Dzień 3: Smołdziński Las - Łeba
Wtorek, 16 lipca 2013 | dodano:20.09.2013Kategoria Inne miejscówki, Średnia przyjemność, Wybrzeże 2013
| Dst.: | 33.67 | Off-road: | 20.00 | Czas: | 03:37 | Avg: | 9.31 |
| Vmax: | 26.50 | Temp.: | 22.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 38m | Bike: | GT | ||
<- Dzień drugi
Etap ten od samego początku napawał mnie lekkim strachem. Z mapy wynikało, że ma on być najdłuższym na całej wyprawie. Biorąc pod uwagę, ze poprzednie dwa etapy również były długie, więc obawiałem się go o wiele mocniej. I ... pewnie byłby dłuższy, gdyby nie to, że nie spojrzałem przed wyjazdem na naszkicowane w domu założenia przejazdu, a jedynie mapy ze szlakiem rowerowym, który znacznie skracał naszą drogę. Pokusiłem się o skrót: “-Skoro jest na mapie zaznaczony szlak rowerowy, to musi być jakiś przejazd” - tak pewnie pomyślałem.
Ze względu pobliski Słowiński Park Narodowy, konieczne było objechanie całego Jeziora Łebskiego. Była opcja pokonania odcinka do Łeby bez strat kalorii w postaci skorzystania z promu z miejscowości Kluki do Łeby. Jednak bojaźń syna do wszystkiego co pływa, dość szybko ustaliła naszą dalszą drogę.
Wszystko pięknie, ale wybranym szlakiem chyba dawno, albo nikt tam nie jeździł. Dojechaliśmy do miejscowości Kluki i "pakujemy" się w pola. W naszym działaniu utwierdza nas czwórka innych rowerzystów, którzy również podążyli tą samą drogą. Oni “na luzaka”, a my z 40 kg bagażem. Raczej nie przypuszczałem, że przyjdzie mi jechać z sakwami po takim technicznie trudnym terenie. Początkowo jechaliśmy razem, jednak gdzieś na trasie zgubiliśmy tymczasowych towarzyszy podróży. Być może pogubili się, a być może jednak wycofali się z dalszej jazdy.
Po pokonaniu sporego odcinka zacząłem żałować, że zdecydowaliśmy się na jazdę tą “drogą”, bo do określenia “drogi”, to było bardzo daleko.
Przeżyliśmy bardzo ciężki etap. Trafiliśmy na jakieś bagna i wąską ścieżynkę wśród szuwarów, wysokich traw i pokrzyw. Na dodatek pojawiały się spróchniałe kładki nad bagienkami i ciekami wodnymi, co ich przekraczanie z moim rowerem nie wyglądało to najlepiej. Ciągle trzeba było kręcić kierownicą, prawo, lewo, i ciągle prawie “młynek”. No i jeszcze bardzo słabe oznakowanie tego szlaku powodowało, że w oczach mojego syna pojawiał się strach: "Tato gdzie my jedziemy? Gdzie my jesteśmy?" - można było z nich wyczytać. Byłem dość mocno skoncentrowany na pokonywaniu poszczególnych metrów naszej drogi. Pilnie rozglądałem się za oznakowaniem drogi oraz okolicami. Próbowałem to jakoś zgrać z mapą. Dlatego może zapomniałem zupełnie o zdjęciach, które na pewno były by świetną pamiątką z tego odcinka. Nie powiem, abym nie miał lekkiego stracha, ale przecież jako “doświadczony” turysta nie mogłem tego pokazać przed swoim synem.
Na szczęście udało się wyjechać z tych bagien i dojechać w końcu do jakiegoś sklepu w miejscowości Izbica, co było zbawienne w naszym przypadku, bowiem zaopatrzenie w Smołdzińskim Lesie było kiepskie i jechaliśmy na małym śniadaniu i końcówce napojów.
Po posiłku, odpoczynku i zdaniu relacji rodzinie, dalej było nieco lepiej, bowiem przynajmniej droga była lepsza i oznakowanie szlaku nie budziło zastrzeżeń. Jedynie momentami pojawiający się piach skutecznie nas hamował. Po drodze spotkaliśmy rowerową rodzinę, z którą razem jechaliśmy pociągiem. Wszyscy stwierdziliśmy, że jaki ten świat mały. Rodzina ta również przedzierała się tym samym szlakiem, a widoczne ich ślady były nam dość często pomocne.
Na ostatnie 10 km wskoczyliśmy na asfalt, bowiem obaj mieliśmy już dość dróg gruntowych i tej turystyki. Przy okazji, doświadczeniem z dzisiejszej trasy podzieliliśmy się z kolejną rowerową rodziną, która w te same szlaki wybierała się z przyczepką bagażową. Zdecydowanie odradziłem im taką jazdę.
Mimo jednak trudności jazdy i samej trasy, można z dzisiejszego odcinka wyciągnąć i pozytywne aspekty. Nauczyliśmy się przetrwać w tak trudnym terenie. Wiemy, że jednak można również i obładowanym rowerem pokonywać takie szlaki. Dzięki właśnie trudnościom myślę, że etap ten na długo pozostanie w naszej pamięci.
Etap miał być najdłuższy, a wyszedł krótszy, jednak zdecydowanie bardziej męczący. Zatem w Łebie, do której trafiliśmy, jak najbardziej należał nam się w dniu następnym odpoczynek.
Już wcześniej lokalizację naszego kempingu wybrał Karol, więc kierowaliśmy się na wyznaczony nocleg. Sam kemping dość ładnie usytuowany i co nas zdziwiło, dość mocno zajęty. Nawet miła pani w rejestracji powiedziała, abyśmy w pierwszej kolejności znaleźli sobie miejsce, a później dokonali odpowiednich wpisów.
Po rozstawieniu namiotu poszliśmy do najbliższej smażalni ryb wciągnąć po smakowitym dorszu. Obaj spałaszowaliśmy dość pokaźne porcje, ale trudy dzisiejszego etapu nadszarpnęły naszymi siłami.
Po zapoznaniu się z plażą i atrakcjami turystycznymi w centrum Łeby, do namiotu wróciliśmy, aby w końcu iść spać.




Dzień czwarty ->
Etap ten od samego początku napawał mnie lekkim strachem. Z mapy wynikało, że ma on być najdłuższym na całej wyprawie. Biorąc pod uwagę, ze poprzednie dwa etapy również były długie, więc obawiałem się go o wiele mocniej. I ... pewnie byłby dłuższy, gdyby nie to, że nie spojrzałem przed wyjazdem na naszkicowane w domu założenia przejazdu, a jedynie mapy ze szlakiem rowerowym, który znacznie skracał naszą drogę. Pokusiłem się o skrót: “-Skoro jest na mapie zaznaczony szlak rowerowy, to musi być jakiś przejazd” - tak pewnie pomyślałem.
Ze względu pobliski Słowiński Park Narodowy, konieczne było objechanie całego Jeziora Łebskiego. Była opcja pokonania odcinka do Łeby bez strat kalorii w postaci skorzystania z promu z miejscowości Kluki do Łeby. Jednak bojaźń syna do wszystkiego co pływa, dość szybko ustaliła naszą dalszą drogę.
Wszystko pięknie, ale wybranym szlakiem chyba dawno, albo nikt tam nie jeździł. Dojechaliśmy do miejscowości Kluki i "pakujemy" się w pola. W naszym działaniu utwierdza nas czwórka innych rowerzystów, którzy również podążyli tą samą drogą. Oni “na luzaka”, a my z 40 kg bagażem. Raczej nie przypuszczałem, że przyjdzie mi jechać z sakwami po takim technicznie trudnym terenie. Początkowo jechaliśmy razem, jednak gdzieś na trasie zgubiliśmy tymczasowych towarzyszy podróży. Być może pogubili się, a być może jednak wycofali się z dalszej jazdy.
Po pokonaniu sporego odcinka zacząłem żałować, że zdecydowaliśmy się na jazdę tą “drogą”, bo do określenia “drogi”, to było bardzo daleko.
Przeżyliśmy bardzo ciężki etap. Trafiliśmy na jakieś bagna i wąską ścieżynkę wśród szuwarów, wysokich traw i pokrzyw. Na dodatek pojawiały się spróchniałe kładki nad bagienkami i ciekami wodnymi, co ich przekraczanie z moim rowerem nie wyglądało to najlepiej. Ciągle trzeba było kręcić kierownicą, prawo, lewo, i ciągle prawie “młynek”. No i jeszcze bardzo słabe oznakowanie tego szlaku powodowało, że w oczach mojego syna pojawiał się strach: "Tato gdzie my jedziemy? Gdzie my jesteśmy?" - można było z nich wyczytać. Byłem dość mocno skoncentrowany na pokonywaniu poszczególnych metrów naszej drogi. Pilnie rozglądałem się za oznakowaniem drogi oraz okolicami. Próbowałem to jakoś zgrać z mapą. Dlatego może zapomniałem zupełnie o zdjęciach, które na pewno były by świetną pamiątką z tego odcinka. Nie powiem, abym nie miał lekkiego stracha, ale przecież jako “doświadczony” turysta nie mogłem tego pokazać przed swoim synem.
Na szczęście udało się wyjechać z tych bagien i dojechać w końcu do jakiegoś sklepu w miejscowości Izbica, co było zbawienne w naszym przypadku, bowiem zaopatrzenie w Smołdzińskim Lesie było kiepskie i jechaliśmy na małym śniadaniu i końcówce napojów.
Po posiłku, odpoczynku i zdaniu relacji rodzinie, dalej było nieco lepiej, bowiem przynajmniej droga była lepsza i oznakowanie szlaku nie budziło zastrzeżeń. Jedynie momentami pojawiający się piach skutecznie nas hamował. Po drodze spotkaliśmy rowerową rodzinę, z którą razem jechaliśmy pociągiem. Wszyscy stwierdziliśmy, że jaki ten świat mały. Rodzina ta również przedzierała się tym samym szlakiem, a widoczne ich ślady były nam dość często pomocne.
Na ostatnie 10 km wskoczyliśmy na asfalt, bowiem obaj mieliśmy już dość dróg gruntowych i tej turystyki. Przy okazji, doświadczeniem z dzisiejszej trasy podzieliliśmy się z kolejną rowerową rodziną, która w te same szlaki wybierała się z przyczepką bagażową. Zdecydowanie odradziłem im taką jazdę.
Mimo jednak trudności jazdy i samej trasy, można z dzisiejszego odcinka wyciągnąć i pozytywne aspekty. Nauczyliśmy się przetrwać w tak trudnym terenie. Wiemy, że jednak można również i obładowanym rowerem pokonywać takie szlaki. Dzięki właśnie trudnościom myślę, że etap ten na długo pozostanie w naszej pamięci.
Etap miał być najdłuższy, a wyszedł krótszy, jednak zdecydowanie bardziej męczący. Zatem w Łebie, do której trafiliśmy, jak najbardziej należał nam się w dniu następnym odpoczynek.
Już wcześniej lokalizację naszego kempingu wybrał Karol, więc kierowaliśmy się na wyznaczony nocleg. Sam kemping dość ładnie usytuowany i co nas zdziwiło, dość mocno zajęty. Nawet miła pani w rejestracji powiedziała, abyśmy w pierwszej kolejności znaleźli sobie miejsce, a później dokonali odpowiednich wpisów.
Po rozstawieniu namiotu poszliśmy do najbliższej smażalni ryb wciągnąć po smakowitym dorszu. Obaj spałaszowaliśmy dość pokaźne porcje, ale trudy dzisiejszego etapu nadszarpnęły naszymi siłami.
Po zapoznaniu się z plażą i atrakcjami turystycznymi w centrum Łeby, do namiotu wróciliśmy, aby w końcu iść spać.

Przejazd przez bagna© Robert

Dalsza droga była zdecydowanie lepsza© Robert

Rozstawianie namiotu na kempingu© Robert

Dalej "burza piaskowa"© Robert
Dzień czwarty ->






