany planów pokonania pierwszego etapu. Później szukaliśmy jeszcze przejazdu zaznaczonym na mapie szlakiem rowerowym, jednak wyglądał on mało przejezdny, co jak się okazało w następnych dniach, w porównaniu do innych odcinków, ten był prawie idealny.
Po krótkiej przerwie na posiłek zapadła decyzja, że wracamy … do drogi głównej 203 i tniemy asfaltem, aż do Ustki. Sporo czasu zajęło nam szukanie i krążenie blisko Darłówka, a my dalej “w lesie”. Na szczęście tym razem wiatr sprzyjał i gnał nas całkiem żwawo. Droga główna, ale chyba ze względu na niedzielę, ruch samochodowy był do zaakceptowania.
Natrafiając na mały sklepik zmuszeni byliśmy do zatrzymania się, celem uzupełnienia płynów. Sklepikarz, młody chłopak, z podziwem patrzył na mojego syna i stwierdził, że tak młodego turysty rowerowego, to jeszcze nie widział, a różni się tu kręcą. “Szacunek” - rzucił na koniec naszej krótkiej rozmowy.
Taka opinia chyba miała pozytywny wpływ na morale syna Karola. Tak sobie jedziemy, a tu obserwuję, że mi odjeżdża, nie mogę utrzymać mu koła. Patrzę na licznik, a tu jest 25 km/h. Przyśpieszam do 27, a tu nic. Dalej go nie łapię. Dokręcam do 32 i w końcu po pewnym czasie, udało się przyhamować syna ze stwierdzeniem, aby oszczędzał starego ojca.
Tak oto dojechaliśmy do Ustki. Niestety po drodze zmuszeni byliśmy "odpuścić" kolejną na trasie latarnię morską w Jarosławcu, ale wymagało to sporego nadłożenia drogi (ok. 10 km), co również wiązało się z pokonaniem sporego podjazdu. Trudno, następnym razem trzeba będzie zacząć w Jarosławcu.
W samej Ustce nie mieliśmy problemów z odnalezieniem kempingu. Szybkie rozbicie namiotu i w miasto na uzupełnienie kalorii. Pokręciliśmy się później po Ustce, zaliczając lody, itp. W końcu zmęczeni całym dniem padamy w swoich śpiworach. Dzień był długi, ale udany.







Dzień drugi ->
Dzień zaczął się super pogodą. Słońce na niebie skutecznie zachęcało do szybkiego rozpoczęcia naszej formalnej wyprawy wzdłuż wschodniego wybrzeża.
Jednym z celów wyprawy było również "zaliczenie" po drodze wszystkich latarni morskich, a było ich na trasie kilka. Dlatego też pierwsze kroki z rowerami skierowaliśmy do portu pod latarnię w Darłówku. Tam oczywiście obowiązkowe fotki i ... ruszamy w drogę.
Początkowo plan zakładał przejazd szlakiem rowerowym dosłownie wzdłuż morza, a konkretnie wydmami. Pamiętam go doskonale, kiedy przy okazji wakacji w Darłówku jechaliśmy nim przez pewien odcinek. Miejscami było wąsko i z jednej strony widoczne było morze, a z drugiej Jezioro Kopań.
No cóż, kiedy dojechaliśmy do początku naszej trasy okazało się, że trasa na wydmach jest w remoncie i nie można po nich jeździć. Spotkani przypadkowi rowerzyści wpadli na pomysł, że może uda się ominąć ten pierwszy wjazd i pojechać do następnego wejścia na plażę. Jak oni zdecydowali, tak i my zrobiliśmy. Pojechaliśmy wolniej swoim tempem i staraliśmy się dotrzeć do następnego wejścia. Ładnymi szutrówkami, pilnując mapy dojechaliśmy do kolejnego wjazdu. Okazało się, że niestety wał remontowany jest na całej długości, aż do Jeziora Wicko, więc nasza dwójka odpuściła jazdę tym wałem.
Całkiem ciekawie więc zaczęła się nasza wyprawa od zmiany planów pokonania pierwszego etapu. Później szukaliśmy jeszcze przejazdu zaznaczonym na mapie szlakiem rowerowym, jednak wyglądał on mało przejezdny, co jak się okazało w następnych dniach, w porównaniu do innych odcinków, ten był prawie idealny.
Po krótkiej przerwie na posiłek zapadła decyzja, że wracamy … do drogi głównej 203 i tniemy asfaltem, aż do Ustki. Sporo czasu zajęło nam szukanie i krążenie blisko Darłówka, a my dalej “w lesie”. Na szczęście tym razem wiatr sprzyjał i gnał nas całkiem żwawo. Droga główna, ale chyba ze względu na niedzielę, ruch samochodowy był do zaakceptowania.
Natrafiając na mały sklepik zmuszeni byliśmy do zatrzymania się, celem uzupełnienia płynów. Sklepikarz, młody chłopak, z podziwem patrzył na mojego syna i stwierdził, że tak młodego turysty rowerowego, to jeszcze nie widział, a różni się tu kręcą. “Szacunek” - rzucił na koniec naszej krótkiej rozmowy.
Taka opinia chyba miała pozytywny wpływ na morale syna Karola. Tak sobie jedziemy, a tu obserwuję, że mi odjeżdża, nie mogę utrzymać mu koła. Patrzę na licznik, a tu jest 25 km/h. Przyśpieszam do 27, a tu nic. Dalej go nie łapię. Dokręcam do 32 i w końcu po pewnym czasie, udało się przyhamować syna ze stwierdzeniem, aby oszczędzał starego ojca.
Tak oto dojechaliśmy do Ustki. Niestety po drodze zmuszeni byliśmy "odpuścić" kolejną na trasie latarnię morską w Jarosławcu, ale wymagało to sporego nadłożenia drogi (ok. 10 km), co również wiązało się z pokonaniem sporego podjazdu. Trudno, następnym razem trzeba będzie zacząć w Jarosławcu.
W samej Ustce nie mieliśmy problemów z odnalezieniem kempingu. Szybkie rozbicie namiotu i w miasto na uzupełnienie kalorii. Pokręciliśmy się później po Ustce, zaliczając lody, itp. W końcu zmęczeni całym dniem padamy w swoich śpiworach. Dzień był długi, ale udany.

Pierwsza na trasie latarnia© Robert

Fajne nadmorskie krajobrazy© Robert

Syn w akcji, pomagał ile mógł© Robert

Kuchnia rozpakowana© Robert

Suszenie ubrań na wietrze© Robert

Niczym burza piaskowa© Robert

Wzburzone morze© Robert
Dzień drugi ->
komentarze
No faktycznie syna masz twardego. mam nadzieje, że mój też na takiego wyrośnie. Na razie dobrze wróży
davidbaluch - 18:52 poniedziałek, 16 września 2013 | linkuj
Komentuj






