Wpisy archiwalne w kategorii
Średnia przyjemność
| Dystans całkowity: | 4919.77 km (w terenie 776.87 km; 15.79%) |
| Czas w ruchu: | 287:02 |
| Średnia prędkość: | 17.14 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 70.00 km/h |
| Suma podjazdów: | 31352 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 194 (102 %) |
| Maks. tętno średnie: | 173 (89 %) |
| Suma kalorii: | 15046 kcal |
| Liczba aktywności: | 133 |
| Średnio na aktywność: | 36.99 km i 2h 09m |
| Więcej statystyk | |
Dzień 3: Smołdziński Las - Łeba
Wtorek, 16 lipca 2013 | dodano:20.09.2013Kategoria Inne miejscówki, Średnia przyjemność, Wybrzeże 2013
| Dst.: | 33.67 | Off-road: | 20.00 | Czas: | 03:37 | Avg: | 9.31 |
| Vmax: | 26.50 | Temp.: | 22.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 38m | Bike: | GT | ||
<- Dzień drugi
Etap ten od samego początku napawał mnie lekkim strachem. Z mapy wynikało, że ma on być najdłuższym na całej wyprawie. Biorąc pod uwagę, ze poprzednie dwa etapy również były długie, więc obawiałem się go o wiele mocniej. I ... pewnie byłby dłuższy, gdyby nie to, że nie spojrzałem przed wyjazdem na naszkicowane w domu założenia przejazdu, a jedynie mapy ze szlakiem rowerowym, który znacznie skracał naszą drogę. Pokusiłem się o skrót: “-Skoro jest na mapie zaznaczony szlak rowerowy, to musi być jakiś przejazd” - tak pewnie pomyślałem.
Ze względu pobliski Słowiński Park Narodowy, konieczne było objechanie całego Jeziora Łebskiego. Była opcja pokonania odcinka do Łeby bez strat kalorii w postaci skorzystania z promu z miejscowości Kluki do Łeby. Jednak bojaźń syna do wszystkiego co pływa, dość szybko ustaliła naszą dalszą drogę.
Wszystko pięknie, ale wybranym szlakiem chyba dawno, albo nikt tam nie jeździł. Dojechaliśmy do miejscowości Kluki i "pakujemy" się w pola. W naszym działaniu utwierdza nas czwórka innych rowerzystów, którzy również podążyli tą samą drogą. Oni “na luzaka”, a my z 40 kg bagażem. Raczej nie przypuszczałem, że przyjdzie mi jechać z sakwami po takim technicznie trudnym terenie. Początkowo jechaliśmy razem, jednak gdzieś na trasie zgubiliśmy tymczasowych towarzyszy podróży. Być może pogubili się, a być może jednak wycofali się z dalszej jazdy.
Po pokonaniu sporego odcinka zacząłem żałować, że zdecydowaliśmy się na jazdę tą “drogą”, bo do określenia “drogi”, to było bardzo daleko.
Przeżyliśmy bardzo ciężki etap. Trafiliśmy na jakieś bagna i wąską ścieżynkę wśród szuwarów, wysokich traw i pokrzyw. Na dodatek pojawiały się spróchniałe kładki nad bagienkami i ciekami wodnymi, co ich przekraczanie z moim rowerem nie wyglądało to najlepiej. Ciągle trzeba było kręcić kierownicą, prawo, lewo, i ciągle prawie “młynek”. No i jeszcze bardzo słabe oznakowanie tego szlaku powodowało, że w oczach mojego syna pojawiał się strach: "Tato gdzie my jedziemy? Gdzie my jesteśmy?" - można było z nich wyczytać. Byłem dość mocno skoncentrowany na pokonywaniu poszczególnych metrów naszej drogi. Pilnie rozglądałem się za oznakowaniem drogi oraz okolicami. Próbowałem to jakoś zgrać z mapą. Dlatego może zapomniałem zupełnie o zdjęciach, które na pewno były by świetną pamiątką z tego odcinka. Nie powiem, abym nie miał lekkiego stracha, ale przecież jako “doświadczony” turysta nie mogłem tego pokazać przed swoim synem.
Na szczęście udało się wyjechać z tych bagien i dojechać w końcu do jakiegoś sklepu w miejscowości Izbica, co było zbawienne w naszym przypadku, bowiem zaopatrzenie w Smołdzińskim Lesie było kiepskie i jechaliśmy na małym śniadaniu i końcówce napojów.
Po posiłku, odpoczynku i zdaniu relacji rodzinie, dalej było nieco lepiej, bowiem przynajmniej droga była lepsza i oznakowanie szlaku nie budziło zastrzeżeń. Jedynie momentami pojawiający się piach skutecznie nas hamował. Po drodze spotkaliśmy rowerową rodzinę, z którą razem jechaliśmy pociągiem. Wszyscy stwierdziliśmy, że jaki ten świat mały. Rodzina ta również przedzierała się tym samym szlakiem, a widoczne ich ślady były nam dość często pomocne.
Na ostatnie 10 km wskoczyliśmy na asfalt, bowiem obaj mieliśmy już dość dróg gruntowych i tej turystyki. Przy okazji, doświadczeniem z dzisiejszej trasy podzieliliśmy się z kolejną rowerową rodziną, która w te same szlaki wybierała się z przyczepką bagażową. Zdecydowanie odradziłem im taką jazdę.
Mimo jednak trudności jazdy i samej trasy, można z dzisiejszego odcinka wyciągnąć i pozytywne aspekty. Nauczyliśmy się przetrwać w tak trudnym terenie. Wiemy, że jednak można również i obładowanym rowerem pokonywać takie szlaki. Dzięki właśnie trudnościom myślę, że etap ten na długo pozostanie w naszej pamięci.
Etap miał być najdłuższy, a wyszedł krótszy, jednak zdecydowanie bardziej męczący. Zatem w Łebie, do której trafiliśmy, jak najbardziej należał nam się w dniu następnym odpoczynek.
Już wcześniej lokalizację naszego kempingu wybrał Karol, więc kierowaliśmy się na wyznaczony nocleg. Sam kemping dość ładnie usytuowany i co nas zdziwiło, dość mocno zajęty. Nawet miła pani w rejestracji powiedziała, abyśmy w pierwszej kolejności znaleźli sobie miejsce, a później dokonali odpowiednich wpisów.
Po rozstawieniu namiotu poszliśmy do najbliższej smażalni ryb wciągnąć po smakowitym dorszu. Obaj spałaszowaliśmy dość pokaźne porcje, ale trudy dzisiejszego etapu nadszarpnęły naszymi siłami.
Po zapoznaniu się z plażą i atrakcjami turystycznymi w centrum Łeby, do namiotu wróciliśmy, aby w końcu iść spać.




Dzień czwarty ->
Etap ten od samego początku napawał mnie lekkim strachem. Z mapy wynikało, że ma on być najdłuższym na całej wyprawie. Biorąc pod uwagę, ze poprzednie dwa etapy również były długie, więc obawiałem się go o wiele mocniej. I ... pewnie byłby dłuższy, gdyby nie to, że nie spojrzałem przed wyjazdem na naszkicowane w domu założenia przejazdu, a jedynie mapy ze szlakiem rowerowym, który znacznie skracał naszą drogę. Pokusiłem się o skrót: “-Skoro jest na mapie zaznaczony szlak rowerowy, to musi być jakiś przejazd” - tak pewnie pomyślałem.
Ze względu pobliski Słowiński Park Narodowy, konieczne było objechanie całego Jeziora Łebskiego. Była opcja pokonania odcinka do Łeby bez strat kalorii w postaci skorzystania z promu z miejscowości Kluki do Łeby. Jednak bojaźń syna do wszystkiego co pływa, dość szybko ustaliła naszą dalszą drogę.
Wszystko pięknie, ale wybranym szlakiem chyba dawno, albo nikt tam nie jeździł. Dojechaliśmy do miejscowości Kluki i "pakujemy" się w pola. W naszym działaniu utwierdza nas czwórka innych rowerzystów, którzy również podążyli tą samą drogą. Oni “na luzaka”, a my z 40 kg bagażem. Raczej nie przypuszczałem, że przyjdzie mi jechać z sakwami po takim technicznie trudnym terenie. Początkowo jechaliśmy razem, jednak gdzieś na trasie zgubiliśmy tymczasowych towarzyszy podróży. Być może pogubili się, a być może jednak wycofali się z dalszej jazdy.
Po pokonaniu sporego odcinka zacząłem żałować, że zdecydowaliśmy się na jazdę tą “drogą”, bo do określenia “drogi”, to było bardzo daleko.
Przeżyliśmy bardzo ciężki etap. Trafiliśmy na jakieś bagna i wąską ścieżynkę wśród szuwarów, wysokich traw i pokrzyw. Na dodatek pojawiały się spróchniałe kładki nad bagienkami i ciekami wodnymi, co ich przekraczanie z moim rowerem nie wyglądało to najlepiej. Ciągle trzeba było kręcić kierownicą, prawo, lewo, i ciągle prawie “młynek”. No i jeszcze bardzo słabe oznakowanie tego szlaku powodowało, że w oczach mojego syna pojawiał się strach: "Tato gdzie my jedziemy? Gdzie my jesteśmy?" - można było z nich wyczytać. Byłem dość mocno skoncentrowany na pokonywaniu poszczególnych metrów naszej drogi. Pilnie rozglądałem się za oznakowaniem drogi oraz okolicami. Próbowałem to jakoś zgrać z mapą. Dlatego może zapomniałem zupełnie o zdjęciach, które na pewno były by świetną pamiątką z tego odcinka. Nie powiem, abym nie miał lekkiego stracha, ale przecież jako “doświadczony” turysta nie mogłem tego pokazać przed swoim synem.
Na szczęście udało się wyjechać z tych bagien i dojechać w końcu do jakiegoś sklepu w miejscowości Izbica, co było zbawienne w naszym przypadku, bowiem zaopatrzenie w Smołdzińskim Lesie było kiepskie i jechaliśmy na małym śniadaniu i końcówce napojów.
Po posiłku, odpoczynku i zdaniu relacji rodzinie, dalej było nieco lepiej, bowiem przynajmniej droga była lepsza i oznakowanie szlaku nie budziło zastrzeżeń. Jedynie momentami pojawiający się piach skutecznie nas hamował. Po drodze spotkaliśmy rowerową rodzinę, z którą razem jechaliśmy pociągiem. Wszyscy stwierdziliśmy, że jaki ten świat mały. Rodzina ta również przedzierała się tym samym szlakiem, a widoczne ich ślady były nam dość często pomocne.
Na ostatnie 10 km wskoczyliśmy na asfalt, bowiem obaj mieliśmy już dość dróg gruntowych i tej turystyki. Przy okazji, doświadczeniem z dzisiejszej trasy podzieliliśmy się z kolejną rowerową rodziną, która w te same szlaki wybierała się z przyczepką bagażową. Zdecydowanie odradziłem im taką jazdę.
Mimo jednak trudności jazdy i samej trasy, można z dzisiejszego odcinka wyciągnąć i pozytywne aspekty. Nauczyliśmy się przetrwać w tak trudnym terenie. Wiemy, że jednak można również i obładowanym rowerem pokonywać takie szlaki. Dzięki właśnie trudnościom myślę, że etap ten na długo pozostanie w naszej pamięci.
Etap miał być najdłuższy, a wyszedł krótszy, jednak zdecydowanie bardziej męczący. Zatem w Łebie, do której trafiliśmy, jak najbardziej należał nam się w dniu następnym odpoczynek.
Już wcześniej lokalizację naszego kempingu wybrał Karol, więc kierowaliśmy się na wyznaczony nocleg. Sam kemping dość ładnie usytuowany i co nas zdziwiło, dość mocno zajęty. Nawet miła pani w rejestracji powiedziała, abyśmy w pierwszej kolejności znaleźli sobie miejsce, a później dokonali odpowiednich wpisów.
Po rozstawieniu namiotu poszliśmy do najbliższej smażalni ryb wciągnąć po smakowitym dorszu. Obaj spałaszowaliśmy dość pokaźne porcje, ale trudy dzisiejszego etapu nadszarpnęły naszymi siłami.
Po zapoznaniu się z plażą i atrakcjami turystycznymi w centrum Łeby, do namiotu wróciliśmy, aby w końcu iść spać.

Przejazd przez bagna© Robert

Dalsza droga była zdecydowanie lepsza© Robert

Rozstawianie namiotu na kempingu© Robert

Dalej "burza piaskowa"© Robert
Dzień czwarty ->
Prolog: Sławno - Darłówko
Sobota, 13 lipca 2013 | dodano:16.09.2013Kategoria Inne miejscówki, Średnia przyjemność, Wybrzeże 2013
| Dst.: | 31.91 | Off-road: | 0.00 | Czas: | 02:04 | Avg: | 15.44 |
| Vmax: | 25.50 | Temp.: | 23.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 169m | Bike: | GT | ||
Zaplanowany pociąg wymusił dość wczesny wyjazd z domu. Pogodę niestety nie zapowiadali rewelacyjnej. Ale cóż - bilety kupione, urlop podpisany, więc w drogę. Praktycznie całość trasy upłynęła nam w deszczu. Autostradą fajnie się jechało, ale cóż z tego, jak w mieście w korkach straciliśmy całą przewagę. Jednak do Gdyni dotarliśmy o czasie i na spokojnie mogliśmy się przygotować do przejazdu na stację PKP. Ja całą drogę myślałem o samej jeździe pociągiem, bo jak wiadomo, różnie bywa z przewożeniem rowerów w PKP. Na szczęście udało nam się zapakować z naszymi rowerami bez problemów do wagonu przystosowanego do przewozu rowerów, a razem z nami wsiadła jeszcze ekipa 3 rowerów z obcokrajowcami, którzy sporo mi pomogli przy załadunku i wyładunku całego sprzętu.
Sławno przywitało nas ciepłem i słoneczną pogodą. Pierwsze konkretne pakowanie całego majdanu na rowery zajęło nam nieco czasu. Wiadomo, człowiek jeszcze nie przyzwyczajony i szuka najlepszego rozwiązania. Konieczne było również jeszcze przebranie się, co uczyniliśmy na środku peronu w Sławnie.
Trasa ze Sławna miała prowadzić mało ruchliwą drogą (tak wynikało z mapy), co jednak nie do końca się sprawdziło. Ruch był dość spory i dodatkowo musieliśmy nieźle się natrudzić, aby pokonać dość mocno wiejący wiatr. Zresztą ten porywisty wiatr towarzyszył nam przez cały okres wyprawy, jednak w większości był sprzyjający i popychał nas skutecznie do przodu.
Prolog z zasady bywa krótki, jednak nasz “wyszedł” jako normalny etap - 32 km. Dystans ten, mimo zmęczenia, pokonaliśmy sprawnie, trafiając bezbłędnie na pierwszy nasz kemping w Darłówku.
Szukając na kempingu odpowiedniego miejsca na namiot, nagle jedna dziewczynka powiedziała do swojego taty:
- "Tato, patrz jaki biedny chłopczyk, bo musi wieźć tyle rzeczy."
Zapytałem później syna, czy aby na pewno tak się czuje ze względu na swój bagaż. Na szczęście on zaprzeczył dość pewnie i stanowczo.
Kiedy już udało się znaleźć miejsce i rozbić namiot, byliśmy już mocno głodni, więc poszliśmy w miasto. Zmęczenie dało się we znaki dość szybko, bowiem wcześnie byliśmy w śpiworach. Trudy podróży, głównie stres i nerwy wykończyły mnie szybko.




Dzień 1 ->
Sławno przywitało nas ciepłem i słoneczną pogodą. Pierwsze konkretne pakowanie całego majdanu na rowery zajęło nam nieco czasu. Wiadomo, człowiek jeszcze nie przyzwyczajony i szuka najlepszego rozwiązania. Konieczne było również jeszcze przebranie się, co uczyniliśmy na środku peronu w Sławnie.
Trasa ze Sławna miała prowadzić mało ruchliwą drogą (tak wynikało z mapy), co jednak nie do końca się sprawdziło. Ruch był dość spory i dodatkowo musieliśmy nieźle się natrudzić, aby pokonać dość mocno wiejący wiatr. Zresztą ten porywisty wiatr towarzyszył nam przez cały okres wyprawy, jednak w większości był sprzyjający i popychał nas skutecznie do przodu.
Prolog z zasady bywa krótki, jednak nasz “wyszedł” jako normalny etap - 32 km. Dystans ten, mimo zmęczenia, pokonaliśmy sprawnie, trafiając bezbłędnie na pierwszy nasz kemping w Darłówku.
Szukając na kempingu odpowiedniego miejsca na namiot, nagle jedna dziewczynka powiedziała do swojego taty:
- "Tato, patrz jaki biedny chłopczyk, bo musi wieźć tyle rzeczy."
Zapytałem później syna, czy aby na pewno tak się czuje ze względu na swój bagaż. Na szczęście on zaprzeczył dość pewnie i stanowczo.
Kiedy już udało się znaleźć miejsce i rozbić namiot, byliśmy już mocno głodni, więc poszliśmy w miasto. Zmęczenie dało się we znaki dość szybko, bowiem wcześnie byliśmy w śpiworach. Trudy podróży, głównie stres i nerwy wykończyły mnie szybko.

Jedziemy w pociągu© Robert

Mozolne pierwsze poważne pakowanie© Robert

Dojazd do Darłówka© Robert

Pierwszy zachód słońca nad kanałem© Robert
Dzień 1 ->
Praca - dom
Środa, 17 kwietnia 2013 | dodano:21.04.2013Kategoria Średnia przyjemność
| Dst.: | 40.22 | Off-road: | 1.20 | Czas: | 02:36 | Avg: | 15.47 |
| Vmax: | 46.00 | Temp.: | 18.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 242m | Bike: | GT | ||
Nawał pracy spowodował, że mam już prawie tygodniowe opóźnienie w uzupełnianiu danych. Ale tak to jest, jak jeździ się codziennie, a do tego późne powroty z pracy do domu, a wieczorem to już się nie chce.
Wczoraj przymusowy dzień przerwy spowodowany wizytą w serwisie ... samochodowym. Samochód żony wymagał już remontu, więc co było robić. A szkoda mi było poprzedniego dnia, bo taka fajna pogoda.
Wczoraj przymusowy dzień przerwy spowodowany wizytą w serwisie ... samochodowym. Samochód żony wymagał już remontu, więc co było robić. A szkoda mi było poprzedniego dnia, bo taka fajna pogoda.
Praca-dom
Poniedziałek, 8 kwietnia 2013 | dodano:09.04.2013Kategoria Średnia przyjemność
| Dst.: | 31.32 | Off-road: | 2.40 | Czas: | 01:59 | Avg: | 15.79 |
| Vmax: | 33.00 | Temp.: | 8.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 220m | Bike: | GT | ||
Miałem nadzieję na piękną pogodę. Nawet wczoraj myślałem, że można już jechać na krótko. Ale kiedy wracałem z pracy, to cieszyłem się, że jednak ubrałem się normalnie. Niby słońce świeciło i było pięknie, ale nadal zimno.
Po sprzedaży samochodu takie oto hasło mi przyświeca:

A licznik nabity jeszcze niedzielną przejażdżką razem z synem.
Po sprzedaży samochodu takie oto hasło mi przyświeca:

Hasło© fot. Facebook Fuck Cars Go Bike
A licznik nabity jeszcze niedzielną przejażdżką razem z synem.
U źródeł Silnicy
Niedziela, 21 października 2012 | dodano:26.10.2012Kategoria Średnia przyjemność
| Dst.: | 49.31 | Off-road: | 14.30 | Czas: | 03:01 | Avg: | 16.35 |
| Vmax: | 58.00 | Temp.: | 20.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 419m | Bike: | GT | ||
Podczas ostatniej jazdy w kierunku Zagnańska zauważyłem fajną ścieżkę szutrową w głąb lasy. A ponieważ jakoś nie za bardzo miałem koncepcję na weekendową jazdę, więc czemu nie zobaczyć, gdzie to ja dojadę.
Tak na wszelki wypadek jednak zabrałem ze sobą GPS, coby wiedzieć jak wrócić. Trasa fajna, jedzie się nieźle. Nawet równo, nieco dalej droga robi się trudniej przejezdna, ze względu na ślady po ścince drzew. W pewnym momencie zauważam drogowskaz: "Ścieżka historyczna". Co prawda strzałka była skierowana w stronę, z której przyjechałem, ale jadę dalej.
Dojechałem do miejsca, gdzie znajduje się tablica informacyjna, a obok ławeczki, jakiś stolik. Widać też miejsce po ognisku. Podjeżdżam do tablicy i czytam: "W tym miejscu znajduje się źródło rzeki Silnica". Ale numer, a nie tak dawno rozmawiałem z kolegami, którzy dotarli tutaj pieszo. Zupełnie przez przypadek znalazłem się w tym miejscu.
Na tablicy była również opisana legenda tego miejsca, które związane jest ściśle z naszym miastem Kielce. Dodam jedynie, że rzeka (raczej rzeczka) Silnica przepływa przez miasto Kielce.
Pojechałem sobie w drugą stronę szlaku, wjeżdżając fajnym podjazdem. A że czas gonił, robiło się ciemniej i chłodniej, więc odwrót do domu.

Mówcie co chcecie, ale słoneczna jesień w lesie jest piękna.


Wpis uzupełniony o wcześniejszą jazdę do pracy, oraz chyba ostatnią w tym roku jazdę rowerową z fotelikiem "na plecach".
Tak na wszelki wypadek jednak zabrałem ze sobą GPS, coby wiedzieć jak wrócić. Trasa fajna, jedzie się nieźle. Nawet równo, nieco dalej droga robi się trudniej przejezdna, ze względu na ślady po ścince drzew. W pewnym momencie zauważam drogowskaz: "Ścieżka historyczna". Co prawda strzałka była skierowana w stronę, z której przyjechałem, ale jadę dalej.
Dojechałem do miejsca, gdzie znajduje się tablica informacyjna, a obok ławeczki, jakiś stolik. Widać też miejsce po ognisku. Podjeżdżam do tablicy i czytam: "W tym miejscu znajduje się źródło rzeki Silnica". Ale numer, a nie tak dawno rozmawiałem z kolegami, którzy dotarli tutaj pieszo. Zupełnie przez przypadek znalazłem się w tym miejscu.
Na tablicy była również opisana legenda tego miejsca, które związane jest ściśle z naszym miastem Kielce. Dodam jedynie, że rzeka (raczej rzeczka) Silnica przepływa przez miasto Kielce.
Pojechałem sobie w drugą stronę szlaku, wjeżdżając fajnym podjazdem. A że czas gonił, robiło się ciemniej i chłodniej, więc odwrót do domu.

U źródeł Silnicy.© Robert
Mówcie co chcecie, ale słoneczna jesień w lesie jest piękna.

Jesienny las.© Robert

Jesienny las 2.© Robert
Wpis uzupełniony o wcześniejszą jazdę do pracy, oraz chyba ostatnią w tym roku jazdę rowerową z fotelikiem "na plecach".
Weekendowe przejażdżki
Sobota, 13 października 2012 | dodano:19.10.2012Kategoria Średnia przyjemność
| Dst.: | 31.03 | Off-road: | 4.80 | Czas: | 01:46 | Avg: | 17.56 |
| Vmax: | 45.50 | Temp.: | HRmax: | (%) | HRavg | (%) | |
| Cal: | kcal | ALT: | 266m | Bike: | GT | ||
Po Odysei był odpoczynek. Rower trzeba było doprowadzić do kultury.
A tu wyjazd poranny do lasu i po bułki, a później z synek na krótką wycieczkę po okolicy.
A tu wyjazd poranny do lasu i po bułki, a później z synek na krótką wycieczkę po okolicy.
Praca-dom
Czwartek, 27 września 2012 | dodano:19.10.2012Kategoria Średnia przyjemność
| Dst.: | 30.91 | Off-road: | 11.90 | Czas: | 02:02 | Avg: | 15.20 |
| Vmax: | 50.50 | Temp.: | HRmax: | (%) | HRavg | (%) | |
| Cal: | kcal | ALT: | 394m | Bike: | GT | ||
Uzupełniam wpis, choć nie pamiętam, co się działo.
Znów po rekord
Piątek, 31 sierpnia 2012 | dodano:31.08.2012Kategoria Średnia przyjemność
| Dst.: | 46.27 | Off-road: | 1.40 | Czas: | 01:53 | Avg: | 24.57 |
| Vmax: | 52.00 | Temp.: | 28.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 280m | Bike: | GT | ||
Na koniec miesiąca okazało się, że mogę pobić swój kolejny rekord. Tym razem w ilości miesięcznej pokonanej liczby kilometrów. Do tego potrzebne było pokonanie 36 km. Niby mało, ale jak się nie ma kiedy jeździć, to jest to problem. Trasa do i z pracy zajmuje ok. 17 km, więc mało. Jednak dzięki temu, że małżonka dziś ma wolne, więc mogłem pozwolić sobie na wczesne wyjście z domu.
I tak swoje koła skierowałem na Masłów, dalej przez Domaszowice, Mójczę, Suków, Sitkówka i powrót do Kielc do pracy. Rano chłodno, dopiero ok. 7 zrobiło się znośniej. I od tej chwili zaczęło mi być cieplej. Widać za ciepło się ubrałem.
Ostatnie parę kilometrów musiałem nieźle naciskać, bowiem groziło spóźnieniem do pracy.
Powrót już spokojniej, choć chciałem utrzymać średnią z poranka. Wszystkie te kilometry sprawiły, że udało się pokonać kolejną granicę, tym razem niezbyt odległą, bo z czerwca tego roku. Teraz jest to 558 km.
I tak swoje koła skierowałem na Masłów, dalej przez Domaszowice, Mójczę, Suków, Sitkówka i powrót do Kielc do pracy. Rano chłodno, dopiero ok. 7 zrobiło się znośniej. I od tej chwili zaczęło mi być cieplej. Widać za ciepło się ubrałem.
Ostatnie parę kilometrów musiałem nieźle naciskać, bowiem groziło spóźnieniem do pracy.
Powrót już spokojniej, choć chciałem utrzymać średnią z poranka. Wszystkie te kilometry sprawiły, że udało się pokonać kolejną granicę, tym razem niezbyt odległą, bo z czerwca tego roku. Teraz jest to 558 km.

Poranek nad Masłowem.© Robert
Praca-dom
Poniedziałek, 20 sierpnia 2012 | dodano:20.08.2012Kategoria Średnia przyjemność
| Dst.: | 30.83 | Off-road: | 3.00 | Czas: | 01:56 | Avg: | 15.95 |
| Vmax: | 33.50 | Temp.: | 35.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 163m | Bike: | GT | ||
Niestety, koniec urlopu i pora znów do pracy. Jakoś nie szczególnie mi dziś było spieszno. Rozleniwiłem się, nieco pojeździłem (wpisy uzupełniające nieco później, zresztą dziurę we wpisach mam już ponad miesięczną z 20 dni).
Dziś upalnie jeszcze w drodze z pracy +35 st. Ale to pewnie ostatnie podrygi lata. Szkoda.
Po południu jeszcze jazda z fotelikiem do centrum.
Dziś upalnie jeszcze w drodze z pracy +35 st. Ale to pewnie ostatnie podrygi lata. Szkoda.
Po południu jeszcze jazda z fotelikiem do centrum.
Po przerwie
Piątek, 17 sierpnia 2012 | dodano:05.09.2012Kategoria Średnia przyjemność
| Dst.: | 48.86 | Off-road: | 0.40 | Czas: | 03:17 | Avg: | 14.88 |
| Vmax: | 66.50 | Temp.: | 25.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 421m | Bike: | GT | ||
Po przyjeździe z Roztocza zrobiłem sobie przerwę w rowerowaniu. A i pogoda jakoś nie nastrajała pozytywnie. Jednak po paru dniach już nie wytrzymałem i pojechałem sobie poranną porą do Ciekot, sprawdzić teren.
A później jeszcze z fotelikiem po mieście.
A później jeszcze z fotelikiem po mieście.






