Praca-dom
Wtorek, 19 listopada 2013 | dodano:02.12.2013
| Dst.: | 31.62 | Off-road: | 2.40 | Czas: | 01:37 | Avg: | 19.56 |
| Vmax: | 33.00 | Temp.: | HRmax: | (%) | HRavg | (%) | |
| Cal: | kcal | ALT: | 144m | Bike: | GT | ||
Gdzieś mi umknęły dwa dni. Zapewne nic się nie działo. Trasa do i z pracy.
Praca-dom
Piątek, 15 listopada 2013 | dodano:19.11.2013Kategoria Średnia przyjemność
| Dst.: | 32.71 | Off-road: | 2.40 | Czas: | 01:40 | Avg: | 19.63 |
| Vmax: | 31.50 | Temp.: | HRmax: | (%) | HRavg | (%) | |
| Cal: | kcal | ALT: | 152m | Bike: | GT | ||
Ostatnio mało jeździłem, więc i jakoś zmęczony się czuję. W weekend robię przerwę, bo chyba na szybki powrót samochodu nie ma co liczyć. Dziś to przynajmniej zimno jeszcze nie było.
Praca-dom
Środa, 13 listopada 2013 | dodano:15.11.2013Kategoria Średnia przyjemność
| Dst.: | 39.81 | Off-road: | 11.20 | Czas: | 02:31 | Avg: | 15.82 |
| Vmax: | 27.00 | Temp.: | 8.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 224m | Bike: | GT | ||
Kurcze, ponowna awaria samochodu zmusiła mnie do jazdy rowerem do pracy. Zmusiła mnie chyba dosłownie, ponieważ jakoś ostatnio nie mam nastroju na rower. Aż sam się dziwię, że to piszę. Widać ciągłe problemy dołują mnie strasznie.
Wpis uzupełniony o jazdę weekendową po lesie.
Wpis uzupełniony o jazdę weekendową po lesie.
Przejażdżka rowerowa
Czwartek, 31 października 2013 | dodano:15.11.2013
| Dst.: | 25.74 | Off-road: | 10.00 | Czas: | 01:46 | Avg: | 14.57 |
| Vmax: | 54.50 | Temp.: | HRmax: | (%) | HRavg | (%) | |
| Cal: | kcal | ALT: | 415m | Bike: | GT | ||
Nie pamiętam, gdzie byłem.
Ale mam jakieś zaległe zdjęcia.


Ale mam jakieś zaległe zdjęcia.

W zagnańskich lasach© Robert

Krótki odpoczynek na kłodach© Robert

Jesienna włóczęga i szukanie drogi© Robert
Przejażdżka rowerowa
Niedziela, 13 października 2013 | dodano:15.10.2013Kategoria Średnia przyjemność
| Dst.: | 35.89 | Off-road: | 10.30 | Czas: | 01:52 | Avg: | 19.23 |
| Vmax: | 55.50 | Temp.: | 16.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 311m | Bike: | GT | ||
Obecnie jakoś trudno mi się wyrwać na rower. Korzystam niemal z każdej okazji. A to po lesie, a to już wieczorkiem. Trzeba powoli przyzwyczajać się do jazdy w oświetleniem.
Tym razem pojeździłem po lesie, który jesienią jest na prawdę piękny, oraz po okolicznych trasach, sprawdzić formę.

Tym razem pojeździłem po lesie, który jesienią jest na prawdę piękny, oraz po okolicznych trasach, sprawdzić formę.

Jesień w lesie w rowerem jest piękna© Robert

Zachód słońca nad Kielcami© Robert
Przejażdżka rowerowa
Sobota, 5 października 2013 | dodano:15.10.2013
| Dst.: | 22.35 | Off-road: | 6.30 | Czas: | 01:21 | Avg: | 16.56 |
| Vmax: | 39.50 | Temp.: | HRmax: | (%) | HRavg | (%) | |
| Cal: | kcal | ALT: | 218m | Bike: | GT | ||
Takie tam kręcenie po okolicznych drogach.
Wycieczka + masa
Niedziela, 22 września 2013 | dodano:15.10.2013Kategoria Średnia przyjemność
| Dst.: | 44.17 | Off-road: | 5.00 | Czas: | 02:52 | Avg: | 15.41 |
| Vmax: | 32.50 | Temp.: | HRmax: | (%) | HRavg | (%) | |
| Cal: | kcal | ALT: | 287m | Bike: | GT | ||
Tym razem wybraliśmy się z synem na wspólną przejażdżkę. Pojechaliśmy sobie nad zbiornik wodny w Cedzynie. Jak zwykle fajna wycieczka, ale po dłuższym braku roweru, kondycja kiepska.

Do wyniku "dorzuciliśmy" jeszcze uczestnictwo w Kieleckiej Masie Krytycznej w okazji Międzynarodowego Dnia bez Samochodu. Jakby kogoś interesowało, to więcej o tym wydarzeniu tutaj oraz tutaj.

Okolice zbiornika wodnego w Cedzynie© Robert
Do wyniku "dorzuciliśmy" jeszcze uczestnictwo w Kieleckiej Masie Krytycznej w okazji Międzynarodowego Dnia bez Samochodu. Jakby kogoś interesowało, to więcej o tym wydarzeniu tutaj oraz tutaj.
Nie pamiętam
Niedziela, 15 września 2013 | dodano:15.10.2013Kategoria Pełnia szczęścia
| Dst.: | 52.96 | Off-road: | 7.20 | Czas: | 03:23 | Avg: | 15.65 |
| Vmax: | 25.50 | Temp.: | HRmax: | (%) | HRavg | (%) | |
| Cal: | kcal | ALT: | 241m | Bike: | GT | ||
No cóż, brak systematycznego uzupełniania wpisów prowadzi do tego, że nie pamiętam, gdzie byłem i co robiłem.
Po naprawie samochodu mogłem pojeździć w końcu na swoim rowerze. Pewnie nie mogłem się już doczekać i "rzuciłem się" do jazdy, nie patrząc gdzie.
Po naprawie samochodu mogłem pojeździć w końcu na swoim rowerze. Pewnie nie mogłem się już doczekać i "rzuciłem się" do jazdy, nie patrząc gdzie.
Praca-dom
Piątek, 30 sierpnia 2013 | dodano:15.10.2013
| Dst.: | 8.46 | Off-road: | 1.20 | Czas: | 00:33 | Avg: | 15.38 |
| Vmax: | 24.50 | Temp.: | HRmax: | (%) | HRavg | (%) | |
| Cal: | kcal | ALT: | 51m | Bike: | GT | ||
Dziś dosłownie wracałem wyłącznie z pracy rowerem. Nieco dziwnie brzmi, ale poniżej wyjaśniam.
Otóż od dłuższego już czasu staram się jeździć każdego miesiąca. Ten miesiąc sierpień byłby moim kolejnym 119. Jednak z uwagi na awarię samochodu i pozostawienie do wraz z rowerem w serwisie, zmuszony byłem do jazdy pożyczonym rowerem i do jazdy "za darmo", czyli bez licznika i bez statystyk. Zatem to co jeździłem nie liczyło się do łącznych statystyk. Może to głupie, no ale tak już mam. Jak co roku mam swoje cele i bez licznika trudno je realizować.
Nie przypuszczałem, że naprawa samochodu przeciągnie się znacznie na kolejny miesiąc. Jednak na szybko udało się znaleźć na sieci sam uchwyt do licznika, kurier dostarczył w ostatni dzień i po zamontowaniu mogłem wracać do domu.
Z uwagi na zmianę roweru musiałem również zmienić i swój strój na, jak to określił mój znajomy, - "kościelny", ale niestety nie wypadało inaczej.
Na szczęście licznik zanotował chyba najmniejszą "zdobycz" miesięczną, no ale pomogło mi to zachować ciągłość jazdy.
Otóż od dłuższego już czasu staram się jeździć każdego miesiąca. Ten miesiąc sierpień byłby moim kolejnym 119. Jednak z uwagi na awarię samochodu i pozostawienie do wraz z rowerem w serwisie, zmuszony byłem do jazdy pożyczonym rowerem i do jazdy "za darmo", czyli bez licznika i bez statystyk. Zatem to co jeździłem nie liczyło się do łącznych statystyk. Może to głupie, no ale tak już mam. Jak co roku mam swoje cele i bez licznika trudno je realizować.
Nie przypuszczałem, że naprawa samochodu przeciągnie się znacznie na kolejny miesiąc. Jednak na szybko udało się znaleźć na sieci sam uchwyt do licznika, kurier dostarczył w ostatni dzień i po zamontowaniu mogłem wracać do domu.
Z uwagi na zmianę roweru musiałem również zmienić i swój strój na, jak to określił mój znajomy, - "kościelny", ale niestety nie wypadało inaczej.
Na szczęście licznik zanotował chyba najmniejszą "zdobycz" miesięczną, no ale pomogło mi to zachować ciągłość jazdy.

Prawie kościelne ubranie© Robert
Dzień 7: Władysławowo - Gdynia
Sobota, 20 lipca 2013 | dodano:26.09.2013Kategoria Inne miejscówki, Wybrzeże 2013, Średnia przyjemność
| Dst.: | 45.13 | Off-road: | 10.00 | Czas: | 02:50 | Avg: | 15.93 |
| Vmax: | 41.00 | Temp.: | 24.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 287m | Bike: | GT | ||
<- Dzień szósty
Ostatni etap. Nie wiadomo, czy się cieszyć, czy smucić. Zapewne jedno i drugie. Cieszyć, ponieważ już tęsknimy za resztą rodziny, a smucimy, bo pewnie jeszcze pojechalibyśmy dalej, choćby przed siebie.
Zbieramy się jak zwykle ok. 9.00. Przejazd przez Władysławowo nie należy do ciekawych, ponieważ mimo wczesnej pory, to ruch samochodowy jest już znaczny. Niby wykonana jest droga dla rowerów, która jednak jest przerywana i do kitu z taką jazdą.
Sama droga do Gdyni jest bardzo ruchliwa, jednak wzdłuż Zatoki Puckiej poprowadzono drogę dla rowerów. A przynajmniej droga taka jest do Pucka, fajna, wykonana z kostki, ale co ważne, bezpieczna. Na wyjeździe z Władysławowa na rondzie spotykamy dwóch rowerzystów, z których jeden dość szybko “rzucił”, że oni to kończą trasę dookoła Polski w 31 dni. Tylko pozazdrościć.
Droga rowerowa doprowadziła na do Pucka. Nie ukrywam, że ja dalej chciałem jechać lokalnymi drogami do samej Gdyni. Jednak mojemu synowi spodobała się jazda szlakiem R10. A jeszcze jak zobaczył na jednej z tabliczek opis przebiegu tego szlaku, to na informację, że szlak wiedzie dookoła Morza Bałtyckiego, mój syn spytał mnie:
„- A ile by nam, tato, zajęło pokonanie całego tego szlaku. Czy 31 dni wystarczy?”. Po krótkim zastanowieniu rzuciłem krótko: „- A może z rok czasu.” Po czym dodałem: „- Dokładnie nie wiem, ale pewnie szlak ma ok. 6 tys. km.”. Syn jedynie się zająknął i nic nie powiedział.
Szlak ten jednak dalej prowadził na Cypel Rewski i dalej wzdłuż zatoki do Gdyni. Ponieważ godzina była “młoda”, więc zgodziłem się, choć później tego żałowałem. Droga rowerowa wiodła nas dalej z ciekawymi widokami. Nagle kostka się urywa i … żyto z małą udeptaną ścieżką. Ładnie. No cóż, nie takimi ścieżkami już jechaliśmy, więc nie zraziło nas to zupełnie i pojechaliśmy dalej. Widoki nadal były super, choć trzeba było uważać, bo wąska ścieżka wiodła nad stromym urwiskiem. Zakręci się w głowie i … strach pomyśleć.
Jedziemy sobie przez to pole żyta, kłosy uderzają w sakwy rytmicznie, a nagle przed nami zaczyna się stromy zjazd, aby za chwilę przejść w strome podejście. Zjechać zjechaliśmy, ale już trudniej było z wprowadzeniem szczególnie mojego roweru. Rower Karola wniosłem, a mój jakoś we dwóch wepchaliśmy na sam szczyt. Zziajani wsiadamy na rowery, kręcimy dalej polem, a tu za chwilę “powtórka z rozrywki”, a tą różnicą, że następne podejście o wiele dłuższe i trudniejsze. No jakże się wkurzyłem, czego efektem było parę niecenzuralnych słów. Miałem tego dosyć. I znów rower Karola jakoś wniosłem na górę, ale swojego nie ruszyłem. Nie miałem szans na jego wprowadzenie. Nie było wyjścia, jak ściągnąć sakwy i na raty wtargać cały majdan do górkę. Byłem wykończony i wkurzony. “- Dość tej turystyki, jedziemy dalej asfaltami” - rzuciłem surowo do syna.
Przy najbliższej okazji złapaliśmy asfalt i pomknęliśmy do drogi, którą z Pucka planowałem jechać. Tym samym dołożyliśmy ok. 10 km. No ale kto to wiedział, że takie niespodzianki znajdziemy na szlaku rowerowym.
Po drodze jeszcze natknęliśmy się na pozostałości i osadę pierwszych łowców fok. Zatrzymaliśmy się jedynie na zarchiwizowanie tego miejsca przy piecu do wypalania garnków.
Dalsza droga do Gdyni mało ciekawa, bowiem spory ruch samochodowy. Byliśmy już nieco zmęczeni tym etapem, co odbiło się na naszej prędkości. Starałem się szukać takich dróg, aby jak najkrótszą drogą dojechać do Gdyni. Już od miejscowości Pierwoszyno do samej Gdyni wjechaliśmy na przepiękną drogę dla rowerów.
Pozostawało nam jedynie dojechać do naszego parkingu, gdzie tydzień temu zostawiliśmy nasz samochód.
Sam dojazd nie wydawał się na mapie jakoś skomplikowany. Prawie cały czas prosto. Jednak po tygodniu jazdy czasami w głuszy i po lesie, nagle zgiełk dużego miasta jakoś nas stłumił, że poczuliśmy się zagubieni. Jak tu teraz dojechać do naszego parkingu, skoro w naszą stronę prowadzą same ruchliwe ulice? Pomyślałem, że najwyżej jakoś chodnikami dojdziemy. Ale całe szczęście, że jakoś intuicja mnie nie zawiodła, ale zaprowadziła nas na skraj wiaduktu, który specjalnie został wykonany wyłącznie dla rowerów. Coś tam po tym kiedyś czytałem na necie, ale zdziwiło mnie, że przejazd został zastawiony betonowymi barykadami. Czemu, sam nie wiem, ale podobno i miejscowi też nie znają przyczyny zamknięcia tego przejazdu, o czym poinformował nas miły miejscowy mieszkaniec Gdyni. Stwierdził, że i tak wszyscy tą drogą jeżdżą, o czym wkrótce przekonałem się naocznie widząc jednego rowerzystę. Pozostawał jedynie problem przerzucenia mojego roweru przez tę barykadę.
Po chwili byliśmy już na drugim końcu, będąc pełni podziwu dla wykonania tej ścieżki i z zazdrością oglądałem się za siebie. Szkoda, że u nas w mieście tak nie myślą o rowerzystach. Jak się okazało byliśmy tuż przy parkingu. Ochoczo ruszyliśmy na końcowe metry naszej wyprawy.
Uroczyście “przybiliśmy piątki” na zakończenie wyprawy. Kolejnej udanej wspólnej wyprawy rowerowej. Udanej? - jak się za chwilę okazało, nie do końca.
Po przebraniu się, spakowaniu całego ekwipunku, wsiadamy i pora ruszać w drogę powrotną do domu. Cóż, kiedy jednak samochód ani do przodu, ani do tyłu się nie ruszył.
Efektem czego było zabranie tylko potrzebnych rzeczy i pozostawienie samochodu w dobrych rękach mechanika, a sami udaliśmy się na peron dworca, z którego zaczynaliśmy tydzień temu naszą przygodę, która jak widać, zakończyła się mało ciekawie.
Zmęczeni, zrezygnowani i zmartwieni, późno w nocy dotarliśmy do domu. Tak oto zakończyła się nasza wyprawa rowerowa na wschodnie wybrzeże Polski.
Podsumowanie:
Była to moja druga wspólna z synem wyprawa rowerowa. Myślę, że mimo nie najlepszego jej końca, również i tą możemy zaliczyć do udanych. Teraz byliśmy już bardziej doświadczeni, czego efektem były choćby dłuższe dystanse. Pakowanie bagażu nie nastręczało tyle problemów.
Pogoda również dopisała, a najważniejsze, że nie padał deszcz, bowiem to jest najbardziej uciążliwe, szczególnie przy jeździe z dzieckiem. Na szczęście nie trapiły nas żadne defekty, czy kontuzje. Tak więc pod tym względem obaj jesteśmy bardzo zadowoleni.
Trasa wydaje mi się, że była ciekawa i atrakcyjna. Momentami nawet dość ciężka do pokonania. Z jednym błędem nawigacyjnym dojechaliśmy do naszego celu.
Awaria samochodu na jakiś czas ostudziła jednak nasze emocje i smucie planów na następne eskapady.



Ostatni etap. Nie wiadomo, czy się cieszyć, czy smucić. Zapewne jedno i drugie. Cieszyć, ponieważ już tęsknimy za resztą rodziny, a smucimy, bo pewnie jeszcze pojechalibyśmy dalej, choćby przed siebie.
Zbieramy się jak zwykle ok. 9.00. Przejazd przez Władysławowo nie należy do ciekawych, ponieważ mimo wczesnej pory, to ruch samochodowy jest już znaczny. Niby wykonana jest droga dla rowerów, która jednak jest przerywana i do kitu z taką jazdą.
Sama droga do Gdyni jest bardzo ruchliwa, jednak wzdłuż Zatoki Puckiej poprowadzono drogę dla rowerów. A przynajmniej droga taka jest do Pucka, fajna, wykonana z kostki, ale co ważne, bezpieczna. Na wyjeździe z Władysławowa na rondzie spotykamy dwóch rowerzystów, z których jeden dość szybko “rzucił”, że oni to kończą trasę dookoła Polski w 31 dni. Tylko pozazdrościć.
Droga rowerowa doprowadziła na do Pucka. Nie ukrywam, że ja dalej chciałem jechać lokalnymi drogami do samej Gdyni. Jednak mojemu synowi spodobała się jazda szlakiem R10. A jeszcze jak zobaczył na jednej z tabliczek opis przebiegu tego szlaku, to na informację, że szlak wiedzie dookoła Morza Bałtyckiego, mój syn spytał mnie:
„- A ile by nam, tato, zajęło pokonanie całego tego szlaku. Czy 31 dni wystarczy?”. Po krótkim zastanowieniu rzuciłem krótko: „- A może z rok czasu.” Po czym dodałem: „- Dokładnie nie wiem, ale pewnie szlak ma ok. 6 tys. km.”. Syn jedynie się zająknął i nic nie powiedział.
Szlak ten jednak dalej prowadził na Cypel Rewski i dalej wzdłuż zatoki do Gdyni. Ponieważ godzina była “młoda”, więc zgodziłem się, choć później tego żałowałem. Droga rowerowa wiodła nas dalej z ciekawymi widokami. Nagle kostka się urywa i … żyto z małą udeptaną ścieżką. Ładnie. No cóż, nie takimi ścieżkami już jechaliśmy, więc nie zraziło nas to zupełnie i pojechaliśmy dalej. Widoki nadal były super, choć trzeba było uważać, bo wąska ścieżka wiodła nad stromym urwiskiem. Zakręci się w głowie i … strach pomyśleć.
Jedziemy sobie przez to pole żyta, kłosy uderzają w sakwy rytmicznie, a nagle przed nami zaczyna się stromy zjazd, aby za chwilę przejść w strome podejście. Zjechać zjechaliśmy, ale już trudniej było z wprowadzeniem szczególnie mojego roweru. Rower Karola wniosłem, a mój jakoś we dwóch wepchaliśmy na sam szczyt. Zziajani wsiadamy na rowery, kręcimy dalej polem, a tu za chwilę “powtórka z rozrywki”, a tą różnicą, że następne podejście o wiele dłuższe i trudniejsze. No jakże się wkurzyłem, czego efektem było parę niecenzuralnych słów. Miałem tego dosyć. I znów rower Karola jakoś wniosłem na górę, ale swojego nie ruszyłem. Nie miałem szans na jego wprowadzenie. Nie było wyjścia, jak ściągnąć sakwy i na raty wtargać cały majdan do górkę. Byłem wykończony i wkurzony. “- Dość tej turystyki, jedziemy dalej asfaltami” - rzuciłem surowo do syna.
Przy najbliższej okazji złapaliśmy asfalt i pomknęliśmy do drogi, którą z Pucka planowałem jechać. Tym samym dołożyliśmy ok. 10 km. No ale kto to wiedział, że takie niespodzianki znajdziemy na szlaku rowerowym.
Po drodze jeszcze natknęliśmy się na pozostałości i osadę pierwszych łowców fok. Zatrzymaliśmy się jedynie na zarchiwizowanie tego miejsca przy piecu do wypalania garnków.
Dalsza droga do Gdyni mało ciekawa, bowiem spory ruch samochodowy. Byliśmy już nieco zmęczeni tym etapem, co odbiło się na naszej prędkości. Starałem się szukać takich dróg, aby jak najkrótszą drogą dojechać do Gdyni. Już od miejscowości Pierwoszyno do samej Gdyni wjechaliśmy na przepiękną drogę dla rowerów.
Pozostawało nam jedynie dojechać do naszego parkingu, gdzie tydzień temu zostawiliśmy nasz samochód.
Sam dojazd nie wydawał się na mapie jakoś skomplikowany. Prawie cały czas prosto. Jednak po tygodniu jazdy czasami w głuszy i po lesie, nagle zgiełk dużego miasta jakoś nas stłumił, że poczuliśmy się zagubieni. Jak tu teraz dojechać do naszego parkingu, skoro w naszą stronę prowadzą same ruchliwe ulice? Pomyślałem, że najwyżej jakoś chodnikami dojdziemy. Ale całe szczęście, że jakoś intuicja mnie nie zawiodła, ale zaprowadziła nas na skraj wiaduktu, który specjalnie został wykonany wyłącznie dla rowerów. Coś tam po tym kiedyś czytałem na necie, ale zdziwiło mnie, że przejazd został zastawiony betonowymi barykadami. Czemu, sam nie wiem, ale podobno i miejscowi też nie znają przyczyny zamknięcia tego przejazdu, o czym poinformował nas miły miejscowy mieszkaniec Gdyni. Stwierdził, że i tak wszyscy tą drogą jeżdżą, o czym wkrótce przekonałem się naocznie widząc jednego rowerzystę. Pozostawał jedynie problem przerzucenia mojego roweru przez tę barykadę.
Po chwili byliśmy już na drugim końcu, będąc pełni podziwu dla wykonania tej ścieżki i z zazdrością oglądałem się za siebie. Szkoda, że u nas w mieście tak nie myślą o rowerzystach. Jak się okazało byliśmy tuż przy parkingu. Ochoczo ruszyliśmy na końcowe metry naszej wyprawy.
Uroczyście “przybiliśmy piątki” na zakończenie wyprawy. Kolejnej udanej wspólnej wyprawy rowerowej. Udanej? - jak się za chwilę okazało, nie do końca.
Po przebraniu się, spakowaniu całego ekwipunku, wsiadamy i pora ruszać w drogę powrotną do domu. Cóż, kiedy jednak samochód ani do przodu, ani do tyłu się nie ruszył.
Efektem czego było zabranie tylko potrzebnych rzeczy i pozostawienie samochodu w dobrych rękach mechanika, a sami udaliśmy się na peron dworca, z którego zaczynaliśmy tydzień temu naszą przygodę, która jak widać, zakończyła się mało ciekawie.
Zmęczeni, zrezygnowani i zmartwieni, późno w nocy dotarliśmy do domu. Tak oto zakończyła się nasza wyprawa rowerowa na wschodnie wybrzeże Polski.
Podsumowanie:
Była to moja druga wspólna z synem wyprawa rowerowa. Myślę, że mimo nie najlepszego jej końca, również i tą możemy zaliczyć do udanych. Teraz byliśmy już bardziej doświadczeni, czego efektem były choćby dłuższe dystanse. Pakowanie bagażu nie nastręczało tyle problemów.
Pogoda również dopisała, a najważniejsze, że nie padał deszcz, bowiem to jest najbardziej uciążliwe, szczególnie przy jeździe z dzieckiem. Na szczęście nie trapiły nas żadne defekty, czy kontuzje. Tak więc pod tym względem obaj jesteśmy bardzo zadowoleni.
Trasa wydaje mi się, że była ciekawa i atrakcyjna. Momentami nawet dość ciężka do pokonania. Z jednym błędem nawigacyjnym dojechaliśmy do naszego celu.
Awaria samochodu na jakiś czas ostudziła jednak nasze emocje i smucie planów na następne eskapady.

Droga rowerowa nad zatoką Pucką© Robert

Na trasie zwiedzanie osady łowców fok© Robert

Wspaniały przejazd rowerowy w Gdynii© Robert

"PKP wita was"© Robert






