Wpisy archiwalne w kategorii
Pełnia szczęścia
| Dystans całkowity: | 2154.31 km (w terenie 514.93 km; 23.90%) |
| Czas w ruchu: | 128:29 |
| Średnia prędkość: | 16.77 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 71.00 km/h |
| Suma podjazdów: | 21065 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 195 (102 %) |
| Maks. tętno średnie: | 180 (92 %) |
| Suma kalorii: | 41865 kcal |
| Liczba aktywności: | 34 |
| Średnio na aktywność: | 63.36 km i 3h 46m |
| Więcej statystyk | |
Pętla Świętokrzyska
Piątek, 22 sierpnia 2014 | dodano:09.10.2014Kategoria Pełnia szczęścia
| Dst.: | 130.12 | Off-road: | 0.00 | Czas: | 06:33 | Avg: | 19.87 |
| Vmax: | 61.50 | Temp.: | 24.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 1236m | Bike: | GT | ||
Projekt ten (jak to się ładnie nazywa w biznesie) “kręcił” mi się po głowie od dłuższego czasu. Brakowało mi bowiem czegoś “ach i och”, czegoś sporego. Moje zainteresowanie maratonami MTB spadło prawie do zera, wakacje również nie wypaliły rowerowo. Odszukałem więc plany związane z trasą “Pętlą Świętokrzyską”, a konkretnie wokół Pasma Łysogór.
Hm, fajnie, ale na to potrzebny jest cały dzień, no a w domu wiadomo, żona, dzieci. Kiedy więc nadażyła się okazja, uzgodniłem z rodziną, że później wrócę z pracy. Szykował się bowiem piękny słoneczny piątek.
Długo czekałem na ten dzień i nie powiem, ale byłem dość mocno podekscytowany. Naszykowałem się dzień wcześniej, zrobiłem niezbędne zakupy w postaci napojów i kalorii. Jedynie niepokoił mnie stan roweru, bowiem przyszła pora na wymianę korby. Miałem jednak nadzieję, że nic wielkiego nie powinno mi się przytrafić.
Kiedy odbębniłem parę godzin w pracy - wyruszyłem w trasę.
Początkowo tempo było niezłe, choć wiatr starał się wyraźnie studzić moje emocje. Miałem mniej więcej opracowany plan, gdzie przystanki, gdzie dłuższy odpoczynek, oraz co chciałbym dodatkowo zobaczyć. Tak więc po krótkiej chwili, przebijając się przez zatłoczone ulice, wyjechałem poza miasto. Kierowałem się w stronę Cedzyny. To w tym miejscu, na skrzyżowaniu z drogą S74 generalnie rozpocząłem swoją pętlę.
Pierwsze kilometry mijały spokojnie. Pierwszy przystanek zaplanowałem w Ciekotach nad pustym zalewem przy Szklanym Domu, który tak w zasadzie raczej tylko z nazwy jest faktycznie szklany. Starałem sobie przypomnieć, co to te “Szklane Domy”. To tu bowiem przebywał w latach 1871 - 1883 Stefan Żeromski. W swojej powieści “Przedwiośnie” pisał o “szklanych domach”, roztaczając wizję idealnej Polski. Na pamiątkę pobytu polskiego wieszcza w 2010 r. zrekonstruowano dworek, który przypominać ma dawne czasy jego pobytu w Ciekotach. Obecnie znajduje się tam Centrum Edukacyjne.

Dworek Żeromskiego © Robert

Widok na Łysicę © Robert
Wizyta u Żeromskiego dość szybko minęła. Zbytnio nie czekałem i pojechałem dalej w kierunku Świętej Katarzyny. Trasa doskonale znana, bowiem pokonywana już wiele razy, więc i w miarę sprawnie udało się dojechać do kolejnej miejscowości. Nie planowałem jednak na dłużej zatrzymywać się w Świętej Katarzynie mimo, że mają dobre lody. Wiedziałem bowiem, że do Bodzentyna śmiga się głównie z góry, więc w planach był postój właśnie tam.
Faktycznie jechało się super. Jedynie mały odcinek jest lekko pod górkę. Małym utrudnieniem była kiepska nawierzchnia i to głównie, akurat pechowo, po mojej stronie. Tak oto dojechałem do Bodzentyna. Bywałem w tej miejscowości parę razy, ale jeszcze nigdy nie odwiedzałem tutejszych ruin zamku. Dość szybko odnalazłem drogowskaz, wskazujący drogę do ruin. A jak na zamek, to przeważnie trzeba było wjechać pod górkę. Droga prowadząca do byłych bram wykonana z typowego, starego bruku, imitującego drogę z okresu średniowiecza. Mimo skaczącej kierownicy, bardzo mi się ten podjazd spodobał, bowiem wpasowany był w istniejącą architekturę.
A sam zamek, a w zasadzie jego ruiny, pochodzi z II poł. XIV w., wybudowany przez biskupów krakowskich. To tu Władysław Jagiełło zatrzymał się, udając się na pielgrzymkę na Święty Krzyż przed bitwą pod Grunwaldem. Zamek świetnie prosperował i był stale rozbudowywany. Kiedy to w Kielcach wybudowano Pałac Biskupów, całe “towarzystwo” przeniosło się do wspomnianego pałacu, a sam zamek zaczął podupadać. Podobno komnaty zamku były dość bogato wyposażone. Polecam to miejsce, szczególnie rodzinom z małymi dzieciakami, ponieważ tuż przy zamku powstał bardzo fajny plac zabaw. Mój młodszy synek z pewnością byłby bardzo zadowolony w takiej “wizyty” na zamku.

Podjazd pod zamek © Robert

Ruiny zamku w Bodzentynie © Robert

Ruiny zamku w Bodzentynie © Robert
Po wizycie u Jagiełły, posilając się znacznie i wypijając “flaszeczkę” ruszyłem dalej, tym razem w dziewicze dla mnie trasy. Jeszcze tu mnie nie było. Chciałem jechać jak najbliżej otuliny Świętokrzyskiego Parku Narodowego i Puszczy Jodłowej, więc zaraz za Bodzentynem skierowałem się w stronę miejscowości Celiny, a dalej Woli Szczygiełkowej. Kolejnym celem była Nowa Słupia.
Pogoda dopisywała, słońce świeciło, tym samym ładnie oświetlało klasztor na Świętym Krzyżu, który to wydawał się już bardzo blisko. W sumie, to nie mogłem się doczekać już na dojazd do Nowej Słupii, ponieważ zaczynałem być głodny. Miałem jednak czas na podziwianie ładnych kieleckich krajobrazów.

Krajobraz świętokrzyski © Robert

Klasztor na Św. Krzyżu © Robert
Sama miejscowość leży u stóp Łysej Góry, lub częściej nazywanej Świętym Krzyżem. Wieś największy rozkwit przeżywała w średniowieczu, kiedy to obsługiwała liczne pielgrzymki na Święty Krzyż. To tu również zatrzymywał się Jagiełło w swoich pielgrzymkach. Aktualnie Nowa Słupia dalej pełni głównie funkcje turystyczne, bowiem to tu zaczyna się tzw. Droga Królewska, szlak prowadzący do klasztoru na Św. Krzyżu.
Niestety na rynku Nowej Słupii, w centralnym punkcie, znajduje się … parking samochodowy, więc postanowiłem podjechać wyżej, aż do początku wejścia do parku. Jechałem dość intuicyjnie, bowiem oznaczenia są niewystarczające. Zatrzymałem się w pewnym momencie na chodniku, aby sprawdzić na mapie, czy w prawidłową stronę jadę, w oddali zauważyłem zbliżającego się gościa, lekko chwiejącego się na nogach. Kiedy do mnie dochodził spytałem: “- Czy do tego Emeryka, do w górę?”. W odpowiedzi usłyszałem: “- Tak, jeszcze kawałek, jak te samochody stoją. Tam też bar jest, …. z piwem.” No super, jak z piwem, zapewne ten miejscowy pewnie tam degustował jego większe ilości.
Jadę więc już pewnie dalej, aby za chwilę przystanąć u bram wioski, w której to co roku odbywają się “Dymarki Świętokrzyskie”, inaczej mówiąc wytop żelaza metodami średniowiecznymi. Należy dodać, że region Gór Świętokrzyskich na początkach naszej ery był największym okręgiem hutniczym w tej części Europy. Ja oczywiście nie miałem czasu na zwiedzenie wioski, ale widok zgrzebnie ubranego chłopa utwierdził mnie w przekonaniu, że na pewno obiekt wart dokładnego obejrzenia.

Wioska średniowieczna © Robert
No ale przecież ja szukałem jakiegoś szynku, coby tego piwa się napić. Oczywiście dość szybko dojechałem do parkingu i baru. Pora była w końcu coś zjeść. W sumie to już prawie 50 km przejechane. To tu znajduje się figurka Pielgrzyma Emeryka, węgierskiego następcy tronu, który to według legend przekazał relikwie Krzyża Świętego benedyktynom na Świętym Krzyżu, a które to relikwie znajdują się do dnia dzisiejszego. Kiedy polował z Bolesławem Chrobrym w Puszczy Świętokrzyskiej, bogatej w grubego zwierza, zabłądził w kniejach w pogoni za dorodnym jeleniem. Kiedy nawołania nic nie dały, nagle miał widzenie anielskie i zaczął podążać za wysłannikiem niebios. Dotarłszy do osady, miał w niej zostawić to, co ma przy sobie najcenniejszego. W końcu dotarł do skromnego klasztoru i zostawił tam noszony na szyi złoty krzyż z relikwiami.
Z Emerykiem jest jeszcze jedna legenda, która głosi, że posąg tego świętego porusza się w stronę Św. Krzyża o jedno ziarenko piasku rocznie. A kiedy dotrze na sam szczyt, to będzie koniec świata. Jednak nie ma się co martwić, bowiem droga jest dość strona i daleka. A jeszcze parę metrów wcześniej, na trasie “przejścia” znajduje się ogromny głaz, który to Emeryk będzie musiał ominąć, co może zająć mu kolejny milion lat.

Pielgrzym Świętokrzyski - Emeryk © Robert
Po posiłku i odpoczynku, pora była ruszać dalej, bowiem to jeszcze połowa drogi przede mną, wcale nie łatwiejsza. Za punkt honoru postanowiłem wjechać na Łysą Górę, pod sam klasztor. Obawiałem się tego podjazdu, ponieważ czułem już pewne zmęczenie. A sam podjazd, to ładnych kilka kilometrów ze średnim nachyleniem ok. 5-6 %. Trasa z Nowej Słupi sprzyjała spokojnej jeździe mimo, że trasa dość ruchliwa, jednak posiadająca drogę rowerową.

Krajobrazy świętokrzyskie © Robert

Droga rowerowa w Gminie Bieliny © Robert
Podjazd dość mocno uszczupla resztki sił. Nachylenie miejscami sięga 8%. Zdyszany mijam piechurów, którzy również podążają na Łysą Górę. Jest piątek, więc i mniejszy ruch. Wspinam się coraz wyżej, nie patrzę na drogę, aby nie zastanawiać się ile to jeszcze podjazdu przede mną. Dopiero pod sam koniec droga lekko obniża swoje nachylenie, tak że można zrzucić na mniejsze zębatki. Kiedy ostatkiem sił dojeżdżam na szczyt, gdzie zlokalizowana jest wieża telewizyjna, dość żwawo mija mnie, niczym Rafał Majka, jakiś wycieniowany kolarz. Po dojeździe pod klasztor zamieniłem z tym nieznajomym parę słów na temat obecnego stanu polskiego kolarstwa zawodowego. Mój rozmówca kiedyś był również kolarzem, więc nie dziwna jest jego obecna forma.

Podjazd pod Św. Krzyż © Robert
Sam Święty Krzyż jest miejscem szczególnym. W dawnych czasach był tym, czym obecnie jest dla Polaków Jasna Góra w Częstochowie. To tu liczne pielgrzymki odbywali królowie polscy: wspominany Władysław Jagiełło, Łokietek, Kazimierz Wielki, Królowa Bona i inni Jagiellonowie. To tu od dawna znajdują się Relikwie Drzewa Krzyża Świętego, na którym cierpiał i umarł Jezus Chrystus. Obecnie relikwie otaczają opieką Misjonarze Oblaci. To właśnie od owych relikwii miejsce to nazywa się Świętym Krzyżem.

Wieża telewizyjna na Św. Krzyżu © Robert
Na szczycie planowałem coś zjeść już porządnego, jakiś ciepły posiłek, bowiem cały dzień byłem na kanapkach i batonach. Niestety samo miejsce nie jest, może na szczęście, aż tak bardzo rozwinięte turystycznie. Pierwszy bar napotkałem u podnóża góry, przy sporej wielkości parkingu. Tam też zaplanowałem dłuższy postój. Rozważałem również różne koncepcje powrotu. Planowana w pierwszej kolejności trasa była może ciekawsza i spokojniejsza, jednak z licznymi podjazdami. Jednak teraz spokojnie chciałem dojechać do miasta, zatem wybór padł na najprostszy wariant przez Bieliny, a dalej do Cedzyny, gdzie oficjalnie miałem “zamknąć” pętlę świętokrzyską.
Droga powrotna minęła dość szybko, bowiem sporym odcinkiem jedzie się z góry, a w wielu miejscach jest dość płasko. Nastało już dość późne popołudnie, a i słońce skryło się za gęste chmury. Przystanąłem więc na krótką chwilę, aby ubrać rękawki, po czym ruszyłem dalej do końca swojej wycieczki.
Do domu dojechałem zmęczony, ale i zadowolony z pokonania trasy oraz swoich słabości. Myślę, że wycieczkę tą na długo zapamiętam. A być może w przyszłości ponownie wyruszę śladami naszych monarchów, może teraz w przeciwną stronę. Wszystko przed nami.
Hm, fajnie, ale na to potrzebny jest cały dzień, no a w domu wiadomo, żona, dzieci. Kiedy więc nadażyła się okazja, uzgodniłem z rodziną, że później wrócę z pracy. Szykował się bowiem piękny słoneczny piątek.
Długo czekałem na ten dzień i nie powiem, ale byłem dość mocno podekscytowany. Naszykowałem się dzień wcześniej, zrobiłem niezbędne zakupy w postaci napojów i kalorii. Jedynie niepokoił mnie stan roweru, bowiem przyszła pora na wymianę korby. Miałem jednak nadzieję, że nic wielkiego nie powinno mi się przytrafić.
Kiedy odbębniłem parę godzin w pracy - wyruszyłem w trasę.
Początkowo tempo było niezłe, choć wiatr starał się wyraźnie studzić moje emocje. Miałem mniej więcej opracowany plan, gdzie przystanki, gdzie dłuższy odpoczynek, oraz co chciałbym dodatkowo zobaczyć. Tak więc po krótkiej chwili, przebijając się przez zatłoczone ulice, wyjechałem poza miasto. Kierowałem się w stronę Cedzyny. To w tym miejscu, na skrzyżowaniu z drogą S74 generalnie rozpocząłem swoją pętlę.
Pierwsze kilometry mijały spokojnie. Pierwszy przystanek zaplanowałem w Ciekotach nad pustym zalewem przy Szklanym Domu, który tak w zasadzie raczej tylko z nazwy jest faktycznie szklany. Starałem sobie przypomnieć, co to te “Szklane Domy”. To tu bowiem przebywał w latach 1871 - 1883 Stefan Żeromski. W swojej powieści “Przedwiośnie” pisał o “szklanych domach”, roztaczając wizję idealnej Polski. Na pamiątkę pobytu polskiego wieszcza w 2010 r. zrekonstruowano dworek, który przypominać ma dawne czasy jego pobytu w Ciekotach. Obecnie znajduje się tam Centrum Edukacyjne.

Dworek Żeromskiego © Robert

Widok na Łysicę © Robert
Wizyta u Żeromskiego dość szybko minęła. Zbytnio nie czekałem i pojechałem dalej w kierunku Świętej Katarzyny. Trasa doskonale znana, bowiem pokonywana już wiele razy, więc i w miarę sprawnie udało się dojechać do kolejnej miejscowości. Nie planowałem jednak na dłużej zatrzymywać się w Świętej Katarzynie mimo, że mają dobre lody. Wiedziałem bowiem, że do Bodzentyna śmiga się głównie z góry, więc w planach był postój właśnie tam.
Faktycznie jechało się super. Jedynie mały odcinek jest lekko pod górkę. Małym utrudnieniem była kiepska nawierzchnia i to głównie, akurat pechowo, po mojej stronie. Tak oto dojechałem do Bodzentyna. Bywałem w tej miejscowości parę razy, ale jeszcze nigdy nie odwiedzałem tutejszych ruin zamku. Dość szybko odnalazłem drogowskaz, wskazujący drogę do ruin. A jak na zamek, to przeważnie trzeba było wjechać pod górkę. Droga prowadząca do byłych bram wykonana z typowego, starego bruku, imitującego drogę z okresu średniowiecza. Mimo skaczącej kierownicy, bardzo mi się ten podjazd spodobał, bowiem wpasowany był w istniejącą architekturę.
A sam zamek, a w zasadzie jego ruiny, pochodzi z II poł. XIV w., wybudowany przez biskupów krakowskich. To tu Władysław Jagiełło zatrzymał się, udając się na pielgrzymkę na Święty Krzyż przed bitwą pod Grunwaldem. Zamek świetnie prosperował i był stale rozbudowywany. Kiedy to w Kielcach wybudowano Pałac Biskupów, całe “towarzystwo” przeniosło się do wspomnianego pałacu, a sam zamek zaczął podupadać. Podobno komnaty zamku były dość bogato wyposażone. Polecam to miejsce, szczególnie rodzinom z małymi dzieciakami, ponieważ tuż przy zamku powstał bardzo fajny plac zabaw. Mój młodszy synek z pewnością byłby bardzo zadowolony w takiej “wizyty” na zamku.

Podjazd pod zamek © Robert

Ruiny zamku w Bodzentynie © Robert

Ruiny zamku w Bodzentynie © Robert
Po wizycie u Jagiełły, posilając się znacznie i wypijając “flaszeczkę” ruszyłem dalej, tym razem w dziewicze dla mnie trasy. Jeszcze tu mnie nie było. Chciałem jechać jak najbliżej otuliny Świętokrzyskiego Parku Narodowego i Puszczy Jodłowej, więc zaraz za Bodzentynem skierowałem się w stronę miejscowości Celiny, a dalej Woli Szczygiełkowej. Kolejnym celem była Nowa Słupia.
Pogoda dopisywała, słońce świeciło, tym samym ładnie oświetlało klasztor na Świętym Krzyżu, który to wydawał się już bardzo blisko. W sumie, to nie mogłem się doczekać już na dojazd do Nowej Słupii, ponieważ zaczynałem być głodny. Miałem jednak czas na podziwianie ładnych kieleckich krajobrazów.

Krajobraz świętokrzyski © Robert

Klasztor na Św. Krzyżu © Robert
Sama miejscowość leży u stóp Łysej Góry, lub częściej nazywanej Świętym Krzyżem. Wieś największy rozkwit przeżywała w średniowieczu, kiedy to obsługiwała liczne pielgrzymki na Święty Krzyż. To tu również zatrzymywał się Jagiełło w swoich pielgrzymkach. Aktualnie Nowa Słupia dalej pełni głównie funkcje turystyczne, bowiem to tu zaczyna się tzw. Droga Królewska, szlak prowadzący do klasztoru na Św. Krzyżu.
Niestety na rynku Nowej Słupii, w centralnym punkcie, znajduje się … parking samochodowy, więc postanowiłem podjechać wyżej, aż do początku wejścia do parku. Jechałem dość intuicyjnie, bowiem oznaczenia są niewystarczające. Zatrzymałem się w pewnym momencie na chodniku, aby sprawdzić na mapie, czy w prawidłową stronę jadę, w oddali zauważyłem zbliżającego się gościa, lekko chwiejącego się na nogach. Kiedy do mnie dochodził spytałem: “- Czy do tego Emeryka, do w górę?”. W odpowiedzi usłyszałem: “- Tak, jeszcze kawałek, jak te samochody stoją. Tam też bar jest, …. z piwem.” No super, jak z piwem, zapewne ten miejscowy pewnie tam degustował jego większe ilości.
Jadę więc już pewnie dalej, aby za chwilę przystanąć u bram wioski, w której to co roku odbywają się “Dymarki Świętokrzyskie”, inaczej mówiąc wytop żelaza metodami średniowiecznymi. Należy dodać, że region Gór Świętokrzyskich na początkach naszej ery był największym okręgiem hutniczym w tej części Europy. Ja oczywiście nie miałem czasu na zwiedzenie wioski, ale widok zgrzebnie ubranego chłopa utwierdził mnie w przekonaniu, że na pewno obiekt wart dokładnego obejrzenia.

Wioska średniowieczna © Robert
No ale przecież ja szukałem jakiegoś szynku, coby tego piwa się napić. Oczywiście dość szybko dojechałem do parkingu i baru. Pora była w końcu coś zjeść. W sumie to już prawie 50 km przejechane. To tu znajduje się figurka Pielgrzyma Emeryka, węgierskiego następcy tronu, który to według legend przekazał relikwie Krzyża Świętego benedyktynom na Świętym Krzyżu, a które to relikwie znajdują się do dnia dzisiejszego. Kiedy polował z Bolesławem Chrobrym w Puszczy Świętokrzyskiej, bogatej w grubego zwierza, zabłądził w kniejach w pogoni za dorodnym jeleniem. Kiedy nawołania nic nie dały, nagle miał widzenie anielskie i zaczął podążać za wysłannikiem niebios. Dotarłszy do osady, miał w niej zostawić to, co ma przy sobie najcenniejszego. W końcu dotarł do skromnego klasztoru i zostawił tam noszony na szyi złoty krzyż z relikwiami.
Z Emerykiem jest jeszcze jedna legenda, która głosi, że posąg tego świętego porusza się w stronę Św. Krzyża o jedno ziarenko piasku rocznie. A kiedy dotrze na sam szczyt, to będzie koniec świata. Jednak nie ma się co martwić, bowiem droga jest dość strona i daleka. A jeszcze parę metrów wcześniej, na trasie “przejścia” znajduje się ogromny głaz, który to Emeryk będzie musiał ominąć, co może zająć mu kolejny milion lat.

Pielgrzym Świętokrzyski - Emeryk © Robert
Po posiłku i odpoczynku, pora była ruszać dalej, bowiem to jeszcze połowa drogi przede mną, wcale nie łatwiejsza. Za punkt honoru postanowiłem wjechać na Łysą Górę, pod sam klasztor. Obawiałem się tego podjazdu, ponieważ czułem już pewne zmęczenie. A sam podjazd, to ładnych kilka kilometrów ze średnim nachyleniem ok. 5-6 %. Trasa z Nowej Słupi sprzyjała spokojnej jeździe mimo, że trasa dość ruchliwa, jednak posiadająca drogę rowerową.

Krajobrazy świętokrzyskie © Robert

Droga rowerowa w Gminie Bieliny © Robert
Podjazd dość mocno uszczupla resztki sił. Nachylenie miejscami sięga 8%. Zdyszany mijam piechurów, którzy również podążają na Łysą Górę. Jest piątek, więc i mniejszy ruch. Wspinam się coraz wyżej, nie patrzę na drogę, aby nie zastanawiać się ile to jeszcze podjazdu przede mną. Dopiero pod sam koniec droga lekko obniża swoje nachylenie, tak że można zrzucić na mniejsze zębatki. Kiedy ostatkiem sił dojeżdżam na szczyt, gdzie zlokalizowana jest wieża telewizyjna, dość żwawo mija mnie, niczym Rafał Majka, jakiś wycieniowany kolarz. Po dojeździe pod klasztor zamieniłem z tym nieznajomym parę słów na temat obecnego stanu polskiego kolarstwa zawodowego. Mój rozmówca kiedyś był również kolarzem, więc nie dziwna jest jego obecna forma.

Podjazd pod Św. Krzyż © Robert
Sam Święty Krzyż jest miejscem szczególnym. W dawnych czasach był tym, czym obecnie jest dla Polaków Jasna Góra w Częstochowie. To tu liczne pielgrzymki odbywali królowie polscy: wspominany Władysław Jagiełło, Łokietek, Kazimierz Wielki, Królowa Bona i inni Jagiellonowie. To tu od dawna znajdują się Relikwie Drzewa Krzyża Świętego, na którym cierpiał i umarł Jezus Chrystus. Obecnie relikwie otaczają opieką Misjonarze Oblaci. To właśnie od owych relikwii miejsce to nazywa się Świętym Krzyżem.

Wieża telewizyjna na Św. Krzyżu © Robert
Na szczycie planowałem coś zjeść już porządnego, jakiś ciepły posiłek, bowiem cały dzień byłem na kanapkach i batonach. Niestety samo miejsce nie jest, może na szczęście, aż tak bardzo rozwinięte turystycznie. Pierwszy bar napotkałem u podnóża góry, przy sporej wielkości parkingu. Tam też zaplanowałem dłuższy postój. Rozważałem również różne koncepcje powrotu. Planowana w pierwszej kolejności trasa była może ciekawsza i spokojniejsza, jednak z licznymi podjazdami. Jednak teraz spokojnie chciałem dojechać do miasta, zatem wybór padł na najprostszy wariant przez Bieliny, a dalej do Cedzyny, gdzie oficjalnie miałem “zamknąć” pętlę świętokrzyską.
Droga powrotna minęła dość szybko, bowiem sporym odcinkiem jedzie się z góry, a w wielu miejscach jest dość płasko. Nastało już dość późne popołudnie, a i słońce skryło się za gęste chmury. Przystanąłem więc na krótką chwilę, aby ubrać rękawki, po czym ruszyłem dalej do końca swojej wycieczki.
Do domu dojechałem zmęczony, ale i zadowolony z pokonania trasy oraz swoich słabości. Myślę, że wycieczkę tą na długo zapamiętam. A być może w przyszłości ponownie wyruszę śladami naszych monarchów, może teraz w przeciwną stronę. Wszystko przed nami.
Zachełmie
Czwartek, 19 czerwca 2014 | dodano:03.09.2014Kategoria Pełnia szczęścia
| Dst.: | 50.40 | Off-road: | 2.00 | Czas: | 02:30 | Avg: | 20.16 |
| Vmax: | 43.00 | Temp.: | 30.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 421m | Bike: | GT | ||
Pamiętam tylko tyle, że ciepło było i fajnie.
Trasa podzielona na dwie części. Na pierwszej pojechałem do Domaszowic. Druga - ciekawsza- do Zachełmia, gdzie znaleziono tetropody. Choć ja ich nie szukałem.
Trasa podzielona na dwie części. Na pierwszej pojechałem do Domaszowic. Druga - ciekawsza- do Zachełmia, gdzie znaleziono tetropody. Choć ja ich nie szukałem.
Nie pamiętam
Niedziela, 15 września 2013 | dodano:15.10.2013Kategoria Pełnia szczęścia
| Dst.: | 52.96 | Off-road: | 7.20 | Czas: | 03:23 | Avg: | 15.65 |
| Vmax: | 25.50 | Temp.: | HRmax: | (%) | HRavg | (%) | |
| Cal: | kcal | ALT: | 241m | Bike: | GT | ||
No cóż, brak systematycznego uzupełniania wpisów prowadzi do tego, że nie pamiętam, gdzie byłem i co robiłem.
Po naprawie samochodu mogłem pojeździć w końcu na swoim rowerze. Pewnie nie mogłem się już doczekać i "rzuciłem się" do jazdy, nie patrząc gdzie.
Po naprawie samochodu mogłem pojeździć w końcu na swoim rowerze. Pewnie nie mogłem się już doczekać i "rzuciłem się" do jazdy, nie patrząc gdzie.
Dzień 2: Ustka - Smołdziński Las
Poniedziałek, 15 lipca 2013 | dodano:17.09.2013Kategoria Inne miejscówki, Pełnia szczęścia, Wybrzeże 2013
| Dst.: | 54.55 | Off-road: | 40.00 | Czas: | 04:10 | Avg: | 13.09 |
| Vmax: | 30.50 | Temp.: | HRmax: | (%) | HRavg | (%) | |
| Cal: | kcal | ALT: | 155m | Bike: | GT | ||
<- Dzień pierwszy
Dzień, jak poprzedni, zaczęliśmy od lansowego przejazdu przez Ustkę pod latarnię morską. Była to druga nasza zdobycz, a na dziś zaplanowana jest jeszcze jedna w Czołpinie. Szkoda, że nie udało się odwiedzić latarni w Jarosławcu dnia wczorajszego, no ale cóż, trudno. Widocznie jest nam pisane jeszcze tu wrócić w te okolice.
Dziś wiedziałem, że początek trasy jest fajny, bowiem z Ustki zaczyna się bardzo ładna ścieżka rowerowa, a co było najważniejsze dla mojego syna, wiodła ona w całości przez las i drogi gruntowe. Dość ciekawa nazwa szlaku "Zwiniętych Torów" zachęcał jazdy. Łatwo przejezdna, szeroka i gładka, co przy wiezieniu sakw ma nie lada znaczenie. Sporo nawet na niej minęliśmy rowerzystów. Jak się później okazało, to sporą część naszej trasy pokonywaliśmy międzynarodowym szlakiem R-10.
Do Rowów, pierwszego planowanego dłuższego postoju, trafiliśmy bez pudła, a ponieważ zrobiła się piękna słoneczna pogoda, to nie sposób było zaznaczyć swojej obecności na plaży w Rowach. Zrobiliśmy sobie nieco dłuższy postój na jedzonko.
Pyszna pizza lekko nas rozleniwiła i ciężko było ponownie wskoczyć na swoje rowerki. Trasa dalej wiodła lasem, jednak już wymagała większej wprawy. Zaczęły się nieco kręte ścieżki, a niektóre fragmenty mocno piaszczyste. Mijaliśmy po drodze bardzo ładne miejsca, jak choćby taras widokowy na Jezioro Gardno. Na pewno godne zatrzymania na dłuższą chwilę i upamiętnienia. Na razie jednak młodego człowieka nie za bardzo zachwycały takie widoki, więc trzeba było szybko "nasycić" swoje oczy ładnym pejzażem, zrobić szybko zdjęcia i dalej w drogę. Szczególnie polecam również zatrzymanie się przy Rezerwacie Dołgie Małe, gdzie na pomoście można sobie odpocząć i nawet zrobić mały piknik.
W pewnym momencie dojechaliśmy do rozwidlenia dróg, gdzie trzeba było podjąć decyzję, jak dalej jechać. Jedna mapa pokazuje co innego, czego na drugiej nie ma. A jeszcze co innego przedstawia ustawiona mapa na tablicy przy trasie. Niestety jednak mój brak bogatego doświadczenia nawigacyjnego (szczególnie w lesie) i błędna decyzja wpłynęła na wybranie złego kierunku jazdy, co pociągnęło za sobą dołożenie kolejnych kilku kilometrów. Chyba zmęczenie uśpiło moją czujność, ale po sprawdzeniu lokalizacji i zapytaniu w lokalnym sklepie: “- Przepraszam, gdzie my jesteśmy?” w końcu "byliśmy w domu".
Dzisiejszy kemping w Smołdzińskim Lesie nie zachwycał, bowiem czego można wymagać od skoszonej ląki z budką z sanitariatami. Dziś również wyjątkowo mieliśmy problem z rozstawieniem namiotu, bowiem odkryty teren i silnie wiejący wiatr, skutecznie uniemożliwiał schowanie się za czymkolwiek. Staraliśmy się jednocześnie zrobić to szybko, bowiem czekała na nas plaża, oddalona o ok. 2-3 km, oraz latarnia morska w Czołpinie.
Dostanie się do tej latarni wymagało nie lada zaparcia. Początkowa fajna droga leśna zakończyła się sporym podejściem ze schodkami. Niestety nie było wyjścia, jak rowery powoli wciągnąć na górę. A ponieważ latarnia ta oddalona jest od turystycznej infrastruktury, to i ludzi mniej, więc postanowiliśmy pokonać wszystkich 71 schodków, wchodząc na sam szczyt latarni. Widok - rewelacja - na J. Gardno, czy na piaszczyste wydmy Słowińskiego Parku Narodowego. Kiedy już zbieraliśmy się do powrotu, nagle niedaleko nas przeszedł sobie lisek, który najwyraźniej był stałym bywalcem okolicznych koszy na śmieci. Lis nic nie robił sobie z naszych rozmów. Spokojnie chodził od jednego kosza, do drugiego.
Smołdziński Las to zaledwie kilka domów i oczywiście kemping, więc za bardzo nie było gdzie szaleć z jedzeniem. Całe szczęście, że na kempingu dało się zjeść jakiegoś kurczaka, popijając litewskim piwem.
Dziś znów zaliczyliśmy długi dzień. Zliczając wszystkie kilometry wyszło, że Karol pobił swój kolejny rekord dzienny. Nie spodziewałem się tego po nim, a szczególnie, kiedy w dzień poprzedni również "sieknęliśmy" 50 km. Jednak zmęczenie dało się we znaki, ale wiejący wiatr i łopoczący namiot, mocno utrudniał spokojny sen. Ale w końcu panujące ciemności skutecznie nas uśpiły.













Dzień trzeci ->
Dzień, jak poprzedni, zaczęliśmy od lansowego przejazdu przez Ustkę pod latarnię morską. Była to druga nasza zdobycz, a na dziś zaplanowana jest jeszcze jedna w Czołpinie. Szkoda, że nie udało się odwiedzić latarni w Jarosławcu dnia wczorajszego, no ale cóż, trudno. Widocznie jest nam pisane jeszcze tu wrócić w te okolice.
Dziś wiedziałem, że początek trasy jest fajny, bowiem z Ustki zaczyna się bardzo ładna ścieżka rowerowa, a co było najważniejsze dla mojego syna, wiodła ona w całości przez las i drogi gruntowe. Dość ciekawa nazwa szlaku "Zwiniętych Torów" zachęcał jazdy. Łatwo przejezdna, szeroka i gładka, co przy wiezieniu sakw ma nie lada znaczenie. Sporo nawet na niej minęliśmy rowerzystów. Jak się później okazało, to sporą część naszej trasy pokonywaliśmy międzynarodowym szlakiem R-10.
Do Rowów, pierwszego planowanego dłuższego postoju, trafiliśmy bez pudła, a ponieważ zrobiła się piękna słoneczna pogoda, to nie sposób było zaznaczyć swojej obecności na plaży w Rowach. Zrobiliśmy sobie nieco dłuższy postój na jedzonko.
Pyszna pizza lekko nas rozleniwiła i ciężko było ponownie wskoczyć na swoje rowerki. Trasa dalej wiodła lasem, jednak już wymagała większej wprawy. Zaczęły się nieco kręte ścieżki, a niektóre fragmenty mocno piaszczyste. Mijaliśmy po drodze bardzo ładne miejsca, jak choćby taras widokowy na Jezioro Gardno. Na pewno godne zatrzymania na dłuższą chwilę i upamiętnienia. Na razie jednak młodego człowieka nie za bardzo zachwycały takie widoki, więc trzeba było szybko "nasycić" swoje oczy ładnym pejzażem, zrobić szybko zdjęcia i dalej w drogę. Szczególnie polecam również zatrzymanie się przy Rezerwacie Dołgie Małe, gdzie na pomoście można sobie odpocząć i nawet zrobić mały piknik.
W pewnym momencie dojechaliśmy do rozwidlenia dróg, gdzie trzeba było podjąć decyzję, jak dalej jechać. Jedna mapa pokazuje co innego, czego na drugiej nie ma. A jeszcze co innego przedstawia ustawiona mapa na tablicy przy trasie. Niestety jednak mój brak bogatego doświadczenia nawigacyjnego (szczególnie w lesie) i błędna decyzja wpłynęła na wybranie złego kierunku jazdy, co pociągnęło za sobą dołożenie kolejnych kilku kilometrów. Chyba zmęczenie uśpiło moją czujność, ale po sprawdzeniu lokalizacji i zapytaniu w lokalnym sklepie: “- Przepraszam, gdzie my jesteśmy?” w końcu "byliśmy w domu".
Dzisiejszy kemping w Smołdzińskim Lesie nie zachwycał, bowiem czego można wymagać od skoszonej ląki z budką z sanitariatami. Dziś również wyjątkowo mieliśmy problem z rozstawieniem namiotu, bowiem odkryty teren i silnie wiejący wiatr, skutecznie uniemożliwiał schowanie się za czymkolwiek. Staraliśmy się jednocześnie zrobić to szybko, bowiem czekała na nas plaża, oddalona o ok. 2-3 km, oraz latarnia morska w Czołpinie.
Dostanie się do tej latarni wymagało nie lada zaparcia. Początkowa fajna droga leśna zakończyła się sporym podejściem ze schodkami. Niestety nie było wyjścia, jak rowery powoli wciągnąć na górę. A ponieważ latarnia ta oddalona jest od turystycznej infrastruktury, to i ludzi mniej, więc postanowiliśmy pokonać wszystkich 71 schodków, wchodząc na sam szczyt latarni. Widok - rewelacja - na J. Gardno, czy na piaszczyste wydmy Słowińskiego Parku Narodowego. Kiedy już zbieraliśmy się do powrotu, nagle niedaleko nas przeszedł sobie lisek, który najwyraźniej był stałym bywalcem okolicznych koszy na śmieci. Lis nic nie robił sobie z naszych rozmów. Spokojnie chodził od jednego kosza, do drugiego.
Smołdziński Las to zaledwie kilka domów i oczywiście kemping, więc za bardzo nie było gdzie szaleć z jedzeniem. Całe szczęście, że na kempingu dało się zjeść jakiegoś kurczaka, popijając litewskim piwem.
Dziś znów zaliczyliśmy długi dzień. Zliczając wszystkie kilometry wyszło, że Karol pobił swój kolejny rekord dzienny. Nie spodziewałem się tego po nim, a szczególnie, kiedy w dzień poprzedni również "sieknęliśmy" 50 km. Jednak zmęczenie dało się we znaki, ale wiejący wiatr i łopoczący namiot, mocno utrudniał spokojny sen. Ale w końcu panujące ciemności skutecznie nas uśpiły.

Wizyta pod latanią w Ustce© Robert

Kierowaliśmy się na Rowy© Robert

Szlak Zwiniętych Torów© Robert

Fajny i spokojny przejazd leśną drogą© Robert

Jazda Międzynarodowym Szlakiem Rowerowym R-10© Robert

Rezerwat Jezioro Dołgie Małe - piękne miejsce© Robert

Dotarliśmy do kempingu w Smołdzińskim Lesie© Robert

Pora na plażowanie - każdemu się należy© Robert

Jazda po piachu nie była możliwa© Robert

Wspinaczka do latarni Czołpino© Robert

Latarnia Morska Czołpino© Robert

Dziś rowery "spały" z nami© Robert

Zachód słońca na kempingu© Robert
Dzień trzeci ->
Dzień 1: Darłówko - Ustka
Niedziela, 14 lipca 2013 | dodano:16.09.2013Kategoria Inne miejscówki, Pełnia szczęścia, Wybrzeże 2013
| Dst.: | 50.24 | Off-road: | 5.00 | Czas: | 03:00 | Avg: | 16.75 |
| Vmax: | 0.00 | Temp.: | HRmax: | (%) | HRavg | (%) | |
| Cal: | kcal | ALT: | 256m | Bike: | GT | ||
<- Prolog.
Dzień zaczął się super pogodą. Słońce na niebie skutecznie zachęcało do szybkiego rozpoczęcia naszej formalnej wyprawy wzdłuż wschodniego wybrzeża.
Jednym z celów wyprawy było również "zaliczenie" po drodze wszystkich latarni morskich, a było ich na trasie kilka. Dlatego też pierwsze kroki z rowerami skierowaliśmy do portu pod latarnię w Darłówku. Tam oczywiście obowiązkowe fotki i ... ruszamy w drogę.
Początkowo plan zakładał przejazd szlakiem rowerowym dosłownie wzdłuż morza, a konkretnie wydmami. Pamiętam go doskonale, kiedy przy okazji wakacji w Darłówku jechaliśmy nim przez pewien odcinek. Miejscami było wąsko i z jednej strony widoczne było morze, a z drugiej Jezioro Kopań.
No cóż, kiedy dojechaliśmy do początku naszej trasy okazało się, że trasa na wydmach jest w remoncie i nie można po nich jeździć. Spotkani przypadkowi rowerzyści wpadli na pomysł, że może uda się ominąć ten pierwszy wjazd i pojechać do następnego wejścia na plażę. Jak oni zdecydowali, tak i my zrobiliśmy. Pojechaliśmy wolniej swoim tempem i staraliśmy się dotrzeć do następnego wejścia. Ładnymi szutrówkami, pilnując mapy dojechaliśmy do kolejnego wjazdu. Okazało się, że niestety wał remontowany jest na całej długości, aż do Jeziora Wicko, więc nasza dwójka odpuściła jazdę tym wałem.
Całkiem ciekawie więc zaczęła się nasza wyprawa od zmiany planów pokonania pierwszego etapu. Później szukaliśmy jeszcze przejazdu zaznaczonym na mapie szlakiem rowerowym, jednak wyglądał on mało przejezdny, co jak się okazało w następnych dniach, w porównaniu do innych odcinków, ten był prawie idealny.
Po krótkiej przerwie na posiłek zapadła decyzja, że wracamy … do drogi głównej 203 i tniemy asfaltem, aż do Ustki. Sporo czasu zajęło nam szukanie i krążenie blisko Darłówka, a my dalej “w lesie”. Na szczęście tym razem wiatr sprzyjał i gnał nas całkiem żwawo. Droga główna, ale chyba ze względu na niedzielę, ruch samochodowy był do zaakceptowania.
Natrafiając na mały sklepik zmuszeni byliśmy do zatrzymania się, celem uzupełnienia płynów. Sklepikarz, młody chłopak, z podziwem patrzył na mojego syna i stwierdził, że tak młodego turysty rowerowego, to jeszcze nie widział, a różni się tu kręcą. “Szacunek” - rzucił na koniec naszej krótkiej rozmowy.
Taka opinia chyba miała pozytywny wpływ na morale syna Karola. Tak sobie jedziemy, a tu obserwuję, że mi odjeżdża, nie mogę utrzymać mu koła. Patrzę na licznik, a tu jest 25 km/h. Przyśpieszam do 27, a tu nic. Dalej go nie łapię. Dokręcam do 32 i w końcu po pewnym czasie, udało się przyhamować syna ze stwierdzeniem, aby oszczędzał starego ojca.
Tak oto dojechaliśmy do Ustki. Niestety po drodze zmuszeni byliśmy "odpuścić" kolejną na trasie latarnię morską w Jarosławcu, ale wymagało to sporego nadłożenia drogi (ok. 10 km), co również wiązało się z pokonaniem sporego podjazdu. Trudno, następnym razem trzeba będzie zacząć w Jarosławcu.
W samej Ustce nie mieliśmy problemów z odnalezieniem kempingu. Szybkie rozbicie namiotu i w miasto na uzupełnienie kalorii. Pokręciliśmy się później po Ustce, zaliczając lody, itp. W końcu zmęczeni całym dniem padamy w swoich śpiworach. Dzień był długi, ale udany.







Dzień drugi ->
Dzień zaczął się super pogodą. Słońce na niebie skutecznie zachęcało do szybkiego rozpoczęcia naszej formalnej wyprawy wzdłuż wschodniego wybrzeża.
Jednym z celów wyprawy było również "zaliczenie" po drodze wszystkich latarni morskich, a było ich na trasie kilka. Dlatego też pierwsze kroki z rowerami skierowaliśmy do portu pod latarnię w Darłówku. Tam oczywiście obowiązkowe fotki i ... ruszamy w drogę.
Początkowo plan zakładał przejazd szlakiem rowerowym dosłownie wzdłuż morza, a konkretnie wydmami. Pamiętam go doskonale, kiedy przy okazji wakacji w Darłówku jechaliśmy nim przez pewien odcinek. Miejscami było wąsko i z jednej strony widoczne było morze, a z drugiej Jezioro Kopań.
No cóż, kiedy dojechaliśmy do początku naszej trasy okazało się, że trasa na wydmach jest w remoncie i nie można po nich jeździć. Spotkani przypadkowi rowerzyści wpadli na pomysł, że może uda się ominąć ten pierwszy wjazd i pojechać do następnego wejścia na plażę. Jak oni zdecydowali, tak i my zrobiliśmy. Pojechaliśmy wolniej swoim tempem i staraliśmy się dotrzeć do następnego wejścia. Ładnymi szutrówkami, pilnując mapy dojechaliśmy do kolejnego wjazdu. Okazało się, że niestety wał remontowany jest na całej długości, aż do Jeziora Wicko, więc nasza dwójka odpuściła jazdę tym wałem.
Całkiem ciekawie więc zaczęła się nasza wyprawa od zmiany planów pokonania pierwszego etapu. Później szukaliśmy jeszcze przejazdu zaznaczonym na mapie szlakiem rowerowym, jednak wyglądał on mało przejezdny, co jak się okazało w następnych dniach, w porównaniu do innych odcinków, ten był prawie idealny.
Po krótkiej przerwie na posiłek zapadła decyzja, że wracamy … do drogi głównej 203 i tniemy asfaltem, aż do Ustki. Sporo czasu zajęło nam szukanie i krążenie blisko Darłówka, a my dalej “w lesie”. Na szczęście tym razem wiatr sprzyjał i gnał nas całkiem żwawo. Droga główna, ale chyba ze względu na niedzielę, ruch samochodowy był do zaakceptowania.
Natrafiając na mały sklepik zmuszeni byliśmy do zatrzymania się, celem uzupełnienia płynów. Sklepikarz, młody chłopak, z podziwem patrzył na mojego syna i stwierdził, że tak młodego turysty rowerowego, to jeszcze nie widział, a różni się tu kręcą. “Szacunek” - rzucił na koniec naszej krótkiej rozmowy.
Taka opinia chyba miała pozytywny wpływ na morale syna Karola. Tak sobie jedziemy, a tu obserwuję, że mi odjeżdża, nie mogę utrzymać mu koła. Patrzę na licznik, a tu jest 25 km/h. Przyśpieszam do 27, a tu nic. Dalej go nie łapię. Dokręcam do 32 i w końcu po pewnym czasie, udało się przyhamować syna ze stwierdzeniem, aby oszczędzał starego ojca.
Tak oto dojechaliśmy do Ustki. Niestety po drodze zmuszeni byliśmy "odpuścić" kolejną na trasie latarnię morską w Jarosławcu, ale wymagało to sporego nadłożenia drogi (ok. 10 km), co również wiązało się z pokonaniem sporego podjazdu. Trudno, następnym razem trzeba będzie zacząć w Jarosławcu.
W samej Ustce nie mieliśmy problemów z odnalezieniem kempingu. Szybkie rozbicie namiotu i w miasto na uzupełnienie kalorii. Pokręciliśmy się później po Ustce, zaliczając lody, itp. W końcu zmęczeni całym dniem padamy w swoich śpiworach. Dzień był długi, ale udany.

Pierwsza na trasie latarnia© Robert

Fajne nadmorskie krajobrazy© Robert

Syn w akcji, pomagał ile mógł© Robert

Kuchnia rozpakowana© Robert

Suszenie ubrań na wietrze© Robert

Niczym burza piaskowa© Robert

Wzburzone morze© Robert
Dzień drugi ->
Czy ja jeszcze mogę?
Niedziela, 19 maja 2013 | dodano:20.05.2013Kategoria Pełnia szczęścia
| Dst.: | 53.78 | Off-road: | 1.20 | Czas: | 02:19 | Avg: | 23.21 |
| Vmax: | 58.00 | Temp.: | 29.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 406m | Bike: | GT | ||
Wkraczając w kolejny nowy rok swojego życia w niedzielę rano postanowiłem sprawdzić, czy ja jeszcze mogę i na ile jeszcze mogę.
Poranek zapowiadał piękny dzień. Tak też było, jednie nikt nie powiedział, że rano było zimno. Mimo rękawków nieco marzłem rano. A jeszcze jak wjechałem w dolinkę Brzezinki, gdzie często jest zimniej, to już całkiem przemarzłem. Dopiero przed 7 rano słońce już mocniej grzało i zrobiło się przyjemniej. Chyba dlatego, że było mi zimno, to jechałem szybko, osiągając z tej części jazdy średnią 24 km/h, co dla mnie jest sporym osiągnięciem.
A taki to dostałem prezent urodzinowy. Nareszcie mam "nowy" rower.

A dla takich widoków warto rano wstać.



A po południu udało się jeszcze wyjść na kolejną przejażdżkę, aby potwierdzić na co mnie stać.
Poranek zapowiadał piękny dzień. Tak też było, jednie nikt nie powiedział, że rano było zimno. Mimo rękawków nieco marzłem rano. A jeszcze jak wjechałem w dolinkę Brzezinki, gdzie często jest zimniej, to już całkiem przemarzłem. Dopiero przed 7 rano słońce już mocniej grzało i zrobiło się przyjemniej. Chyba dlatego, że było mi zimno, to jechałem szybko, osiągając z tej części jazdy średnią 24 km/h, co dla mnie jest sporym osiągnięciem.
A taki to dostałem prezent urodzinowy. Nareszcie mam "nowy" rower.

Prezent urodzinowy - nowy 'rower'© Robert
A dla takich widoków warto rano wstać.

Poranne widoki na Góry Świętokrzyskie© Robert

Góry Świętokrzyskie© Robert

Miasto budzące się do życia© Robert
A po południu udało się jeszcze wyjść na kolejną przejażdżkę, aby potwierdzić na co mnie stać.
Odyseja Jurajska'12 - dzień 2
Niedziela, 7 października 2012 | dodano:19.10.2012Kategoria Zawody, Pełnia szczęścia, Inne miejscówki
| Dst.: | 52.77 | Off-road: | 19.00 | Czas: | 03:28 | Avg: | 15.22 |
| Vmax: | 50.50 | Temp.: | 9.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 721m | Bike: | GT | ||
Nadszedł dzień drugi. Już noc pokazała swoje zupełnie inne oblicze, gdzie jeszcze wieczorem zaczęło padać. Takie też były prognozy. Dziwne było, bo poprzedni dzień pogodny i letni, a dziś szykuje nam się typowa jesień z deszczem i niską temperaturą.
Noc minęła ... różnie. Niestety jakoś nie mogłem spać w swojej klasie, ponieważ dwóch "kompanów" dość mocno chrapało, a ponieważ chciałem się dobrze wyspać i odpocząć, więc przeniosłem się spać na korytarz szkolny.
Poranek pochmurny, ale co ważne nie padało. Ubieramy się zupełnie inaczej jak w dniu wczorajszym, na długo i ciepło. Na termometrze zaledwie 9 st. Po śniadaniu wychodzimy przed szkołę. Znów pospiesznie każdy odbiera mapy, jakby te kilkanaście sekund o czymś decydowało. Jedna ważna wiadomość na dziś: ze względu na warunki pogodowe trasa zostaje skrócona. U jednych wywołało to radość, a inni byli niezadowoleni z takiej decyzji. Ale myślę jednak, że faktycznie była to dobra decyzja.
Dostajemy mapy, zaczynamy studiować warianty przejazdu, kiedy na mapie pojawiają się pierwsze krople deszczu. No ładnie, zaczyna się. Zaczyna się etap dla prawdziwych mężczyzn.
Pierwsze kilometry dość spokojnie, ponieważ jest już ślisko. Jedziemy razem. Dość szybko przemakają ciuchy. Woda z opony partnera nieźle daje mi po oczach. Dobrze, ze mam okulary, bo pewnie znacznie utrudniło by mi to jazdę. Ja tak jak w dniu wczorajszym zrezygnowałem z nawigacji, zdając się na swojego przyjaciela. Znów zaliczam tylko kolejne punkty, jadąc za kolegą. I tak jedziemy i zaliczamy PK jeden po drugim. Jakoś sprawnie nam to idzie. Mnie nawet całkiem dobrze się jedzie. Czuje się dobrze, nogi nie bolą. Co prawda tempo jazdy na pojazdach miałem nieco słabsze, ale na szczycie dochodziłem do partnera.
Na szczególna uwagę zasługuje jeden punkt, do którego musieliśmy przedzierać się przez zarośniętą łąkę z trawami i krzakami większymi ode mnie. Skręciliśmy widocznie nie do tej dolinki, a ponieważ powrót był jeszcze trudniejszy, padła komenda: idziemy. Według Zenka straciliśmy tu jakieś 15 min. na tym przejściu. Nie powiem, abym nie był zachwycony. Mój rower nie należy do lekkich i pchanie go w tych krzakach mocno mnie zmęczyło. To był chyba jeden z trudniejszych punktów. Jadąc sam zapewne nie dojechałbym tu, no chyba że również za kimś. Na dodatek pomyślałem, że zaraz nas tu wystrzelają, ponieważ niedaleko zbierali się myśliwi.
Po jakiś 2 godzinach przestało padać, ale zaczęło .... lać dość solidnie. Jednak wówczas było już wszystko jedno, bo i tak całe ciuchy mokre. Jechać się jakoś jechało. Musiałem jednak na zjazdach terenowych dość mocno uważać ze względu na brak odpowiedniego ogumienia. Moje slicki nie dawały rady. Wówczas to zaczęło mi dokuczać zimno. Szczególnie na zjazdach dygotałem z zimna. Na szczęście miałem ze sobą jeszcze jedną cienką kurtkę, która założyłem, a która chroniła mnie przynajmniej od wiatru. Później żałowałem, że nie zrobiłem tego manewru z jeden PK wcześniej.
Ucieszyłem się kiedy zaliczaliśmy ostatni punkt. Pamiętałem na mapie, że jest to niedaleko autostrady, a dalej to tylko powrót. Fatalny ostatni odcinek. Droga dziurawa jak ser. Na dodatek dziur nie widać, bo płynie woda. W ogóle to nieźle rowery dostały w tyłek na dzisiejszym etapie. Do mety udało nam się dojechać na godzinę przed zamknięciem trasy.
Nareszcie meta. Upragniona, bowiem jeszcze nigdy nie jeździłem 4 godz. w deszczu.
Po oddaniu kart, postanowiliśmy jeszcze nieco opłukać z błota nasze sprzęty. Później obowiązkowe czyszczenie samego siebie. Prawie ze wszystkiego można było wyżąć wodę. Nawet z majtek.
Drugi dzień jechało mi się dobrze. Nie wiem, czy to dlatego, że krótszy i znów wystarczyło sił na 50 km. A może tym razem wolniej było. Jednak i tak miałem serdecznie dość. Teraz najważniejsze było, aby się wysuszyć i ogrzać, aby czego nie złapać.
Po pewnym czasie byliśmy już gotowi do drogi powrotnej. Imprezę zakończyliśmy na poz. 6-7, bowiem mieliśmy tez sam czas. Po drugim dniu nawet zanotowaliśmy awans w stosunku do soboty.
Tak już reasumując mój start w tegorocznej Odysei, to uważam go za udany. Oczywiście dobre miejsce zawdzięczam wyłącznie swojemu przyjacielowi Zenkowi, bowiem bez niego, bez jego podnoszenia na duchu i dodawania energii, a kończąc na nawigacji, nie uzyskałbym tak dobrego wyniku. Oczywiście braki są, jednak nie wiem, czy udało by mi się jeszcze lepiej przygotować kondycyjnie. Owszem wszystko można, ale i na to trzeba mieć czas. Tak więc bardzo dziękuje kumplowi, mam nadzieję, że i on jest równie zadowolony, jak ja.
A teraz pora rozpocząć przygotowania do ... przyszłorocznej Odysei.
Dziś mniej zdjęć, bo komu przy takiej pogodzie chciałoby się wyciągać aparaty czy telefony i robić zdjęcia. Więc jedynie zdjęcia po przyjeździe.
Szkolny korytarz zamienił się w parking rowerowy.

Spanie na korytarzu.

A tak wyglądałem po przyjeździe na metę.

A tak ... moje nogi.

Tak jechaliśmy.
Noc minęła ... różnie. Niestety jakoś nie mogłem spać w swojej klasie, ponieważ dwóch "kompanów" dość mocno chrapało, a ponieważ chciałem się dobrze wyspać i odpocząć, więc przeniosłem się spać na korytarz szkolny.
Poranek pochmurny, ale co ważne nie padało. Ubieramy się zupełnie inaczej jak w dniu wczorajszym, na długo i ciepło. Na termometrze zaledwie 9 st. Po śniadaniu wychodzimy przed szkołę. Znów pospiesznie każdy odbiera mapy, jakby te kilkanaście sekund o czymś decydowało. Jedna ważna wiadomość na dziś: ze względu na warunki pogodowe trasa zostaje skrócona. U jednych wywołało to radość, a inni byli niezadowoleni z takiej decyzji. Ale myślę jednak, że faktycznie była to dobra decyzja.
Dostajemy mapy, zaczynamy studiować warianty przejazdu, kiedy na mapie pojawiają się pierwsze krople deszczu. No ładnie, zaczyna się. Zaczyna się etap dla prawdziwych mężczyzn.
Pierwsze kilometry dość spokojnie, ponieważ jest już ślisko. Jedziemy razem. Dość szybko przemakają ciuchy. Woda z opony partnera nieźle daje mi po oczach. Dobrze, ze mam okulary, bo pewnie znacznie utrudniło by mi to jazdę. Ja tak jak w dniu wczorajszym zrezygnowałem z nawigacji, zdając się na swojego przyjaciela. Znów zaliczam tylko kolejne punkty, jadąc za kolegą. I tak jedziemy i zaliczamy PK jeden po drugim. Jakoś sprawnie nam to idzie. Mnie nawet całkiem dobrze się jedzie. Czuje się dobrze, nogi nie bolą. Co prawda tempo jazdy na pojazdach miałem nieco słabsze, ale na szczycie dochodziłem do partnera.
Na szczególna uwagę zasługuje jeden punkt, do którego musieliśmy przedzierać się przez zarośniętą łąkę z trawami i krzakami większymi ode mnie. Skręciliśmy widocznie nie do tej dolinki, a ponieważ powrót był jeszcze trudniejszy, padła komenda: idziemy. Według Zenka straciliśmy tu jakieś 15 min. na tym przejściu. Nie powiem, abym nie był zachwycony. Mój rower nie należy do lekkich i pchanie go w tych krzakach mocno mnie zmęczyło. To był chyba jeden z trudniejszych punktów. Jadąc sam zapewne nie dojechałbym tu, no chyba że również za kimś. Na dodatek pomyślałem, że zaraz nas tu wystrzelają, ponieważ niedaleko zbierali się myśliwi.
Po jakiś 2 godzinach przestało padać, ale zaczęło .... lać dość solidnie. Jednak wówczas było już wszystko jedno, bo i tak całe ciuchy mokre. Jechać się jakoś jechało. Musiałem jednak na zjazdach terenowych dość mocno uważać ze względu na brak odpowiedniego ogumienia. Moje slicki nie dawały rady. Wówczas to zaczęło mi dokuczać zimno. Szczególnie na zjazdach dygotałem z zimna. Na szczęście miałem ze sobą jeszcze jedną cienką kurtkę, która założyłem, a która chroniła mnie przynajmniej od wiatru. Później żałowałem, że nie zrobiłem tego manewru z jeden PK wcześniej.
Ucieszyłem się kiedy zaliczaliśmy ostatni punkt. Pamiętałem na mapie, że jest to niedaleko autostrady, a dalej to tylko powrót. Fatalny ostatni odcinek. Droga dziurawa jak ser. Na dodatek dziur nie widać, bo płynie woda. W ogóle to nieźle rowery dostały w tyłek na dzisiejszym etapie. Do mety udało nam się dojechać na godzinę przed zamknięciem trasy.
Nareszcie meta. Upragniona, bowiem jeszcze nigdy nie jeździłem 4 godz. w deszczu.
Po oddaniu kart, postanowiliśmy jeszcze nieco opłukać z błota nasze sprzęty. Później obowiązkowe czyszczenie samego siebie. Prawie ze wszystkiego można było wyżąć wodę. Nawet z majtek.
Drugi dzień jechało mi się dobrze. Nie wiem, czy to dlatego, że krótszy i znów wystarczyło sił na 50 km. A może tym razem wolniej było. Jednak i tak miałem serdecznie dość. Teraz najważniejsze było, aby się wysuszyć i ogrzać, aby czego nie złapać.
Po pewnym czasie byliśmy już gotowi do drogi powrotnej. Imprezę zakończyliśmy na poz. 6-7, bowiem mieliśmy tez sam czas. Po drugim dniu nawet zanotowaliśmy awans w stosunku do soboty.
Tak już reasumując mój start w tegorocznej Odysei, to uważam go za udany. Oczywiście dobre miejsce zawdzięczam wyłącznie swojemu przyjacielowi Zenkowi, bowiem bez niego, bez jego podnoszenia na duchu i dodawania energii, a kończąc na nawigacji, nie uzyskałbym tak dobrego wyniku. Oczywiście braki są, jednak nie wiem, czy udało by mi się jeszcze lepiej przygotować kondycyjnie. Owszem wszystko można, ale i na to trzeba mieć czas. Tak więc bardzo dziękuje kumplowi, mam nadzieję, że i on jest równie zadowolony, jak ja.
A teraz pora rozpocząć przygotowania do ... przyszłorocznej Odysei.
Dziś mniej zdjęć, bo komu przy takiej pogodzie chciałoby się wyciągać aparaty czy telefony i robić zdjęcia. Więc jedynie zdjęcia po przyjeździe.
Szkolny korytarz zamienił się w parking rowerowy.

Parking rowerowy w szkole.© Robert
Spanie na korytarzu.

Spanie na korytarzu w szkole.© Robert
A tak wyglądałem po przyjeździe na metę.

Moja facjata po deszczu.© Robert
A tak ... moje nogi.

Przemoczone buty i getry.© Robert
Tak jechaliśmy.
Odyseja Jurajska'12 - dzień 1
Sobota, 6 października 2012 | dodano:18.10.2012Kategoria Zawody, Pełnia szczęścia, Inne miejscówki
| Dst.: | 95.04 | Off-road: | 43.00 | Czas: | 06:19 | Avg: | 15.05 |
| Vmax: | 61.50 | Temp.: | 22.0 | HRmax: | 192(102%) | HRavg | 163( 86%) |
| Cal: | 4691kcal | ALT: | 1500m | Bike: | GT | ||
Nareszcie przyszedł czas na poważny start - muszę przyznać, że ten najważniejszy w sezonie. Przygotowywałem się do niego, wydaje mi się, dość solidnie. Nauczony doświadczeniem poprzednich dwóch startów, robiłem sporo, aby zniwelować wszystkie niedociągnięcia w poprzednich edycji. Nawet siodełko zmieniłem na bardziej wygodne, bo po ostatniej imprezie nabawiłem się niezłych ran.
A przede wszystkim starałem się przygotować kondycyjne. Praktycznie całe wakacje myślałem jedynie o starcie w odysei, choć nawet nie wiedziałem jeszcze, czy faktycznie wystartuję. Przed startem byłem spokojniejszy o siebie, bo czułem się dobrze. Wiedziałem, że dobrze jestem przygotowany. Tym razem nieco spokojniej podchodziłem również do samego startu, bowiem ze względu na specyficzną sytuację rodzinną mojego dotychczasowego startowego partnera, nie zdecydowaliśmy się na zgłoszenie zespołu. Myślałem, że jak nie dam rady, to jakoś sam będę dalej jechał. Nawet na to konto zakupiłem sobie taki składany mapnik. Myślałem, że jak zostanę gdzie w lesie, to może nie zabłądzę.
Prognozy pogody sobotni start zapowiadały bardzo ciekawy. Ponownie mieliśmy się ścigać z ciepełku i słoneczku. I tak też było. Co prawda z zeszłym roku było jeszcze cieplej, ale tym razem i tak było fajnie i przyjemnie.
Przed startem jak zwykle nerwowo, każdy chciał jak najszybciej dostać mapy i znaleźć dla siebie najlepszy wariant przejazdu. Ja swoją mapę również starałem się prześledzić, choć po jakimś czasie schowałem ją do plecaka. Liczyłem ponownie na świetną nawigację swojego kolegi. Mówię, że może przez pierwsze kilometry jakoś razem uda mi się utrzymać koła.
Start spokojnie, na pierwszy punkt i fantastyczny przejazd przez pole kukurydzy, gdzie na jednym zakręcie jeden ze znajomych jakoś nie wyrobił i wypadł z trasy. Jakoś dziwnie się złożyło, że pierwszy punkt ja zauważyłem. Czyżby to jakiś sygnał? - pomyślałem. No ale raczej nie "startowałem" do samodzielnej nawigacji. Tym samym punkt PK27 zaliczony. Jeszcze tylko 13.
Ruszyliśmy dalej. Na jednym z podjazdów zgubiliśmy jednego z kolegów, aby później już we dwójkę dalej się męczyć. Ja ze sobą, a mój partner ... ze mną.
Nie nawigowałem, więc i za bardzo teraz nie wiem jak jechaliśmy, ale tereny do jazdy rowerowej bardzo fajne. Podjazdy całkiem fajne, które udawało mi się w przeważającej części podjechać, czego na ostatnich dwóch edycjach ciężko mi było. Fakt, że na podjazdach nieco odstawałem, ale ciągnąłem swoim tempem. Po krótkiej chwili na szczycie dochodziłem do partnera.
Jednak mojej mocy i zapały skończyło się po jakiś 50-60 km. Zaczynałem mieć już dość. Pojawiały się już pytania, niby żartobliwie, ile jeszcze punktów, kiedy do domu. Jednak jechałem dalej. Zaliczaliśmy powoli punkty mozolnie czasami brnąc pod górę. Najbardziej byłem wkurzony na organizatorów, że punkty zlokalizowane zostały nie przy drodze, ale gdzieś trzeba było jeszcze schodzić po krzakach, czy schodzić stromym urwiskiem obok źródełka. Skoro jeździmy na rowerach, to niech to będzie dostępne niemalże z siodełka.
Teraz właśnie dokładnie doświadczyłem znanego powiedzenia: "że to łydka wygrywa". Faktycznie łydy mnie wówczas najbardziej bolały, biorąc jeszcze pod uwagę, że to było mocno po półmetku.
Kiedy czas nieubłaganie zbliżał się do końca, ja coraz bardziej opadałem z sił. Już od jakiegoś czasu mówiłem: "zostaw mnie, jedź sam, bo masz szansę do dobry wynik". Ale dalej jechaliśmy razem. W końcu, kiedy zostało do zaliczenia 2 punkty, powiedziałem, że nie dam rady, że definitywnie jadę na metę. Już nie miałem sił.
Więc etap zakończyliśmy z dwoma niezaliczonymi punktami. Choć tak patrząc na mapę, to można było jeszcze "po drodze" zaliczyć jeszcze jeden. No ale, było minęło.
Sam powrót okazał się bardzo przyjemny, bowiem sporo było zjazdów. Na metę wjechaliśmy jako jedni z pierwszych. Hm, nieco mnie to zmartwiło, bo pomyślałem, że będzie kiepskie miejsce, że ... wracam do domu, albo, że jutro jadę sam. Kiedy jednak zjedliśmy i odpoczęliśmy nieco, ochota do dalszej jazdy powróciła. Ale razem z nią, powróciła obawa przed jutrzejszym dniem, który miał być sprawdzianem "dla prawdziwych mężczyzn" - jak to ujął mój partner. A to ze względu na fatalne prognozy pogody, gdzie miało być zimno i miało padać. No, ale to wszystko było przed nami.

Wracam właśnie wkurzony z zaliczenia punktu przy źródełku.

Poza tym bardzo fajne leśne dukty, jednak na wyraźniejsze zdjęcia nie było ponownie czasu.

I jedziemy "do domu".

A po dzisiejszej jeździe wyrosły mi ... rogi.

Wszystkie zdjęcia z telefonu partnera, który miał czas na podziwianie widoków.
A jakby ktoś chciał zobaczyć trasę naszego przejazdu, to poniżej zapisany ślad.
.
A przede wszystkim starałem się przygotować kondycyjne. Praktycznie całe wakacje myślałem jedynie o starcie w odysei, choć nawet nie wiedziałem jeszcze, czy faktycznie wystartuję. Przed startem byłem spokojniejszy o siebie, bo czułem się dobrze. Wiedziałem, że dobrze jestem przygotowany. Tym razem nieco spokojniej podchodziłem również do samego startu, bowiem ze względu na specyficzną sytuację rodzinną mojego dotychczasowego startowego partnera, nie zdecydowaliśmy się na zgłoszenie zespołu. Myślałem, że jak nie dam rady, to jakoś sam będę dalej jechał. Nawet na to konto zakupiłem sobie taki składany mapnik. Myślałem, że jak zostanę gdzie w lesie, to może nie zabłądzę.
Prognozy pogody sobotni start zapowiadały bardzo ciekawy. Ponownie mieliśmy się ścigać z ciepełku i słoneczku. I tak też było. Co prawda z zeszłym roku było jeszcze cieplej, ale tym razem i tak było fajnie i przyjemnie.
Przed startem jak zwykle nerwowo, każdy chciał jak najszybciej dostać mapy i znaleźć dla siebie najlepszy wariant przejazdu. Ja swoją mapę również starałem się prześledzić, choć po jakimś czasie schowałem ją do plecaka. Liczyłem ponownie na świetną nawigację swojego kolegi. Mówię, że może przez pierwsze kilometry jakoś razem uda mi się utrzymać koła.
Start spokojnie, na pierwszy punkt i fantastyczny przejazd przez pole kukurydzy, gdzie na jednym zakręcie jeden ze znajomych jakoś nie wyrobił i wypadł z trasy. Jakoś dziwnie się złożyło, że pierwszy punkt ja zauważyłem. Czyżby to jakiś sygnał? - pomyślałem. No ale raczej nie "startowałem" do samodzielnej nawigacji. Tym samym punkt PK27 zaliczony. Jeszcze tylko 13.
Ruszyliśmy dalej. Na jednym z podjazdów zgubiliśmy jednego z kolegów, aby później już we dwójkę dalej się męczyć. Ja ze sobą, a mój partner ... ze mną.
Nie nawigowałem, więc i za bardzo teraz nie wiem jak jechaliśmy, ale tereny do jazdy rowerowej bardzo fajne. Podjazdy całkiem fajne, które udawało mi się w przeważającej części podjechać, czego na ostatnich dwóch edycjach ciężko mi było. Fakt, że na podjazdach nieco odstawałem, ale ciągnąłem swoim tempem. Po krótkiej chwili na szczycie dochodziłem do partnera.
Jednak mojej mocy i zapały skończyło się po jakiś 50-60 km. Zaczynałem mieć już dość. Pojawiały się już pytania, niby żartobliwie, ile jeszcze punktów, kiedy do domu. Jednak jechałem dalej. Zaliczaliśmy powoli punkty mozolnie czasami brnąc pod górę. Najbardziej byłem wkurzony na organizatorów, że punkty zlokalizowane zostały nie przy drodze, ale gdzieś trzeba było jeszcze schodzić po krzakach, czy schodzić stromym urwiskiem obok źródełka. Skoro jeździmy na rowerach, to niech to będzie dostępne niemalże z siodełka.
Teraz właśnie dokładnie doświadczyłem znanego powiedzenia: "że to łydka wygrywa". Faktycznie łydy mnie wówczas najbardziej bolały, biorąc jeszcze pod uwagę, że to było mocno po półmetku.
Kiedy czas nieubłaganie zbliżał się do końca, ja coraz bardziej opadałem z sił. Już od jakiegoś czasu mówiłem: "zostaw mnie, jedź sam, bo masz szansę do dobry wynik". Ale dalej jechaliśmy razem. W końcu, kiedy zostało do zaliczenia 2 punkty, powiedziałem, że nie dam rady, że definitywnie jadę na metę. Już nie miałem sił.
Więc etap zakończyliśmy z dwoma niezaliczonymi punktami. Choć tak patrząc na mapę, to można było jeszcze "po drodze" zaliczyć jeszcze jeden. No ale, było minęło.
Sam powrót okazał się bardzo przyjemny, bowiem sporo było zjazdów. Na metę wjechaliśmy jako jedni z pierwszych. Hm, nieco mnie to zmartwiło, bo pomyślałem, że będzie kiepskie miejsce, że ... wracam do domu, albo, że jutro jadę sam. Kiedy jednak zjedliśmy i odpoczęliśmy nieco, ochota do dalszej jazdy powróciła. Ale razem z nią, powróciła obawa przed jutrzejszym dniem, który miał być sprawdzianem "dla prawdziwych mężczyzn" - jak to ujął mój partner. A to ze względu na fatalne prognozy pogody, gdzie miało być zimno i miało padać. No, ale to wszystko było przed nami.

Jazda w kukurzydzy.© Zenek
Wracam właśnie wkurzony z zaliczenia punktu przy źródełku.

Powrót ze źródła.© Zenek
Poza tym bardzo fajne leśne dukty, jednak na wyraźniejsze zdjęcia nie było ponownie czasu.

Leśna droga.© Zenek
I jedziemy "do domu".

Zjazdy do mety.© Robert
A po dzisiejszej jeździe wyrosły mi ... rogi.

Robert z rogami.© Zenek
Wszystkie zdjęcia z telefonu partnera, który miał czas na podziwianie widoków.
A jakby ktoś chciał zobaczyć trasę naszego przejazdu, to poniżej zapisany ślad.
.
Pora na Roztocze
Poniedziałek, 6 sierpnia 2012 | dodano:03.09.2012Kategoria Inne miejscówki, Pełnia szczęścia
| Dst.: | 55.39 | Off-road: | 12.80 | Czas: | 04:12 | Avg: | 13.19 |
| Vmax: | 32.00 | Temp.: | 40.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 182m | Bike: | GT | ||
Nareszcie upragnione wczasy. Co prawda w tym roku byłem już na wspaniałym tygodniu na Mazurach i to jeszcze spędzonym na rowerze, no ale tym razem urlop rodzinny na ulubionym Roztoczu.
Wpis obejmuje w sumie aż trzy jazdy, ponieważ jakoś tak wyszło, że nie było jak wcześniej pisać. Tak więc jeździliśmy do sąsiedniej większej miejscowości, czy na taką drogę polną.
Jednak większą część dystansu pokonaliśmy jadąc szlakiem turystycznym nad znane "Szumy" na Tanwi. W zeszłym roku nam się nie udało, więc tym razem zmierzyliśmy się ponownie. A jak widać na zdjęciu szlak nie należy do łatwych. A jeszcze należy zaznaczyć, że w dniu dzisiejszym temperatura szczególnie dawała się we znaki, bowiem na terenie otwartym dochodziła do ... 40 st. W takiej temperaturze jeszcze nie jeździłem. Więc konieczne było uzupełnianie płynów.

Wpis obejmuje w sumie aż trzy jazdy, ponieważ jakoś tak wyszło, że nie było jak wcześniej pisać. Tak więc jeździliśmy do sąsiedniej większej miejscowości, czy na taką drogę polną.
Jednak większą część dystansu pokonaliśmy jadąc szlakiem turystycznym nad znane "Szumy" na Tanwi. W zeszłym roku nam się nie udało, więc tym razem zmierzyliśmy się ponownie. A jak widać na zdjęciu szlak nie należy do łatwych. A jeszcze należy zaznaczyć, że w dniu dzisiejszym temperatura szczególnie dawała się we znaki, bowiem na terenie otwartym dochodziła do ... 40 st. W takiej temperaturze jeszcze nie jeździłem. Więc konieczne było uzupełnianie płynów.

Urokliwe szlaki na Roztoczu.© Robert

Odpoczynek na szlaku.© Robert
Szalony powrót
Piątek, 13 lipca 2012 | dodano:21.08.2012Kategoria Inne miejscówki, Mazury 2012, Pełnia szczęścia
| Dst.: | 50.19 | Off-road: | 3.00 | Czas: | 03:43 | Avg: | 13.50 |
| Vmax: | 29.50 | Temp.: | 21.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 324m | Bike: | GT | ||
Mazury 2012
Etap 6: Gierłoż - Mikołajki
Dzisiejszego dnia "rzuciliśmy" się na szalony pomysł połączenia dwóch etapów w jeden. Taki pomysł padł jeszcze w dniu wczorajszym, a ponieważ mieliśmy dogodne warunki wypoczynkowe (bo i hotel, i gotowe śniadanko), więc wstępnym planem było dojechanie do samych Mikołajek.
Mówiąc szczerze, to nieco obawiałem się tego przejazdu. Oczywiście głównie o syna, który do tej pory nie pokonywał za jednym razem takiego dystansu, nawet bez bagażu. No ale zawsze mogliśmy w połowie trasy zatrzymać się, zgodnie z pierwotnymi planami. Moje obawy potęgował jeszcze fakt, że akurat dziś wiał nam w twarz dość silny wiatr, co jak wiadomo nie sprzyja dobrej jeździe. No ale po obfitym hotelowym śniadanku, pełni nowych humorów ruszyliśmy w drogę.
Wczorajsze dopytywanie o drogę przyniosło skutek, ponieważ nie musieliśmy zbytnio błądzić i szukać przebiegu ścieżki rowerowej. Jeden z miejscowych powiedział, że spokojnie można rowerem przejechać. Nie wspomniał jednak, że jest to jeszcze stara poniemiecka droga, wybrukowana kamieniami. Zapewne drogami tymi jeździły jeszcze niemieckie wozy wojskowe, a być może i z Hitlerem na czele.
Jednak ze względu na planowaną długość trasy musieliśmy nieco pocierpieć, a szczególnie nasze tyłki. Sama droga w sumie bardzo fajna. Moją uwagę przykuły zlokalizowane kolejne pozostałości po bunkrach niemieckich, jak również urokliwe bagno, których w tych okolicach jest dość sporo. Nie dziwi więc decyzja o budowaniu zespołu bunkrów na swoją kwaterę główną.
Kiedy w końcu po kilku kilometrach takiej jazdy dopadliśmy do asfaltu, nasza radość była ogromna. Można było i podkręcić nieco tempa. Tym razem szukaliśmy pierwszego lepszego sklepu, aby uzupełnić braki w napojach.
Przed nami pozostawała jeszcze jedna niewiadoma co do wyboru trasy. Najlepszym rozwiązaniem było wybranie polnej drogi, którą zresztą przebiegał szlak rowerowy. A ponieważ jest to lepsze rozwiązanie, więc po uzupełnieniu bidonów ruszyliśmy we właściwą stronę. Droga, która początkowo była fajną szutrówką, nagle zamieniła się faktycznie w polną i piaszczystą drogę. Szczególnie mój załadowany rower zakopywał się skutecznie w piachu, uniemożliwiając dalszą jazdę. Mało tego, nagle nad naszymi głowami zaczęła krążyć chmara gzów i innego dziadostwa owadów. Decyzja o odwrocie zapadła bardzo szybko. Te kilka kilometrów dość mocno nas zmęczyły.
Postanowiliśmy więc jechać dalej już asfaltowymi drogami, mając nadzieję na jednak słabe natężenie ruchu. Tak jadąc powoli w kierunku Rynu postanowiłem tym razem jechać na przodzie naszego "peletonu". Wiatr wziąłem na siebie. Chłopak oczywiście się zgodził, co było słusznym rozwiązaniem. W taki sposób dojechaliśmy do Rynu, gdzie w przerwie na posiłek zaczęliśmy rozważać pokonanie dalszych 17 km.
Jedziemy. Zapadła decyzja syna, więc po uzupełnieniu kalorii ruszyliśmy dalej na południe. Trasa na szczęście była mało ruchliwa, więc jechało nam się przyjemnie. Jedynie wiatr utrudniał swobodną jazdę. I tym razem to ja prowadziłem grupę.
Najtrudniejszym fragmentem trasy były chyba ostatnie kilka kilometrów przed Mikołajkami, bowiem jechaliśmy ruchliwą trasą, pod spory wiatr i jeszcze bez żadnej osłony w postaci drzew. Jednak powoli w oddali "zbliżała się" do nas tabliczka z napisem "Mikołajki". Można powiedzieć, że cel zrealizowany, zamknęliśmy kółko mazurskie. Pozostało jedynie dojechać jeszcze na kemping i po raz ostatni rozłożyć biwak. Ostatnie wzniesienie przed kempingiem mój syn pokonał w oszałamiającym tempie, zostawiając ojca daleko z tyłu.
Tak więc oto zakończyliśmy naszą przygodę. Obaj zgodziliśmy się, że to nie koniec naszych wyjazdów, że może w przyszłym roku znów uda się zaplanować i zwiedzić część Polski.
Mnie cieszy fakt, że taka forma wypoczynku spodobała się mojemu synowi. Cieszy, ponieważ od dawna tęskniło mi się za sakwami, za namiotem i codzienną jazdą rowerową. Nareszcie mogłem zrealizować swoje marzenia.
Kiedy już emocje opadły, kiedy już rozłożyliśmy cały majdan, koniecznie trzeba było iść jeszcze na spacer wieczorny po Mikołajkach, przy okazji zjadając porządny posiłek. Jutro bowiem czekała nas droga powrotna do domu.








Etap 6: Gierłoż - Mikołajki
Dzisiejszego dnia "rzuciliśmy" się na szalony pomysł połączenia dwóch etapów w jeden. Taki pomysł padł jeszcze w dniu wczorajszym, a ponieważ mieliśmy dogodne warunki wypoczynkowe (bo i hotel, i gotowe śniadanko), więc wstępnym planem było dojechanie do samych Mikołajek.
Mówiąc szczerze, to nieco obawiałem się tego przejazdu. Oczywiście głównie o syna, który do tej pory nie pokonywał za jednym razem takiego dystansu, nawet bez bagażu. No ale zawsze mogliśmy w połowie trasy zatrzymać się, zgodnie z pierwotnymi planami. Moje obawy potęgował jeszcze fakt, że akurat dziś wiał nam w twarz dość silny wiatr, co jak wiadomo nie sprzyja dobrej jeździe. No ale po obfitym hotelowym śniadanku, pełni nowych humorów ruszyliśmy w drogę.
Wczorajsze dopytywanie o drogę przyniosło skutek, ponieważ nie musieliśmy zbytnio błądzić i szukać przebiegu ścieżki rowerowej. Jeden z miejscowych powiedział, że spokojnie można rowerem przejechać. Nie wspomniał jednak, że jest to jeszcze stara poniemiecka droga, wybrukowana kamieniami. Zapewne drogami tymi jeździły jeszcze niemieckie wozy wojskowe, a być może i z Hitlerem na czele.
Jednak ze względu na planowaną długość trasy musieliśmy nieco pocierpieć, a szczególnie nasze tyłki. Sama droga w sumie bardzo fajna. Moją uwagę przykuły zlokalizowane kolejne pozostałości po bunkrach niemieckich, jak również urokliwe bagno, których w tych okolicach jest dość sporo. Nie dziwi więc decyzja o budowaniu zespołu bunkrów na swoją kwaterę główną.
Kiedy w końcu po kilku kilometrach takiej jazdy dopadliśmy do asfaltu, nasza radość była ogromna. Można było i podkręcić nieco tempa. Tym razem szukaliśmy pierwszego lepszego sklepu, aby uzupełnić braki w napojach.
Przed nami pozostawała jeszcze jedna niewiadoma co do wyboru trasy. Najlepszym rozwiązaniem było wybranie polnej drogi, którą zresztą przebiegał szlak rowerowy. A ponieważ jest to lepsze rozwiązanie, więc po uzupełnieniu bidonów ruszyliśmy we właściwą stronę. Droga, która początkowo była fajną szutrówką, nagle zamieniła się faktycznie w polną i piaszczystą drogę. Szczególnie mój załadowany rower zakopywał się skutecznie w piachu, uniemożliwiając dalszą jazdę. Mało tego, nagle nad naszymi głowami zaczęła krążyć chmara gzów i innego dziadostwa owadów. Decyzja o odwrocie zapadła bardzo szybko. Te kilka kilometrów dość mocno nas zmęczyły.
Postanowiliśmy więc jechać dalej już asfaltowymi drogami, mając nadzieję na jednak słabe natężenie ruchu. Tak jadąc powoli w kierunku Rynu postanowiłem tym razem jechać na przodzie naszego "peletonu". Wiatr wziąłem na siebie. Chłopak oczywiście się zgodził, co było słusznym rozwiązaniem. W taki sposób dojechaliśmy do Rynu, gdzie w przerwie na posiłek zaczęliśmy rozważać pokonanie dalszych 17 km.
Jedziemy. Zapadła decyzja syna, więc po uzupełnieniu kalorii ruszyliśmy dalej na południe. Trasa na szczęście była mało ruchliwa, więc jechało nam się przyjemnie. Jedynie wiatr utrudniał swobodną jazdę. I tym razem to ja prowadziłem grupę.
Najtrudniejszym fragmentem trasy były chyba ostatnie kilka kilometrów przed Mikołajkami, bowiem jechaliśmy ruchliwą trasą, pod spory wiatr i jeszcze bez żadnej osłony w postaci drzew. Jednak powoli w oddali "zbliżała się" do nas tabliczka z napisem "Mikołajki". Można powiedzieć, że cel zrealizowany, zamknęliśmy kółko mazurskie. Pozostało jedynie dojechać jeszcze na kemping i po raz ostatni rozłożyć biwak. Ostatnie wzniesienie przed kempingiem mój syn pokonał w oszałamiającym tempie, zostawiając ojca daleko z tyłu.
Tak więc oto zakończyliśmy naszą przygodę. Obaj zgodziliśmy się, że to nie koniec naszych wyjazdów, że może w przyszłym roku znów uda się zaplanować i zwiedzić część Polski.
Mnie cieszy fakt, że taka forma wypoczynku spodobała się mojemu synowi. Cieszy, ponieważ od dawna tęskniło mi się za sakwami, za namiotem i codzienną jazdą rowerową. Nareszcie mogłem zrealizować swoje marzenia.
Kiedy już emocje opadły, kiedy już rozłożyliśmy cały majdan, koniecznie trzeba było iść jeszcze na spacer wieczorny po Mikołajkach, przy okazji zjadając porządny posiłek. Jutro bowiem czekała nas droga powrotna do domu.

Dzisiejsza luksusowa miejscówka.© Robert

Stare niemieckie drogi.© Robert

W okolicach dużo jest bagien.© Robert

Mazurskie drogi.© Robert

Postój 'Pod byczkiem' na posiłek.© Robert

Cel osiągnięty.© Robert

Rower wodny.© Robert

Na rynku w Mikołajkach.© Robert

Niestety - powrót do domu.© Robert






