Wpisy archiwalne w kategorii
Wybrzeże 2013
| Dystans całkowity: | 315.01 km (w terenie 112.00 km; 35.55%) |
| Czas w ruchu: | 22:50 |
| Średnia prędkość: | 13.80 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 41.00 km/h |
| Suma podjazdów: | 1198 m |
| Liczba aktywności: | 8 |
| Średnio na aktywność: | 39.38 km i 2h 51m |
| Więcej statystyk | |
Dzień 7: Władysławowo - Gdynia
Sobota, 20 lipca 2013 | dodano:26.09.2013Kategoria Inne miejscówki, Wybrzeże 2013, Średnia przyjemność
| Dst.: | 45.13 | Off-road: | 10.00 | Czas: | 02:50 | Avg: | 15.93 |
| Vmax: | 41.00 | Temp.: | 24.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 287m | Bike: | GT | ||
<- Dzień szósty
Ostatni etap. Nie wiadomo, czy się cieszyć, czy smucić. Zapewne jedno i drugie. Cieszyć, ponieważ już tęsknimy za resztą rodziny, a smucimy, bo pewnie jeszcze pojechalibyśmy dalej, choćby przed siebie.
Zbieramy się jak zwykle ok. 9.00. Przejazd przez Władysławowo nie należy do ciekawych, ponieważ mimo wczesnej pory, to ruch samochodowy jest już znaczny. Niby wykonana jest droga dla rowerów, która jednak jest przerywana i do kitu z taką jazdą.
Sama droga do Gdyni jest bardzo ruchliwa, jednak wzdłuż Zatoki Puckiej poprowadzono drogę dla rowerów. A przynajmniej droga taka jest do Pucka, fajna, wykonana z kostki, ale co ważne, bezpieczna. Na wyjeździe z Władysławowa na rondzie spotykamy dwóch rowerzystów, z których jeden dość szybko “rzucił”, że oni to kończą trasę dookoła Polski w 31 dni. Tylko pozazdrościć.
Droga rowerowa doprowadziła na do Pucka. Nie ukrywam, że ja dalej chciałem jechać lokalnymi drogami do samej Gdyni. Jednak mojemu synowi spodobała się jazda szlakiem R10. A jeszcze jak zobaczył na jednej z tabliczek opis przebiegu tego szlaku, to na informację, że szlak wiedzie dookoła Morza Bałtyckiego, mój syn spytał mnie:
„- A ile by nam, tato, zajęło pokonanie całego tego szlaku. Czy 31 dni wystarczy?”. Po krótkim zastanowieniu rzuciłem krótko: „- A może z rok czasu.” Po czym dodałem: „- Dokładnie nie wiem, ale pewnie szlak ma ok. 6 tys. km.”. Syn jedynie się zająknął i nic nie powiedział.
Szlak ten jednak dalej prowadził na Cypel Rewski i dalej wzdłuż zatoki do Gdyni. Ponieważ godzina była “młoda”, więc zgodziłem się, choć później tego żałowałem. Droga rowerowa wiodła nas dalej z ciekawymi widokami. Nagle kostka się urywa i … żyto z małą udeptaną ścieżką. Ładnie. No cóż, nie takimi ścieżkami już jechaliśmy, więc nie zraziło nas to zupełnie i pojechaliśmy dalej. Widoki nadal były super, choć trzeba było uważać, bo wąska ścieżka wiodła nad stromym urwiskiem. Zakręci się w głowie i … strach pomyśleć.
Jedziemy sobie przez to pole żyta, kłosy uderzają w sakwy rytmicznie, a nagle przed nami zaczyna się stromy zjazd, aby za chwilę przejść w strome podejście. Zjechać zjechaliśmy, ale już trudniej było z wprowadzeniem szczególnie mojego roweru. Rower Karola wniosłem, a mój jakoś we dwóch wepchaliśmy na sam szczyt. Zziajani wsiadamy na rowery, kręcimy dalej polem, a tu za chwilę “powtórka z rozrywki”, a tą różnicą, że następne podejście o wiele dłuższe i trudniejsze. No jakże się wkurzyłem, czego efektem było parę niecenzuralnych słów. Miałem tego dosyć. I znów rower Karola jakoś wniosłem na górę, ale swojego nie ruszyłem. Nie miałem szans na jego wprowadzenie. Nie było wyjścia, jak ściągnąć sakwy i na raty wtargać cały majdan do górkę. Byłem wykończony i wkurzony. “- Dość tej turystyki, jedziemy dalej asfaltami” - rzuciłem surowo do syna.
Przy najbliższej okazji złapaliśmy asfalt i pomknęliśmy do drogi, którą z Pucka planowałem jechać. Tym samym dołożyliśmy ok. 10 km. No ale kto to wiedział, że takie niespodzianki znajdziemy na szlaku rowerowym.
Po drodze jeszcze natknęliśmy się na pozostałości i osadę pierwszych łowców fok. Zatrzymaliśmy się jedynie na zarchiwizowanie tego miejsca przy piecu do wypalania garnków.
Dalsza droga do Gdyni mało ciekawa, bowiem spory ruch samochodowy. Byliśmy już nieco zmęczeni tym etapem, co odbiło się na naszej prędkości. Starałem się szukać takich dróg, aby jak najkrótszą drogą dojechać do Gdyni. Już od miejscowości Pierwoszyno do samej Gdyni wjechaliśmy na przepiękną drogę dla rowerów.
Pozostawało nam jedynie dojechać do naszego parkingu, gdzie tydzień temu zostawiliśmy nasz samochód.
Sam dojazd nie wydawał się na mapie jakoś skomplikowany. Prawie cały czas prosto. Jednak po tygodniu jazdy czasami w głuszy i po lesie, nagle zgiełk dużego miasta jakoś nas stłumił, że poczuliśmy się zagubieni. Jak tu teraz dojechać do naszego parkingu, skoro w naszą stronę prowadzą same ruchliwe ulice? Pomyślałem, że najwyżej jakoś chodnikami dojdziemy. Ale całe szczęście, że jakoś intuicja mnie nie zawiodła, ale zaprowadziła nas na skraj wiaduktu, który specjalnie został wykonany wyłącznie dla rowerów. Coś tam po tym kiedyś czytałem na necie, ale zdziwiło mnie, że przejazd został zastawiony betonowymi barykadami. Czemu, sam nie wiem, ale podobno i miejscowi też nie znają przyczyny zamknięcia tego przejazdu, o czym poinformował nas miły miejscowy mieszkaniec Gdyni. Stwierdził, że i tak wszyscy tą drogą jeżdżą, o czym wkrótce przekonałem się naocznie widząc jednego rowerzystę. Pozostawał jedynie problem przerzucenia mojego roweru przez tę barykadę.
Po chwili byliśmy już na drugim końcu, będąc pełni podziwu dla wykonania tej ścieżki i z zazdrością oglądałem się za siebie. Szkoda, że u nas w mieście tak nie myślą o rowerzystach. Jak się okazało byliśmy tuż przy parkingu. Ochoczo ruszyliśmy na końcowe metry naszej wyprawy.
Uroczyście “przybiliśmy piątki” na zakończenie wyprawy. Kolejnej udanej wspólnej wyprawy rowerowej. Udanej? - jak się za chwilę okazało, nie do końca.
Po przebraniu się, spakowaniu całego ekwipunku, wsiadamy i pora ruszać w drogę powrotną do domu. Cóż, kiedy jednak samochód ani do przodu, ani do tyłu się nie ruszył.
Efektem czego było zabranie tylko potrzebnych rzeczy i pozostawienie samochodu w dobrych rękach mechanika, a sami udaliśmy się na peron dworca, z którego zaczynaliśmy tydzień temu naszą przygodę, która jak widać, zakończyła się mało ciekawie.
Zmęczeni, zrezygnowani i zmartwieni, późno w nocy dotarliśmy do domu. Tak oto zakończyła się nasza wyprawa rowerowa na wschodnie wybrzeże Polski.
Podsumowanie:
Była to moja druga wspólna z synem wyprawa rowerowa. Myślę, że mimo nie najlepszego jej końca, również i tą możemy zaliczyć do udanych. Teraz byliśmy już bardziej doświadczeni, czego efektem były choćby dłuższe dystanse. Pakowanie bagażu nie nastręczało tyle problemów.
Pogoda również dopisała, a najważniejsze, że nie padał deszcz, bowiem to jest najbardziej uciążliwe, szczególnie przy jeździe z dzieckiem. Na szczęście nie trapiły nas żadne defekty, czy kontuzje. Tak więc pod tym względem obaj jesteśmy bardzo zadowoleni.
Trasa wydaje mi się, że była ciekawa i atrakcyjna. Momentami nawet dość ciężka do pokonania. Z jednym błędem nawigacyjnym dojechaliśmy do naszego celu.
Awaria samochodu na jakiś czas ostudziła jednak nasze emocje i smucie planów na następne eskapady.



Ostatni etap. Nie wiadomo, czy się cieszyć, czy smucić. Zapewne jedno i drugie. Cieszyć, ponieważ już tęsknimy za resztą rodziny, a smucimy, bo pewnie jeszcze pojechalibyśmy dalej, choćby przed siebie.
Zbieramy się jak zwykle ok. 9.00. Przejazd przez Władysławowo nie należy do ciekawych, ponieważ mimo wczesnej pory, to ruch samochodowy jest już znaczny. Niby wykonana jest droga dla rowerów, która jednak jest przerywana i do kitu z taką jazdą.
Sama droga do Gdyni jest bardzo ruchliwa, jednak wzdłuż Zatoki Puckiej poprowadzono drogę dla rowerów. A przynajmniej droga taka jest do Pucka, fajna, wykonana z kostki, ale co ważne, bezpieczna. Na wyjeździe z Władysławowa na rondzie spotykamy dwóch rowerzystów, z których jeden dość szybko “rzucił”, że oni to kończą trasę dookoła Polski w 31 dni. Tylko pozazdrościć.
Droga rowerowa doprowadziła na do Pucka. Nie ukrywam, że ja dalej chciałem jechać lokalnymi drogami do samej Gdyni. Jednak mojemu synowi spodobała się jazda szlakiem R10. A jeszcze jak zobaczył na jednej z tabliczek opis przebiegu tego szlaku, to na informację, że szlak wiedzie dookoła Morza Bałtyckiego, mój syn spytał mnie:
„- A ile by nam, tato, zajęło pokonanie całego tego szlaku. Czy 31 dni wystarczy?”. Po krótkim zastanowieniu rzuciłem krótko: „- A może z rok czasu.” Po czym dodałem: „- Dokładnie nie wiem, ale pewnie szlak ma ok. 6 tys. km.”. Syn jedynie się zająknął i nic nie powiedział.
Szlak ten jednak dalej prowadził na Cypel Rewski i dalej wzdłuż zatoki do Gdyni. Ponieważ godzina była “młoda”, więc zgodziłem się, choć później tego żałowałem. Droga rowerowa wiodła nas dalej z ciekawymi widokami. Nagle kostka się urywa i … żyto z małą udeptaną ścieżką. Ładnie. No cóż, nie takimi ścieżkami już jechaliśmy, więc nie zraziło nas to zupełnie i pojechaliśmy dalej. Widoki nadal były super, choć trzeba było uważać, bo wąska ścieżka wiodła nad stromym urwiskiem. Zakręci się w głowie i … strach pomyśleć.
Jedziemy sobie przez to pole żyta, kłosy uderzają w sakwy rytmicznie, a nagle przed nami zaczyna się stromy zjazd, aby za chwilę przejść w strome podejście. Zjechać zjechaliśmy, ale już trudniej było z wprowadzeniem szczególnie mojego roweru. Rower Karola wniosłem, a mój jakoś we dwóch wepchaliśmy na sam szczyt. Zziajani wsiadamy na rowery, kręcimy dalej polem, a tu za chwilę “powtórka z rozrywki”, a tą różnicą, że następne podejście o wiele dłuższe i trudniejsze. No jakże się wkurzyłem, czego efektem było parę niecenzuralnych słów. Miałem tego dosyć. I znów rower Karola jakoś wniosłem na górę, ale swojego nie ruszyłem. Nie miałem szans na jego wprowadzenie. Nie było wyjścia, jak ściągnąć sakwy i na raty wtargać cały majdan do górkę. Byłem wykończony i wkurzony. “- Dość tej turystyki, jedziemy dalej asfaltami” - rzuciłem surowo do syna.
Przy najbliższej okazji złapaliśmy asfalt i pomknęliśmy do drogi, którą z Pucka planowałem jechać. Tym samym dołożyliśmy ok. 10 km. No ale kto to wiedział, że takie niespodzianki znajdziemy na szlaku rowerowym.
Po drodze jeszcze natknęliśmy się na pozostałości i osadę pierwszych łowców fok. Zatrzymaliśmy się jedynie na zarchiwizowanie tego miejsca przy piecu do wypalania garnków.
Dalsza droga do Gdyni mało ciekawa, bowiem spory ruch samochodowy. Byliśmy już nieco zmęczeni tym etapem, co odbiło się na naszej prędkości. Starałem się szukać takich dróg, aby jak najkrótszą drogą dojechać do Gdyni. Już od miejscowości Pierwoszyno do samej Gdyni wjechaliśmy na przepiękną drogę dla rowerów.
Pozostawało nam jedynie dojechać do naszego parkingu, gdzie tydzień temu zostawiliśmy nasz samochód.
Sam dojazd nie wydawał się na mapie jakoś skomplikowany. Prawie cały czas prosto. Jednak po tygodniu jazdy czasami w głuszy i po lesie, nagle zgiełk dużego miasta jakoś nas stłumił, że poczuliśmy się zagubieni. Jak tu teraz dojechać do naszego parkingu, skoro w naszą stronę prowadzą same ruchliwe ulice? Pomyślałem, że najwyżej jakoś chodnikami dojdziemy. Ale całe szczęście, że jakoś intuicja mnie nie zawiodła, ale zaprowadziła nas na skraj wiaduktu, który specjalnie został wykonany wyłącznie dla rowerów. Coś tam po tym kiedyś czytałem na necie, ale zdziwiło mnie, że przejazd został zastawiony betonowymi barykadami. Czemu, sam nie wiem, ale podobno i miejscowi też nie znają przyczyny zamknięcia tego przejazdu, o czym poinformował nas miły miejscowy mieszkaniec Gdyni. Stwierdził, że i tak wszyscy tą drogą jeżdżą, o czym wkrótce przekonałem się naocznie widząc jednego rowerzystę. Pozostawał jedynie problem przerzucenia mojego roweru przez tę barykadę.
Po chwili byliśmy już na drugim końcu, będąc pełni podziwu dla wykonania tej ścieżki i z zazdrością oglądałem się za siebie. Szkoda, że u nas w mieście tak nie myślą o rowerzystach. Jak się okazało byliśmy tuż przy parkingu. Ochoczo ruszyliśmy na końcowe metry naszej wyprawy.
Uroczyście “przybiliśmy piątki” na zakończenie wyprawy. Kolejnej udanej wspólnej wyprawy rowerowej. Udanej? - jak się za chwilę okazało, nie do końca.
Po przebraniu się, spakowaniu całego ekwipunku, wsiadamy i pora ruszać w drogę powrotną do domu. Cóż, kiedy jednak samochód ani do przodu, ani do tyłu się nie ruszył.
Efektem czego było zabranie tylko potrzebnych rzeczy i pozostawienie samochodu w dobrych rękach mechanika, a sami udaliśmy się na peron dworca, z którego zaczynaliśmy tydzień temu naszą przygodę, która jak widać, zakończyła się mało ciekawie.
Zmęczeni, zrezygnowani i zmartwieni, późno w nocy dotarliśmy do domu. Tak oto zakończyła się nasza wyprawa rowerowa na wschodnie wybrzeże Polski.
Podsumowanie:
Była to moja druga wspólna z synem wyprawa rowerowa. Myślę, że mimo nie najlepszego jej końca, również i tą możemy zaliczyć do udanych. Teraz byliśmy już bardziej doświadczeni, czego efektem były choćby dłuższe dystanse. Pakowanie bagażu nie nastręczało tyle problemów.
Pogoda również dopisała, a najważniejsze, że nie padał deszcz, bowiem to jest najbardziej uciążliwe, szczególnie przy jeździe z dzieckiem. Na szczęście nie trapiły nas żadne defekty, czy kontuzje. Tak więc pod tym względem obaj jesteśmy bardzo zadowoleni.
Trasa wydaje mi się, że była ciekawa i atrakcyjna. Momentami nawet dość ciężka do pokonania. Z jednym błędem nawigacyjnym dojechaliśmy do naszego celu.
Awaria samochodu na jakiś czas ostudziła jednak nasze emocje i smucie planów na następne eskapady.

Droga rowerowa nad zatoką Pucką© Robert

Na trasie zwiedzanie osady łowców fok© Robert

Wspaniały przejazd rowerowy w Gdynii© Robert

"PKP wita was"© Robert
Dzień 6: Białogóra - Władysławowo
Piątek, 19 lipca 2013 | dodano:24.09.2013Kategoria Inne miejscówki, Średnia przyjemność, Wybrzeże 2013
| Dst.: | 31.77 | Off-road: | 10.00 | Czas: | 02:15 | Avg: | 14.12 |
| Vmax: | 28.00 | Temp.: | 20.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 84m | Bike: | GT | ||
<- Dzień piąty
Po wczorajszym słonecznym dniu, dziś pogoda wygląda mniej ciekawie. Pochmurno i wieje, ale to już norma. Dzisiejszy plan zakładał dojechanie do Władysławowa. Po drodze czekała na nas kolejna, ostatnia w naszych planach latarnia morska na Rozewiu. Kiedyś miejsce to uważane było za najdalej na północ wysunięty skrawek Polski. A ten punkt jest jednak na plaży w Jastrzębiej Górze.
Wczorajsza zimna pizza na śniadanie smakowała nawet przyzwoicie. Tak więc posileni i pełni zapału do kolejnego etapu, nastrajało nas optymistycznie. Na “dzień dobry” trzeba było rozpoznać, którą drogą wyjechać z Białogóry. Po szybkiej analizie mapy i dzięki wczorajszemu szukaniu jakiegoś pola namiotowego, mniej więcej wiedziałem, w którą stronę się udać. Droga szykowała się całkiem fajna. Znów wybraliśmy drogę rowerową, która była leśną drogą gruntową.
Nasz zapał i zadowolenie z trasy jednak szybko ustąpiło przekleństwom na dość spory piach, a co przy moim bagażu skutecznie mnie spowalniało. Spora ekipa rowerzystów minęła nas wkrótce, jadąc spokojnie. No ale na luźno, to każdy tak potrafi. Nie mieliśmy wyjścia, ponieważ innej drogi nie było. Spotkani turyści powiedzieli, że tylko jeszcze kawałek taki kiepski jest, a później jest już lepiej. Faktycznie tak było, że momentami cała opona zapadała się w piach. Okazało się, że droga ta jest w trakcie budowy / remontu, ponieważ mijaliśmy jadący walec. Dalej było właśnie już lepiej. Dojechaliśmy do ujścia rzeki Piaśnicy, którą to chciałem pokazać synowi jako ciekawostkę przyrodniczą. Mało bowiem jest takich miejsc tak dostępnych z siodełka rowerowego.
Rzeka ta na sporym odcinku do wybuchu II wojny światowej była granicą Polski z Rzeszą Niemiecką. Więc jakby nie patrzeć przekraczaliśmy granicę.
Tym sposobem wjechaliśmy do cywilizacji, do miejscowości Dębki, jednak nie zatrzymywaliśmy się na przystanek, a przemknęliśmy sobie spokojnie, wpadając na nadmorską drogą, która na mapie zaznaczona była jako szlak konny. Jednak żadnego zaprzęgu nie spotkaliśmy, a rowerzystów znacznie więcej. Droga nie była z tych idealnych, ale przyzwyczailiśmy się już do takich niewygód.
Na tym odcinku drogi nie było nic ciekawego, tak więc dość szybko dotarliśmy do Karwii, wpadając na główną drogę 215 do Władysławowa. Tym samym musieliśmy wzmocnić naszą czujność, ze względu na znaczny ruch samochodowy. Szkoda, że władze tej gminy nie zrobiły nic dla polepszenia warunków poruszania się rowerzystów, a w tym miejscu jeździ ich znaczna ilość. Nawet nie ma sensownego pobocza, gdzie można by spokojnie sobie jechać.
Ten wzmożony ruch na tyle był spory, że przed Jastrzębią Górą utworzył się na dojeździe spory korek. Niestety z naszymi rowerami nie przepychaliśmy się bokami, bo było to bardziej niebezpieczne. Pobocze było nierówne i łatwo było o wywrotkę. Dlatego takim ślimaczym tempem dojechaliśmy do Jastrzębiej Góry.
Tutaj mieliśmy problem z pokonaniem podjazdu, bowiem korek uniemożliwiał płynną jazdę, a ciągłe stawanie i ruszanie pod górkę było denerwujące. Dlatego też postanowiliśmy przebić się jakoś chodnikiem. Nie było to łatwe ze względu na pieszych, ale jakoś kulturalnie mijaliśmy się bez uszczerbku i kłopotów.
Z Jastrzębiej pilnowałem zjazdu pod latarnię w Rozewiu. Nie musiałem zbytnio się wysilać, bowiem rzeka ludzi ułatwiła to zadanie. Jednak rzeka ta nie ułatwiała wjazdu pod latarnię, a na dodatek miałem problem z przednią przerzutką, która nie chciała “spaść” na najmniejszą zębatkę.
Podjazd krótki i wkrótce stanęliśmy w środku jakby jakiejś galerii handlowej w dniach największej wyprzedaży. Tłumy ludzi nie zachęcały do dłuższego postoju. Dlatego po udokumentowaniu faktu wizyty pod latarnią, szybko zjechaliśmy dalej. Miałem dalej nadzieję, że korek już się skończył, ale niestety trwał nadal. Na szczęście w tym miejscu pobocze było na tyle szerokie i przejezdne, że udaliśmy się prosto do Władysławowa.
Kemping wybrałem ciekawy, a przynajmniej taki mi się wydawał. Jednak już na wstępie co najmniej dziwne przepisy zmieniły moje zdanie na temat tego obiektu. Jedynie co zasługiwało na plus, to widok z namiotu na morze (choć budząc się nad ranem widok ten zasłonił nam inny, większy namiot).
Kemping był zaraz na początku Władysławowa, a ponieważ wiedziałem, że do centrum jest kawałek, więc posililiśmy się w najbliższym barze. Niestety konieczne było już wprowadzenie programu oszczędnościowego, ponieważ finanse powoli się kończyły.
Później zaproponowałem przejście plażą od kempingu, aż do portu. Niestety pogoda nie była na plażowanie, więc nie było innego wyjścia. Spokojnie, noga za nogą, brnęliśmy w piachu. W porcie pogapiliśmy się na łódki, statki i co tam jeszcze pływało. Po drodze zakupiliśmy obiad do namiotu (zawsze to taniej). W tym czasie spotkał nas pierwszy i jedyny deszcz na trasie, jednak trwał on bardzo krótko.
Obiadek wyszedł pyszny (pierogi z truskawkami), a z braku innych zajęć poszliśmy wcześniej wykonać odpowiednie zabiegi higieniczne i do spania. Jutro czekał nas ostatni etap, dojazd do Gdyni.





Dzień siódmy ->
Po wczorajszym słonecznym dniu, dziś pogoda wygląda mniej ciekawie. Pochmurno i wieje, ale to już norma. Dzisiejszy plan zakładał dojechanie do Władysławowa. Po drodze czekała na nas kolejna, ostatnia w naszych planach latarnia morska na Rozewiu. Kiedyś miejsce to uważane było za najdalej na północ wysunięty skrawek Polski. A ten punkt jest jednak na plaży w Jastrzębiej Górze.
Wczorajsza zimna pizza na śniadanie smakowała nawet przyzwoicie. Tak więc posileni i pełni zapału do kolejnego etapu, nastrajało nas optymistycznie. Na “dzień dobry” trzeba było rozpoznać, którą drogą wyjechać z Białogóry. Po szybkiej analizie mapy i dzięki wczorajszemu szukaniu jakiegoś pola namiotowego, mniej więcej wiedziałem, w którą stronę się udać. Droga szykowała się całkiem fajna. Znów wybraliśmy drogę rowerową, która była leśną drogą gruntową.
Nasz zapał i zadowolenie z trasy jednak szybko ustąpiło przekleństwom na dość spory piach, a co przy moim bagażu skutecznie mnie spowalniało. Spora ekipa rowerzystów minęła nas wkrótce, jadąc spokojnie. No ale na luźno, to każdy tak potrafi. Nie mieliśmy wyjścia, ponieważ innej drogi nie było. Spotkani turyści powiedzieli, że tylko jeszcze kawałek taki kiepski jest, a później jest już lepiej. Faktycznie tak było, że momentami cała opona zapadała się w piach. Okazało się, że droga ta jest w trakcie budowy / remontu, ponieważ mijaliśmy jadący walec. Dalej było właśnie już lepiej. Dojechaliśmy do ujścia rzeki Piaśnicy, którą to chciałem pokazać synowi jako ciekawostkę przyrodniczą. Mało bowiem jest takich miejsc tak dostępnych z siodełka rowerowego.
Rzeka ta na sporym odcinku do wybuchu II wojny światowej była granicą Polski z Rzeszą Niemiecką. Więc jakby nie patrzeć przekraczaliśmy granicę.
Tym sposobem wjechaliśmy do cywilizacji, do miejscowości Dębki, jednak nie zatrzymywaliśmy się na przystanek, a przemknęliśmy sobie spokojnie, wpadając na nadmorską drogą, która na mapie zaznaczona była jako szlak konny. Jednak żadnego zaprzęgu nie spotkaliśmy, a rowerzystów znacznie więcej. Droga nie była z tych idealnych, ale przyzwyczailiśmy się już do takich niewygód.
Na tym odcinku drogi nie było nic ciekawego, tak więc dość szybko dotarliśmy do Karwii, wpadając na główną drogę 215 do Władysławowa. Tym samym musieliśmy wzmocnić naszą czujność, ze względu na znaczny ruch samochodowy. Szkoda, że władze tej gminy nie zrobiły nic dla polepszenia warunków poruszania się rowerzystów, a w tym miejscu jeździ ich znaczna ilość. Nawet nie ma sensownego pobocza, gdzie można by spokojnie sobie jechać.
Ten wzmożony ruch na tyle był spory, że przed Jastrzębią Górą utworzył się na dojeździe spory korek. Niestety z naszymi rowerami nie przepychaliśmy się bokami, bo było to bardziej niebezpieczne. Pobocze było nierówne i łatwo było o wywrotkę. Dlatego takim ślimaczym tempem dojechaliśmy do Jastrzębiej Góry.
Tutaj mieliśmy problem z pokonaniem podjazdu, bowiem korek uniemożliwiał płynną jazdę, a ciągłe stawanie i ruszanie pod górkę było denerwujące. Dlatego też postanowiliśmy przebić się jakoś chodnikiem. Nie było to łatwe ze względu na pieszych, ale jakoś kulturalnie mijaliśmy się bez uszczerbku i kłopotów.
Z Jastrzębiej pilnowałem zjazdu pod latarnię w Rozewiu. Nie musiałem zbytnio się wysilać, bowiem rzeka ludzi ułatwiła to zadanie. Jednak rzeka ta nie ułatwiała wjazdu pod latarnię, a na dodatek miałem problem z przednią przerzutką, która nie chciała “spaść” na najmniejszą zębatkę.
Podjazd krótki i wkrótce stanęliśmy w środku jakby jakiejś galerii handlowej w dniach największej wyprzedaży. Tłumy ludzi nie zachęcały do dłuższego postoju. Dlatego po udokumentowaniu faktu wizyty pod latarnią, szybko zjechaliśmy dalej. Miałem dalej nadzieję, że korek już się skończył, ale niestety trwał nadal. Na szczęście w tym miejscu pobocze było na tyle szerokie i przejezdne, że udaliśmy się prosto do Władysławowa.
Kemping wybrałem ciekawy, a przynajmniej taki mi się wydawał. Jednak już na wstępie co najmniej dziwne przepisy zmieniły moje zdanie na temat tego obiektu. Jedynie co zasługiwało na plus, to widok z namiotu na morze (choć budząc się nad ranem widok ten zasłonił nam inny, większy namiot).
Kemping był zaraz na początku Władysławowa, a ponieważ wiedziałem, że do centrum jest kawałek, więc posililiśmy się w najbliższym barze. Niestety konieczne było już wprowadzenie programu oszczędnościowego, ponieważ finanse powoli się kończyły.
Później zaproponowałem przejście plażą od kempingu, aż do portu. Niestety pogoda nie była na plażowanie, więc nie było innego wyjścia. Spokojnie, noga za nogą, brnęliśmy w piachu. W porcie pogapiliśmy się na łódki, statki i co tam jeszcze pływało. Po drodze zakupiliśmy obiad do namiotu (zawsze to taniej). W tym czasie spotkał nas pierwszy i jedyny deszcz na trasie, jednak trwał on bardzo krótko.
Obiadek wyszedł pyszny (pierogi z truskawkami), a z braku innych zajęć poszliśmy wcześniej wykonać odpowiednie zabiegi higieniczne i do spania. Jutro czekał nas ostatni etap, dojazd do Gdyni.

Walka z piachem© Robert

U ujścia rzeki Piaśnicy© Robert

Latarnia morska na Rozewiu© Robert

Niezła (tylko pozornie) miejscówka© Robert

Dziś rowery też spał z nami© Robert
Dzień siódmy ->
Dzień 5: Łeba - Białogóra
Czwartek, 18 lipca 2013 | dodano:24.09.2013Kategoria Inne miejscówki, Średnia przyjemność, Wybrzeże 2013
| Dst.: | 41.99 | Off-road: | 20.00 | Czas: | 03:14 | Avg: | 12.99 |
| Vmax: | 38.50 | Temp.: | 24.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 186m | Bike: | GT | ||
<- Dzień czwarty
Dzisiejszy etap wyglądał “zygzakowato” - tak w jednym słowie mogę opisać trasę przejazdu. Niestety nie dało się wyznaczyć bardziej prostego połączenia Łeby z Białogórą. Co prawda po drodze były skróty, jednak jak się w praktyce okazało, trasy te były dość trudno przejezdne. A odcinki były na tyle krótkie, że skrót generalnie niewiele skracał drogi.
Wyjazd z Łeby nie był problematyczny, bowiem w dniu wczorajszym zorientowałem się jak dalej jechać. Znów przy wyborze trasy przejazdu priorytetem były ścieżki rowerowe, a w drugiej kolejności - lokalne drogi asfaltowe. Tak i tym razem wyruszyliśmy w leśną drogę. Początkowo do złudzenia przypominała wyjazd z Ustki, jednak na pewno z mniejszą ilością rowerzystów. Również fajna szeroka leśna droga. Jechało się sympatycznie i miło. Po prawej naszej stronie, między zaroślami, a czasami wręcz przy samym brzegu Jeziora Sarbsko można było sobie odpocząć. W jednym z takich miejsc rzuciłem krótko do Karola: “- O tu jest fajna miejscówka, nad samą wodą można się rozbić z noclegiem”. Zapewne byłoby to niesamowite przeżycie.
Nasza przyjemna jazda nie trwała jednak długo. Dość szybko szeroka leśna droga stała się wąską ścieżką, miejscami dość krętą i z licznie wystającymi korzeniami. No ale przecież my już zaprawieni w boju dalej brniemy szlakiem R-10. Na szczęście ścieżki te były dość wyraźne i raczej nie budziło wątpliwości, w którą stronę jechać.
W pewnym momencie słyszymy odgłos silnika i w oddali widzimy zbliżające się światła. Mieliśmy akurat miejsce na “mijankę”, więc mniejszy zawsze ustępuje. Okazuje się, że jechało dwóch strażników granicznych, z których jeden na chwilę zatrzymał się przy nas i powiedział, że dla nich dalej nie ma jazdy. Nieco mnie to zmartwiło, bowiem nie wiedziałem, co się pod tym hasłem kryje. Czyżby i nam trzeba było się wracać? No ale cóż, my jedziemy dalej. Czasami trzeba również i podprowadzić, ze względu na trudne przejazdy między drzewami i odcinkami piaszczystymi.
W końcu dojechaliśmy na jakiejś drogi wyłożonej płytami betonowymi. Zawsze to lepiej się jechało, niż po piachu. Jadąc powoli w oddali dobiegały nas ludzkie odgłosy. W miarę zbliżania się zobaczyliśmy rozstawione namioty wojskowe, a całość wyglądała na jakiś obóz harcerski.
Przed nami była do zdobycia kolejna latarnia - Stilo. Na szczęście kierowaliśmy się znakami, choć i tak skręciliśmy w prawo, ale trzeba było skręcić w to “mocniejsze” prawo. No i chyba tego się obaj nie spodziewaliśmy, co przed nami wyrosło - dość poważny podjazd. Zaparliśmy się jednak w pniemy w górę. W końcu to nie przystoi wprowadzać, choć jazda z sakwami po żwirowej drodze nie należała do najłatwiejszych.
Karol wyskoczył do góry, niczym na jakimś maratonie, a ja zostałem w tyle kręcąc spokojnie pod górkę. Na szczęście wjechaliśmy obaj na sam szczyt, ledwo żywi i skąpani potem. Na początku łapczywie łapaliśmy oddechy, aby po chwili robić już pamiątkowe zdjęcia. Postanowiliśmy nieco odpocząć na ławeczce, zagryzając słodką bułką. W między czasie przyszli do nas strażnicy graniczni, którymi jak się okazało byli ci sami, z którymi mijaliśmy się w lesie. Jeden z nich stwierdził, że gdybyśmy nie dojechali tutaj, to podążyli by szukać nas w tych nadmorskich lasach. Nie wiem ile było w tym prawdy, ale pocieszająca była to informacja.
Mówiąc szczerze wjazd pod latarnię Stilo wykończył mnie i miałem dość już jazdy terenowej, a na taką wyglądał dalszy przebieg ścieżki rowerowej. Zdecydowałem, że jedziemy asfaltami. Tylko właśnie na tym fragmencie niestety nie było prostego połączenia i trzeba było skręcać, raz w prawo, raz w lewo. Skróty, którymi planowałem jechać, niestety nie nadawały się do jazdy, co mnie dość mocno smuciło. Synek, zapewne z powodu zaliczonego podjazdu, zaczął skarżyć się na zmęczenie, a ostatnich 10 km miało być po leśnej drodze, na mapie zaznaczonej podobnie jak mijane skróty.
Dojechaliśmy do małego leśnego parkingu, od którego miała zacząć się jazda przez las. Ku mojemu jednak zaskoczeniu przed nami zaczynała się całkiem fajna szeroka trasa gruntowa. Podchodzę do tabliczki, na której czytam, że lokalne nadleśnictwo postanowiło wykonać drogę dla rowerów do stanicy harcerskiej “Róża Wiatrów” i dalej do Białogóry, z zamknięciem przejazdu samochodowego, a wszystkich kierowców zapraszają do aktywności ruchowej - dalej pieszo.
Tak więc “śmignęliśmy” sobie tą trasą, którą dość szybko wjechaliśmy prawie dosłownie na kemping w Białogórze. Jednak jego lokalizacja nie za bardzo przypadła do gustu synowi i szybko znaleźliśmy inne pole namiotowe.
Dalej rytuał dnia był ten sam, a więc namiot i jedzenie na mieście. Tym razem zamówiliśmy sobie na dwóch potężną pizzę - 50 cm średnicy, czym wzbudziliśmy ogólne zainteresowanie. Doszliśmy do wniosku, że po takim etapie byliśmy głodni i należał nam się poważny posiłek. Z pizzy ostatnie dwa kawałki pozostały nam na następne śniadanie.
Tak najedzeni tym razem pieszo wybraliśmy się ok. 1 km na plażę, gdzie jednak nie było kąpieli, ani leżenia, ze względu na … silny wiatr, a jakże.
Białogóra - mała miejscowość, więc i atrakcji turystycznych mniej. Szybko więc poszliśmy spać.



Dzień szósty ->
Dzisiejszy etap wyglądał “zygzakowato” - tak w jednym słowie mogę opisać trasę przejazdu. Niestety nie dało się wyznaczyć bardziej prostego połączenia Łeby z Białogórą. Co prawda po drodze były skróty, jednak jak się w praktyce okazało, trasy te były dość trudno przejezdne. A odcinki były na tyle krótkie, że skrót generalnie niewiele skracał drogi.
Wyjazd z Łeby nie był problematyczny, bowiem w dniu wczorajszym zorientowałem się jak dalej jechać. Znów przy wyborze trasy przejazdu priorytetem były ścieżki rowerowe, a w drugiej kolejności - lokalne drogi asfaltowe. Tak i tym razem wyruszyliśmy w leśną drogę. Początkowo do złudzenia przypominała wyjazd z Ustki, jednak na pewno z mniejszą ilością rowerzystów. Również fajna szeroka leśna droga. Jechało się sympatycznie i miło. Po prawej naszej stronie, między zaroślami, a czasami wręcz przy samym brzegu Jeziora Sarbsko można było sobie odpocząć. W jednym z takich miejsc rzuciłem krótko do Karola: “- O tu jest fajna miejscówka, nad samą wodą można się rozbić z noclegiem”. Zapewne byłoby to niesamowite przeżycie.
Nasza przyjemna jazda nie trwała jednak długo. Dość szybko szeroka leśna droga stała się wąską ścieżką, miejscami dość krętą i z licznie wystającymi korzeniami. No ale przecież my już zaprawieni w boju dalej brniemy szlakiem R-10. Na szczęście ścieżki te były dość wyraźne i raczej nie budziło wątpliwości, w którą stronę jechać.
W pewnym momencie słyszymy odgłos silnika i w oddali widzimy zbliżające się światła. Mieliśmy akurat miejsce na “mijankę”, więc mniejszy zawsze ustępuje. Okazuje się, że jechało dwóch strażników granicznych, z których jeden na chwilę zatrzymał się przy nas i powiedział, że dla nich dalej nie ma jazdy. Nieco mnie to zmartwiło, bowiem nie wiedziałem, co się pod tym hasłem kryje. Czyżby i nam trzeba było się wracać? No ale cóż, my jedziemy dalej. Czasami trzeba również i podprowadzić, ze względu na trudne przejazdy między drzewami i odcinkami piaszczystymi.
W końcu dojechaliśmy na jakiejś drogi wyłożonej płytami betonowymi. Zawsze to lepiej się jechało, niż po piachu. Jadąc powoli w oddali dobiegały nas ludzkie odgłosy. W miarę zbliżania się zobaczyliśmy rozstawione namioty wojskowe, a całość wyglądała na jakiś obóz harcerski.
Przed nami była do zdobycia kolejna latarnia - Stilo. Na szczęście kierowaliśmy się znakami, choć i tak skręciliśmy w prawo, ale trzeba było skręcić w to “mocniejsze” prawo. No i chyba tego się obaj nie spodziewaliśmy, co przed nami wyrosło - dość poważny podjazd. Zaparliśmy się jednak w pniemy w górę. W końcu to nie przystoi wprowadzać, choć jazda z sakwami po żwirowej drodze nie należała do najłatwiejszych.
Karol wyskoczył do góry, niczym na jakimś maratonie, a ja zostałem w tyle kręcąc spokojnie pod górkę. Na szczęście wjechaliśmy obaj na sam szczyt, ledwo żywi i skąpani potem. Na początku łapczywie łapaliśmy oddechy, aby po chwili robić już pamiątkowe zdjęcia. Postanowiliśmy nieco odpocząć na ławeczce, zagryzając słodką bułką. W między czasie przyszli do nas strażnicy graniczni, którymi jak się okazało byli ci sami, z którymi mijaliśmy się w lesie. Jeden z nich stwierdził, że gdybyśmy nie dojechali tutaj, to podążyli by szukać nas w tych nadmorskich lasach. Nie wiem ile było w tym prawdy, ale pocieszająca była to informacja.
Mówiąc szczerze wjazd pod latarnię Stilo wykończył mnie i miałem dość już jazdy terenowej, a na taką wyglądał dalszy przebieg ścieżki rowerowej. Zdecydowałem, że jedziemy asfaltami. Tylko właśnie na tym fragmencie niestety nie było prostego połączenia i trzeba było skręcać, raz w prawo, raz w lewo. Skróty, którymi planowałem jechać, niestety nie nadawały się do jazdy, co mnie dość mocno smuciło. Synek, zapewne z powodu zaliczonego podjazdu, zaczął skarżyć się na zmęczenie, a ostatnich 10 km miało być po leśnej drodze, na mapie zaznaczonej podobnie jak mijane skróty.
Dojechaliśmy do małego leśnego parkingu, od którego miała zacząć się jazda przez las. Ku mojemu jednak zaskoczeniu przed nami zaczynała się całkiem fajna szeroka trasa gruntowa. Podchodzę do tabliczki, na której czytam, że lokalne nadleśnictwo postanowiło wykonać drogę dla rowerów do stanicy harcerskiej “Róża Wiatrów” i dalej do Białogóry, z zamknięciem przejazdu samochodowego, a wszystkich kierowców zapraszają do aktywności ruchowej - dalej pieszo.
Tak więc “śmignęliśmy” sobie tą trasą, którą dość szybko wjechaliśmy prawie dosłownie na kemping w Białogórze. Jednak jego lokalizacja nie za bardzo przypadła do gustu synowi i szybko znaleźliśmy inne pole namiotowe.
Dalej rytuał dnia był ten sam, a więc namiot i jedzenie na mieście. Tym razem zamówiliśmy sobie na dwóch potężną pizzę - 50 cm średnicy, czym wzbudziliśmy ogólne zainteresowanie. Doszliśmy do wniosku, że po takim etapie byliśmy głodni i należał nam się poważny posiłek. Z pizzy ostatnie dwa kawałki pozostały nam na następne śniadanie.
Tak najedzeni tym razem pieszo wybraliśmy się ok. 1 km na plażę, gdzie jednak nie było kąpieli, ani leżenia, ze względu na … silny wiatr, a jakże.
Białogóra - mała miejscowość, więc i atrakcji turystycznych mniej. Szybko więc poszliśmy spać.

Jazda leśnym szlakiem rowerowym - dalej R-10© Robert

Dosłownie zdobycie latarni Stilo© Robert

Bardzo przyjemna niespodzianka - super droga© Robert
Dzień szósty ->
Dzień 4: Łeba (odpoczynek)
Środa, 17 lipca 2013 | dodano:20.09.2013Kategoria Inne miejscówki, Wybrzeże 2013
| Dst.: | 25.75 | Off-road: | 7.00 | Czas: | 01:40 | Avg: | 15.45 |
| Vmax: | 27.50 | Temp.: | 25.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 23m | Bike: | GT | ||
<- Dzień trzeci
Po czterech intensywnych dniach odpoczynek i dzień przerwy słusznie nam się należał. W końcu w nogach mieliśmy już prawie po 200 km. Dlatego cieszy mnie, że udało się tak skonstruować plan jazdy, że odpoczynek wypadł w znanej miejscowości z licznymi atrakcjami turystycznymi.
Odpoczynek, odpoczynkiem, ale przecież nie od rowerów. Na dziś miałem zaplanowany przejazd do Słowińskiego Parku Narodowego. Po drodze mój chłopak chciał zobaczyć pozostałości po wyrzutniach rakietowych z czasów II wojny światowej, co go bardziej interesowało, niż jakieś tam "góry piachu, i tyle". Tak bowiem skwitował widok faktycznie gór piachu, kiedy po zapoznaniu się z pozostałościami wojennymi dotarliśmy pod Górę Łącką. Posiedzieliśmy tam wobec tego dość krótko, choć mnie widok takiej pustyni urzekł. Niesamowite wrażenie wywarły na mnie te góry piachu, na pewno niecodzienny widok. Niestety nie miałem na tyle czasu, aby przejść się kawałek w stronę morza, ponieważ trzeba było wracać.
Stosunkowo szybko jechaliśmy do Łeby, mimo, że było lekko pod górkę. Ale wiadomo, przecież szkoda czasu na łażenie po piachu, jak tu czeka kąpiel w morzu i inne atrakcje.
Dziś miałem nadzieję, że nieco odpoczniemy na plaży, leżąc sobie na kocyku i wygrzewając ciała. Liczyłem na małą drzemkę. No ale, przecież park linowy i quady czekają. Tak więc pod pretekstem "tato, głodny jestem" po ok. 20 min. leżenia na kocu, zwinęliśmy się i po południu podjechaliśmy jeszcze do kolejnych atrakcji tego dnia.
Dzień wolny na pewno był dobrym rozwiązaniem i polecam go innym, jadącym na takiej wyprawie z dzieciakami. Była to taka przerwa od rygoru dnia codziennej jazdy. Od czasami trudów samej jazdy. Była okazja na inne przyjemności, szczególnie zabaw dla dzieci.




Dzień piąty ->
Po czterech intensywnych dniach odpoczynek i dzień przerwy słusznie nam się należał. W końcu w nogach mieliśmy już prawie po 200 km. Dlatego cieszy mnie, że udało się tak skonstruować plan jazdy, że odpoczynek wypadł w znanej miejscowości z licznymi atrakcjami turystycznymi.
Odpoczynek, odpoczynkiem, ale przecież nie od rowerów. Na dziś miałem zaplanowany przejazd do Słowińskiego Parku Narodowego. Po drodze mój chłopak chciał zobaczyć pozostałości po wyrzutniach rakietowych z czasów II wojny światowej, co go bardziej interesowało, niż jakieś tam "góry piachu, i tyle". Tak bowiem skwitował widok faktycznie gór piachu, kiedy po zapoznaniu się z pozostałościami wojennymi dotarliśmy pod Górę Łącką. Posiedzieliśmy tam wobec tego dość krótko, choć mnie widok takiej pustyni urzekł. Niesamowite wrażenie wywarły na mnie te góry piachu, na pewno niecodzienny widok. Niestety nie miałem na tyle czasu, aby przejść się kawałek w stronę morza, ponieważ trzeba było wracać.
Stosunkowo szybko jechaliśmy do Łeby, mimo, że było lekko pod górkę. Ale wiadomo, przecież szkoda czasu na łażenie po piachu, jak tu czeka kąpiel w morzu i inne atrakcje.
Dziś miałem nadzieję, że nieco odpoczniemy na plaży, leżąc sobie na kocyku i wygrzewając ciała. Liczyłem na małą drzemkę. No ale, przecież park linowy i quady czekają. Tak więc pod pretekstem "tato, głodny jestem" po ok. 20 min. leżenia na kocu, zwinęliśmy się i po południu podjechaliśmy jeszcze do kolejnych atrakcji tego dnia.
Dzień wolny na pewno był dobrym rozwiązaniem i polecam go innym, jadącym na takiej wyprawie z dzieciakami. Była to taka przerwa od rygoru dnia codziennej jazdy. Od czasami trudów samej jazdy. Była okazja na inne przyjemności, szczególnie zabaw dla dzieci.

W dzień odpoczynku można zrobić przegląd rowerów© Robert

Najważniejsze atrakcje tego dnia© Robert

Słowiński Park Narodowy© Robert

Inne atrakcje dnia odpoczynku© Robert
Dzień piąty ->
Dzień 3: Smołdziński Las - Łeba
Wtorek, 16 lipca 2013 | dodano:20.09.2013Kategoria Inne miejscówki, Średnia przyjemność, Wybrzeże 2013
| Dst.: | 33.67 | Off-road: | 20.00 | Czas: | 03:37 | Avg: | 9.31 |
| Vmax: | 26.50 | Temp.: | 22.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 38m | Bike: | GT | ||
<- Dzień drugi
Etap ten od samego początku napawał mnie lekkim strachem. Z mapy wynikało, że ma on być najdłuższym na całej wyprawie. Biorąc pod uwagę, ze poprzednie dwa etapy również były długie, więc obawiałem się go o wiele mocniej. I ... pewnie byłby dłuższy, gdyby nie to, że nie spojrzałem przed wyjazdem na naszkicowane w domu założenia przejazdu, a jedynie mapy ze szlakiem rowerowym, który znacznie skracał naszą drogę. Pokusiłem się o skrót: “-Skoro jest na mapie zaznaczony szlak rowerowy, to musi być jakiś przejazd” - tak pewnie pomyślałem.
Ze względu pobliski Słowiński Park Narodowy, konieczne było objechanie całego Jeziora Łebskiego. Była opcja pokonania odcinka do Łeby bez strat kalorii w postaci skorzystania z promu z miejscowości Kluki do Łeby. Jednak bojaźń syna do wszystkiego co pływa, dość szybko ustaliła naszą dalszą drogę.
Wszystko pięknie, ale wybranym szlakiem chyba dawno, albo nikt tam nie jeździł. Dojechaliśmy do miejscowości Kluki i "pakujemy" się w pola. W naszym działaniu utwierdza nas czwórka innych rowerzystów, którzy również podążyli tą samą drogą. Oni “na luzaka”, a my z 40 kg bagażem. Raczej nie przypuszczałem, że przyjdzie mi jechać z sakwami po takim technicznie trudnym terenie. Początkowo jechaliśmy razem, jednak gdzieś na trasie zgubiliśmy tymczasowych towarzyszy podróży. Być może pogubili się, a być może jednak wycofali się z dalszej jazdy.
Po pokonaniu sporego odcinka zacząłem żałować, że zdecydowaliśmy się na jazdę tą “drogą”, bo do określenia “drogi”, to było bardzo daleko.
Przeżyliśmy bardzo ciężki etap. Trafiliśmy na jakieś bagna i wąską ścieżynkę wśród szuwarów, wysokich traw i pokrzyw. Na dodatek pojawiały się spróchniałe kładki nad bagienkami i ciekami wodnymi, co ich przekraczanie z moim rowerem nie wyglądało to najlepiej. Ciągle trzeba było kręcić kierownicą, prawo, lewo, i ciągle prawie “młynek”. No i jeszcze bardzo słabe oznakowanie tego szlaku powodowało, że w oczach mojego syna pojawiał się strach: "Tato gdzie my jedziemy? Gdzie my jesteśmy?" - można było z nich wyczytać. Byłem dość mocno skoncentrowany na pokonywaniu poszczególnych metrów naszej drogi. Pilnie rozglądałem się za oznakowaniem drogi oraz okolicami. Próbowałem to jakoś zgrać z mapą. Dlatego może zapomniałem zupełnie o zdjęciach, które na pewno były by świetną pamiątką z tego odcinka. Nie powiem, abym nie miał lekkiego stracha, ale przecież jako “doświadczony” turysta nie mogłem tego pokazać przed swoim synem.
Na szczęście udało się wyjechać z tych bagien i dojechać w końcu do jakiegoś sklepu w miejscowości Izbica, co było zbawienne w naszym przypadku, bowiem zaopatrzenie w Smołdzińskim Lesie było kiepskie i jechaliśmy na małym śniadaniu i końcówce napojów.
Po posiłku, odpoczynku i zdaniu relacji rodzinie, dalej było nieco lepiej, bowiem przynajmniej droga była lepsza i oznakowanie szlaku nie budziło zastrzeżeń. Jedynie momentami pojawiający się piach skutecznie nas hamował. Po drodze spotkaliśmy rowerową rodzinę, z którą razem jechaliśmy pociągiem. Wszyscy stwierdziliśmy, że jaki ten świat mały. Rodzina ta również przedzierała się tym samym szlakiem, a widoczne ich ślady były nam dość często pomocne.
Na ostatnie 10 km wskoczyliśmy na asfalt, bowiem obaj mieliśmy już dość dróg gruntowych i tej turystyki. Przy okazji, doświadczeniem z dzisiejszej trasy podzieliliśmy się z kolejną rowerową rodziną, która w te same szlaki wybierała się z przyczepką bagażową. Zdecydowanie odradziłem im taką jazdę.
Mimo jednak trudności jazdy i samej trasy, można z dzisiejszego odcinka wyciągnąć i pozytywne aspekty. Nauczyliśmy się przetrwać w tak trudnym terenie. Wiemy, że jednak można również i obładowanym rowerem pokonywać takie szlaki. Dzięki właśnie trudnościom myślę, że etap ten na długo pozostanie w naszej pamięci.
Etap miał być najdłuższy, a wyszedł krótszy, jednak zdecydowanie bardziej męczący. Zatem w Łebie, do której trafiliśmy, jak najbardziej należał nam się w dniu następnym odpoczynek.
Już wcześniej lokalizację naszego kempingu wybrał Karol, więc kierowaliśmy się na wyznaczony nocleg. Sam kemping dość ładnie usytuowany i co nas zdziwiło, dość mocno zajęty. Nawet miła pani w rejestracji powiedziała, abyśmy w pierwszej kolejności znaleźli sobie miejsce, a później dokonali odpowiednich wpisów.
Po rozstawieniu namiotu poszliśmy do najbliższej smażalni ryb wciągnąć po smakowitym dorszu. Obaj spałaszowaliśmy dość pokaźne porcje, ale trudy dzisiejszego etapu nadszarpnęły naszymi siłami.
Po zapoznaniu się z plażą i atrakcjami turystycznymi w centrum Łeby, do namiotu wróciliśmy, aby w końcu iść spać.




Dzień czwarty ->
Etap ten od samego początku napawał mnie lekkim strachem. Z mapy wynikało, że ma on być najdłuższym na całej wyprawie. Biorąc pod uwagę, ze poprzednie dwa etapy również były długie, więc obawiałem się go o wiele mocniej. I ... pewnie byłby dłuższy, gdyby nie to, że nie spojrzałem przed wyjazdem na naszkicowane w domu założenia przejazdu, a jedynie mapy ze szlakiem rowerowym, który znacznie skracał naszą drogę. Pokusiłem się o skrót: “-Skoro jest na mapie zaznaczony szlak rowerowy, to musi być jakiś przejazd” - tak pewnie pomyślałem.
Ze względu pobliski Słowiński Park Narodowy, konieczne było objechanie całego Jeziora Łebskiego. Była opcja pokonania odcinka do Łeby bez strat kalorii w postaci skorzystania z promu z miejscowości Kluki do Łeby. Jednak bojaźń syna do wszystkiego co pływa, dość szybko ustaliła naszą dalszą drogę.
Wszystko pięknie, ale wybranym szlakiem chyba dawno, albo nikt tam nie jeździł. Dojechaliśmy do miejscowości Kluki i "pakujemy" się w pola. W naszym działaniu utwierdza nas czwórka innych rowerzystów, którzy również podążyli tą samą drogą. Oni “na luzaka”, a my z 40 kg bagażem. Raczej nie przypuszczałem, że przyjdzie mi jechać z sakwami po takim technicznie trudnym terenie. Początkowo jechaliśmy razem, jednak gdzieś na trasie zgubiliśmy tymczasowych towarzyszy podróży. Być może pogubili się, a być może jednak wycofali się z dalszej jazdy.
Po pokonaniu sporego odcinka zacząłem żałować, że zdecydowaliśmy się na jazdę tą “drogą”, bo do określenia “drogi”, to było bardzo daleko.
Przeżyliśmy bardzo ciężki etap. Trafiliśmy na jakieś bagna i wąską ścieżynkę wśród szuwarów, wysokich traw i pokrzyw. Na dodatek pojawiały się spróchniałe kładki nad bagienkami i ciekami wodnymi, co ich przekraczanie z moim rowerem nie wyglądało to najlepiej. Ciągle trzeba było kręcić kierownicą, prawo, lewo, i ciągle prawie “młynek”. No i jeszcze bardzo słabe oznakowanie tego szlaku powodowało, że w oczach mojego syna pojawiał się strach: "Tato gdzie my jedziemy? Gdzie my jesteśmy?" - można było z nich wyczytać. Byłem dość mocno skoncentrowany na pokonywaniu poszczególnych metrów naszej drogi. Pilnie rozglądałem się za oznakowaniem drogi oraz okolicami. Próbowałem to jakoś zgrać z mapą. Dlatego może zapomniałem zupełnie o zdjęciach, które na pewno były by świetną pamiątką z tego odcinka. Nie powiem, abym nie miał lekkiego stracha, ale przecież jako “doświadczony” turysta nie mogłem tego pokazać przed swoim synem.
Na szczęście udało się wyjechać z tych bagien i dojechać w końcu do jakiegoś sklepu w miejscowości Izbica, co było zbawienne w naszym przypadku, bowiem zaopatrzenie w Smołdzińskim Lesie było kiepskie i jechaliśmy na małym śniadaniu i końcówce napojów.
Po posiłku, odpoczynku i zdaniu relacji rodzinie, dalej było nieco lepiej, bowiem przynajmniej droga była lepsza i oznakowanie szlaku nie budziło zastrzeżeń. Jedynie momentami pojawiający się piach skutecznie nas hamował. Po drodze spotkaliśmy rowerową rodzinę, z którą razem jechaliśmy pociągiem. Wszyscy stwierdziliśmy, że jaki ten świat mały. Rodzina ta również przedzierała się tym samym szlakiem, a widoczne ich ślady były nam dość często pomocne.
Na ostatnie 10 km wskoczyliśmy na asfalt, bowiem obaj mieliśmy już dość dróg gruntowych i tej turystyki. Przy okazji, doświadczeniem z dzisiejszej trasy podzieliliśmy się z kolejną rowerową rodziną, która w te same szlaki wybierała się z przyczepką bagażową. Zdecydowanie odradziłem im taką jazdę.
Mimo jednak trudności jazdy i samej trasy, można z dzisiejszego odcinka wyciągnąć i pozytywne aspekty. Nauczyliśmy się przetrwać w tak trudnym terenie. Wiemy, że jednak można również i obładowanym rowerem pokonywać takie szlaki. Dzięki właśnie trudnościom myślę, że etap ten na długo pozostanie w naszej pamięci.
Etap miał być najdłuższy, a wyszedł krótszy, jednak zdecydowanie bardziej męczący. Zatem w Łebie, do której trafiliśmy, jak najbardziej należał nam się w dniu następnym odpoczynek.
Już wcześniej lokalizację naszego kempingu wybrał Karol, więc kierowaliśmy się na wyznaczony nocleg. Sam kemping dość ładnie usytuowany i co nas zdziwiło, dość mocno zajęty. Nawet miła pani w rejestracji powiedziała, abyśmy w pierwszej kolejności znaleźli sobie miejsce, a później dokonali odpowiednich wpisów.
Po rozstawieniu namiotu poszliśmy do najbliższej smażalni ryb wciągnąć po smakowitym dorszu. Obaj spałaszowaliśmy dość pokaźne porcje, ale trudy dzisiejszego etapu nadszarpnęły naszymi siłami.
Po zapoznaniu się z plażą i atrakcjami turystycznymi w centrum Łeby, do namiotu wróciliśmy, aby w końcu iść spać.

Przejazd przez bagna© Robert

Dalsza droga była zdecydowanie lepsza© Robert

Rozstawianie namiotu na kempingu© Robert

Dalej "burza piaskowa"© Robert
Dzień czwarty ->
Dzień 2: Ustka - Smołdziński Las
Poniedziałek, 15 lipca 2013 | dodano:17.09.2013Kategoria Inne miejscówki, Pełnia szczęścia, Wybrzeże 2013
| Dst.: | 54.55 | Off-road: | 40.00 | Czas: | 04:10 | Avg: | 13.09 |
| Vmax: | 30.50 | Temp.: | HRmax: | (%) | HRavg | (%) | |
| Cal: | kcal | ALT: | 155m | Bike: | GT | ||
<- Dzień pierwszy
Dzień, jak poprzedni, zaczęliśmy od lansowego przejazdu przez Ustkę pod latarnię morską. Była to druga nasza zdobycz, a na dziś zaplanowana jest jeszcze jedna w Czołpinie. Szkoda, że nie udało się odwiedzić latarni w Jarosławcu dnia wczorajszego, no ale cóż, trudno. Widocznie jest nam pisane jeszcze tu wrócić w te okolice.
Dziś wiedziałem, że początek trasy jest fajny, bowiem z Ustki zaczyna się bardzo ładna ścieżka rowerowa, a co było najważniejsze dla mojego syna, wiodła ona w całości przez las i drogi gruntowe. Dość ciekawa nazwa szlaku "Zwiniętych Torów" zachęcał jazdy. Łatwo przejezdna, szeroka i gładka, co przy wiezieniu sakw ma nie lada znaczenie. Sporo nawet na niej minęliśmy rowerzystów. Jak się później okazało, to sporą część naszej trasy pokonywaliśmy międzynarodowym szlakiem R-10.
Do Rowów, pierwszego planowanego dłuższego postoju, trafiliśmy bez pudła, a ponieważ zrobiła się piękna słoneczna pogoda, to nie sposób było zaznaczyć swojej obecności na plaży w Rowach. Zrobiliśmy sobie nieco dłuższy postój na jedzonko.
Pyszna pizza lekko nas rozleniwiła i ciężko było ponownie wskoczyć na swoje rowerki. Trasa dalej wiodła lasem, jednak już wymagała większej wprawy. Zaczęły się nieco kręte ścieżki, a niektóre fragmenty mocno piaszczyste. Mijaliśmy po drodze bardzo ładne miejsca, jak choćby taras widokowy na Jezioro Gardno. Na pewno godne zatrzymania na dłuższą chwilę i upamiętnienia. Na razie jednak młodego człowieka nie za bardzo zachwycały takie widoki, więc trzeba było szybko "nasycić" swoje oczy ładnym pejzażem, zrobić szybko zdjęcia i dalej w drogę. Szczególnie polecam również zatrzymanie się przy Rezerwacie Dołgie Małe, gdzie na pomoście można sobie odpocząć i nawet zrobić mały piknik.
W pewnym momencie dojechaliśmy do rozwidlenia dróg, gdzie trzeba było podjąć decyzję, jak dalej jechać. Jedna mapa pokazuje co innego, czego na drugiej nie ma. A jeszcze co innego przedstawia ustawiona mapa na tablicy przy trasie. Niestety jednak mój brak bogatego doświadczenia nawigacyjnego (szczególnie w lesie) i błędna decyzja wpłynęła na wybranie złego kierunku jazdy, co pociągnęło za sobą dołożenie kolejnych kilku kilometrów. Chyba zmęczenie uśpiło moją czujność, ale po sprawdzeniu lokalizacji i zapytaniu w lokalnym sklepie: “- Przepraszam, gdzie my jesteśmy?” w końcu "byliśmy w domu".
Dzisiejszy kemping w Smołdzińskim Lesie nie zachwycał, bowiem czego można wymagać od skoszonej ląki z budką z sanitariatami. Dziś również wyjątkowo mieliśmy problem z rozstawieniem namiotu, bowiem odkryty teren i silnie wiejący wiatr, skutecznie uniemożliwiał schowanie się za czymkolwiek. Staraliśmy się jednocześnie zrobić to szybko, bowiem czekała na nas plaża, oddalona o ok. 2-3 km, oraz latarnia morska w Czołpinie.
Dostanie się do tej latarni wymagało nie lada zaparcia. Początkowa fajna droga leśna zakończyła się sporym podejściem ze schodkami. Niestety nie było wyjścia, jak rowery powoli wciągnąć na górę. A ponieważ latarnia ta oddalona jest od turystycznej infrastruktury, to i ludzi mniej, więc postanowiliśmy pokonać wszystkich 71 schodków, wchodząc na sam szczyt latarni. Widok - rewelacja - na J. Gardno, czy na piaszczyste wydmy Słowińskiego Parku Narodowego. Kiedy już zbieraliśmy się do powrotu, nagle niedaleko nas przeszedł sobie lisek, który najwyraźniej był stałym bywalcem okolicznych koszy na śmieci. Lis nic nie robił sobie z naszych rozmów. Spokojnie chodził od jednego kosza, do drugiego.
Smołdziński Las to zaledwie kilka domów i oczywiście kemping, więc za bardzo nie było gdzie szaleć z jedzeniem. Całe szczęście, że na kempingu dało się zjeść jakiegoś kurczaka, popijając litewskim piwem.
Dziś znów zaliczyliśmy długi dzień. Zliczając wszystkie kilometry wyszło, że Karol pobił swój kolejny rekord dzienny. Nie spodziewałem się tego po nim, a szczególnie, kiedy w dzień poprzedni również "sieknęliśmy" 50 km. Jednak zmęczenie dało się we znaki, ale wiejący wiatr i łopoczący namiot, mocno utrudniał spokojny sen. Ale w końcu panujące ciemności skutecznie nas uśpiły.













Dzień trzeci ->
Dzień, jak poprzedni, zaczęliśmy od lansowego przejazdu przez Ustkę pod latarnię morską. Była to druga nasza zdobycz, a na dziś zaplanowana jest jeszcze jedna w Czołpinie. Szkoda, że nie udało się odwiedzić latarni w Jarosławcu dnia wczorajszego, no ale cóż, trudno. Widocznie jest nam pisane jeszcze tu wrócić w te okolice.
Dziś wiedziałem, że początek trasy jest fajny, bowiem z Ustki zaczyna się bardzo ładna ścieżka rowerowa, a co było najważniejsze dla mojego syna, wiodła ona w całości przez las i drogi gruntowe. Dość ciekawa nazwa szlaku "Zwiniętych Torów" zachęcał jazdy. Łatwo przejezdna, szeroka i gładka, co przy wiezieniu sakw ma nie lada znaczenie. Sporo nawet na niej minęliśmy rowerzystów. Jak się później okazało, to sporą część naszej trasy pokonywaliśmy międzynarodowym szlakiem R-10.
Do Rowów, pierwszego planowanego dłuższego postoju, trafiliśmy bez pudła, a ponieważ zrobiła się piękna słoneczna pogoda, to nie sposób było zaznaczyć swojej obecności na plaży w Rowach. Zrobiliśmy sobie nieco dłuższy postój na jedzonko.
Pyszna pizza lekko nas rozleniwiła i ciężko było ponownie wskoczyć na swoje rowerki. Trasa dalej wiodła lasem, jednak już wymagała większej wprawy. Zaczęły się nieco kręte ścieżki, a niektóre fragmenty mocno piaszczyste. Mijaliśmy po drodze bardzo ładne miejsca, jak choćby taras widokowy na Jezioro Gardno. Na pewno godne zatrzymania na dłuższą chwilę i upamiętnienia. Na razie jednak młodego człowieka nie za bardzo zachwycały takie widoki, więc trzeba było szybko "nasycić" swoje oczy ładnym pejzażem, zrobić szybko zdjęcia i dalej w drogę. Szczególnie polecam również zatrzymanie się przy Rezerwacie Dołgie Małe, gdzie na pomoście można sobie odpocząć i nawet zrobić mały piknik.
W pewnym momencie dojechaliśmy do rozwidlenia dróg, gdzie trzeba było podjąć decyzję, jak dalej jechać. Jedna mapa pokazuje co innego, czego na drugiej nie ma. A jeszcze co innego przedstawia ustawiona mapa na tablicy przy trasie. Niestety jednak mój brak bogatego doświadczenia nawigacyjnego (szczególnie w lesie) i błędna decyzja wpłynęła na wybranie złego kierunku jazdy, co pociągnęło za sobą dołożenie kolejnych kilku kilometrów. Chyba zmęczenie uśpiło moją czujność, ale po sprawdzeniu lokalizacji i zapytaniu w lokalnym sklepie: “- Przepraszam, gdzie my jesteśmy?” w końcu "byliśmy w domu".
Dzisiejszy kemping w Smołdzińskim Lesie nie zachwycał, bowiem czego można wymagać od skoszonej ląki z budką z sanitariatami. Dziś również wyjątkowo mieliśmy problem z rozstawieniem namiotu, bowiem odkryty teren i silnie wiejący wiatr, skutecznie uniemożliwiał schowanie się za czymkolwiek. Staraliśmy się jednocześnie zrobić to szybko, bowiem czekała na nas plaża, oddalona o ok. 2-3 km, oraz latarnia morska w Czołpinie.
Dostanie się do tej latarni wymagało nie lada zaparcia. Początkowa fajna droga leśna zakończyła się sporym podejściem ze schodkami. Niestety nie było wyjścia, jak rowery powoli wciągnąć na górę. A ponieważ latarnia ta oddalona jest od turystycznej infrastruktury, to i ludzi mniej, więc postanowiliśmy pokonać wszystkich 71 schodków, wchodząc na sam szczyt latarni. Widok - rewelacja - na J. Gardno, czy na piaszczyste wydmy Słowińskiego Parku Narodowego. Kiedy już zbieraliśmy się do powrotu, nagle niedaleko nas przeszedł sobie lisek, który najwyraźniej był stałym bywalcem okolicznych koszy na śmieci. Lis nic nie robił sobie z naszych rozmów. Spokojnie chodził od jednego kosza, do drugiego.
Smołdziński Las to zaledwie kilka domów i oczywiście kemping, więc za bardzo nie było gdzie szaleć z jedzeniem. Całe szczęście, że na kempingu dało się zjeść jakiegoś kurczaka, popijając litewskim piwem.
Dziś znów zaliczyliśmy długi dzień. Zliczając wszystkie kilometry wyszło, że Karol pobił swój kolejny rekord dzienny. Nie spodziewałem się tego po nim, a szczególnie, kiedy w dzień poprzedni również "sieknęliśmy" 50 km. Jednak zmęczenie dało się we znaki, ale wiejący wiatr i łopoczący namiot, mocno utrudniał spokojny sen. Ale w końcu panujące ciemności skutecznie nas uśpiły.

Wizyta pod latanią w Ustce© Robert

Kierowaliśmy się na Rowy© Robert

Szlak Zwiniętych Torów© Robert

Fajny i spokojny przejazd leśną drogą© Robert

Jazda Międzynarodowym Szlakiem Rowerowym R-10© Robert

Rezerwat Jezioro Dołgie Małe - piękne miejsce© Robert

Dotarliśmy do kempingu w Smołdzińskim Lesie© Robert

Pora na plażowanie - każdemu się należy© Robert

Jazda po piachu nie była możliwa© Robert

Wspinaczka do latarni Czołpino© Robert

Latarnia Morska Czołpino© Robert

Dziś rowery "spały" z nami© Robert

Zachód słońca na kempingu© Robert
Dzień trzeci ->
Dzień 1: Darłówko - Ustka
Niedziela, 14 lipca 2013 | dodano:16.09.2013Kategoria Inne miejscówki, Pełnia szczęścia, Wybrzeże 2013
| Dst.: | 50.24 | Off-road: | 5.00 | Czas: | 03:00 | Avg: | 16.75 |
| Vmax: | 0.00 | Temp.: | HRmax: | (%) | HRavg | (%) | |
| Cal: | kcal | ALT: | 256m | Bike: | GT | ||
<- Prolog.
Dzień zaczął się super pogodą. Słońce na niebie skutecznie zachęcało do szybkiego rozpoczęcia naszej formalnej wyprawy wzdłuż wschodniego wybrzeża.
Jednym z celów wyprawy było również "zaliczenie" po drodze wszystkich latarni morskich, a było ich na trasie kilka. Dlatego też pierwsze kroki z rowerami skierowaliśmy do portu pod latarnię w Darłówku. Tam oczywiście obowiązkowe fotki i ... ruszamy w drogę.
Początkowo plan zakładał przejazd szlakiem rowerowym dosłownie wzdłuż morza, a konkretnie wydmami. Pamiętam go doskonale, kiedy przy okazji wakacji w Darłówku jechaliśmy nim przez pewien odcinek. Miejscami było wąsko i z jednej strony widoczne było morze, a z drugiej Jezioro Kopań.
No cóż, kiedy dojechaliśmy do początku naszej trasy okazało się, że trasa na wydmach jest w remoncie i nie można po nich jeździć. Spotkani przypadkowi rowerzyści wpadli na pomysł, że może uda się ominąć ten pierwszy wjazd i pojechać do następnego wejścia na plażę. Jak oni zdecydowali, tak i my zrobiliśmy. Pojechaliśmy wolniej swoim tempem i staraliśmy się dotrzeć do następnego wejścia. Ładnymi szutrówkami, pilnując mapy dojechaliśmy do kolejnego wjazdu. Okazało się, że niestety wał remontowany jest na całej długości, aż do Jeziora Wicko, więc nasza dwójka odpuściła jazdę tym wałem.
Całkiem ciekawie więc zaczęła się nasza wyprawa od zmiany planów pokonania pierwszego etapu. Później szukaliśmy jeszcze przejazdu zaznaczonym na mapie szlakiem rowerowym, jednak wyglądał on mało przejezdny, co jak się okazało w następnych dniach, w porównaniu do innych odcinków, ten był prawie idealny.
Po krótkiej przerwie na posiłek zapadła decyzja, że wracamy … do drogi głównej 203 i tniemy asfaltem, aż do Ustki. Sporo czasu zajęło nam szukanie i krążenie blisko Darłówka, a my dalej “w lesie”. Na szczęście tym razem wiatr sprzyjał i gnał nas całkiem żwawo. Droga główna, ale chyba ze względu na niedzielę, ruch samochodowy był do zaakceptowania.
Natrafiając na mały sklepik zmuszeni byliśmy do zatrzymania się, celem uzupełnienia płynów. Sklepikarz, młody chłopak, z podziwem patrzył na mojego syna i stwierdził, że tak młodego turysty rowerowego, to jeszcze nie widział, a różni się tu kręcą. “Szacunek” - rzucił na koniec naszej krótkiej rozmowy.
Taka opinia chyba miała pozytywny wpływ na morale syna Karola. Tak sobie jedziemy, a tu obserwuję, że mi odjeżdża, nie mogę utrzymać mu koła. Patrzę na licznik, a tu jest 25 km/h. Przyśpieszam do 27, a tu nic. Dalej go nie łapię. Dokręcam do 32 i w końcu po pewnym czasie, udało się przyhamować syna ze stwierdzeniem, aby oszczędzał starego ojca.
Tak oto dojechaliśmy do Ustki. Niestety po drodze zmuszeni byliśmy "odpuścić" kolejną na trasie latarnię morską w Jarosławcu, ale wymagało to sporego nadłożenia drogi (ok. 10 km), co również wiązało się z pokonaniem sporego podjazdu. Trudno, następnym razem trzeba będzie zacząć w Jarosławcu.
W samej Ustce nie mieliśmy problemów z odnalezieniem kempingu. Szybkie rozbicie namiotu i w miasto na uzupełnienie kalorii. Pokręciliśmy się później po Ustce, zaliczając lody, itp. W końcu zmęczeni całym dniem padamy w swoich śpiworach. Dzień był długi, ale udany.







Dzień drugi ->
Dzień zaczął się super pogodą. Słońce na niebie skutecznie zachęcało do szybkiego rozpoczęcia naszej formalnej wyprawy wzdłuż wschodniego wybrzeża.
Jednym z celów wyprawy było również "zaliczenie" po drodze wszystkich latarni morskich, a było ich na trasie kilka. Dlatego też pierwsze kroki z rowerami skierowaliśmy do portu pod latarnię w Darłówku. Tam oczywiście obowiązkowe fotki i ... ruszamy w drogę.
Początkowo plan zakładał przejazd szlakiem rowerowym dosłownie wzdłuż morza, a konkretnie wydmami. Pamiętam go doskonale, kiedy przy okazji wakacji w Darłówku jechaliśmy nim przez pewien odcinek. Miejscami było wąsko i z jednej strony widoczne było morze, a z drugiej Jezioro Kopań.
No cóż, kiedy dojechaliśmy do początku naszej trasy okazało się, że trasa na wydmach jest w remoncie i nie można po nich jeździć. Spotkani przypadkowi rowerzyści wpadli na pomysł, że może uda się ominąć ten pierwszy wjazd i pojechać do następnego wejścia na plażę. Jak oni zdecydowali, tak i my zrobiliśmy. Pojechaliśmy wolniej swoim tempem i staraliśmy się dotrzeć do następnego wejścia. Ładnymi szutrówkami, pilnując mapy dojechaliśmy do kolejnego wjazdu. Okazało się, że niestety wał remontowany jest na całej długości, aż do Jeziora Wicko, więc nasza dwójka odpuściła jazdę tym wałem.
Całkiem ciekawie więc zaczęła się nasza wyprawa od zmiany planów pokonania pierwszego etapu. Później szukaliśmy jeszcze przejazdu zaznaczonym na mapie szlakiem rowerowym, jednak wyglądał on mało przejezdny, co jak się okazało w następnych dniach, w porównaniu do innych odcinków, ten był prawie idealny.
Po krótkiej przerwie na posiłek zapadła decyzja, że wracamy … do drogi głównej 203 i tniemy asfaltem, aż do Ustki. Sporo czasu zajęło nam szukanie i krążenie blisko Darłówka, a my dalej “w lesie”. Na szczęście tym razem wiatr sprzyjał i gnał nas całkiem żwawo. Droga główna, ale chyba ze względu na niedzielę, ruch samochodowy był do zaakceptowania.
Natrafiając na mały sklepik zmuszeni byliśmy do zatrzymania się, celem uzupełnienia płynów. Sklepikarz, młody chłopak, z podziwem patrzył na mojego syna i stwierdził, że tak młodego turysty rowerowego, to jeszcze nie widział, a różni się tu kręcą. “Szacunek” - rzucił na koniec naszej krótkiej rozmowy.
Taka opinia chyba miała pozytywny wpływ na morale syna Karola. Tak sobie jedziemy, a tu obserwuję, że mi odjeżdża, nie mogę utrzymać mu koła. Patrzę na licznik, a tu jest 25 km/h. Przyśpieszam do 27, a tu nic. Dalej go nie łapię. Dokręcam do 32 i w końcu po pewnym czasie, udało się przyhamować syna ze stwierdzeniem, aby oszczędzał starego ojca.
Tak oto dojechaliśmy do Ustki. Niestety po drodze zmuszeni byliśmy "odpuścić" kolejną na trasie latarnię morską w Jarosławcu, ale wymagało to sporego nadłożenia drogi (ok. 10 km), co również wiązało się z pokonaniem sporego podjazdu. Trudno, następnym razem trzeba będzie zacząć w Jarosławcu.
W samej Ustce nie mieliśmy problemów z odnalezieniem kempingu. Szybkie rozbicie namiotu i w miasto na uzupełnienie kalorii. Pokręciliśmy się później po Ustce, zaliczając lody, itp. W końcu zmęczeni całym dniem padamy w swoich śpiworach. Dzień był długi, ale udany.

Pierwsza na trasie latarnia© Robert

Fajne nadmorskie krajobrazy© Robert

Syn w akcji, pomagał ile mógł© Robert

Kuchnia rozpakowana© Robert

Suszenie ubrań na wietrze© Robert

Niczym burza piaskowa© Robert

Wzburzone morze© Robert
Dzień drugi ->
Prolog: Sławno - Darłówko
Sobota, 13 lipca 2013 | dodano:16.09.2013Kategoria Inne miejscówki, Średnia przyjemność, Wybrzeże 2013
| Dst.: | 31.91 | Off-road: | 0.00 | Czas: | 02:04 | Avg: | 15.44 |
| Vmax: | 25.50 | Temp.: | 23.0 | HRmax: | (%) | HRavg | (%) |
| Cal: | kcal | ALT: | 169m | Bike: | GT | ||
Zaplanowany pociąg wymusił dość wczesny wyjazd z domu. Pogodę niestety nie zapowiadali rewelacyjnej. Ale cóż - bilety kupione, urlop podpisany, więc w drogę. Praktycznie całość trasy upłynęła nam w deszczu. Autostradą fajnie się jechało, ale cóż z tego, jak w mieście w korkach straciliśmy całą przewagę. Jednak do Gdyni dotarliśmy o czasie i na spokojnie mogliśmy się przygotować do przejazdu na stację PKP. Ja całą drogę myślałem o samej jeździe pociągiem, bo jak wiadomo, różnie bywa z przewożeniem rowerów w PKP. Na szczęście udało nam się zapakować z naszymi rowerami bez problemów do wagonu przystosowanego do przewozu rowerów, a razem z nami wsiadła jeszcze ekipa 3 rowerów z obcokrajowcami, którzy sporo mi pomogli przy załadunku i wyładunku całego sprzętu.
Sławno przywitało nas ciepłem i słoneczną pogodą. Pierwsze konkretne pakowanie całego majdanu na rowery zajęło nam nieco czasu. Wiadomo, człowiek jeszcze nie przyzwyczajony i szuka najlepszego rozwiązania. Konieczne było również jeszcze przebranie się, co uczyniliśmy na środku peronu w Sławnie.
Trasa ze Sławna miała prowadzić mało ruchliwą drogą (tak wynikało z mapy), co jednak nie do końca się sprawdziło. Ruch był dość spory i dodatkowo musieliśmy nieźle się natrudzić, aby pokonać dość mocno wiejący wiatr. Zresztą ten porywisty wiatr towarzyszył nam przez cały okres wyprawy, jednak w większości był sprzyjający i popychał nas skutecznie do przodu.
Prolog z zasady bywa krótki, jednak nasz “wyszedł” jako normalny etap - 32 km. Dystans ten, mimo zmęczenia, pokonaliśmy sprawnie, trafiając bezbłędnie na pierwszy nasz kemping w Darłówku.
Szukając na kempingu odpowiedniego miejsca na namiot, nagle jedna dziewczynka powiedziała do swojego taty:
- "Tato, patrz jaki biedny chłopczyk, bo musi wieźć tyle rzeczy."
Zapytałem później syna, czy aby na pewno tak się czuje ze względu na swój bagaż. Na szczęście on zaprzeczył dość pewnie i stanowczo.
Kiedy już udało się znaleźć miejsce i rozbić namiot, byliśmy już mocno głodni, więc poszliśmy w miasto. Zmęczenie dało się we znaki dość szybko, bowiem wcześnie byliśmy w śpiworach. Trudy podróży, głównie stres i nerwy wykończyły mnie szybko.




Dzień 1 ->
Sławno przywitało nas ciepłem i słoneczną pogodą. Pierwsze konkretne pakowanie całego majdanu na rowery zajęło nam nieco czasu. Wiadomo, człowiek jeszcze nie przyzwyczajony i szuka najlepszego rozwiązania. Konieczne było również jeszcze przebranie się, co uczyniliśmy na środku peronu w Sławnie.
Trasa ze Sławna miała prowadzić mało ruchliwą drogą (tak wynikało z mapy), co jednak nie do końca się sprawdziło. Ruch był dość spory i dodatkowo musieliśmy nieźle się natrudzić, aby pokonać dość mocno wiejący wiatr. Zresztą ten porywisty wiatr towarzyszył nam przez cały okres wyprawy, jednak w większości był sprzyjający i popychał nas skutecznie do przodu.
Prolog z zasady bywa krótki, jednak nasz “wyszedł” jako normalny etap - 32 km. Dystans ten, mimo zmęczenia, pokonaliśmy sprawnie, trafiając bezbłędnie na pierwszy nasz kemping w Darłówku.
Szukając na kempingu odpowiedniego miejsca na namiot, nagle jedna dziewczynka powiedziała do swojego taty:
- "Tato, patrz jaki biedny chłopczyk, bo musi wieźć tyle rzeczy."
Zapytałem później syna, czy aby na pewno tak się czuje ze względu na swój bagaż. Na szczęście on zaprzeczył dość pewnie i stanowczo.
Kiedy już udało się znaleźć miejsce i rozbić namiot, byliśmy już mocno głodni, więc poszliśmy w miasto. Zmęczenie dało się we znaki dość szybko, bowiem wcześnie byliśmy w śpiworach. Trudy podróży, głównie stres i nerwy wykończyły mnie szybko.

Jedziemy w pociągu© Robert

Mozolne pierwsze poważne pakowanie© Robert

Dojazd do Darłówka© Robert

Pierwszy zachód słońca nad kanałem© Robert
Dzień 1 ->






