Wpisy archiwalne w kategorii
Średnia przyjemność
| Dystans całkowity: | 4919.77 km (w terenie 776.87 km; 15.79%) |
| Czas w ruchu: | 287:02 |
| Średnia prędkość: | 17.14 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 70.00 km/h |
| Suma podjazdów: | 31352 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 194 (102 %) |
| Maks. tętno średnie: | 173 (89 %) |
| Suma kalorii: | 15046 kcal |
| Liczba aktywności: | 133 |
| Średnio na aktywność: | 36.99 km i 2h 09m |
| Więcej statystyk | |
"Wyrypa"
Sobota, 4 stycznia 2014 | dodano:07.01.2014Kategoria Średnia przyjemność
| Dst.: | 31.94 | Off-road: | 2.50 | Czas: | 01:51 | Avg: | 17.26 |
| Vmax: | 35.00 | Temp.: | 8.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 184m | Bike: | GT | ||
Oczywiście z tą "wyrypą", to przesada. Ale takie hasło spodobało się mojej małżonce, więc tak zostało.
A od jakiegoś czasu, kiedy to skończono obwodnicę naszego miasta, przyszło mi do głowy przejechać się wzdłuż jej biegu, z północy na południe. I tym razem był kolejny odcinek. W sumie fajnie się jedzie, czasami po błocie, ale droga miejscami jest nawet urokliwa.

Kielecka obwodnica © Robert
A od jakiegoś czasu, kiedy to skończono obwodnicę naszego miasta, przyszło mi do głowy przejechać się wzdłuż jej biegu, z północy na południe. I tym razem był kolejny odcinek. W sumie fajnie się jedzie, czasami po błocie, ale droga miejscami jest nawet urokliwa.

Kielecka obwodnica © Robert
Na zakończenie
Czwartek, 26 grudnia 2013 | dodano:03.01.2014Kategoria Średnia przyjemność
| Dst.: | 45.42 | Off-road: | 5.00 | Czas: | 03:03 | Avg: | 14.89 |
| Vmax: | 35.00 | Temp.: | HRmax: | (%) | HRavg | (%) | |
| Cal: | kcal | ALT: | 383m | Bike: | GT | ||
Tak na zakończenie poprzedniego roku, wpis z podsumowaniem sezonu.
No cóż, zapowiadał się fajnie, przynajmniej pierwsza połowa. Na rekord raczej nie liczyłem, ale mogło być blisko. Niestety, druga połowa roku, to katastrofa. Początkowo jeden miesiąc wcale nie jeździłem z powodu braku roweru. A później - taki totalny marazm i brak chęci.
Jedynie co zaliczam do udanych wydarzeń rowerowych, to druga już wspólna z synem turystyczna wyprawa rowerowa, tym razem na wschodnie wybrzeże. Bardzo fajny tydzień. Moc emocji i atrakcji.
Tak więc rok minął bezpowrotnie. Ważne, aby zdrowie było i chęci do kręcenia.
No cóż, zapowiadał się fajnie, przynajmniej pierwsza połowa. Na rekord raczej nie liczyłem, ale mogło być blisko. Niestety, druga połowa roku, to katastrofa. Początkowo jeden miesiąc wcale nie jeździłem z powodu braku roweru. A później - taki totalny marazm i brak chęci.
Jedynie co zaliczam do udanych wydarzeń rowerowych, to druga już wspólna z synem turystyczna wyprawa rowerowa, tym razem na wschodnie wybrzeże. Bardzo fajny tydzień. Moc emocji i atrakcji.
Tak więc rok minął bezpowrotnie. Ważne, aby zdrowie było i chęci do kręcenia.
Dalej na rowerze
Poniedziałek, 25 listopada 2013 | dodano:26.11.2013Kategoria Średnia przyjemność
| Dst.: | 32.33 | Off-road: | 1.20 | Czas: | 01:51 | Avg: | 17.48 |
| Vmax: | 40.50 | Temp.: | 3.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 169m | Bike: | GT | ||
No cóż, bryka naprawia się w ASO, więc na rowerze dalej do pracy.
Zima się zaczyna, więc i "pakiet zimowy" trzeba było wyjąć. Cieplejsze rękawice i "kozaczki".
Znajomi powiedzieli, że to już można zaliczyć pod "sport ekstremalny".
Zima się zaczyna, więc i "pakiet zimowy" trzeba było wyjąć. Cieplejsze rękawice i "kozaczki".
Znajomi powiedzieli, że to już można zaliczyć pod "sport ekstremalny".
Praca-dom
Piątek, 15 listopada 2013 | dodano:19.11.2013Kategoria Średnia przyjemność
| Dst.: | 32.71 | Off-road: | 2.40 | Czas: | 01:40 | Avg: | 19.63 |
| Vmax: | 31.50 | Temp.: | HRmax: | (%) | HRavg | (%) | |
| Cal: | kcal | ALT: | 152m | Bike: | GT | ||
Ostatnio mało jeździłem, więc i jakoś zmęczony się czuję. W weekend robię przerwę, bo chyba na szybki powrót samochodu nie ma co liczyć. Dziś to przynajmniej zimno jeszcze nie było.
Praca-dom
Środa, 13 listopada 2013 | dodano:15.11.2013Kategoria Średnia przyjemność
| Dst.: | 39.81 | Off-road: | 11.20 | Czas: | 02:31 | Avg: | 15.82 |
| Vmax: | 27.00 | Temp.: | 8.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 224m | Bike: | GT | ||
Kurcze, ponowna awaria samochodu zmusiła mnie do jazdy rowerem do pracy. Zmusiła mnie chyba dosłownie, ponieważ jakoś ostatnio nie mam nastroju na rower. Aż sam się dziwię, że to piszę. Widać ciągłe problemy dołują mnie strasznie.
Wpis uzupełniony o jazdę weekendową po lesie.
Wpis uzupełniony o jazdę weekendową po lesie.
Przejażdżka rowerowa
Niedziela, 13 października 2013 | dodano:15.10.2013Kategoria Średnia przyjemność
| Dst.: | 35.89 | Off-road: | 10.30 | Czas: | 01:52 | Avg: | 19.23 |
| Vmax: | 55.50 | Temp.: | 16.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 311m | Bike: | GT | ||
Obecnie jakoś trudno mi się wyrwać na rower. Korzystam niemal z każdej okazji. A to po lesie, a to już wieczorkiem. Trzeba powoli przyzwyczajać się do jazdy w oświetleniem.
Tym razem pojeździłem po lesie, który jesienią jest na prawdę piękny, oraz po okolicznych trasach, sprawdzić formę.

Tym razem pojeździłem po lesie, który jesienią jest na prawdę piękny, oraz po okolicznych trasach, sprawdzić formę.

Jesień w lesie w rowerem jest piękna© Robert

Zachód słońca nad Kielcami© Robert
Wycieczka + masa
Niedziela, 22 września 2013 | dodano:15.10.2013Kategoria Średnia przyjemność
| Dst.: | 44.17 | Off-road: | 5.00 | Czas: | 02:52 | Avg: | 15.41 |
| Vmax: | 32.50 | Temp.: | HRmax: | (%) | HRavg | (%) | |
| Cal: | kcal | ALT: | 287m | Bike: | GT | ||
Tym razem wybraliśmy się z synem na wspólną przejażdżkę. Pojechaliśmy sobie nad zbiornik wodny w Cedzynie. Jak zwykle fajna wycieczka, ale po dłuższym braku roweru, kondycja kiepska.

Do wyniku "dorzuciliśmy" jeszcze uczestnictwo w Kieleckiej Masie Krytycznej w okazji Międzynarodowego Dnia bez Samochodu. Jakby kogoś interesowało, to więcej o tym wydarzeniu tutaj oraz tutaj.

Okolice zbiornika wodnego w Cedzynie© Robert
Do wyniku "dorzuciliśmy" jeszcze uczestnictwo w Kieleckiej Masie Krytycznej w okazji Międzynarodowego Dnia bez Samochodu. Jakby kogoś interesowało, to więcej o tym wydarzeniu tutaj oraz tutaj.
Dzień 7: Władysławowo - Gdynia
Sobota, 20 lipca 2013 | dodano:26.09.2013Kategoria Inne miejscówki, Wybrzeże 2013, Średnia przyjemność
| Dst.: | 45.13 | Off-road: | 10.00 | Czas: | 02:50 | Avg: | 15.93 |
| Vmax: | 41.00 | Temp.: | 24.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 287m | Bike: | GT | ||
<- Dzień szósty
Ostatni etap. Nie wiadomo, czy się cieszyć, czy smucić. Zapewne jedno i drugie. Cieszyć, ponieważ już tęsknimy za resztą rodziny, a smucimy, bo pewnie jeszcze pojechalibyśmy dalej, choćby przed siebie.
Zbieramy się jak zwykle ok. 9.00. Przejazd przez Władysławowo nie należy do ciekawych, ponieważ mimo wczesnej pory, to ruch samochodowy jest już znaczny. Niby wykonana jest droga dla rowerów, która jednak jest przerywana i do kitu z taką jazdą.
Sama droga do Gdyni jest bardzo ruchliwa, jednak wzdłuż Zatoki Puckiej poprowadzono drogę dla rowerów. A przynajmniej droga taka jest do Pucka, fajna, wykonana z kostki, ale co ważne, bezpieczna. Na wyjeździe z Władysławowa na rondzie spotykamy dwóch rowerzystów, z których jeden dość szybko “rzucił”, że oni to kończą trasę dookoła Polski w 31 dni. Tylko pozazdrościć.
Droga rowerowa doprowadziła na do Pucka. Nie ukrywam, że ja dalej chciałem jechać lokalnymi drogami do samej Gdyni. Jednak mojemu synowi spodobała się jazda szlakiem R10. A jeszcze jak zobaczył na jednej z tabliczek opis przebiegu tego szlaku, to na informację, że szlak wiedzie dookoła Morza Bałtyckiego, mój syn spytał mnie:
„- A ile by nam, tato, zajęło pokonanie całego tego szlaku. Czy 31 dni wystarczy?”. Po krótkim zastanowieniu rzuciłem krótko: „- A może z rok czasu.” Po czym dodałem: „- Dokładnie nie wiem, ale pewnie szlak ma ok. 6 tys. km.”. Syn jedynie się zająknął i nic nie powiedział.
Szlak ten jednak dalej prowadził na Cypel Rewski i dalej wzdłuż zatoki do Gdyni. Ponieważ godzina była “młoda”, więc zgodziłem się, choć później tego żałowałem. Droga rowerowa wiodła nas dalej z ciekawymi widokami. Nagle kostka się urywa i … żyto z małą udeptaną ścieżką. Ładnie. No cóż, nie takimi ścieżkami już jechaliśmy, więc nie zraziło nas to zupełnie i pojechaliśmy dalej. Widoki nadal były super, choć trzeba było uważać, bo wąska ścieżka wiodła nad stromym urwiskiem. Zakręci się w głowie i … strach pomyśleć.
Jedziemy sobie przez to pole żyta, kłosy uderzają w sakwy rytmicznie, a nagle przed nami zaczyna się stromy zjazd, aby za chwilę przejść w strome podejście. Zjechać zjechaliśmy, ale już trudniej było z wprowadzeniem szczególnie mojego roweru. Rower Karola wniosłem, a mój jakoś we dwóch wepchaliśmy na sam szczyt. Zziajani wsiadamy na rowery, kręcimy dalej polem, a tu za chwilę “powtórka z rozrywki”, a tą różnicą, że następne podejście o wiele dłuższe i trudniejsze. No jakże się wkurzyłem, czego efektem było parę niecenzuralnych słów. Miałem tego dosyć. I znów rower Karola jakoś wniosłem na górę, ale swojego nie ruszyłem. Nie miałem szans na jego wprowadzenie. Nie było wyjścia, jak ściągnąć sakwy i na raty wtargać cały majdan do górkę. Byłem wykończony i wkurzony. “- Dość tej turystyki, jedziemy dalej asfaltami” - rzuciłem surowo do syna.
Przy najbliższej okazji złapaliśmy asfalt i pomknęliśmy do drogi, którą z Pucka planowałem jechać. Tym samym dołożyliśmy ok. 10 km. No ale kto to wiedział, że takie niespodzianki znajdziemy na szlaku rowerowym.
Po drodze jeszcze natknęliśmy się na pozostałości i osadę pierwszych łowców fok. Zatrzymaliśmy się jedynie na zarchiwizowanie tego miejsca przy piecu do wypalania garnków.
Dalsza droga do Gdyni mało ciekawa, bowiem spory ruch samochodowy. Byliśmy już nieco zmęczeni tym etapem, co odbiło się na naszej prędkości. Starałem się szukać takich dróg, aby jak najkrótszą drogą dojechać do Gdyni. Już od miejscowości Pierwoszyno do samej Gdyni wjechaliśmy na przepiękną drogę dla rowerów.
Pozostawało nam jedynie dojechać do naszego parkingu, gdzie tydzień temu zostawiliśmy nasz samochód.
Sam dojazd nie wydawał się na mapie jakoś skomplikowany. Prawie cały czas prosto. Jednak po tygodniu jazdy czasami w głuszy i po lesie, nagle zgiełk dużego miasta jakoś nas stłumił, że poczuliśmy się zagubieni. Jak tu teraz dojechać do naszego parkingu, skoro w naszą stronę prowadzą same ruchliwe ulice? Pomyślałem, że najwyżej jakoś chodnikami dojdziemy. Ale całe szczęście, że jakoś intuicja mnie nie zawiodła, ale zaprowadziła nas na skraj wiaduktu, który specjalnie został wykonany wyłącznie dla rowerów. Coś tam po tym kiedyś czytałem na necie, ale zdziwiło mnie, że przejazd został zastawiony betonowymi barykadami. Czemu, sam nie wiem, ale podobno i miejscowi też nie znają przyczyny zamknięcia tego przejazdu, o czym poinformował nas miły miejscowy mieszkaniec Gdyni. Stwierdził, że i tak wszyscy tą drogą jeżdżą, o czym wkrótce przekonałem się naocznie widząc jednego rowerzystę. Pozostawał jedynie problem przerzucenia mojego roweru przez tę barykadę.
Po chwili byliśmy już na drugim końcu, będąc pełni podziwu dla wykonania tej ścieżki i z zazdrością oglądałem się za siebie. Szkoda, że u nas w mieście tak nie myślą o rowerzystach. Jak się okazało byliśmy tuż przy parkingu. Ochoczo ruszyliśmy na końcowe metry naszej wyprawy.
Uroczyście “przybiliśmy piątki” na zakończenie wyprawy. Kolejnej udanej wspólnej wyprawy rowerowej. Udanej? - jak się za chwilę okazało, nie do końca.
Po przebraniu się, spakowaniu całego ekwipunku, wsiadamy i pora ruszać w drogę powrotną do domu. Cóż, kiedy jednak samochód ani do przodu, ani do tyłu się nie ruszył.
Efektem czego było zabranie tylko potrzebnych rzeczy i pozostawienie samochodu w dobrych rękach mechanika, a sami udaliśmy się na peron dworca, z którego zaczynaliśmy tydzień temu naszą przygodę, która jak widać, zakończyła się mało ciekawie.
Zmęczeni, zrezygnowani i zmartwieni, późno w nocy dotarliśmy do domu. Tak oto zakończyła się nasza wyprawa rowerowa na wschodnie wybrzeże Polski.
Podsumowanie:
Była to moja druga wspólna z synem wyprawa rowerowa. Myślę, że mimo nie najlepszego jej końca, również i tą możemy zaliczyć do udanych. Teraz byliśmy już bardziej doświadczeni, czego efektem były choćby dłuższe dystanse. Pakowanie bagażu nie nastręczało tyle problemów.
Pogoda również dopisała, a najważniejsze, że nie padał deszcz, bowiem to jest najbardziej uciążliwe, szczególnie przy jeździe z dzieckiem. Na szczęście nie trapiły nas żadne defekty, czy kontuzje. Tak więc pod tym względem obaj jesteśmy bardzo zadowoleni.
Trasa wydaje mi się, że była ciekawa i atrakcyjna. Momentami nawet dość ciężka do pokonania. Z jednym błędem nawigacyjnym dojechaliśmy do naszego celu.
Awaria samochodu na jakiś czas ostudziła jednak nasze emocje i smucie planów na następne eskapady.



Ostatni etap. Nie wiadomo, czy się cieszyć, czy smucić. Zapewne jedno i drugie. Cieszyć, ponieważ już tęsknimy za resztą rodziny, a smucimy, bo pewnie jeszcze pojechalibyśmy dalej, choćby przed siebie.
Zbieramy się jak zwykle ok. 9.00. Przejazd przez Władysławowo nie należy do ciekawych, ponieważ mimo wczesnej pory, to ruch samochodowy jest już znaczny. Niby wykonana jest droga dla rowerów, która jednak jest przerywana i do kitu z taką jazdą.
Sama droga do Gdyni jest bardzo ruchliwa, jednak wzdłuż Zatoki Puckiej poprowadzono drogę dla rowerów. A przynajmniej droga taka jest do Pucka, fajna, wykonana z kostki, ale co ważne, bezpieczna. Na wyjeździe z Władysławowa na rondzie spotykamy dwóch rowerzystów, z których jeden dość szybko “rzucił”, że oni to kończą trasę dookoła Polski w 31 dni. Tylko pozazdrościć.
Droga rowerowa doprowadziła na do Pucka. Nie ukrywam, że ja dalej chciałem jechać lokalnymi drogami do samej Gdyni. Jednak mojemu synowi spodobała się jazda szlakiem R10. A jeszcze jak zobaczył na jednej z tabliczek opis przebiegu tego szlaku, to na informację, że szlak wiedzie dookoła Morza Bałtyckiego, mój syn spytał mnie:
„- A ile by nam, tato, zajęło pokonanie całego tego szlaku. Czy 31 dni wystarczy?”. Po krótkim zastanowieniu rzuciłem krótko: „- A może z rok czasu.” Po czym dodałem: „- Dokładnie nie wiem, ale pewnie szlak ma ok. 6 tys. km.”. Syn jedynie się zająknął i nic nie powiedział.
Szlak ten jednak dalej prowadził na Cypel Rewski i dalej wzdłuż zatoki do Gdyni. Ponieważ godzina była “młoda”, więc zgodziłem się, choć później tego żałowałem. Droga rowerowa wiodła nas dalej z ciekawymi widokami. Nagle kostka się urywa i … żyto z małą udeptaną ścieżką. Ładnie. No cóż, nie takimi ścieżkami już jechaliśmy, więc nie zraziło nas to zupełnie i pojechaliśmy dalej. Widoki nadal były super, choć trzeba było uważać, bo wąska ścieżka wiodła nad stromym urwiskiem. Zakręci się w głowie i … strach pomyśleć.
Jedziemy sobie przez to pole żyta, kłosy uderzają w sakwy rytmicznie, a nagle przed nami zaczyna się stromy zjazd, aby za chwilę przejść w strome podejście. Zjechać zjechaliśmy, ale już trudniej było z wprowadzeniem szczególnie mojego roweru. Rower Karola wniosłem, a mój jakoś we dwóch wepchaliśmy na sam szczyt. Zziajani wsiadamy na rowery, kręcimy dalej polem, a tu za chwilę “powtórka z rozrywki”, a tą różnicą, że następne podejście o wiele dłuższe i trudniejsze. No jakże się wkurzyłem, czego efektem było parę niecenzuralnych słów. Miałem tego dosyć. I znów rower Karola jakoś wniosłem na górę, ale swojego nie ruszyłem. Nie miałem szans na jego wprowadzenie. Nie było wyjścia, jak ściągnąć sakwy i na raty wtargać cały majdan do górkę. Byłem wykończony i wkurzony. “- Dość tej turystyki, jedziemy dalej asfaltami” - rzuciłem surowo do syna.
Przy najbliższej okazji złapaliśmy asfalt i pomknęliśmy do drogi, którą z Pucka planowałem jechać. Tym samym dołożyliśmy ok. 10 km. No ale kto to wiedział, że takie niespodzianki znajdziemy na szlaku rowerowym.
Po drodze jeszcze natknęliśmy się na pozostałości i osadę pierwszych łowców fok. Zatrzymaliśmy się jedynie na zarchiwizowanie tego miejsca przy piecu do wypalania garnków.
Dalsza droga do Gdyni mało ciekawa, bowiem spory ruch samochodowy. Byliśmy już nieco zmęczeni tym etapem, co odbiło się na naszej prędkości. Starałem się szukać takich dróg, aby jak najkrótszą drogą dojechać do Gdyni. Już od miejscowości Pierwoszyno do samej Gdyni wjechaliśmy na przepiękną drogę dla rowerów.
Pozostawało nam jedynie dojechać do naszego parkingu, gdzie tydzień temu zostawiliśmy nasz samochód.
Sam dojazd nie wydawał się na mapie jakoś skomplikowany. Prawie cały czas prosto. Jednak po tygodniu jazdy czasami w głuszy i po lesie, nagle zgiełk dużego miasta jakoś nas stłumił, że poczuliśmy się zagubieni. Jak tu teraz dojechać do naszego parkingu, skoro w naszą stronę prowadzą same ruchliwe ulice? Pomyślałem, że najwyżej jakoś chodnikami dojdziemy. Ale całe szczęście, że jakoś intuicja mnie nie zawiodła, ale zaprowadziła nas na skraj wiaduktu, który specjalnie został wykonany wyłącznie dla rowerów. Coś tam po tym kiedyś czytałem na necie, ale zdziwiło mnie, że przejazd został zastawiony betonowymi barykadami. Czemu, sam nie wiem, ale podobno i miejscowi też nie znają przyczyny zamknięcia tego przejazdu, o czym poinformował nas miły miejscowy mieszkaniec Gdyni. Stwierdził, że i tak wszyscy tą drogą jeżdżą, o czym wkrótce przekonałem się naocznie widząc jednego rowerzystę. Pozostawał jedynie problem przerzucenia mojego roweru przez tę barykadę.
Po chwili byliśmy już na drugim końcu, będąc pełni podziwu dla wykonania tej ścieżki i z zazdrością oglądałem się za siebie. Szkoda, że u nas w mieście tak nie myślą o rowerzystach. Jak się okazało byliśmy tuż przy parkingu. Ochoczo ruszyliśmy na końcowe metry naszej wyprawy.
Uroczyście “przybiliśmy piątki” na zakończenie wyprawy. Kolejnej udanej wspólnej wyprawy rowerowej. Udanej? - jak się za chwilę okazało, nie do końca.
Po przebraniu się, spakowaniu całego ekwipunku, wsiadamy i pora ruszać w drogę powrotną do domu. Cóż, kiedy jednak samochód ani do przodu, ani do tyłu się nie ruszył.
Efektem czego było zabranie tylko potrzebnych rzeczy i pozostawienie samochodu w dobrych rękach mechanika, a sami udaliśmy się na peron dworca, z którego zaczynaliśmy tydzień temu naszą przygodę, która jak widać, zakończyła się mało ciekawie.
Zmęczeni, zrezygnowani i zmartwieni, późno w nocy dotarliśmy do domu. Tak oto zakończyła się nasza wyprawa rowerowa na wschodnie wybrzeże Polski.
Podsumowanie:
Była to moja druga wspólna z synem wyprawa rowerowa. Myślę, że mimo nie najlepszego jej końca, również i tą możemy zaliczyć do udanych. Teraz byliśmy już bardziej doświadczeni, czego efektem były choćby dłuższe dystanse. Pakowanie bagażu nie nastręczało tyle problemów.
Pogoda również dopisała, a najważniejsze, że nie padał deszcz, bowiem to jest najbardziej uciążliwe, szczególnie przy jeździe z dzieckiem. Na szczęście nie trapiły nas żadne defekty, czy kontuzje. Tak więc pod tym względem obaj jesteśmy bardzo zadowoleni.
Trasa wydaje mi się, że była ciekawa i atrakcyjna. Momentami nawet dość ciężka do pokonania. Z jednym błędem nawigacyjnym dojechaliśmy do naszego celu.
Awaria samochodu na jakiś czas ostudziła jednak nasze emocje i smucie planów na następne eskapady.

Droga rowerowa nad zatoką Pucką© Robert

Na trasie zwiedzanie osady łowców fok© Robert

Wspaniały przejazd rowerowy w Gdynii© Robert

"PKP wita was"© Robert
Dzień 6: Białogóra - Władysławowo
Piątek, 19 lipca 2013 | dodano:24.09.2013Kategoria Inne miejscówki, Średnia przyjemność, Wybrzeże 2013
| Dst.: | 31.77 | Off-road: | 10.00 | Czas: | 02:15 | Avg: | 14.12 |
| Vmax: | 28.00 | Temp.: | 20.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 84m | Bike: | GT | ||
<- Dzień piąty
Po wczorajszym słonecznym dniu, dziś pogoda wygląda mniej ciekawie. Pochmurno i wieje, ale to już norma. Dzisiejszy plan zakładał dojechanie do Władysławowa. Po drodze czekała na nas kolejna, ostatnia w naszych planach latarnia morska na Rozewiu. Kiedyś miejsce to uważane było za najdalej na północ wysunięty skrawek Polski. A ten punkt jest jednak na plaży w Jastrzębiej Górze.
Wczorajsza zimna pizza na śniadanie smakowała nawet przyzwoicie. Tak więc posileni i pełni zapału do kolejnego etapu, nastrajało nas optymistycznie. Na “dzień dobry” trzeba było rozpoznać, którą drogą wyjechać z Białogóry. Po szybkiej analizie mapy i dzięki wczorajszemu szukaniu jakiegoś pola namiotowego, mniej więcej wiedziałem, w którą stronę się udać. Droga szykowała się całkiem fajna. Znów wybraliśmy drogę rowerową, która była leśną drogą gruntową.
Nasz zapał i zadowolenie z trasy jednak szybko ustąpiło przekleństwom na dość spory piach, a co przy moim bagażu skutecznie mnie spowalniało. Spora ekipa rowerzystów minęła nas wkrótce, jadąc spokojnie. No ale na luźno, to każdy tak potrafi. Nie mieliśmy wyjścia, ponieważ innej drogi nie było. Spotkani turyści powiedzieli, że tylko jeszcze kawałek taki kiepski jest, a później jest już lepiej. Faktycznie tak było, że momentami cała opona zapadała się w piach. Okazało się, że droga ta jest w trakcie budowy / remontu, ponieważ mijaliśmy jadący walec. Dalej było właśnie już lepiej. Dojechaliśmy do ujścia rzeki Piaśnicy, którą to chciałem pokazać synowi jako ciekawostkę przyrodniczą. Mało bowiem jest takich miejsc tak dostępnych z siodełka rowerowego.
Rzeka ta na sporym odcinku do wybuchu II wojny światowej była granicą Polski z Rzeszą Niemiecką. Więc jakby nie patrzeć przekraczaliśmy granicę.
Tym sposobem wjechaliśmy do cywilizacji, do miejscowości Dębki, jednak nie zatrzymywaliśmy się na przystanek, a przemknęliśmy sobie spokojnie, wpadając na nadmorską drogą, która na mapie zaznaczona była jako szlak konny. Jednak żadnego zaprzęgu nie spotkaliśmy, a rowerzystów znacznie więcej. Droga nie była z tych idealnych, ale przyzwyczailiśmy się już do takich niewygód.
Na tym odcinku drogi nie było nic ciekawego, tak więc dość szybko dotarliśmy do Karwii, wpadając na główną drogę 215 do Władysławowa. Tym samym musieliśmy wzmocnić naszą czujność, ze względu na znaczny ruch samochodowy. Szkoda, że władze tej gminy nie zrobiły nic dla polepszenia warunków poruszania się rowerzystów, a w tym miejscu jeździ ich znaczna ilość. Nawet nie ma sensownego pobocza, gdzie można by spokojnie sobie jechać.
Ten wzmożony ruch na tyle był spory, że przed Jastrzębią Górą utworzył się na dojeździe spory korek. Niestety z naszymi rowerami nie przepychaliśmy się bokami, bo było to bardziej niebezpieczne. Pobocze było nierówne i łatwo było o wywrotkę. Dlatego takim ślimaczym tempem dojechaliśmy do Jastrzębiej Góry.
Tutaj mieliśmy problem z pokonaniem podjazdu, bowiem korek uniemożliwiał płynną jazdę, a ciągłe stawanie i ruszanie pod górkę było denerwujące. Dlatego też postanowiliśmy przebić się jakoś chodnikiem. Nie było to łatwe ze względu na pieszych, ale jakoś kulturalnie mijaliśmy się bez uszczerbku i kłopotów.
Z Jastrzębiej pilnowałem zjazdu pod latarnię w Rozewiu. Nie musiałem zbytnio się wysilać, bowiem rzeka ludzi ułatwiła to zadanie. Jednak rzeka ta nie ułatwiała wjazdu pod latarnię, a na dodatek miałem problem z przednią przerzutką, która nie chciała “spaść” na najmniejszą zębatkę.
Podjazd krótki i wkrótce stanęliśmy w środku jakby jakiejś galerii handlowej w dniach największej wyprzedaży. Tłumy ludzi nie zachęcały do dłuższego postoju. Dlatego po udokumentowaniu faktu wizyty pod latarnią, szybko zjechaliśmy dalej. Miałem dalej nadzieję, że korek już się skończył, ale niestety trwał nadal. Na szczęście w tym miejscu pobocze było na tyle szerokie i przejezdne, że udaliśmy się prosto do Władysławowa.
Kemping wybrałem ciekawy, a przynajmniej taki mi się wydawał. Jednak już na wstępie co najmniej dziwne przepisy zmieniły moje zdanie na temat tego obiektu. Jedynie co zasługiwało na plus, to widok z namiotu na morze (choć budząc się nad ranem widok ten zasłonił nam inny, większy namiot).
Kemping był zaraz na początku Władysławowa, a ponieważ wiedziałem, że do centrum jest kawałek, więc posililiśmy się w najbliższym barze. Niestety konieczne było już wprowadzenie programu oszczędnościowego, ponieważ finanse powoli się kończyły.
Później zaproponowałem przejście plażą od kempingu, aż do portu. Niestety pogoda nie była na plażowanie, więc nie było innego wyjścia. Spokojnie, noga za nogą, brnęliśmy w piachu. W porcie pogapiliśmy się na łódki, statki i co tam jeszcze pływało. Po drodze zakupiliśmy obiad do namiotu (zawsze to taniej). W tym czasie spotkał nas pierwszy i jedyny deszcz na trasie, jednak trwał on bardzo krótko.
Obiadek wyszedł pyszny (pierogi z truskawkami), a z braku innych zajęć poszliśmy wcześniej wykonać odpowiednie zabiegi higieniczne i do spania. Jutro czekał nas ostatni etap, dojazd do Gdyni.





Dzień siódmy ->
Po wczorajszym słonecznym dniu, dziś pogoda wygląda mniej ciekawie. Pochmurno i wieje, ale to już norma. Dzisiejszy plan zakładał dojechanie do Władysławowa. Po drodze czekała na nas kolejna, ostatnia w naszych planach latarnia morska na Rozewiu. Kiedyś miejsce to uważane było za najdalej na północ wysunięty skrawek Polski. A ten punkt jest jednak na plaży w Jastrzębiej Górze.
Wczorajsza zimna pizza na śniadanie smakowała nawet przyzwoicie. Tak więc posileni i pełni zapału do kolejnego etapu, nastrajało nas optymistycznie. Na “dzień dobry” trzeba było rozpoznać, którą drogą wyjechać z Białogóry. Po szybkiej analizie mapy i dzięki wczorajszemu szukaniu jakiegoś pola namiotowego, mniej więcej wiedziałem, w którą stronę się udać. Droga szykowała się całkiem fajna. Znów wybraliśmy drogę rowerową, która była leśną drogą gruntową.
Nasz zapał i zadowolenie z trasy jednak szybko ustąpiło przekleństwom na dość spory piach, a co przy moim bagażu skutecznie mnie spowalniało. Spora ekipa rowerzystów minęła nas wkrótce, jadąc spokojnie. No ale na luźno, to każdy tak potrafi. Nie mieliśmy wyjścia, ponieważ innej drogi nie było. Spotkani turyści powiedzieli, że tylko jeszcze kawałek taki kiepski jest, a później jest już lepiej. Faktycznie tak było, że momentami cała opona zapadała się w piach. Okazało się, że droga ta jest w trakcie budowy / remontu, ponieważ mijaliśmy jadący walec. Dalej było właśnie już lepiej. Dojechaliśmy do ujścia rzeki Piaśnicy, którą to chciałem pokazać synowi jako ciekawostkę przyrodniczą. Mało bowiem jest takich miejsc tak dostępnych z siodełka rowerowego.
Rzeka ta na sporym odcinku do wybuchu II wojny światowej była granicą Polski z Rzeszą Niemiecką. Więc jakby nie patrzeć przekraczaliśmy granicę.
Tym sposobem wjechaliśmy do cywilizacji, do miejscowości Dębki, jednak nie zatrzymywaliśmy się na przystanek, a przemknęliśmy sobie spokojnie, wpadając na nadmorską drogą, która na mapie zaznaczona była jako szlak konny. Jednak żadnego zaprzęgu nie spotkaliśmy, a rowerzystów znacznie więcej. Droga nie była z tych idealnych, ale przyzwyczailiśmy się już do takich niewygód.
Na tym odcinku drogi nie było nic ciekawego, tak więc dość szybko dotarliśmy do Karwii, wpadając na główną drogę 215 do Władysławowa. Tym samym musieliśmy wzmocnić naszą czujność, ze względu na znaczny ruch samochodowy. Szkoda, że władze tej gminy nie zrobiły nic dla polepszenia warunków poruszania się rowerzystów, a w tym miejscu jeździ ich znaczna ilość. Nawet nie ma sensownego pobocza, gdzie można by spokojnie sobie jechać.
Ten wzmożony ruch na tyle był spory, że przed Jastrzębią Górą utworzył się na dojeździe spory korek. Niestety z naszymi rowerami nie przepychaliśmy się bokami, bo było to bardziej niebezpieczne. Pobocze było nierówne i łatwo było o wywrotkę. Dlatego takim ślimaczym tempem dojechaliśmy do Jastrzębiej Góry.
Tutaj mieliśmy problem z pokonaniem podjazdu, bowiem korek uniemożliwiał płynną jazdę, a ciągłe stawanie i ruszanie pod górkę było denerwujące. Dlatego też postanowiliśmy przebić się jakoś chodnikiem. Nie było to łatwe ze względu na pieszych, ale jakoś kulturalnie mijaliśmy się bez uszczerbku i kłopotów.
Z Jastrzębiej pilnowałem zjazdu pod latarnię w Rozewiu. Nie musiałem zbytnio się wysilać, bowiem rzeka ludzi ułatwiła to zadanie. Jednak rzeka ta nie ułatwiała wjazdu pod latarnię, a na dodatek miałem problem z przednią przerzutką, która nie chciała “spaść” na najmniejszą zębatkę.
Podjazd krótki i wkrótce stanęliśmy w środku jakby jakiejś galerii handlowej w dniach największej wyprzedaży. Tłumy ludzi nie zachęcały do dłuższego postoju. Dlatego po udokumentowaniu faktu wizyty pod latarnią, szybko zjechaliśmy dalej. Miałem dalej nadzieję, że korek już się skończył, ale niestety trwał nadal. Na szczęście w tym miejscu pobocze było na tyle szerokie i przejezdne, że udaliśmy się prosto do Władysławowa.
Kemping wybrałem ciekawy, a przynajmniej taki mi się wydawał. Jednak już na wstępie co najmniej dziwne przepisy zmieniły moje zdanie na temat tego obiektu. Jedynie co zasługiwało na plus, to widok z namiotu na morze (choć budząc się nad ranem widok ten zasłonił nam inny, większy namiot).
Kemping był zaraz na początku Władysławowa, a ponieważ wiedziałem, że do centrum jest kawałek, więc posililiśmy się w najbliższym barze. Niestety konieczne było już wprowadzenie programu oszczędnościowego, ponieważ finanse powoli się kończyły.
Później zaproponowałem przejście plażą od kempingu, aż do portu. Niestety pogoda nie była na plażowanie, więc nie było innego wyjścia. Spokojnie, noga za nogą, brnęliśmy w piachu. W porcie pogapiliśmy się na łódki, statki i co tam jeszcze pływało. Po drodze zakupiliśmy obiad do namiotu (zawsze to taniej). W tym czasie spotkał nas pierwszy i jedyny deszcz na trasie, jednak trwał on bardzo krótko.
Obiadek wyszedł pyszny (pierogi z truskawkami), a z braku innych zajęć poszliśmy wcześniej wykonać odpowiednie zabiegi higieniczne i do spania. Jutro czekał nas ostatni etap, dojazd do Gdyni.

Walka z piachem© Robert

U ujścia rzeki Piaśnicy© Robert

Latarnia morska na Rozewiu© Robert

Niezła (tylko pozornie) miejscówka© Robert

Dziś rowery też spał z nami© Robert
Dzień siódmy ->
Dzień 5: Łeba - Białogóra
Czwartek, 18 lipca 2013 | dodano:24.09.2013Kategoria Inne miejscówki, Średnia przyjemność, Wybrzeże 2013
| Dst.: | 41.99 | Off-road: | 20.00 | Czas: | 03:14 | Avg: | 12.99 |
| Vmax: | 38.50 | Temp.: | 24.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 186m | Bike: | GT | ||
<- Dzień czwarty
Dzisiejszy etap wyglądał “zygzakowato” - tak w jednym słowie mogę opisać trasę przejazdu. Niestety nie dało się wyznaczyć bardziej prostego połączenia Łeby z Białogórą. Co prawda po drodze były skróty, jednak jak się w praktyce okazało, trasy te były dość trudno przejezdne. A odcinki były na tyle krótkie, że skrót generalnie niewiele skracał drogi.
Wyjazd z Łeby nie był problematyczny, bowiem w dniu wczorajszym zorientowałem się jak dalej jechać. Znów przy wyborze trasy przejazdu priorytetem były ścieżki rowerowe, a w drugiej kolejności - lokalne drogi asfaltowe. Tak i tym razem wyruszyliśmy w leśną drogę. Początkowo do złudzenia przypominała wyjazd z Ustki, jednak na pewno z mniejszą ilością rowerzystów. Również fajna szeroka leśna droga. Jechało się sympatycznie i miło. Po prawej naszej stronie, między zaroślami, a czasami wręcz przy samym brzegu Jeziora Sarbsko można było sobie odpocząć. W jednym z takich miejsc rzuciłem krótko do Karola: “- O tu jest fajna miejscówka, nad samą wodą można się rozbić z noclegiem”. Zapewne byłoby to niesamowite przeżycie.
Nasza przyjemna jazda nie trwała jednak długo. Dość szybko szeroka leśna droga stała się wąską ścieżką, miejscami dość krętą i z licznie wystającymi korzeniami. No ale przecież my już zaprawieni w boju dalej brniemy szlakiem R-10. Na szczęście ścieżki te były dość wyraźne i raczej nie budziło wątpliwości, w którą stronę jechać.
W pewnym momencie słyszymy odgłos silnika i w oddali widzimy zbliżające się światła. Mieliśmy akurat miejsce na “mijankę”, więc mniejszy zawsze ustępuje. Okazuje się, że jechało dwóch strażników granicznych, z których jeden na chwilę zatrzymał się przy nas i powiedział, że dla nich dalej nie ma jazdy. Nieco mnie to zmartwiło, bowiem nie wiedziałem, co się pod tym hasłem kryje. Czyżby i nam trzeba było się wracać? No ale cóż, my jedziemy dalej. Czasami trzeba również i podprowadzić, ze względu na trudne przejazdy między drzewami i odcinkami piaszczystymi.
W końcu dojechaliśmy na jakiejś drogi wyłożonej płytami betonowymi. Zawsze to lepiej się jechało, niż po piachu. Jadąc powoli w oddali dobiegały nas ludzkie odgłosy. W miarę zbliżania się zobaczyliśmy rozstawione namioty wojskowe, a całość wyglądała na jakiś obóz harcerski.
Przed nami była do zdobycia kolejna latarnia - Stilo. Na szczęście kierowaliśmy się znakami, choć i tak skręciliśmy w prawo, ale trzeba było skręcić w to “mocniejsze” prawo. No i chyba tego się obaj nie spodziewaliśmy, co przed nami wyrosło - dość poważny podjazd. Zaparliśmy się jednak w pniemy w górę. W końcu to nie przystoi wprowadzać, choć jazda z sakwami po żwirowej drodze nie należała do najłatwiejszych.
Karol wyskoczył do góry, niczym na jakimś maratonie, a ja zostałem w tyle kręcąc spokojnie pod górkę. Na szczęście wjechaliśmy obaj na sam szczyt, ledwo żywi i skąpani potem. Na początku łapczywie łapaliśmy oddechy, aby po chwili robić już pamiątkowe zdjęcia. Postanowiliśmy nieco odpocząć na ławeczce, zagryzając słodką bułką. W między czasie przyszli do nas strażnicy graniczni, którymi jak się okazało byli ci sami, z którymi mijaliśmy się w lesie. Jeden z nich stwierdził, że gdybyśmy nie dojechali tutaj, to podążyli by szukać nas w tych nadmorskich lasach. Nie wiem ile było w tym prawdy, ale pocieszająca była to informacja.
Mówiąc szczerze wjazd pod latarnię Stilo wykończył mnie i miałem dość już jazdy terenowej, a na taką wyglądał dalszy przebieg ścieżki rowerowej. Zdecydowałem, że jedziemy asfaltami. Tylko właśnie na tym fragmencie niestety nie było prostego połączenia i trzeba było skręcać, raz w prawo, raz w lewo. Skróty, którymi planowałem jechać, niestety nie nadawały się do jazdy, co mnie dość mocno smuciło. Synek, zapewne z powodu zaliczonego podjazdu, zaczął skarżyć się na zmęczenie, a ostatnich 10 km miało być po leśnej drodze, na mapie zaznaczonej podobnie jak mijane skróty.
Dojechaliśmy do małego leśnego parkingu, od którego miała zacząć się jazda przez las. Ku mojemu jednak zaskoczeniu przed nami zaczynała się całkiem fajna szeroka trasa gruntowa. Podchodzę do tabliczki, na której czytam, że lokalne nadleśnictwo postanowiło wykonać drogę dla rowerów do stanicy harcerskiej “Róża Wiatrów” i dalej do Białogóry, z zamknięciem przejazdu samochodowego, a wszystkich kierowców zapraszają do aktywności ruchowej - dalej pieszo.
Tak więc “śmignęliśmy” sobie tą trasą, którą dość szybko wjechaliśmy prawie dosłownie na kemping w Białogórze. Jednak jego lokalizacja nie za bardzo przypadła do gustu synowi i szybko znaleźliśmy inne pole namiotowe.
Dalej rytuał dnia był ten sam, a więc namiot i jedzenie na mieście. Tym razem zamówiliśmy sobie na dwóch potężną pizzę - 50 cm średnicy, czym wzbudziliśmy ogólne zainteresowanie. Doszliśmy do wniosku, że po takim etapie byliśmy głodni i należał nam się poważny posiłek. Z pizzy ostatnie dwa kawałki pozostały nam na następne śniadanie.
Tak najedzeni tym razem pieszo wybraliśmy się ok. 1 km na plażę, gdzie jednak nie było kąpieli, ani leżenia, ze względu na … silny wiatr, a jakże.
Białogóra - mała miejscowość, więc i atrakcji turystycznych mniej. Szybko więc poszliśmy spać.



Dzień szósty ->
Dzisiejszy etap wyglądał “zygzakowato” - tak w jednym słowie mogę opisać trasę przejazdu. Niestety nie dało się wyznaczyć bardziej prostego połączenia Łeby z Białogórą. Co prawda po drodze były skróty, jednak jak się w praktyce okazało, trasy te były dość trudno przejezdne. A odcinki były na tyle krótkie, że skrót generalnie niewiele skracał drogi.
Wyjazd z Łeby nie był problematyczny, bowiem w dniu wczorajszym zorientowałem się jak dalej jechać. Znów przy wyborze trasy przejazdu priorytetem były ścieżki rowerowe, a w drugiej kolejności - lokalne drogi asfaltowe. Tak i tym razem wyruszyliśmy w leśną drogę. Początkowo do złudzenia przypominała wyjazd z Ustki, jednak na pewno z mniejszą ilością rowerzystów. Również fajna szeroka leśna droga. Jechało się sympatycznie i miło. Po prawej naszej stronie, między zaroślami, a czasami wręcz przy samym brzegu Jeziora Sarbsko można było sobie odpocząć. W jednym z takich miejsc rzuciłem krótko do Karola: “- O tu jest fajna miejscówka, nad samą wodą można się rozbić z noclegiem”. Zapewne byłoby to niesamowite przeżycie.
Nasza przyjemna jazda nie trwała jednak długo. Dość szybko szeroka leśna droga stała się wąską ścieżką, miejscami dość krętą i z licznie wystającymi korzeniami. No ale przecież my już zaprawieni w boju dalej brniemy szlakiem R-10. Na szczęście ścieżki te były dość wyraźne i raczej nie budziło wątpliwości, w którą stronę jechać.
W pewnym momencie słyszymy odgłos silnika i w oddali widzimy zbliżające się światła. Mieliśmy akurat miejsce na “mijankę”, więc mniejszy zawsze ustępuje. Okazuje się, że jechało dwóch strażników granicznych, z których jeden na chwilę zatrzymał się przy nas i powiedział, że dla nich dalej nie ma jazdy. Nieco mnie to zmartwiło, bowiem nie wiedziałem, co się pod tym hasłem kryje. Czyżby i nam trzeba było się wracać? No ale cóż, my jedziemy dalej. Czasami trzeba również i podprowadzić, ze względu na trudne przejazdy między drzewami i odcinkami piaszczystymi.
W końcu dojechaliśmy na jakiejś drogi wyłożonej płytami betonowymi. Zawsze to lepiej się jechało, niż po piachu. Jadąc powoli w oddali dobiegały nas ludzkie odgłosy. W miarę zbliżania się zobaczyliśmy rozstawione namioty wojskowe, a całość wyglądała na jakiś obóz harcerski.
Przed nami była do zdobycia kolejna latarnia - Stilo. Na szczęście kierowaliśmy się znakami, choć i tak skręciliśmy w prawo, ale trzeba było skręcić w to “mocniejsze” prawo. No i chyba tego się obaj nie spodziewaliśmy, co przed nami wyrosło - dość poważny podjazd. Zaparliśmy się jednak w pniemy w górę. W końcu to nie przystoi wprowadzać, choć jazda z sakwami po żwirowej drodze nie należała do najłatwiejszych.
Karol wyskoczył do góry, niczym na jakimś maratonie, a ja zostałem w tyle kręcąc spokojnie pod górkę. Na szczęście wjechaliśmy obaj na sam szczyt, ledwo żywi i skąpani potem. Na początku łapczywie łapaliśmy oddechy, aby po chwili robić już pamiątkowe zdjęcia. Postanowiliśmy nieco odpocząć na ławeczce, zagryzając słodką bułką. W między czasie przyszli do nas strażnicy graniczni, którymi jak się okazało byli ci sami, z którymi mijaliśmy się w lesie. Jeden z nich stwierdził, że gdybyśmy nie dojechali tutaj, to podążyli by szukać nas w tych nadmorskich lasach. Nie wiem ile było w tym prawdy, ale pocieszająca była to informacja.
Mówiąc szczerze wjazd pod latarnię Stilo wykończył mnie i miałem dość już jazdy terenowej, a na taką wyglądał dalszy przebieg ścieżki rowerowej. Zdecydowałem, że jedziemy asfaltami. Tylko właśnie na tym fragmencie niestety nie było prostego połączenia i trzeba było skręcać, raz w prawo, raz w lewo. Skróty, którymi planowałem jechać, niestety nie nadawały się do jazdy, co mnie dość mocno smuciło. Synek, zapewne z powodu zaliczonego podjazdu, zaczął skarżyć się na zmęczenie, a ostatnich 10 km miało być po leśnej drodze, na mapie zaznaczonej podobnie jak mijane skróty.
Dojechaliśmy do małego leśnego parkingu, od którego miała zacząć się jazda przez las. Ku mojemu jednak zaskoczeniu przed nami zaczynała się całkiem fajna szeroka trasa gruntowa. Podchodzę do tabliczki, na której czytam, że lokalne nadleśnictwo postanowiło wykonać drogę dla rowerów do stanicy harcerskiej “Róża Wiatrów” i dalej do Białogóry, z zamknięciem przejazdu samochodowego, a wszystkich kierowców zapraszają do aktywności ruchowej - dalej pieszo.
Tak więc “śmignęliśmy” sobie tą trasą, którą dość szybko wjechaliśmy prawie dosłownie na kemping w Białogórze. Jednak jego lokalizacja nie za bardzo przypadła do gustu synowi i szybko znaleźliśmy inne pole namiotowe.
Dalej rytuał dnia był ten sam, a więc namiot i jedzenie na mieście. Tym razem zamówiliśmy sobie na dwóch potężną pizzę - 50 cm średnicy, czym wzbudziliśmy ogólne zainteresowanie. Doszliśmy do wniosku, że po takim etapie byliśmy głodni i należał nam się poważny posiłek. Z pizzy ostatnie dwa kawałki pozostały nam na następne śniadanie.
Tak najedzeni tym razem pieszo wybraliśmy się ok. 1 km na plażę, gdzie jednak nie było kąpieli, ani leżenia, ze względu na … silny wiatr, a jakże.
Białogóra - mała miejscowość, więc i atrakcji turystycznych mniej. Szybko więc poszliśmy spać.

Jazda leśnym szlakiem rowerowym - dalej R-10© Robert

Dosłownie zdobycie latarni Stilo© Robert

Bardzo przyjemna niespodzianka - super droga© Robert
Dzień szósty ->






